Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 11 lutego 2011

["Kochajcie sponsorów" - fot. Bartłomiej Kwasek]

Wbrew tytułowi to nie będzie tekst walentynkowy. Choć będzie o pozytywnych uczuciach: hojności, życzliwości, wdzięczności. Niewymuszonych, nieobowiązkowych, bezinteresownych. O rozmowach na kulturalne tematy i na temat kultury. O mecenacie Państwa i Państwu mecenasach. Czyli kraina łagodności, Walentynowa kartka z różowym serduszkiem? Niezupełnie.

W marcu kończy się czas na społeczne konsultacje „Paktu dla kultury”. Pakt zawarli Rząd RP i społecznicy, którzy nazwali się wymownie „Obywatele Kultury”. Dokument zawiera kilka doniosłych myśli, „co nie nowe”: że kultura jest jednym z najważniejszych elementów rozwoju społecznego i ekonomicznego oraz społecznego kapitału; że stan kultury przekłada się bezpośrednio na stan państwa, spraw publicznych i publicznej debaty; że państwo ma obowiązek budować infrastrukturę kultury i warunki dla twórczości, wydając przy tym pieniądze w sposób racjonalny, gospodarny i przemyślany. Autorzy „Paktu” nie boją się nawet patosu, gdy piszą, że „kultura musi być narodowym obowiązkiem, przedmiotem szczególnej odpowiedzialności tak władzy politycznej, jak i obywateli”. A więc czymś więcej, niż redystrybucją naszych podatków i przeznaczaniem na kulturę mniej więcej jednego procenta wydatków budżetowych. Raczej zresztą mniej niż więcej.

Pakt przypomina też oczywistości tak oczywiste, że łatwo zapominane. Że państwo daje z łaski, ale to nasza, obywateli, łaska. I że konstytucja mówi twardo: „Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury”. W rzeczpospolitej wsolskiej artykuł 6 konstytucji realizujemy z prostotą: wstęp na wszystkie nasze wydarzenia jest bezpłatny. Udało nam się bowiem stworzyć lokalny pakt dla kultury, nieformalny, niezapisany, ale realizowany w przyjacielskich kontaktach ze sponsorami. Uprawiamy kulturalną żebraninę, a potem jej wynik zamieniamy na dobra artystyczne i intelektualne. Nasi dobroczyńcy, w większości sąsiedzi zza miedzy, nie oferują może oszałamiających kwot, ale dają nam coś cenniejszego, do czego pieniądze są tylko środkiem: wolność sensownego działania.

O czym mówię najłatwiej wyjaśnić na przykładzie. Przykładzie z Ameryki, a więc oazy wszelkich wolności. W grudniu ubiegłego roku w Waszyngtonie wybuchł skandal: dyrektor słynnej National Portrait Gallery usunął z otwartej już wystawy kontrowersyjne video Davida Wojnarowicza. Mniejsza o treść ocenzurowanej pracy; poszło jak zwykle o AIDS, homoseksualizm i rzekomą obrazę uczuć religijnych, a protestującym był polityk, który oczywiście wezwał rząd, by zaprzestał finansowania galerii z budżetu federalnego. Dalej też było klasycznie: republikańscy kongresmeni zażądali rewizji finansowania publicznych instytucji sztuki, przywalając Obamie, przy okazji oczywiście. (Gdyby rządził republikanin, dowaliliby mu co bardziej konserwatywni demokraci.) I wtedy – jak relacjonowała rzecz całą „Gazeta Wyborcza” – do gry wszedł kolejny rozgrywający: prywatna fundacja Andy’ego Warhola zapowiedziała wycofanie swojej pomocy dla stosującej cenzurę instytucji. Groźba jak najbardziej realna, bo chociaż budżet federalny finansuje koszty stałe NPG, to już wystawy czasowe powstają za pieniądze prywatnych sponsorów. Fundacja mogła więc pogrozić palcem politykom i uległemu wobec nich dyrektorowi.

