Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: szkoła
Data dodania: 8 października 2020

Pierwsze prawdziwe buty dostała od ojca, gdy miała pójść do pracy, do ludzi. Prawdziwe, skórzane, nie żadne łapcie czy chodaki. Pańskie, można powiedzieć, choć tanie, z czego ojciec był szczególnie dumny. Lubił się targować i nigdy nie wracał z targu bez jakiejś rzeczy, na której sprzedający sporo opuścił. – Dopust z tobą, Józefie – mawiali handlarze, znając jego upór, ale i tak chętnie wdawali się z nim w przepychanki,  gwałtowne jak bójki, bo kupującego i sprzedających łączyła ta sama namiętność: do walki, gry, której wynik niby trudno przewidzieć, ale i tak zawsze wychodzi na remis.

Ta walka na słowa i liczby była wciąż tylko grą, bo choć prawdziwa, to jeszcze nie na śmierć i życie. Kończyły się ćwiartką albo i dwoma.

Buty też były prawdziwe, i pierwsze, ale robota nie była dla Józefy pierwszyzną, los prawie wiejskiego dziecka, jakby wyskrobanego z pozytywistycznych nowelek pisanych przez wykształcone paniusie i zamożnych panków. Józefa pracowała od zawsze, odkąd pamiętała, tyle że teraz miała robić dla obcych, a nie w domu, przy rodzeństwie czy na ojcowym polu, które nigdy nie będzie jej, choć pierworodna. Ale nie tego rodzaju.

Odkąd poszła do obcych, pracowała podwójnie, szybko przekonała się, że ta domowa robota czeka na nią w domu, gdzieby miała czekać, cierpliwie, aż wróci z pracy, jak wierny pies. A skoro z pracy wracała do roboty, to wszystko zostało po staremu. Była najstarsza, a czułość należy się najmłodszym. Buty zamiast pocałunku, dobre i tyle.

Praca wzięła ją sobie całą, gdy tylko skończyła trzecią klasę. I szkołę też, jak się okazało. – Skończyła na samych piątkach, zdolna taka, szkoda jej – tłumaczyła ojcu pani Szajewska, kierowniczka szkoły i żona lekarza. Szajewscy mieszkali na górce, na rogu Wierzbickiej i Wjazdowej, w gęstym sadzie, za którym ukrywał się drewniany dom, z gankiem i schodami do szerokich drzwi, dwuskrzydłowych, podwójnych. Skrzydła od strony mieszkania miały witraże z kolorowych szybek, w prosty geometryczny wzór, same romby, regularne i symetryczne.

Józefa widziała je jeden jedyny raz, kiedy po lekcjach pomagała pani Szajewskiej zanieść do domu zeszyty z kaligrafiami. Wracała potem do siebie szczęśliwa i bogata, międląc w ustach cierpką miętówkę i ściskając wilgotną dłonią nowy zeszyt w trzy linie, zgrabnie przecinające śnieżne kartki. Z kaligrafii też miała piątkę.

Ale że te kolorowe szybki układały się w romby, Józia nie zdążyła się dowiedzieć. Ojciec nawet poprosił panią kierowniczkę siadać, taki gość, proszę, proszę, tu, na ich dołku, gość, ale odpowiadał doktorowej spode łba, burkliwie: nie, bo nie, i już, on gospodarz, pan i władca u siebie i wobec swoich.

– Niech się pan zlituje, Józefie, szkoda jej, zdolna, niech elementarną chociaż skończy, może życie będzie miała lepsze – przekonywała dobra pani, uśmiechając się ojcu prosto w oczy, nastroszone pod krzaczastymi  brwiami, których chyba tylko ona nie bała się w takich chwilach.

– Nie i koniec – odpowiadał, cicho, ale twardo (jakby napisała autorka wzruszających szkolnych lektur, których Józia już nigdy w życiu nie przeczyta). – Z krowami nie ma kto chodzić, w domu matce trza pomóc, młodszych przypilnować. Koniec – powtarzał, niewzruszony nawet gdy pani Szajewska zaproponowała, że zeszyt i książki kupi za swoje, i parę groszy dołoży, za robotę, której mała nie zrobi. Tylko się obruszył.

Dobrze jej i tak będzie, normalnie, jak w życiu, co ma być, to ma być – powtarzał niczym bohater pozytywistycznej opowiastki, wyczulonej na los klasy uciskanej i nieoświeconej. A nawet jakby ktoś Józefa oświecił, to i tak by uznał, że ta wiedza psu na buty się zda, i małej tak samo ona potrzebna jak sobace. Swoje wiedział, nie był zły, tylko kochał i chciał, żeby dziecku było jak najlepiej, czyli tak samo jak jemu i innym. Kochał, jak umiał, po swojemu.

Ale tego już Józefa, opowiadając o rozmowie z panią Szajewską wiele razy, nigdy nie wypowiedziała. Może po prostu sądziła inaczej?

Wzruszające do łez prusy, sienkiewicze i orzeszkowe przeczyta dopiero córka Józefy. Też zdolna jak diabli, po matce. Zresztą Józia i tak do lekcji goniła, słowem i pasem, niech ma, czego jej nie dali. Akurat Zosia głowę do nauki miała mocną, tyle, że chorowita, zapadała łatwo na wszystko. I tak jej na całe życie zostało, jak szkoła.

Z pierwszej klasy poszła od razu do trzeciej, potem też szło jak po maśle, w domu jadanym od święta, dwa, trzy razy w roku. Częściej się nie dało, Józefa rozkładała wypłatę na kupki, mówiąc do siebie po cichu, jakby chciała upewnić się, że o niczym nie zapomniała: to na mąkę, margarynę, cukier, a obok na światło i węgiel. Szkolna kupka była coraz większa, bo Zosia poszła do technikum, skórzanego, co to i fach, i matura. Poza tym najlepsza przyjaciółka z podstawówki tam właśnie się wybierała. Umarła zresztą niedawno, nie wiedząc, kim jest i po co. Alzheimer.

Zosia do technikum poszła dosłownie, droga z Żakowic do miasta (tego prawdziwego, bo Żakowice choć od lat były już miastem, to wsią też być nie przestały) zajmowała godzinę. Autobus jeszcze nie dojeżdżał na takie  przedmieście, a nawet gdyby dojeżdżał, to przecież i tak nie za darmo. Wiosną i jesienią pół biedy, ale cała bieda zimą.

W maturalnej klasie Zosia chorowała prawie bez przerwy, w styczniu tak napadało, że z podwórka do szosy wychodziło się wykopanym w śniegu tunelem, wyższym niż najwyższy człowiek. Brzegi przekopu, solidnie oklepane sztychówką, skrzyły się w słońcu, bo nocami mróz nabłyszczał ślady łopat. W porannym świetle przypominały świeże szramy, z których kroplami wypływała jeszcze limfa. Chciało się żyć.

Był jednak problem: buty. Te, w których Zosia chodziła do szkoły, były solidne, ale solidnością jesiennowiosenną. Zimą śnieg nasypywał się do środka już po kilkunastu krokach, mróz dopadał stopy po paru zaledwie minutach, nie pomagało dreptanie po cudzych śladach, trop w trop za  pionierami, którzy co rano odgrzebywali Żakowice, wydeptując ścieżki do miasta. Zimowych butów Józefa kupić Zosi nie mogła, nie miała za co, musiała ostatnie pieniądze, odłożone do puszki po herbacie madras podarowanej przez zakład pracy na dzień kobiet, wyciągnąć na leki dla córki. A przecież Rysiek też już ze swoich bucików wyrastał, chociaż te ostatnie kupiła mu o dwa numery za duże. On mógł jednak posiedzieć w domu, do szkoły się nie palił, przynajmniej żeby paliło się pod kuchnią dopilnuje. A Zosia nie, niech ma, czego Józefie nie dali.

I tak Zosia przemieszkała dwa miesiące w szkolnej bursie, którą matka wybłagała dla niej u pani dyrektor o sercu równie wielkim jak modna i elegancka ondulacja na głowie.

Raz w tygodniu, w niedzielę, Józefa zawiązywała w chustę słoiki i różne pakunki, a potem brnęła z tobołami przez zasypane przedmieście i ulice miasta. Stroiła się wtedy w to samo, co do kościoła, żeby córce razem z jedzeniem na resztę tygodnia nie przynieść wstydu. Rysiek zostawał w domu sam, zamykała go na klucz, dla pewności, bo nosiło go po świecie od małego, diabeł kusił i wołał po polach. Wracała zmęczona, robiła kolację, a potem siadała przed kuchnią i patrzyła w ogień. Przysypiała, prawie nie myśląc, tylko wspomnienia same garnęły się do ciepła i blasku, wydobywały sprawy i zdarzenia zapominane, czasem rozmyślnie.