Dlaczego opowiadam tę historię? Ano dlatego, że jednym z najważniejszych postulatów, które zgłaszają Obywatele Kultury, jest oczekiwanie, by państwo tworzyło warunki zachęcające do prywatnego mecenatu kultury. Tworzyło je dla własnego dobra, żeby uniknąć pokus, opisanych w poprzednim akapicie. Afera z cenzurą zdarzyła się w Ameryce, czyli daleko, gdzie – jak mówi brodaty dowcip – niegrow bijut’. Ameryką się nie przejmujmy: obowiązuje w niej Pierwsza Poprawka do Konstytucji. W Polsce poprawek do konstytucji nie ma, ale są na szczęście prywatni mecenasi. Kochajmy więc sponsorów, bez względu na to, czy są strategiczni czy tylko (aż!) życzliwi. Bo w razie potrzeby mogą okazać się sponsorami artystycznej i intelektualnej wolności.

Tomasz Tyczyński

[„Kochajcie sponsorów” – fot. Bartłomiej Kwasek]

Data dodania: 25 stycznia 2011

[kot Licho, fot. Aleksandra Tyczyńska]

Pisanie i budowanie. Co mają wspólnego literatura i budownictwo? Klejenie zdań i klejenie glazury? Stopniowanie napięcia i stopniowanie schodów? Konstruowanie wątków i konstrukcja wniosków? Wiele mają wspólnego, jeśli buduje się z pieniędzy budżetowych, przechodząc procedury jak tortury, albo jak gry literackie właśnie. Nagle okazuje się, że warsztat polonisty jest dla „wykonującego obowiązki inwestora” niezwykle przydatny. I wcale nie chodzi tylko o kompetencje komunikacyjne: umiejętność posługiwania się slangiem inspektorów nadzoru, grypserą budowlańców czy nowomową prawa zamówień publicznych. Chodzi o literaturę w stanie czystym: o siłę uwodzenia, moc retoryczną, ożywianie wyobraźni i kreowanie światów. Każdy, kto sporządzał uzasadnienia do wniosków o inwestycje finansowane z budżetu, którego nigdy nie wystarcza dla wszystkich, wie o czym piszę. Wie, że – mówiąc bezczelnie – umiejętności literackie bywają czasem ważniejsze niż wiedza prawnicza czy inżynierska. I dość na ten temat, więcej ani słowa, wszak Wsolę wciąż budujemy.

Żeby jednak ton lekki podtrzymać, opowieść krótka o remoncie prywatnym, bo blogerski dziennik wątki osobiste zawierać powinien. Anegdota o remoncie, która niezbicie dowodzi, że związek branży budowlanej z literaturą może być jak najbardziej dosłowny i namacalny. Odczułem go na własnej skórze, a raczej w mięśniach, gdy podczas domowego remontu gromadzoną przez trzydzieści lat bibliotekę musiałem spakować w kartony . Co oznaczało też kontakt z woluminami dawno zapomnianymi, a przecież kupionymi kiedyś, bo wydawały się ważne. Prosta czynność odkurzania i pakowania zajęła mi czas do późnej nocy. Porządkowanie opóźniały powroty do lektury, a czasem pierwsze czytania tomów zarzuconych gdzieś w głębi półek, przywalonych stosami innych książek, czytanie z ponurą świadomością, że części z nich uratować się już nie da, że nie spłoną co prawda na stosie, ale na nowe półki już nie trafią. Remont zmusił mnie do ponownych wyborów literackich. Czy na przykład potrzebne mi są wciąż dwa wydania „Mistrza i Małgorzaty”? Który przekład wybrać? Przecież nie pozbędę się wersji tłumaczonej przez mistrza mojej młodości?

Znużony porządkami przysiadłem na chwilę i otworzyłem dzieło Bułhakowa na ulubionym rozdziale siódmym. Pamiętacie „niedobre mieszkanie” numer pięćdziesiąt, którego lokatorów spotykają złe i niewyjaśnione przypadki? Ostatnim z nich jest Stiopa Lichodiejew, dyrektor Teatru Rozmaitości, dobrze urządzony ignorant. Przebudziwszy się dnia następnego po alkoholowej libacji, odkrywa w niedobrym mieszkaniu gości nie z tego świata, wraz z rozwojem akcji i kaca coraz bardziej przerażających. Czarny mag Woland, jego pomocnik – „kraciasty dryblas” w binoklach z jednym szkiełkiem oraz „niesamowitych rozmiarów czarny kocur z kieliszkiem wódki w jednej łapie i z widelcem, na który wbił marynowany grzyb, w drugiej”, kocur o niepozostawiającym złudzeń imieniu Behemot. Dziwaczna towarzyska pogawędka przemienia się w sąd nad błyskawicznie trzeźwiejącym Stiopą, a goście, których nikt do mieszkania numer pięćdziesiąt nie zapraszał, bezlitośnie obnażają grzeszki zasłużonego dyrektora. „Czy pozwolicie, messer, wygnać go z Moskwy do wszystkich diabłów?” – pyta Wolanda, wyszedłszy z trema, ogniście rudy Azazel. A chwilę później jedno potężne kichnięcie ogromnego kocura wyrzuca oszołomionego Stiopę z „trójramiennego domu przy ulicy Sadowej” aż do Jałty.