Tak właśnie przypomniała sobie znowu o tamtych butach, błyszczących jak smoła trzewikach, sznurowanych wysoko, w których miała iść pierwszy raz do pracy i w których nawet ostrą zimę dałoby się przechodzić. Do wiosny, od biedy, bo od czegóż by innego.

Przypomniała sobie tamtą radość, dziecinną, gdy z jednym butem na stopie, przekrzywiając się śmiesznie jak czapla nad jeziorem, polująca albo drzemiąca przy brzegu, odwijała z chropowatego papieru drugi trzewik i jak już schylała się, by wsunąć go na podwiniętą nogę…

…i jak jej ten but wypadł nagle z dłoni, zastukał o podłogę wzmocnioną blaszkami zelówką i twardym obcasem, i jak do ust, nosa, a potem oczu napłynęły łzy, kałuże łez, wielkie jak balia na podwórku, kałuże zbierane przez lata, może od początku życia, a może od momentu, gdy dotarło do niej, że więcej do szkoły nie wróci, więc postanowiła o nic już nigdy nie prosić, nie płakać…

…i jak kałuże te zamieniły się najpierw w chlipanie, bezradne, biedne, a potem w szloch brzmiący jak kupa śniegu zsuwająca się z przygrzanego słońcem dachu w pierwsze roztopy…

…i jak zdjętym z nogi butem cisnęła o ziemię, i wybiegła z domu, po raz pierwszy przy ojcu krzycząc: kurwa, kurwa, kurwa…

… i jak poślizgnęła się na kamieniu zastępującym schodki, na którym potem, całkiem niedługo, mała Zosia rozbijała sobie nos, i jak biegła na łąki, przed siebie, woda chlupała pod stopami, zimna jeszcze o tej porze, i biegła, by nie wrócić, tak wtedy myślała, choć i wtedy, i potem, nigdy i nigdzie nie uciekła do końca.

A w domu ojciec podniósł się zza stołu i patrzył zdziwiony, jak matka schyla się i układa na stołku buty zebrane z glinianej podłogi. Podnosi je do oczu, potem odsuwa, przyglądając się długo, z niedowierzaniem.

Jeden, potem drugi, oba lewe.

Data dodania: 3 października 2012

Zlizywana z księżowskich kolan piana tylko na chwilę ożywiła rytualną debatę o potrzebie/ zbyteczności gimnazjum, złudnej powszechności wyższego wykształcenia i tym podobnych supełkach gordyjskich polskiej oświaty. Takie bicie piany towarzyszy co roku inicjacji szkolnej, bolesnej jak każda inicjacja.

W tym roku do dyskusji o szkole włączona została – odświętnie, jubileuszowo – Gombrowiczowska „Ferdydurke”, rozmieniona na najbardziej znane fragmenty, czyli kpiny z Pimki, Bladaczki i całego ciała pedagogicznego. Aliści księżowskie kolana uświadomiły dobitnie, że jak „ciało pedagogiczne” nie jest wyłącznie metaforą, tak powieść Gombrowicza nie jest jedynie kpiną ze szkolnego systemu.

„Ferdydurke” nie jest przecież opowieścią o jakimś szczególnym rodzaju opresji wobec „ja”. Szkolna opresja jest opresją życiową – wchodzenie w dorosłość oznacza oddanie się tej opresji na zawsze: uzależnienie od ocen wystawianych przez otoczenie, poddanie się osądowi innych, często (najczęściej – powiada Gombrowicz) głupich i głupszych niż wydane im na interpretację „ja”. Oznacza też wystawienie niedojrzałego „ja” na podszczypywania kulturalnych ciotek, ciamkanie pedagogów, oddanie (gwałt raczej przypominające) schematom, stereotypom, normom obowiązującym i obwiązującym niczym wisielczy sznur. Komu obce jest to doświadczenie? Nawet najszczęśliwsze dzieciństwo podszyte jest zawsze ciotką i gogiem, dorosłym, któremu podświadomie staramy się przypodobać albo przynajmniej nie narazić.

Grzeczny, ale odmieniec – tak oceniały mnie osobiste ciotki, pewnie ze względu na skłonność do samotności, której oddawałem się nawet podczas osadzenia w przedszkolu. Zamiast słuchać, wolałem czytać i z literami wiąże się moje pierwsze zderzenie ze szkołą jako instytucją „uczącą życia”. Czytać uczyłem się dość wcześnie i niejako podwójnie, bo oprócz liter łacińskich znalazłem sobie cyrylicę. Tak, znalazłem, dosłownie, w sieni, na drewnianej podłodze, którą matka przykrywała po umyciu wielkimi płachtami radzieckiej „Prawdy”. Czyniła tak nie z zamiłowania do wschodniego ustroju czy kultury, ale z racji darmowego dostępu do organu KC KPZR w zakładzie pracy. „Trybuna” zresztą też była za darmo, ale „Prawdę” drukowano na znacznie lepszym, mocniejszym papierze, przez który wilgoć z umytej podłogi nie przebijała się tak łatwo, podobnie jak naniesione z dworu błoto, które nie kalało desek „prawdą” nakrytych.

Nie wiem, co ciągnęło mnie do tych obco zadrukowanych płacht. Niezwyczajna biel papieru? Satyryczne rysunki nakreślone śmiałą, rozpasaną kreską? Daruję czytelnikom opisy burżujów palących cygara, trzymających Trumana na smyczy i miotających bomby, których zdolniejsi ode mnie uwiecznili w ostatnich latach na tysiącach stron powieści o krajach dziecinnych i maleńkich ojczyznach. Dość powiedzieć, że gdy litery zacząłem nie tylko czytać, ale i rysować, bukwy wychodziły mi lepiej i dokładniej. Prawdę powiedziawszy, łacińskie (wtedy myślałem: polskie) litery bazgrałem z męką, jak kura pazurem.

Szkoły się nie bałem, bo nie mogłem się bać miejsca, gdzie – jak mi mówiono – będę pisał, ile dusza zapragnie. Obietnice były jednak na wyrost. Cierpłem z nudów i bólu ręki, za pomocą której w zeszycie w trzy linie więziłem w karnych szeregach litery, powtarzane setki razy, posuwające się po liniowanym papierze jak po fabrycznej taśmie. Z odrętwienia wyrywało mnie jedynie błogosławieństwo kleksa, który burzył liniowy porządek postępu w nauce. Najgorsze nie były jednak ani cierpkość, ani cierpienie trzeszczących ławek z wiecznie utytłanym kałamarzem. Rychło dowiedziałem się, a raczej domyśliłem, że nie będę pisał do woli, według mojej woli, bo istnieje program nauczania i nauczania porządek, przystosowany do średniej klasowej. I że pisać mam nie piękne, krągłe bukwy, których kształty uwodziły moją dłoń, lecz nasze, polskie litery, bom Polak, a nie ruski jakiś. Nikt tego nie powiedział mi wprost, ale system sam doskonale się tłumaczył i szczęśliwie uniknąłem zaprzaństwa. Litery łacińskie wychodziły mi coraz lepiej, a ponieważ czytałem płynnie, to w imię niepsucia średniej i za pisanie dostawałem piątki. Kiedy po latach zaczęto znów mnie uczyć cyrylicy i zapisanego w niej języka, uświadomiony już, na przymus odpowiedziałem solidarnym bezwiednym oporem.

Wszyscy mamy jakieś prywatne opowieści o końcu dzieciństwa. Ale kto czytał „Ferdydurke”, ten już wie, że to koniec pozorny, bo dzieciństwo nigdy się nie skończy. Genialny eksperyment Gombrowicza: wrzucenie w szkolną magmę osobnika dojrzałego i obserwacja, jak łatwo staje się na powrót sztubakiem, tak łatwo, że podejrzewać można, iż nigdy sztubakiem być nie przestał, że wyrwany do odpowiedzi w „dojrzałym” życiu kluczy, zwodzi, jąka się i czerwieni tak samo, jak wtedy, gdy opowiadać miał dlaczego Słowacki wielkim poetą był. Nigdy nie jesteśmy dość przygotowani do odpowiedzi, a ku końcowi lekcji, książki, życia poruszamy się jednako: przez rozpad świata i przemoc kumulującą się w kolejnych „kupach”. To lekcja „Ferdydurke” i Gombrowicza. Okrutna.

Skazaliśmy się na ten los już jako dzieci, gdy zapragnęliśmy wejść w świat dorosłych. Wtedy to porzuciliśmy samotność, do której czasem tęsknimy dojmująco. Wszelakie egzaminy dojrzałości to fikcja, nigdy nie skończymy szkoły życia, nie wyrwiemy się z opresji bycia ocenianym i nierozumianym. Od tej sztubackiej pupy, która z czasem staje się naszą gębą, nie ma ucieczki – mówi Gombrowicz.

Ja jestem mniej pesymistyczny: ucieczki nie ma, ale czasem zdarzają się wagary. Gorąco na nie namawiam, choćbyśmy potem za karę latami stali w kącie.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2020 Muzeum Literatury