Przestałem czytać. Litery zaczęły rozmazywać się niczym za rzadka zaprawa na ścianie. Pierwsze, co zobaczyłem po ocknięciu to zielone oczy czarnego kocura. Potykając się o karton z książkami, podbiegłem do drzwi na korytarz i szarpnąłem klamkę. Odetchnąłem: na drzwiach czernił się numer 54. Mój kocur, którego tchórzliwie nazwaliśmy tylko Licho, patrzył wciąż na mnie, ale teraz jakby z lekceważącą wyrozumiałością. „Tak widać człowiek wariuje” – pomyślał Stiopa. Tak widać człowiek wariuje – pomyślałem i ja.
Na szczęście każdy remont kiedyś się kończy. Nawet we Wsoli.

Tomasz Tyczyński

[kot Licho, fot. Aleksandra Tyczyńska]

Data dodania: 10 stycznia 2011

[ilustracja do tekstu: Czesław Miłosz, rys. Janusz Janowski (1945), kredka/papier, ze zbiorów ML]

Mamy więc nowy rok. Rok Niezwyczajny, bo zwyczajnych „roków” w Polsce właściwie już nie ma. Zgodnie z nową świecką tradycją mniej więcej w połowie każdego kolejnego światli politycy biorą do ręki kalendarium kultury polskiej i pilnie szukają rocznic znaczących, które po najbliższym Sylwestrze można uczcić Rokiem Okolicznościowym. Mieliśmy już Rok Gombrowicza, Mickiewicza, Wyspiańskiego, Grotowskiego, Słowackiego, Szymanowskiego, Chopina, teraz kolej na Miłosza. Po prostu: „co rok, to prorok”. Sytuacja nieco dwuznaczna, jak to ludowe powiedzenie, zawierające i podziw dla witalnej jurności, i kpinę z nędzy, która ubóstwo i niepowodzenia rekompensuje liczbą dzieci. Kreację zastępując prokreacją.

Miłosz do takich pośmiertnych hołdów miał dystans. Ironiczny. Przed czterdziestu laty w eseju „Kim jest Gombrowicz?” tak podsumowywał malownicze, a jednak przykre widowisko po śmierci Gombrowicza: „Rodzime tradycje święciły bowiem tutaj zbyt jawny już tryumf. Za życia błazen, po śmierci król-duch, jako że ogromne na królów-duchów zapotrzebowanie”. Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień, tradycje pozostały, zapotrzebowanie na wieszczów-proroków również. „Gra w wieszcza narzuca swoje niezmienne, od dawna ustalone, prawa” – ostrzegał Miłosz. „Zdawałoby się, że jeżeli ktoś zostawi po sobie wybitne dzieło, to dosyć, ale gdzież tam. Wieszcz musi być postacią świetlaną, wspaniałą, heroiczną, a jeżeli miał krzywą łopatkę, to się ją umiejętnie ukryje wznosząc pomnik.” Czy organizatorzy Roku Miłosza mają w pamięci te ostrzeżenia?

Oczywiście, fakt, że to politycy wskazują, którego twórcę kultury mamy czcić w którym roku, nie jest jeszcze powodem, by rocznicową ideę całkowicie przekreślać. W końcu pracując w muzeum, które bez Roku Gombrowiczowskiego pewnie by nie powstało, trudno nie dostrzegać pożytków marketingowych z „Roków owych” płynących. Rok Chopinowski był tu przykładem wymownym: zaskakujących chopinowskich aranżacji i wariacji podejmowali się muzycy najrozmaitszych nurtów i gatunków. Koncertującym we Wsoli przekornie zabranialiśmy grać Chopina, ale nieskutecznie. Miejmy nadzieję, że nie o kasę za te wariacje szło, ale nawet gdyby, to z państwowej szczodrości w popularyzacji czczonego urzędowo „wieszcza” wynika więcej dobrego niż złego.

Byle nie przesadzić z prostowaniem łopatek za pomocą pomników, czemu państwowy mecenat może sprzyjać. Jeszcze fragment z Miłosza, skoro go w tym roku czcić i cytować mamy nieustannie: „Boy kiedyś prowadził kampanię przeciwko brązownikom, o tyle pouczającą, że zupełnie bezskuteczną. Gdyby żył dłużej, przekonałby się, że brązownicza działalność zyskała na sile, jeżeli nie na uroku, kiedy przyłączyły się do niej rządy państw”. W 1970 roku autor „Zniewolonego umysłu” miał na myśli rządy państw niedemokratycznych. Dziś system nakazowy zastąpiły kij i marchewka wolnego rynku, a życie społeczne jest – mniej więcej – wielogłosowe. Może więc w tym roku nie zagłaszczemy Miłosza „na brąz”? Ja pokładam nadzieję w posłance Sobeckiej i jej kolegach: że nie poprzestaną na jednym proteście przeciwko fetowaniu poety, który „choć noblista, nienawidził Polaków, szydził z ich patriotyzmu i bohaterów narodowych” . Że jeszcze takie głosy świętego oburzenia w Roku Miłosza usłyszymy. A wtedy jakiś znudzony telewidz sięgnie może po książkę poety, by samemu sprawdzić, kogóż to wieszcz wyszydzał i dlaczego. Taką nadzieję pozwala przecież żywić casus „Giertych kontra Gombrowicz”, popisowo przegrany przez pana mecenasa.

Tomasz Tyczyński

Post scriptum:

Powyższy felieton nie jest dotowany z programu Miłosz – Promesa ani żadnego innego, co jednak nie oznacza, iż autor nie lubi dotacji.

[ilustracja do tekstu: Czesław Miłosz, rys. Janusz Janowski (1945), kredka/papier, ze zbiorów ML]

Data dodania: 12 grudnia 2010

[ilustracja do tekstu - fot. Maciek Bociański / ML]

Pisanie o religijnych świętach na blogu, który ma Gombrowicza w zawołaniu, jest czynnością co najmniej dwuznaczną. Stał się przecież już bezwiednym patronem nie tylko wszelkich ateuszy, ale nawet wojujących politycznych antyklerykałów. Warto więc przypominać apel Gombrowicza zaczynający się błagalnym: „nie róbcie ze mnie taniego demona”. Ja jestem nawet po stronie Boga, w którego nie wierzę – zapewniał Gombrowicz. Po której stronie byłby dzisiaj?

***

Na pewno nie po stronie wielbicieli poprawności i stereotypów, także tych dotyczących świętowania czy religijności. Więc gdyby na okładce najnowszego „Znaku” przeczytał zapowiedź tematu głównego, to by pewnie miesięcznik odłożył na stertę pism grzecznie nieprzeczytanych. „Świętowanie. Rytuał czy rutyna?” – brzmi pytanie główne tego numeru. Pytanie – rytuał, rutynowo stawiane przed każdymi świętami religijnymi przez wierzących oświeconych, z wyrzutem oczywiście pod adresem ludowej religijności, prostej i odruchowej. To święte-nieświęte oburzenie na maluczkich, a także na zeświecczenie religijnego święta, pozwala zapewne wtajemniczonym wprawić się w nastrój świątecznej podniosłości. W końcu wysokie nie może istnieć bez niskiego, dojrzałe nie istniałoby bez niedojrzałości. Być może nawet – jak sugerowała niedawno w MWG Kazimiera Szczuka – dzisiejsi Młodziakowie byliby „postępowymi katolikami”.

***

Redaktorzy „Znaku” świadomi są tej pułapki, dlatego teksty świąteczne już takie jednoznaczne nie są. Można je nawet czytać jako obronę zeświecczonego Bożego Narodzenia, zgodę na małe radości obdarowywania, obściskiwania, obżerania czyli obcowania naszego wspólnotowego, a nawet jako wskazanie, że ci, którzy chcieliby metafizyki bożonarodzeniowej, religijnego wymiaru powinni szukać na własną rękę i raczej na osobności. Co zresztą nie jest niczym nowym. Teksty i rozmowy pomieszczone w najnowszym „Znaku” można czytać nawet jako inteligentną kapitulację wobec kultury masowej, inteligentną, bo w imię wartości dostępnych: dziecięcego wzruszenia z wymarzonego prezentu, radości ze spotkania z dalekimi najbliższymi, białego obrusa i białej koszuli, kolędy śpiewanej razem z telewizorem. I trzydniowego złudzenia, że będzie jak w każdej „wigilijnej opowieści”: wszystko się dobrze skończy, tak teraz, jak i na wieki wieków, amen.

***

Pewnie w tej chwili ckliwego optymizmu nie ma nic złego. Jest – mniej lub bardziej zbożny – odpoczynek od dnia powszedniego naszego cynicznego, jest – mniej lub bardziej chwilowe – przekonanie, że istnieje coś stałego, niezmiennego, choćby się nam wydawało, że żyjemy w czasach, gdy nie ma żadnych pewników. Ckliwości opowieści wigilijnej nie trzeba się obawiać, jeśli tylko jest literacko dobra. Bo zawsze znajdą się wnikliwi interpretatorzy, którzy przypomną o tym, co skrzętnie zapominamy między słowami. Wiem, bom sam nie bez winy. We Wsoli pożegnaliśmy rok koncertem-opowieścią o wielkich kobietach bluesa zmagających się z uprzedzeniami rasowymi. Poddawszy się świątecznemu nastrojowi nazwałem ten koncert „opowieścią wigilijną” (w sensie, że dobro i prawdziwe piękno zawsze zwyciężają, że zawsze jest nadzieja, i tak dalej, i tym podobnie). Przed banałem uratowała nas Ewa Cybulska, która nie tylko śpiewała, ale i opowiadała o tych wielkich kobietach i o wielkiej cenie, jaką za swoje zwycięstwa zapłaciły: depresji, narkotykach, przedwczesnej śmierci. Bo dobra wigilijna opowieść musi mieć też tragiczny wymiar.

***

Tym, co naprawdę wertykalności Świąt zagraża, nie jest rutyna, ale banał słodki jak cukierek z choinki. Przed odłożeniem najnowszego „Znaku” na półkę, proponuję pomyśleć więc nad jednym zdaniem z kazania pastora i literaturoznawcy Notropha Frye`a: „miejsce naznaczone krwią i cierpieniem nie jest jedynym miejscem, gdzie można znaleźć Boga, ale tylko w takim miejscu Bóg może się narodzić”. Norwid na pytanie, czemu nie śpiewa w chórze „u żłobu”, odpowiadał: „jam widział krew”. Trudno uwierzyć w Przyjście, które jest początkiem Odejścia i któremu towarzyszyć musiała rzeź niewiniątek. Na takie narodziny nikt nie jest przygotowany, nawet ci, którzy uwierzyli nie ujrzawszy. Być przygotowanym, to zrozumieć Tajemnicę. A do niej można się tylko przybliżyć, choćby – jak przypomina „Znak” – za pośrednictwem oksymoronów wyśpiewywanych w kolędzie. Bóg się rodzi, moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje.

Może więc raz do roku przezwyciężyć niechęć do bycia w chórze i zaśpiewać? Choćby dla podtrzymania rytuału, rutyny, albo i wyłącznie dla literackiego piękna kolędowego tekstu.

Tomasz Tyczyński

[ilustracja do tekstu – fot. Maciek Bociański / ML]

Data dodania: 1 grudnia 2010

Dlaczego Gombrowicz, dlaczego prowincja? Powinienem wyjaśnić tytuł tych zapisków, czynionych w formie bloga, czyli – gdyby zdarzyła się literówka, co podczas pisania w Internecie nierzadkie – boga wirtualnej komunikacji, w formie wygodnej, niezobowiązującej. Choć nie jest pewne, że takie formy istnieją w realu.

Więc kwestia tytułu. Dlaczego Gombrowicz w tytule zapisków, co towarzyszyć mają życiu pierwszego na świecie muzeum pisarza, wyjaśniać nie trzeba. Ale dlaczego prowincja? Przecież nie z oczywistej przyczyny, że muzeum powstało 100 kilometrów od Pałacu Kultury i 200 od Wawelu i Skałki, gdzie innym wieszczom spoczywać, nie Gombrowi; powstało zresztą trochę z przypadku, ze zbiegu okoliczności i motywów – z czyjegoś marzenia, z czyjegoś kaprysu, z czyjegoś zamiłowania do „pozostawiania po sobie” i z czyjegoś uporu. Powstało, co tu dużo mówić, na bliskiej, ale głębokiej prowincji. Głębokiej nie tylko, nie tyle nawet w sensie geograficznym, ile w sensie literackim i antropologicznym. Głębokiej nie znaczy głuchej, bo jak zauważył antropolog Czesław Robotycki, dzisiaj prowincja nie jest odcięta od informacji, uczestniczy w komunikacji globalnej według tych samych powszechnych zasad (…). Wszyscy kreujemy zmityzowane, wyobrażone rzeczywistości, jedni na prowincji, inni o prowincji. Taka jest dola współczesnej humanistyki.

Współczesna humanistyka tak też czyta dziś Gombrowicza. Goszczący niedawno we Wsoli Jean-Pierre Salgas odwraca w swojej słynnej książce rutynowy kierunek myślenia o Gombrowiczowskim prowincjonalizmie. Gombrowicz na samym wstępie swojej emigracji chciał z polskiego i argentyńskiego prowincjonalizmu uczynić narzędzie (klucz? wytrych? łom?) otwierające drzwi do świata, do jego centrum. Ale – jak rzecz podsumowuje Jerzy Jarzębski w naszej książce wydanej na otwarcie MWG – w ujęciu Salgasa punkt dojścia Gombrowicza to rozszerzenie polskiej prowincjonalności po krańce Ziemi. W ten sposób emigracja i prowincjonalizm jako (…) „wielka ucieczka” od centrum ku marginesom staje się, tak jak też było w historii Gombrowiczowego pisarstwa, „wielkim powrotem” – do kraju i do świata zarazem. A wszystko to rymuje się z narastającą od lat prowincjonalizacją dawnych centrów kultury, takich jak Paryż, co zauważa nie tylko Salgas, ale co dostrzegał (prowokacyjnie i nieco na wyrost) sam Gombrowicz.

Rymuje się to także z tym, jak Sławomir Mrożek charakteryzował prowincję: Naoczność związków między ludźmi. Bliskość. Jest się w środku, ponieważ prowincja sama jest środkiem, tylko środkiem, prowincja nie ma peryferii. I nie można być gdzie indziej, jak tylko w środku. Chcąc nie chcąc. Tak jak my tutaj, we Wsoli, w muzeum, w środku, bardziej chcąc niż nie chcąc. „A jednocześnie: My tu, a tam Wielki Świat. Gdzie? Wszędzie tam, gdzie nie my. Gdzie nie tutaj. W każdym razie daleko. Tak daleko, że można tylko tęsknić. Między tutaj a tam nie ma przejścia ni lądem, ni wodą, ni powietrzem. Mimo, że tam istnieje, jest. Oni z Metropolii mogą nas czasem odwiedzić. Tak aniołowie odwiedzają nas, biednych ludzi. Ale my?” Tyle Mrożek, który zaraz pociesza nas, że te zdania, z którymi tak się utożsamiliśmy, nie są opisem kompleksu prowincjusza, ale tęsknoty za „życiem, które jest gdzie indziej”. Tęsknoty, z której wywodzi się wszelka twórczość, o czym zaświadczają i Mrożek, i Gombrowicz, i wielu, wielu innych.

W tym sensie każdy człowiek, z prowincji czy nie, jest prowincją. Obszar każdej pojedynczej świadomości jest prowincją. Gdziekolwiek by się człowiek znalazł, zawsze nosi ze sobą granice swego powiatu. Nawet w Metropolii nikt nie ogarnie sobą Metropolii. Zawsze tylko ów obszar zamknięty, mój. To Mrożek. I Gombrowicz: poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja…

To wszystko, warto przypomnieć, dotyczy ludzi i miejsc twórczych. Zapraszamy do Wsoli, do Prowincji Gombrowicz. Ostrzegam: będziecie potem tęsknić.

Tomasz Tyczyński

Strona 13 z 13« First...910111213
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury