Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 14 października 2018

Umrzeć w raju, jakie to Gombrowiczowskie. W lipcowej spiekocie, w środku kanikuły, w nieznośnym blasku. Gorąco jest nawet teraz, w październiku, gdy po przeszło roku wracamy na urodziny jego muzeum. Umierał, o ile to w ogóle możliwe, przygotowany. Już nie spodziewał się wiele: jestem jak ton naciśniętego klawisza, więcej we mnie śmierci niż życia, pisał.

Vence to właściwie było życie po życiu. Płynę ku śmierci, przewidywał oczywiste już podczas rejsu powrotnego z Argentyny, choć to jeszcze uznać by można za napad melancholii albo krygowanie się starszego pana w średnim wieku. Ale po Berlinie, psychosomatycznie bolesnym, odchorowanym, opłaconym utratą sił, słowa o śmierci zaczęły znaczyć dosłownie, serio, bez ironii, nawet sentymentalnie.

Sentymentalne są obrazy powracające do mnie podczas każdego pobytu w Vence, także w tych zapiskach: Gombrowicz półleżący na łóżku, w jesiennej kapocie, choć na zewnątrz upał, jasność wdziera się do wysokiego pokoju, albo Gombrowicz zziębnięty, okręcony szalikiem, marszczy twarz w pełnym słońcu, na zdjęciu prześwietlonym blaskiem, czy nie ostatnim zrobionym na zewnątrz. Zimne słońca.

 

***

W Vence miał zawał, opisuje go szczegółowo w „Kronosie” i „Dzienniku”, dwa miesiące w łóżku bez ruchu, potem jeszcze dwa rekonwalescencji, nauka chodzenia, upokarzająca słabość ciała, które zawsze było źródłem cierpień, lęk, nie wiadomo, ile jeszcze zostanie podarowane. Tak wtedy leczono, leżeniem bez ruchu, kto przeżył, to żył, jak w cygańskiej wróżbie: i będziesz żył aż do śmierci, przepowiadała kiedyś mojemu ojcu młoda Cyganka.

Ojca kilkanaście lat później zawał powalił na równie długo, przypłacił kurację zapchaniem tętnic, nieodwracalną miażdżycą. Ale dwadzieścia lat po jego śmierci kazano mi wstawać już po kilku dniach i chodzić po szpitalnych schodach. Powoli, nie tak szybko, gdzie się pan tak wyrywa – krzyczał za mną rehabilitant, jakby nie znał odpowiedzi.

Słońce w Vence, palące, choć już jesienne, przypomina mi trochę tamto moje, czarne, w połowie października grzejące jak latem. Z takiego słońca zostałem wtedy wyrwany, choć to tutejsze jest bardziej męczące, duszne, zabiera tlen z powietrza bez przeciągów.

 

***

Na początku w Vence Gombrowicz nasłuchiwał jeszcze odgłosów z tamtego brzegu, zza oceanu, z porzuconej Argentyny, zawiedzionej miłości i młodości. Tamten brzeg huczał w nim i dymił. „Argentyna wydaje mi się stąd dysząca pianą i wiatrem oceanu. Mam ją w sobie, jak coś ciemnego, niewyraźnego, zagadkowego.” Z tym „w sobie” trafił do miejsca, w którym wszystko jest jasne, porządne, ustabilizowane. Przez większość roku prawie nie drgnie liść na palmie, grzeje słońce, jednostajnie przewidywalne, do nudności. Tak pewnie mógłby wyglądać raj wierzących, do którego trafia się po śmierci.

Docierały do niego publikacje z Argentyny, w „Dzienniku” zapisywał niezadowolenie. „Jak było do przewidzenia, ucharakteryzowano mnie na dobrodusznego wujaszka, przyjaciela młodych, w tych wspominkach, artykulikach, jestem konwencjonalną postacią artysty niezrozumianego i odepchniętego przez środowisko.” – ubolewał i sobie przypisywał winę za niezrozumienie: „Dlaczego wybrałeś sposób bycia za trudny do opisania – system masek zbyt skomplikowany? Ludzie przezorni dbają, by ich żywot nadawał się do wspominków.” Czyli jednak niezrozumienie? „W każdym razie jest pewne, że tam, za oceanem, nawet wspomnienie o mnie ulega rozkładowi, umiera.”

W następnym akapicie pyta, dramatyzując styl: „Czy tu na Riwierze, zdołam raz jeszcze ożyć?”. Odpowiada właśnie porównaniem do naciśnietego klawisza, którego ton milknie przecież po chwili. „Za późno!” – wykrzykuje, ale jeszcze raz próbuje stosować te same chwyty, te same gry, co na tamtym brzegu. Rita Gombrowicz, w kolejnej rozmowie, tym razem w Vence, powtarza mantrę: że rozumiał młodość, tolerancyjny, dawał jej przestrzeń, był ciągle młody, na swój sposób. To pewnie prawda, ale ile w tej tolerancji było zmęczenia doświadczeniem, znużenia, wiedzy, że nie wszystko da się przy sobie zatrzymać, opanować, ograniczyć, nie każdym można zawładnąć, że w ogóle można już tak mało, skoro nawet wspomnienia się wymykają. Więc może to nie była wieczna młodość, lecz rozpacz: już tylko łapał chwile, te mniej bolesne, pozwalające zapominać, nie zapamiętywać. Zapamiętywanie się w czymś albo kimś wymaga sił, których już nie miał.

 

***

Myśli się, rozsądnie i potocznie, że życie chwilą to przywilej i przypadłość młodości, bo przecież młoda wyobraźnia nie ostrzega jeszcze o przemijaniu chwil i ich skutkach, odłożonych w czasie, którego młodzi mają pod dostatkiem. Ale to nieprawda, to dopiero wiek dojrzały, wiek klęski, potrafi naprawdę nacieszyć się i nasycić chwilą, bo zna dojmujące nienasycenie, a wyćwiczona utratami wyobraźnia podpowiada, że ta chwila może być ostatnia. Wchodzący w smugę cienia zdają sobie sprawę, że mają niewiele czasu, więc nie jest on sprzymierzeńcem. Jeżeli mają go dość, to w innym sensie: irytacji i zmęczenia. Sądzę, że to też jest u Gombrowicza zapisane, między aktami strzelistymi ku młodości.

W Vence już tych aktów mniej, młodość jest wciąż obok, ale ta bliskość podszyta jest lękiem i bólem. Ból, łączący go z Dantem, w tekście, który Ungaretti porwał i wyrzucił do kosza – bo był za szczery? Cierpi także dosłownie, fizycznie, po czterech miesiącach od zawału rodzi się powtórnie, stawia pierwsze kroki, zaczyna pisać, cieszy się – jak dziecko, podsuwa frazeologia. Ale czy to jednak nie fatalistyczna radość z tego, że wszystko jest już jasne i oczywiste, jak słońce i błękit nad Vence, i wszystko zmierzcha się ku końcowi, ostatecznemu, bez wykrętów, grymasów i sofistyki. Tak mi się wydaje, choć to tylko spekulacje, coś, czego właściwie robić nie wolno – osobiste psychologizowanie, sentymentalne i rezonerskie. Ale tu wolno, na blogu, w formie gorszej, niezobowiązującej i niepoważnej.

Bardzo poważny profesor w Royaumont, z którym dyskutowali o Teokrycie, Demokrycie i kilku innych filozofach, przerywa nagle rozmowę i poklepując Gombrowicza po plecach, wykrzykuje uradowany: jesteśmy z tego samego piętra! Co miał na myśli – wyżyny ducha czy stwierdzenie prostego faktu pomieszkiwania w tym samym korytarzu? Logikę czy może jednak logistykę, czyli sąsiedzkie ciepełko w sytej Europie, oświeconej nawet w deszczowy poranek? Tu w Vence deszcz szybko wysycha, paruje przysłaniając na chwilę podnóża zboczy, popadało tyle co kot napłakał, teraz znów wyłazi słońce, wysusza letni zapach asfaltu i zieleni jakimś cudem jeszcze nie uschniętej, czaruje barwami domów na zboczu naprzeciwko. Duchota.

 

***

Czy „Dziennik” smakuje tu inaczej, czytany w miejscu zapisywania? Tak, bo mocniej czuje się napięcie między tym rajem, akuratnym jak landszaft, a zapisem choroby dręczącej Gombrowicza, której „Dziennik” jest świadectwem nie mniej przejmującym niż „Kronos”, tylko kunsztowniejszym, więc mniej „szczerym”. Zapisem także tej choroby na Polskę – bohaterem ostatniego fragmentu „Dziennika” jest w końcu pan Kocik, zamieszczający od czasu do czasu w pewnym piśmie francuskim artykuły informacyjne o życiu literackim w Polsce, by wysławiać przy okazji „wielkość polską”.

Całe życie walczyłem o to, żeby nie być pisarzem polskim ale sobą, Gombrowiczem, cały ten nałóg mówienia „nasz” uważam za śmieszny. Przez lata nawoływał też, by więcej człowieka w Polaku było niż Polaka, bo to Polsce wyjdzie na dobre. Ale Polska swoje wiedziała i wie do dziś. Rita Gombrowicz opowiadała kiedyś, że wkrótce po śmierci ateisty Gombrowicza na jego grobie położyli Polonusi wielki krzyż. Usunęła go, więc pojawił się nowy, i kolejny, i jeszcze jeden. W końcu ktoś jej doradził, by umieściła na tablicy nagrobnej maleńki krzyżyk, dla świętego spokoju. I spokój nastąpił.

Można by więcej jeszcze o tym cierpieniu Gombra z ojczyzny powodu pisać, ale strach, że mu się jeszcze mesjanizm jakiś przypisze, choć to i prawda, że brudy nasze i tajemnice cuchnące brał na siebie, żeby nam było lżej.

 

***

Trzeciego dnia od naszego przyjazdu do Vence niebo przykrywają ciemne chmury, leje już naprawdę, podobno po raz pierwszy od trzech miesięcy. Pastele za hotelowym oknem, pozbawione słonecznego oświetlenia, są jak twarz starej aktorki, która pozostała na scenie po zgaszeniu reflektorów, zaszpachlowana w pośpiechu przez zdolną, ale przepracowaną charakteryzatorkę. Południe jest zmęczone, zmierzcha się tu tak późno.

Gdy deszcz po kilku godzinach cichnie, idziemy na cmentarz, szybko, przed obiadem, po którym kolejne wydarzenie, rocznicowe. Stawiamy małe szklane naczynie ze świeczką, kolejne, w tych, które zostawiliśmy poprzednio, znajdujemy polskie monety. Wrzucone jak do fontanny, by tu jeszcze kiedyś wrócić? A może dlatego, że, jak ktoś zauważa, na monetach jest polski orzełek i od razu wiadomo, że nasz ci ten Pisarz Wielki, nasz on, przynajmniej po śmierci. Cóżeś Ty swoim zrobił, Gombrowiczu – nie tak daleko stąd do Norwida.

Ale w drugiej osłonce na świeczkę, odwróconej dnem do góry, listy, karteczki zapisane i podpisane bardziej osobiście. „My też musimy wyjechać z kraju, panie Witoldzie, do widzenia”, innych nie czytamy, wciąż pada, kartki namokły, nie chcemy ich zniszczyć. Wtykamy z powrotem, dokładnie, prawie jak przy Ścianie Płaczu. Deszczowa wilgoć na twarzy, a ludzie mówią i mówią uczenie, że to nie łzy są, ale że kamienie i że nikt na nie nie czeka – o ile nie pokręciłem czegoś Norwidowi.

Notuję bowiem nie w bibliotece, ale na balkonie hoteliku w Vence, wdzięczącego się jak zawsze, a także później, na północ od raju, w zapuszczonym nieco mieście R., w Starym Ogrodzie, do którego chadzałem kiedyś z ojcem, choć rzadko, i dlatego było to jak święto, i utknęło w pamięci, a Ogród był wtedy naprawdę stary. Zrewaloryzowano go teraz, okropne słowo, przywołano do porządku, bo zdziczał, odmłodzono wyrzynając, co stare, zbyt wiele, ale nic na to poradzić nie można. Można jedynie pogrzebać w pamięci, świętując rocznicę wywinięcia się końcowi, albo i nie. I gapiąc się w niebo, dziś prawie tak lazurowe jak na tamtym wybrzeżu.

 

***

Słońce wróciło tuż przed naszym wylotem, podniosło chmury i widzieliśmy wreszcie morze, i willową dzielnicę Nicei, przypominającą klocki rozrzucone pomiędzy kępami ozdobnych traw. Samolot półkolem wdrapywał się na swój pułap, pasażerowie siedzący po drugiej stronie zasłaniali okienka przed słoneczną jaskrawością.

Tym razem dostałem miejsce obok miłej, dyskretnie uśmiechniętej Azjatki. Co chwilę wyglądała przez okno, nawet gdyby raziło ją słońce, pewnie by go nie zasłoniła. Zabawnie przyciskała nos do szyby, odrywała się tylko, by zrobić zdjęcie. Byliśmy już nad chmurami, które przyjmowały przedziwne kształty i kolory, zerkałem, gdy odrywała się od okna, ale bardziej domyślałem się tych cudowności, gdy cichutko popiskiwała i wzdychała, jak dziecko, gdy zobaczy coś niezwykłego albo jak krecik z czeskiej bajki.

Zdrzemnęła się w końcu, odsłaniając mi widok na obłoki, rzeczywiście dość malownicze. Wyglądały jak rozlane mleko, które ktoś rozmazał szmatą, nową, więc słabo zbierająca wilgoć, a potem cisnął ją w dół, znużony porządkami. Może wiedział, że już nie warto?

Rozbolała mnie w końcu nienaturalnie wykręcona szyja, więc wróciłem do „Dziennika”. Na sto dziewięćdziesiątej drugiej stronie Gombrowicz znów zadawał sobie pytanie: czy wchodzę w końcowy okres, kiedy to żyje się wprawdzie, ale żyje tym, co umarło? Trzeszcząc trochę, kapitan ogłosił, że podchodzimy do lądowania, a pogoda na ziemi jest dobra, słonecznie, choć chłodno.

Data dodania: 19 września 2018

Rzeczywistość hejtuje pamięć. Daje się zapamiętać tylko jako obraz lub anegdota. Reszta opowieści jest wtórna, późniejsza, niedokładna, nawet wymyślona i równie dobrze mogłaby pozostać milczeniem. Nie wszystko musi przecież zostać zapisane.

Ale warto wciąż spisywać anegdoty, które Rita Gombrowicz opowiada o swoim mężu. Jej pamięć zmaga się z obrazem Gombrowicza od blisko pół wieku. Ile w tym obrazie jest Gombrowicza, a ile jej wyobrażenia o tym, jak obraz wielkiego pisarza Gombrowicza powinien wyglądać? Wszystko, co opowiadam, jest prawdą –  odrzekła stanowczo podczas jednej z dwóch rozmów, które miałem szczęście prowadzić z nią ostatnio. To prawda, tylko czyja?

Rozmawialiśmy dwukrotnie, w odstępie zaledwie trzech dni, musieliśmy wymyślić tematy na tyle różne, żeby nie zabić rozmowy powtórzeniami. Ale powtórzenia są nieuniknione, więc jak ona radzi sobie z odpowiedziami na powracające pytania, przez tyle lat? Jak oddziela to, co było, od tego co być mogło, ale jest dodane, z pamięci i wyobraźni? Pytałem, ale nie odpowiedziała jasno. W sumie – czy to najważniejsze?

Rozmawialiśmy w miejscach dla Gombrowicza nieoczywistych, w Radomiu i Zabrzu, przez kilkanaście dni opętanych literaturą. W Radomiu Wat, Lipski, opętani nimi interpretatorzy Adam Lipszyc i Józef Olejniczak, a także kanoniczne teksty literatury polskiej w historiozoficznej, oryginalnej interpretacji Zbigniewa Mikołejki. A potem jeszcze młodzi prozaicy w rozmowie z kapitułą Nagrody Gombrowicza, skierowanej w przyszłość. W Zabrzu dwie dziesiątki referatów o Gombrowiczu, Jerzy Jarzębski i Leon Neuger, obok nich kwiat gombrologii polskiej, letni jeszcze, nie jesienny, poetyczność konferencyjna.

Poeta życia, powiedział ktoś w którymś z referatów albo dyskusji, trzeba uporządkować notatki, chyba wraca czytanie dzieła razem z biografią, nie naiwne, ale pamiętające o życiopisaniu. Pisaniu sobą, lękami i obsesjami, bólem, rzadziej szczęściem, epifaniami. To dotyczy i Gombrowicza, i Wata, i Lipskiego, i romantyków błąkających się jak zwykle po marginesach, by wleźć w każdą opowieść.

Dobrze, że to prawie dwutygodniowe opętanie zostanie opublikowane, w rejestracjach audio, video, w książce. Zmęczona pamięć zapisała tylko fragmenty, zdania, konkluzje. I jeszcze to, że żadna z zasad Gombrowiczowskich nie obowiązywała – ani nie rósł trupem swoim w ustach tym, którzy mówili o nim w sposób zwyczajny oraz nudny, nie zawsze też okazywało się, że im mądrzej, tym głupiej. Bywało różnie.

Śląsk z bliska widziałem po raz trzeci w życiu, ostatnio przed ćwierćwieczem. Tamten wyjazd był równie literacki i intensywny: Josif Brodski czytający swoje wiersze w bombonierkowej sali katowickiego teatru, konferencja naukowa i goniący ją czas, sypiące się kamienice z kolorowymi witrażami i kaflami na śmierdzących opuszczeniem klatkach schodowych, niemieckie białe kruki w antykwariacie, a wśród nich Julian Klaczko, po polsku, szkice i rozprawy, które z upoważnienia autora tłomaczyli St. Tarnowski, J. Jabłonowski i Ant. Potocki i których trudu nie doceniłem właściwie, bo nigdy książki nie przeczytałem w całości, choć czasem wyciągam ją z półki. Papier prawie nie zżółkł ani nie wyblakł, opuszki palców bez trudu wyczuwają jego fakturę, regularną, ale nie gładką.

Teraz właściwie znów Śląsk oglądany w pośpiechu, nieśpiesznym, przystającym co i rusz. Tak oglądany wydaje się jak tutejsza gadka, chropowata i gęsta, niczym zabudowa miast i miasteczek nie kończących się za oknem, podzielonych jedynie zielonymi tablicami z nazwami oraz dykcją. Paniusia z nagranych komunikatów, kolej na postęp i nowoczesność, mówi zupełnie inaczej niż wyraźnie tutejszy kierownik pociągu, sól ziemi, konkret. Ona jest od proszenia o zwrócenie uwagi i zachowanie ostrożności, przymilnie i uspokajająco, głosem jak z radia, kulturalnego. On podaje to, co potrzebne, nazwy stacji i zgodność z rozkładem, szorstko, bez modulacji. Słychać, że mikrofon trzyma trochę za blisko ust, strzela zwarto-wybuchowymi, jak na przodku.

Słońce lekko wyprzedza pociąg, więc nie razi, choć praży, lato ledwo już dyszące, gorącym, nieświeżym powietrzem. Pszczoła odbija się od okna, przez które wyglądam, nieotwieralnego, bo klimatyzacja, choć w środku klimat duszny. Stacja Częstochowa, mówi on i zaraz ona, słodzi z głośnika, wydaje mi się jeszcze bardziej uduchowiona, ciepełko jak na polepie zimą. Nie udawajcie, że nie wiecie, co to polepa, że nie pamiętacie. My wszyscy z chłopów albo schłopiałej szlachty, my i nasze marzenia, o działce za miastem, do której można dojechać metrem, jak złośliwie powiada prof. Mikołejko. Kompleksy, lęki, świętości, nawet w tym bezszelestnym wagonie nowej generacji.

Prawie nikt już nie patrzy za okno, dziś wszyscy są w środku, wsobni, gapią się w ekrany fonów, smart i aj, waj. Nie podróżują, lecz przenoszą się ze swoim kokonem, to ich realny świat, więc jak może istnieć to, co niezauważone, za oknem? Faceta, który wsiada w Częstochowie, trudno jednak nie dostrzec albo przynajmniej nie poczuć. Niby pozory mylą, ale widać, że ani on święty, ani choćby jurodiwy. Brudnoszara twarz, siwiejący nierówno zarost, czarno za paznokciami, żałobnie. Oczy jak barwy narodowe, przekrwione mocno, ale na podkoszulku flaga Australii z zachętą, by do niej posurfować. Pijaczek odpływa, gapiąc się jak ja w okno, wzrokiem tak rozwodnionym, że może lunąć. Duchota.

Na szczęście znika na następnej stacji, w Radomsku, konduktor ma gołębie serce albo doświadczenie, nie będzie się szarpał, więc tylko deklasuje pasażera bez biletu do wagonu obok, będzie podróżował dalej, choć nawet nie wysilił się na jeden uśmiech. Wysiada dopiero w Warszawie, bez pośpiechu i bagażu. Szczegóły go nie interesują, najwyraźniej, teraz zauważam, że do koszulki ze spłowiałą flagą ubrał spodnie od garnituru, w kant,  dobrze zaprasowany wraz z lepszymi czasami.

Sądząc po dworcowym obejściu, bo kto by chciał tu wysiadać, Radomsko jest jak przestroga dla niecierpiących Radomia, może być gorzej. Stacje polskie to w ogóle osobny, wielki temat, ta też powtarza tradycyjną estetykę, liźniętą zaledwie unijną łaską. Budynek dworcowy, od frontu, jest jak twarz sypiącej się, bo niegdysiejszej piękności, pomalowana za grubo, naprędce, byle zaszpachlować zmarszczki i plamy. A po drugiej, tylnej stronie stacji jakiś mur, budynek bez okien jak wypięta na wszystkich dupa bezdomnego pijaka, ogacona poprzecieranymi warstwami brudnych spodni i bielizny, plamy golizny, łuszczącej się bez mydła.

I chaszcze, wszędzie, wybujałe tego roku szczególnie, jakby natura chciała nażyć się na zapas, dwa lata w jednym roku, chwasty sięgające do pasa, splątane jak niegolony tygodniami zarost, z niewyczesanymi kulkami usychających nasion. Gruz, piach, potłuczone szkło, foliowe torebki wydymające się i bez wiatru, gdzieniegdzie nigdy nie zasychające błoto i rozlany beton, ślady po ogniskach-śmietniskach, porzucone fragmenty mebli, spleśniałe materace i ubrania, styropian jak śnieg w szklanej kuli z pozytywką.

Pociąg rozpędzony na dobre zatrzymuje się coraz rzadziej, oczy zmęczone zielenią, podsycaną ostrym słońcem, wypatrują nowszej zabudowy, niepodległej jeszcze renaturalizacji. Bliżej Warszawy trawniki przystrzyżone jak owce albo łysina account menagera, nowe domy, już nie klockowate bunkry albo gargantuiczne pałace Gargamela, choć wciąż w modzie dworkowe kolumienki, nawet gdy placu dokoła nie wystarczyłoby nawet na jeden biedaszlachecki zagon. Albośmy to jacy tacy?

Nowy, jeszcze unijny wiadukt, żółty, czerwony, ale i szary, surowy beton ciągle w modzie. Wysprejowane na nim wyznanie jak wyzwanie: KOCHAM OLA!, utkwiło w pamięci domagając się interpretacji. No bo kto kocha? On kocha, czy raczej ona? Ją kocha czy też jego, on ją, ona jego? A może on kocha jego, a Ola kocha w ogóle, bez wyjątków w deklinacji i koniugacji?

To trochę o tym były te opętańcze dwa tygodnie, trochę o tym jest literatura. Nie o miłości, lecz o gramatyce. Gramatyce miłości, bólu, strachu i olśnienia, i paru innych mniej lub bardziej ważnych rzeczy, składających się na życie i pisanie. Życiopisanie.

Data dodania: 30 sierpnia 2018
                                                Teraz jestem na plaży, wśród ciał i piszę leżąc. Zastanawiam się…
                                                                                Witold Gombrowicz: Dziennik, 1958

 

Powiem bez fałszywej skromności: dobrze wiem, ile waży literatura. Przekonuję się o tym przynajmniej raz w roku, wyjeżdżając na urlop, pociągiem, nie samochodem. Wtedy zabieram do walizy sporo książek, zwykle za dużo, bo część spoczywa w niej do odjazdu, drukowana nadwaga. Ale nie znaczy to, że czytam mniej niż planowałem. Ulegam bowiem magii obskurnych i dusznych namiotów z przecenionymi książkami i w drodze powrotnej dźwigam jeszcze kilka dodatkowych tomów. Nieznośna lekkość lata.

 

1.

W tym roku przywiozłem z wakacji kilku Czechów, ich literaturę raczej niespecjalnie cenię, pewnie dlatego, że i słabo znam. Wiadomo, Hrabal, Skvorecky, Havel i niewiele więcej. Kiedy Agora wydawała przed kilku laty czeską serię literacko-filmową, nie kupiłem żadnej z książek, bo polecał je Mariusz Szczygieł, a ja jakoś nie ufam ludziom bezgranicznie zakochanym, gdy opowiadają o obiekcie swych uczuć. Na dodatek wciąż pamiętam Szczygła „lądującego na dachu Polsatu” i pewnie dlatego mam wrażenie, że jego Czechy są krajem i kulturą z populistycznego tokszoła. Pewnie jestem uprzedzony.

Dystans do świata i fatalistyczne poczucie humoru, który tak u Czechów ceni znany reportażysta, rzeczywiście uwodzą przy lekturze, nawet „Palacza zwłok”, którego – wstyd przyznać – poznałem dopiero w tym roku, na bałtyckiej plaży. Ta i inne przeczytane teraz książki czeskich pisarzy powtarzają ponure prawdy o ludzkiej naturze, o których nie sposób zapomnieć po okrutnym XX wieku. Ale te przygnębiające myśli podane są z jakimś fatalistycznym spokojem, rezygnacją, pogodzeniem, które wydały mi się po prostu ciepłe. Nomen omen, bo nie można wykluczyć, że na moje odczucia miały wpływ okoliczności przyrody.

Zmroził mnie natomiast przedśmiertny dziennik Imre Kertesza, wbrew plażowym epifaniom wciągnął i nie chciał wypuścić, splot oksymoroniczny: totalny pesymizm, depresja oraz słońce palące nawet przez koszulę, a zaraz obok wiatr i fale przynoszące ulgę.

 
2.

W „Ostatniej gospodzie” Kertesz nie ma złudzeń, jego świat jest chory, fizycznie i społecznie. Wobec obu chorób jesteśmy bezradni, bo przekraczają ludzki wymiar. „Choroba nie ma nic wspólnego z naszymi poglądami na jej temat – choroba ostatecznie nie ma z nami nic wspólnego, najwyżej nas zabije. Nie ma nic wspólnego z nasza moralnością, światopoglądem, nie ma związku z naszymi cnotami czy grzechami. Komórki są ślepe i władają nami w absurdalny sposób. Dlatego nie powinniśmy życia traktować zbyt poważnie” – zapisuje po zdiagnozowaniu raka u ukochanej osoby.

Choroba toczy też Europę, całą, mimo różnorodności, i tę stara, i młodszą, jak Węgry (czy Polska). Trudno powstrzymać się od cytowania, nie dlatego, że Kertesz jest jakoś szczególnie oryginalny (choć oczywiste dziś dla nas diagnozy stawiał kilka, kilkanaście lat temu), lecz dlatego, że mówi wprost, lakonicznie, ze spokojem człowieka minionego.

Na przykład po lekturze korespondencji Miłosza i Venclowy zapisuje: „zwykło się obwiniać tak zwaną historię, jakby była emanacją boskiej siły, potęga obca człowiekowi, pożerająca go, przy tym wiadomo, że czas już minął. I nie dlatego minął, że przychodzi nowa era. Czas zwykł mijać, ponieważ go nie wykorzystano. Nic już nie zostało z kultury wschodnich narodów, na ich miejsce wkroczył nikczemny nacjonalizm. Ten nacjonalizm jest jak reakcja obronna organizmu (powiedzmy: wysoka gorączka), która zapominając o swoim pierwotnym przeznaczeniu, zabija człowieka.”

Można jaśniej? Można: „Dobiegł kresu ocaleńczy sentymentalizm oraz powojenny seksualny, filozoficzny i temperamentny liberalizm: znowu nadchodzi era „męskości”, brutalny konformizm, może nawet wojna. Przede wszystkim faszyzm (czy jak go tam zwą).”

Wszyscy jesteśmy winni: „To, jak dzisiaj obchodzimy się z demokracją, ma niewiele wspólnego z res publicą; nazwałbym to raczej demokracją wolnorynkową. Przy odrobinie samodyscypliny jest to całkiem przyjemna forma egzystencji, ale niedługo nadejdzie jej kres, gdyż bezwstydnie zmierza do centralizacji władzy i pieniędzy. To będzie koniec samodyscypliny i dostatku. Czy nie czeka nas jakaś dyskretna forma faszyzmu, okraszona odrobiną biologii i pozbawiająca wolności w postaci relatywnie wysokiego dobrobytu?”

I dalej: „Warte uwagi: Hitler był fenomenem całkowicie anachronicznym (jego żałosny <system idei> stanowił wytwór XIX wieku), ale to, co stworzył: Auschwitz, jest bodaj najwierniejszym wyrazem nowoczesności.” Zimny dreszcz, choć upał. Na wakacjach programowo ogłuchłem na politykę i polityków. Po wakacjach (i Kerteszu) ochota, by ich słuchać, nie wróciła.

 

3.

Zapiski z „Ostatniej oberży” to jednak przede wszystkim historia osobista, jakże podobna do historii „starego” Gombrowicza. To samo przerażenie starością i śmiertelny chłód. Także w relacjach z rodakami. Kertesz o Węgrzech i Węgrach: „tutaj bezdomnym jest każdy, kto głosi współczesną prawdę, mówiąc współczesnym językiem. Ten kraj popadł w tak wielkie tarapaty, że tylko kłamstwa mogą przynieść mu ukojenie.” To mógłby napisać Gombrowicz o jemu współczesnych Polakach i Polsce. Właściwie to – innymi słowami – napisał.

Przydarzyły się im nawet podobne historie z – symbolicznymi – walizkami. „Według głupiego, oszczerczego artykułu miałem powiedzieć jednej z holenderskich gazet, że <nie żyję tutaj z przekonania, a moja walizka jest zawsze spakowana>” – notuje Kertesz medialną nagonkę socjalnacjonalistów. Emigracja, stypendium, wywiad na walizkach – pamiętacie: Berlin, Swinarska, publikacje w polskiej prasie zmanipulowanych wypowiedzi? Z losu zmieszczonego w jednej walizce i niechęci do stadnych utożsamień Gombrowicz tłumaczy się do dziś. Zaś walizka stoi u nas, w muzeum.

„Tutaj człowiek rodzi się w wirze historii i albo zostaje przy życiu, albo nie. Nie może tu być mowy o przekonaniu”. To Kertesz o swoim kraju, swojej części Europy. „Wiedzcie, że ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem siły na myśl, że ojczyzną waszą wy sami jesteście! (…)Czyż kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej, niż w sobie?” To Gombrowicz. Kertesz po węgiersku pisał w Monarchii, Gombrowicz po polsku w JA. Geograficzne współrzędne były i są tylko przypadkowym kontekstem.

 

4.

Ci dwaj, i wielu innych, byli obcy wśród swoich. Nie dlatego, że emigrowali, zewnętrznie czy wewnętrznie. Granica była gdzie indziej, w nich, w ich relacjach z narodem, społeczeństwem, publicznością. O takiej swojskości i obcości, o ich czarach i kosztach będziemy rozmawiać podczas rozpoczynającego się wraz z wrześniem festiwalu literackiego. W tym roku zatytułowaliśmy go SWOI OBCY, a za inspirację i motto przyjęliśmy fragment z „Dziennika”:

„Zanurzony w falującym tłumie, czułem się nieco jak marynarze Odyssa: ileż syren kuszących w tych twarzach przyjaznych i garnących się do mnie, idących mi na spotkanie! Nie byłoby może trudne rzucić się tym ludziom na szyję, powiedzieć: jestem wasz i zawsze wasz byłem. Ale – ostrożnie! Nie daj się przekupić sympatią! Nie pozwól aby cię roztopiły mdłe sentymentalizmy i słodkawe porozumienie z masą, w którym tyle utonęło polskiej literatury. Bądź zawsze obcy! Bądź niechętny, nieufny, trzeźwy, ostry i egzotyczny. Trzymaj się, chłopcze! Nie daj się swoim oswoić, przyswoić! Twoje miejsce nie jest wśród nich, ale poza nimi, jesteś jak sznur, zwany przez dzieci skakanką – wyrzuca się go przed siebie aby przeskoczyć.”

W ostatnim dniu festiwalu wręczymy nagrodę debiutantowi. Jeśli będzie chciał w historii literatury pozostać, pójdzie drogą Gombrowicza i Kertesza. Odważnie i samotnie, ale innej drogi chyba nie ma.

Data dodania: 27 lipca 2018

Morze może wiele. Zaszumieć w głowie, wejść w nogi, rozbujać krok i język. Zmusić do gimnastyki językowej, gdy próbujemy o nim pisać, wszystko jedno, czy chcemy być sarkastyczni, czy też sentymentalni, czy ochlapujemy opowieść lodowatą groteską, czy zalewamy ją słonawą falą czułości. Morze wiele może.

1.

Morze może być opowiedziane tak: upalna plaża, piasek wyschnięty na popiół, ledwo przestudzony. Jakby się uwzięli, wszyscy idą brzegiem, nogi chłodząc w wodzie, wpadając na siebie, nikt nie chce ustąpić, by nie zamoczyć plażowej bielizny. Drepczą pospiesznie, przecież trzeba się nachodzić za cały rok, nie wyrok, słono opłacony spacerniak. Spocony balet oglądany bezkarnie zza ciemnych okularów, pokraczny, potykający się w grajdołach wykopanych dla ochłody albo osłony, wpadający w fosy zamków z piasku rozdeptywanych z przekleństwem.

Co chwilę uskakują przed większymi falami, niezgrabnie, stawy i mięśnie dawno zwyrodniały w dorosłość. Ale wydaje im się, że wciąż poruszają się z gracją, rozkołysani krokiem niemal tanecznym. Przebierańcy i ekshibicjoniści: od dawna za małe kostiumy, za duże figury, pokręcone sylwetki, pamiętające lepsze, bo prostsze, czasy.

Mięśnie napompowane, już tylko ego, nie testosteronem, jak dziurawy materac do pływania, sflaczałe, niezdolne utrzymać się na  powierzchni. Kobiece uda usiane zgasłymi kraterami, dawno nie zwiedzanymi. Piersi po kolejnych ciążach ciążące naturalnie, ku ziemi, ostateczny dowód na  prawo grawitacji, przeklęty niech będzie Newton.

Na ich tle młodość, lanserska, pusząca się, bo jeszcze niepuszysta. Szkieletory, rzeźbione na siłce, na siłę, jednowymiarowe wieszaki odziane w skórę i anorektyczne kostiumy, odsłaniające nie co nieco, ale całkiem co, jakby miały. Defilują żwawo, energiczne, szastające spojrzeniami na lewo i prawo, niczym mewy na wieczornym piasku w poszukiwaniu resztek dnia. Samotne, czasem obok facetów, już odkładających tłuszcz na emeryturę, z tatuażami rozmazanymi suplementami i sterydami.

A wokół szum, wcale nie morza. Dziecięcy chór bez dyrygenta, bachory rozdarte, szkoda, że metaforycznie. Sapiące samce pociągowe zaprzęgnięte do grzęznących w piasku wózków, objuczone nomadycznym dobytkiem, służącym rodzinnej trzódce do wygrodzenia kawałka piachu o powierzchni jednorodzinnego grobowca i osłonięcia go wzorzystym sarkofagiem, żeby za szybko nie przeleciał piaskiem przez palce.

Wspólnota znów pierwotna, sklejona potem, namaszczona olejkami, z filtrem (dzięki za ogień, już nie palę), mości się gderliwie na swoim: leżaki, maty, piwo zakopane po szyjkę, kanapka, łopatka, wiaderko z wodą, pisk.

Oparawaniające teren samce mogą być rozdrażnione i agresywne, gdy chronią stado przed obcymi, rozkładającymi się jak zwykle za blisko, na oddech, nieświeży w tym skwarze. Wiadomo, wspólnota bez granic nie istnieje. I bez obcych, którzy przecież są wszędzie, przybywają z lądu i morza, gdy tylko uśpieni słońcem stracimy czujność.

Zwykle odchodzimy daleko, nadkładając piaszczystej drogi, dla spokoju. Ale dla ludzi-rzepów jesteśmy jak latarnia morska. Ci z zeszłego roku rozbijali się codziennie tak samo, ci sami: trzy metry od nas, gdziekolwiek nie przysiedliśmy. On, wysoki, szczupły, siwawy, krótko obcięty. Pewnie spóźniony ojciec, ale przedwczesny emeryt, wojskowy, sierżant, najwyżej chorąży, to jakoś widać, da się poznać, po czymś nieokreślonym.

Ona smaży się nieruchomo, z boku na bok, dietetyczna frytka, jeszcze nie napuchła od żaru i tłuszczu. On pilnuje chłopców, wymyślił zabawę: okłada ich mokrym ogniem z plastikowego karabinu, aż w końcu mają dość, chowają się za nas, padają w piasek, krzycząc już naprawdę, prawie naprawdę, jeśli pamięta się taki krzyk.

Wtedy przerywa wodną kanonadę, zauważając nasze istnienie. Patrzy z jakimś niesmakiem, na książki w naszych rękach, na parasol zasłaniający boskie słońce. Tak, wiemy, zupełnie nie zabawni, nadajemy się tylko na żywą barykadę, cholerni pacyfiści, balast w wojnie o pokój. Wielbiciele oksymoronów, sami obcy.

2.

Morze może jednak być opowiedziane inaczej, historią, na tyle ładną i wzruszającą, że dostąpiła internetu. To opowiastka znad innego akwenu, cieplejszego, więc i ona ciepła, podawana niemal sauté, w zalewie informacji lekkostrawnych, jak ta obok, zatytułowana: wiemy ile kosztowała sukienka Lewandowskiej.

Giorgio Moffa, restaurator z małego włoskiego miasteczka, wrzucił do sieci zdjęcie starego mężczyzny, siedzącego na betonowym nabrzeżu i patrzącego w pomarszczone lekko (a jakże!) lazurowe (oczywiście!) morze. Mężczyzna jest ubrany nieco niedbale: szorty, skarpetki i sandały, różowawy podkoszulek na ramiączka, spod którego wystaje drugi, w kolorze bieliźnianym. Obrazek na pewno nie nadający się do wakacyjnych numerów stajlowych magazynów dla mężczyzn.

Obok siedzącego jakiś przedmiot, oparte na nóżce lusterko? ramka na zdjęcie? To rzeczywiście fotografia, czytamy, odwrócone w stronę morza zdjęcie żony, zmarłej przed siedmiu laty. Kiedyś przychodzili w to miejsce razem, dwie połowy, dwa lustrzane odbicia, dryfujące w nieuchronną samotność, która przypadła jemu.

Restaurator nie zna staruszka, ale pisze o nim: to wspaniała osoba, bo widział, jak płacze z tęsknoty. „Myślę, że takich ludzi już nie ma. Ściskam cię mocno, drogi przyjacielu, jesteś wspaniałym człowiekiem” – wyznaje pod zdjęciem wrzuconym na społecznościowy portal. I podawanym dalej przez tysiące.

Nowoczesny styl, w jakim jesteśmy wytresowani, kocha takie emocje, ale jest też podejrzliwy. Od razu podrzuca pytanie: to czemu ten zachwycony podglądacz nie zaprosi samotnego staruszka na kawę i zamiast lajkować nie powie mu wprost, jak bardzo go podziwia, nie wesprze w jakiś inny sposób? Czemu nie przerwie jego samotności?

A czy powinien? Owszem, uspołecznieni już tylko wirtualnie, klikający, lajkujący, utłitowani po czubki włosów, jesteśmy zupełnie osobni i tę osobność zagadujemy w wirtualnym świecie, na śmierć, bo już nie potrafimy być samotni. Lecz przecież samotność to nie zawsze ból. Wypełnia ją melancholia, rozpacz, czasem żałoba, ale także dobre wspomnienia, myśli, słowa, które nie przemijają. Samotność to stan szczególnego skupienia, szczególnie w wieku, gdy już tak wiele za człowiekiem i gdy tak wiele fragmentów przeszłości wyrzuca wraz ze słowami słabnąca pamięć.

Samotność musi więc czasami być naprawdę samotna, bo bywają jeszcze łzy nie na pokaz, nie domagające się selfie. Włoski restaurator z Gaetty pewnie to ma na myśli, gdy pisze, że nie ma już takich ludzi. Może więc z rozmysłem, z niemodną dziś dyskrecją, nie przerywa samotności staruszka w różowym podkoszulku. Dając opowiastce dobrą puentę.

3.

Nareszcie, za kilka dni i my pojedziemy nad morze. Z której tym razem będzie opowieści? Pewnie jak zwykle, trochę z jednej, a trochę z drugiej. Ważne, że będzie nasze, tylko nasze, jak nasze będzie te kilkanaście dni, spokojnych i długich.

Nawet sierpniowe słońce ich nie zmorzy, po zmierzch, gdy czerwone ze zmęczenia spłynie do zatoki, rozmieniając się na połyskujące cekiny.

Reszty nie trzeba.

Data dodania: 9 lipca 2018

Wracałem nie mając pojęcia, że już czai się gdzieś, w moim pobliżu,
pies okropny, chwytający za gardło, przypierający do muru…

 (Witold Gombrowicz, Dziennik 1958)

 

Wrócił upał, więc podwórkowe gołębie ogłupiały bardziej niż zwykle. A i tak podobno mają mózg mniejszy niż oko. Tak mówią ci, którzy miejskich gołębi nie cierpią. Nazywają je szczurami ze skrzydłami i jest ich większość.

Więc upał i od razu dwa placki z krwi i pierza na uliczce za oknem. Jeden z rozjechanych ptaków wygląda tak, jakby koła samochodu przyłapały go, gdy rozkładał skrzydła do lotu. Nie zdążył, a teraz zadowolona sroka, połyskująca pogrzebową czernią, rozdziobuje to, co pomiędzy rozłożonymi skrzydłami, gołębie truchło, którego nikt nie sprząta przez kilka dni.

Stara kobieta znów karmi ptaki zmielonym suchym chlebem. Wyciąga foliowy worek z okruchami z wózka na zakupy i rozsypuje żółtawy proszek przy ścianie śmietnika. Ubrana w przypadkową elegancję z grzebalnika, handlującego zawartością opróżnianych na zawsze szaf, głowę trzyma wysoko, sztywno, aż nienaturalnie. Wygląda dostojnie jak stara czarodziejka sypiąca kosmiczny pył na brudny chodnik, ale to nie dostojeństwo ani czar, nie, musi uważać, by nie zsunęła się jej peruka. Tania, źle zrobiona, więc oczywista. Przykrywa nią zbyt rzadkie włosy, z drugiego piętra widziałem od dawna, jak rośnie jej plackowata łysina.

To moje okno, wysoko, ale nie na tyle, by rozmazywały się szczegóły, to świetny punkt obserwacyjny. Widok na śmietnik nie przeszkadza, przeciwnie, śmietnik to miejsce, którego nikt nie może pomijać, każdy pojawi się w nim wcześniej czy później. Nikt nie umknie mojemu patrzeniu.

Śmietnik wygląda schludnie, przynajmniej od zewnątrz, w części zbudowanej z brązowej cegły, przykrytej falistym, zielonym dachem. Jest jednak za mały, ciągle za mały, za każdą zmianą prawa narzucającego przebieranie w śmieciach. Wygląda naprawdę imponująco, jeśli przypomnieć sobie te kilka wysokich blaszanych kubłów, które nam, okolicznym, wystarczały zanim nadszedł kapitalizm. Teraz śmietnik rozpycha się jak brzuch w za ciasnych spodniach faceta, którego stać wreszcie na czeskie piwo.

***

Może to właśnie widoku z okna nie mogła znieść poprzednia lokatorka mieszkania, które nasze stało się pod koniec komuny. Zamieniliśmy się, towarowy obrót pierwotny, T. poszła do mniejszego, na nowszym, gierkowskim osiedlu. Tam pokój z kuchnią, tu trzy gomułkowskie klitki, w sumie niewiele większe. Ale w peerelu to liczba pokoi była oznaką statusu, miejsca w hierarchii, szczebla w karierze. Gdy się przeprowadzaliśmy, traciło to już znaczenie, ustrój stawał się miniony, słusznie.

Zanim uwiądł, zdążył jeszcze zabawić się życiem T., wynosząc ją na szczyt, by zaraz strącić na śmietnik, metaforyczny, historii. Została członkiem komitetu centralnego partii rządzącej, funkcja dekoracyjna, z rozdzielnika, może pasowała im w tej kadencji szwaczka w wieku po Balzaku, z wykształceniem średnim i to bardzo, skórzanym, ale z wystarczająco wielokrotnie ostemplowaną legitymacją partyjną.

Rządzili inni, ale członkowie KC mieli wiele przywilejów, ważnych, bo codziennych, większe kartki na mięso, większe mieszkania, przydziały na fiata dużego, a nie małego. I jeszcze ta waga osoby, osobista powaga z urzędu, znani towarzysze ściskający dłoń, siedzący na stołówce w domu partii trzy stoły dalej. A we własnym domu podniecająca zawiść sąsiadów, czerwone od gadania baby przed klatką, w poliestrowych kwiaciastych fartuchach. Ich łypiące naszepty.

Gdy przestała być ważna, ta zawiść, teraz już radosna, nie dawała jej żyć. Przestała przed końcem kadencji, za co, różnie o tym mówiono, że nie za kołnierz i takie tam, bardziej zresztą szeptano niż mówiono. Nagle mieszkanie stało się za duże, całe dnie nie wychodziła, obijała się od okna do okna, na przestrzał, zatrzymywała nagle w półkroku, nie czując przeciągu, niosącego smród od strony śmietnika, opróżnianego za rzadko.

Pocieszała się, jak mogła, wciąż miała wielu towarzyszy, innych już, bez legitymacji, ale wierniejszych, bo sprzedawała naprawdę tanio. Jeszcze kilka lat po zamianie mieszkania i ustroju, szukali jej towarzystwa. Pukali po nocy do już naszych drzwi, konspiracyjnym rytmem: słonina, rąbanka, bimbru szklanka. Skacowana wyliczanka, po ka-ce.

***

To właściwie mogłaby być ona, gdyby jeszcze żyła, ta stara kobieta z brudnym ptactwem u nóg. Święta gołębiara, z gównianą winą wobec świata. Gadająca do tych swoich gołębi, skaczących sobie po łbach, byle wcisnąć się bliżej okruchów, jak do bliskich, czule, mamrotliwie. Może przeklinając pod nosem nauczyciela z sąsiedniego bloku, po godzinach weselnego grajka, z którym pokłóciła się wczoraj, na wyzwiska. Siwy, ale niestary jeszcze, mógłby być jej synem, może, ale przecież ona ma, miała dzieci.

Nie tylko jego denerwuje biały od ptasich odchodów chodnik przed śmietnikiem, upstrzony odpadkami, porzuconymi przez ludzi albo wywleczonymi z pojemników przez ptaki i wiatr, a tu jeszcze to stare babsko przyzwyczaja zasrańce do karmienia, zlatują się z całego osiedla, wnuczki niech karmi albo chłopa, jak ma, wariatka.

Dudniło między blokami, nie przebierała w słowach, on odgryzał się, ale odchodząc, na wszelki wypadek, wariatka, chamisko, lecz się, spieprzaj dziadu. Poszła w końcu, on jednak wcześniej, machnąwszy ręką. Szczupły, wyprostowany, schludny do kantu. Rozglądał się po oknach, w których falowały firanki potrącane oddechem i niezgrabną ręką staruszków, jakby szukał poparcia. Zaskoczyło go, że tak wiele okien jest gołych i martwych.

To pewnie on na ścianie śmietnika przy gołębim paśniku powiesił w końcu kartkę, obwieszczenie z domowej drukarki, a w nim paragrafy: kto niszczy lub zanieczyszcza, podlega karze do wysokości albo, zabrania się, służby powiadomione zostaną, stosowne. Może się i przestraszyła, bo przestała przychodzić.

Gołębie zostały. Czekały, wciąż jeszcze zwabiał je jeszcze stukot wózka na zakupy, tłukącego się po nierównej kostce. Taki wózek, kawałek brezentu na metalowym stelażu zawiązany u góry na kokardkę albo ściśnięty troczkami z plastikową kulką na końcu, ma tu prawie każdy emeryt, nie tylko święta gołębiara. Gdy wychodzą po zakupy, wyglądają jak właściciele starych leniwych psów, zmuszający je do spaceru, powolnego, przy nodze.

***

Żeby ich upolować, zatrzymać w kadrze okna, darmowe bezkrwawe safari między ciasno ustawionymi blokami, trzeba wstać o świcie, bo wychodzą zanim słońce zatka aorty rozpaloną złocistą lawą, zanim pęcherzyki płucne zasypie drobnym przezroczystym piaskiem tak, że w końcu ołowiane nogi utkną w miejscu, jak kiedyś ołowiane żołnierzyki, które nie potrafiły maszerować bez pomocy ręki wprawiającej je w ruch, dzielącej się życiem.

Turkotali tymi wózkami cicho, za cicho, by zbudzić tych, co mogli jeszcze pospać. Dla muszących czuwać ten turkot był jak pobudka. Kiedyś, po innym turkocie można było nawet rozpoznawać dni tygodnia. Tamten był  głośniejszy, bo po betonowej kostce ciągnięto walizki, na twardych, kręcących się we wszystkie strony kółkach. Brzmiały jak werble, zbliżające się do okien i drzwi klatek schodowych, już wtedy zakodowanych dla obrony przed obcymi. Werble mijały blok pospiesznie, bojowa muzyka oddalała się, cichła, potem nadciągali następni. Ale to nie był szturm, lecz odwrót.

Kroki żwawe, pospieszne, choć walizki ciężkie, wyjeżdżali młodzi, na studia, do pracy. Wracali w piątkowe wieczory, coraz rzadziej i wolniej. Czekający na nich starzeli się od tego czekania, tygodnie spędzali byle jak, byle szybciej, jak bimber na sprzedaż w melinie. Piątkowy turkot brzmiał im jak marsz zwycięstwa, piękna osiedlowa oda do radości. Dostawca kostki, po której turkotały walizki, reklamował się hasłem: piękno zaklęte w betonie. Wątpliwe jednak, by miał na myśli te dwa dni wyrwane samotności.

Zaklęcia i modlitwy przestawały w końcu działać, powroty stawały się nieregularne, coraz rzadsze, o coraz dziwniejszych godzinach, po nocy lub świtem, szarym, wymęczonym. Rytm powrotów dyktowały tanie linie, wykreślające drogi do lepszego świata. Młodzi wyjeżdżali na stałe, które najpierw nazywało się kilka lat, do dorobienia, ale zawsze dorobić się można więcej, tylko potrzeba czasu, więc nie starczało go już na odwiedziny.

Zresztą podróże wcale nie kształcą, to bzdura, drogę do domu zna każdy głupi, zaś powroty kosztują. Nawet tanimi samolotami, które wylatują i przylatują wtedy, gdy zadomowieni w lepszym świecie śpią, odpoczywając po kolejnym dniu, który wpłynął na konto.

Wracali już tylko na święta, wyjeżdżali po paru dniach, czasem później – bo tani lekarz, tani alkohol, duża rodzina. O powrocie na stałe już nie mówili, wszystko jedno: z Austrii czy Australii, w głowie jednakowo daleko. Dusili się tu, w za ciasnych mieszkankach, za ciasnych świątecznych garniturach i tematach przy stole: schowaj, mamo, ten talerz, przecież i tak nikt nie przyjdzie, nie ma gdzie rozłożyć suwenirów, zdjęcia pokazać, filmik.

Potem nad wszystkim zapanował Internet, więc nie wracali nawet na święta, skajpowali się co tydzień, dwa, potem nie było już o czym gadać: rosną, tak, rosną, dzieci, konta, domy. Starzy prostowali się przed komputerem, zakładali bluzkę do wyjścia, choć nigdzie się nie wybierali, niedzielną koszulę, choć dzień był powszedni jak wszystkie. Sztywnieli, milkli, trudno tak mówić do obrazu, jak dziad. Ale słuchali, zawzięci, by jak najwięcej spamiętać. Nazajutrz turkotało mniej, wózki cierpliwie czekały na spacer, oparte o ścianę bloku, obok właścicieli, którzy napotkanym znajomym przekazywali wieści, świeże, choć już wczorajsze.

Turkot wyprowadzanych wózków cichł jednak nie tylko dlatego, że stali i gadali, bez końca. To tak się tylko mówi, bez końca, wszystko się kiedyś kończy, każda opowieść. Cichło więc dokoła, bo w końcu odchodzili, też po cichu, w szpitalach, hospicjach, na peryferiach. Czasem ktoś zdążył przylecieć, przytrzymać rękę, zamknąć powieki. Albo chociaż zadzwonić, najczęściej głuchym już telefonem: nie odchodź, kocham, przyjadę, będę, częściej, pomidor.

***

W końcu rzuciłem palenie, bo zdrowie, więc rzadziej wyglądałem za okno. Tym wyraźniej jednak widziałem, jak przed śmietnikiem przybywa mebli, wynoszonych z domów umarłych, i worków z nieznośnie staromodnymi ciuchami, prutymi lub zaszywanymi co roku, rzadziej z papierami, zdjęciami, książkami. Najrzadziej na śmietnik trafiały obrazy, święte z reguły.

Te kłopotliwe resztki biografii chyba jednak gdzieś wywożono, może palono, choć przecież nie były bardziej intymne niż kanapy pobrudzone wydzielinami, tymi dającymi życie, przemieniającymi w nie materię, i tymi kończącymi odchodzenie rozpisane na wiele dni, zwyrodnień, jaskr wbrew nazwie zaciemniających świat, miażdżyc zgniatających pamięć aż po najdroższe wspomnienia, teraz płacone bólem.

Rozkręcała się na dobre, czy na pewno?, wymiana, nie tylko mebli, ale i okien, drzwi, tapet tłumiących kiedyś odgłosy i samych odgłosów. Nowi lokatorzy wydawali nowe, głośni, warczący w jakimś dziwnym dialekcie, który nawet wśród ciszy nocnej nie przypominał polszczyzny. Wracali pewni swego, falą, trochę dorobieni, a trochę nie, trochę więc jakby nie wyjeżdżali. Zasiedlali sąsiedzkie mieszkania, coraz bardziej opuszczone, z lokatorów i z ceny.

Całymi tygodniami słychać było teraz, jak stukotem tłuczonej terakoty, piskiem wierteł i zgrzytem szlifierek czynią sobie poddanym raj przywrócony. Kurwy z otwartych okien latały w powietrzu głośne jak wrony i bardziej uparte od gołębi, w pojemniku z metalowej siatki odbijały słońce puszki po piwie o nieznanych tu markach. W końcu jednak wszystko wracało do powszedniości, deszcz i upały odkrywały dalej ciepły jeszcze styropian na ścianach bloków, samochody od dawna nie mające  gdzie się podziać rozjeżdżały już rozjeżdżone trawniki. Tylko bluzgi i ptaki nie cichły, strasząc się nawzajem.

***

A ona jednak się nie przestraszyła, wróciła w kolejny duszny dzień, patrząc hardo na boki. Wymęczone upałem gołębie zlatywały się wolniej, spokojniejsze, nawet nie próbowały walczyć z kawkami i sroką. Siwy choć niestary nauczyciel pewnie pojechał na wakacje, od paru dni nie widać jego wymuskanego samochodu. Przechodząca koło śmietnika sąsiadka spod siódemki może by się i odezwała, ale nie ma już sił na kłótnie z gołębiarą, zgarbiona coraz mocniej, w drodze do kościoła, dwa razy dziennie. Nikt jej już nie odwiedza, żadna z córek, z Austrii czy Australii, żadna różnica. Ubiera się tylko na czarno, jakby już nie na dzieci czekała.

Lunęło w końcu, nareszcie, pod wieczór, wicher, pewnie oberwała się chmura, coraz gorzej mocują je na wysokościach. Spłukało odchody i plamy po ptakach. Ludzie chowali się pod balkonami, na które wybiegali inni, chować pranie, pościel, pelargonie w plastikowych skrzynkach. Zatrzaskiwanie drzwi, zasuwanie firanek, ruch za nimi spływający po szybach wraz ze strugami wody.

W moje okno uderzył ptak, przerażony albo za słaby na wiatr. Na szybie  pozostawił mokry, tłusty ślad, kreska szeroko rozłożonych skrzydeł, nieregularny owal łebka, skręconego uderzeniem. Dobrze, że nie mieszkam na parterze, któraś z sąsiadek mogłaby w przekrzywionym śladzie na szybie dostrzec znak świętej gołębicy.

Trzeba to będzie umyć, bo wygląda jak tamte okna, których nikt nie zamyka nawet w deszcz, bo i od dawna nikt ich nie otwiera. Nieruchome i mokre, przypominają niezbyt ostre fotografie, ledwo co wyjęte z pojemnika z utrwalaczem. Może gdy wyschną, okaże się, że zapisały twarze odchodzących po cichu. Albo cień czarnego psa.

Odchodzących jest teraz więcej niż tych nowych, głośnych. Czernieją więc niezasunięte do końca firanki i złuszczone futryny, słońce nie potrafi przebić się przez szyby ściemniałe od kurzu. Opustoszałe wnętrza wsysa zaduch. W języku urzędników nazywa się je pustostanami.

Ci, co jeszcze zostali, wychodzą coraz rzadziej. Boją się już i słońca, i zmroku. Między blokami snuje się ciemna, gęstniejąca pustka, o której lepiej milczeć, może przytrafić się każdemu.

 

Data dodania: 27 czerwca 2018

A balonik pękł, dowcipkuje, kto żyw na tyle, by dziecinny wierszyk o nadętym balonie pamiętać. Klęska za klęską. Klęskaniem mając obrzękłe prawice, lud na trybunach wołał o czyny. Daremnie, więc w końcu – jak pisał wieszcz inny – gwizd, wycie, wściekłość niewiarygodna wytrysła zewsząd.

Dmuchali w ten balonik wszyscy, od najbardziej łysego kibola po prezydenta Najjaśniejszej, który piłkarzy odwiedzał po meczach, przed prysznicem, w przepoconej szatni. Okowita narodowej megalomanii ma konsystencję raczej eteryczną, duchową, więc też dmuchanie w balonik upojenia naszego wielkością domniemaną nie wykazywało. Jazda trwała w najlepsze.

W Rosji – czy to aby przypadek, że tam właśnie? – polskim piłkarzom nie pomógł ani VAR, ani DAR. VAR to dodatkowy arbiter wspomagany elektroniką, który może przywracać sprawiedliwość, gdy pomyli się sędzia boiskowy. Zajmuje się on jednak szczegółami, a nasza reprezentacja w meczach z Senegalem i Kolumbią była jedną wielką pomyłką.

DAR jest wynalazkiem mniej znanym na świecie, bo polskim. Nawiązuje do odwiecznego przekonania narodowego, że jak już wszyscy nas pobiją i opuszczą, to przynajmniej Pan Bóg będzie po naszej stronie. DAR (Duchową Adopcję Reprezentanta) wymyślił jeden z katolickich portali w wieszczym przekonaniu, że naszym orłom pozostanie w końcu jedynie modlitwa. Każdy wierzący mógł więc wylosować sobie piłkarza i modlić się o łaskę dla tak zaadoptowanego. Ach, biedne sierotki nasze, istny materiał do ćwiczeń ortograficzno-logopedycznych: husaria z powyłamywanymi skrzydłami.

Gdzie ci mężczyźni, pyta niejeden i niejedna po klęsce. No przecież są, tacy właśnie, na miarę czasów i fryzjerskiej inwencji. Tyle żalu, ile żelu: nie przypadkiem nad grą naszych zapłakał jeszcze na boisku Kamil Grosicki, stroniący raczej od salonowych stylizacji. Natomiast niestargany zupełnie Robert Lewandowski przypomniał z wyrzutem, że on przecież już przed mistrzostwami ostrzegał, iż nasza drużyna nie jest faworytem grupy, ale nikt go wtedy nie słuchał. Nieprawda, bo sądząc z jego gry w Rosji, sam siebie jednak przekonał.

Wydawać by się mogło przynajmniej, że Polacy to naród na tyle metafizyczny i mistyczny, że w klęsce mundialowej – jak we wszystkich polskich klęskach –  mesjańskich przesłań raczej się dopatrzą, a nie szukać będą drobiazgowo jej przyczyn, by jakoś wytłumaczyć sobie niewytłumaczalne. Ale w smutnych dniach po Senegalu i Kolumbii było inaczej.

Dowiedzieliśmy się na przykład, że już od dawna nasza reprezentacja jest razem, ale osobno, niczym polscy kibice, którzy na narodowych flagach wypisują nazwy swych wsi i miasteczek. Że w Soczi było zbyt duszno i wilgotno, prawie tropiki, w Kazaniu cięły komary, a w ogóle to wszystko układało się przeciwko nam. Nawet FIFA,  prześladująca PZPN za zakazane symbole na kibolskim transparencie i łupiąca za nie karami jak zaborca jakiś.

FIFA historii naszej nie zna i nie rozumie, więc mieczyki dwa Chrobrego jej przeszkadzają, niewinne jak noszący je chłopcy-narodowcy. A one przecież nawet nagie nie są, jak choćby tamte krzyżackie, o których imć Sienkiewicz pisał ku pokrzepieniu. Swoją drogą, to by dopiero było, gdyby dwa nagie miecze na trybunach się objawiły, zgorszenie i poruta. Ale bez obawy, nie objawią się, bo potomkowie Krzyżaków grają w innej grupie. I w innej lidze.

W przywiązaniu do tradycji nie ma nic złego, byle nie przesadzać. Czasem chciałoby się więc jakiejś odmiany – na przykład, żeby mundialowe występy Polaków przestały przebiegać według tradycyjnego schematu: niespodziewana porażka, mecz o wszystko i gra o honor. Cóż, inni wolą grę o tron. I walczą do upadłego, jak choćby taka Islandia, która liczbą ludności dorównuje Lublinowi.

Tym razem obok honoru w polskiej wyprawie do Rosji pojawił się humor, i to czarny, bo bojowym zawołaniem białoczerwonych było rosyjskie dawaj! I tak dobrze, że nie urrra i wpieriod, ale ktoś, kto ruszczyzną postanowił Polskę ponaglać, powinien pamiętać, że jest i inne znane słowo na „d”, podobnie brzmiące w tym pięknym języku – dołoj. I że oznacza ono niezbyt delikatne – delikatnie mówiąc – wezwanie do odwrotu.

Dosyć kopania leżącego, lepiej kopać piłkę. Tyle, że lepiej już było.  Prowincja Gombrowicz to blog raczej literacki, ale dziś football jest jak Krychowiak w formie, czyli wszędzie. Pojawia się więc nieoczekiwanie i w miejscach literackich, na przykład w Gombrowiczowskiej Wsoli: nieopodal muzeum stoi budynek hotelowy, którego współwłaścicielem był pewien białoruski piłkarz, reprezentujący niegdyś ZSRR i Juventus. Parę lat temu hotel upadł, przypominając, że wszystko w końcu upada. Oczywiście, z wyjątkiem polskiej reprezentacji: ona upada nie w końcu, ale na początku.

Nawet u Gombrowicza w Dzienniku pojawił się football, raz jeden, anegdotą jak znalazł dla ukojenia tych, którzy się piłką kopaną nazbyt emocjonują:

„Mecz futbolowy na stadionie River Plate. Ze 30 000 widzów. Słonko przygrzewa. Naraz nad trybunami, rozgadanymi w niecierpliwym oczekiwaniu na zaczęcie walki, jawi się balonik… Balonik? Wszyscy widzą, że nie balonik a prezerwatywa, wydęta olbrzymio czyimś nieprzyzwoitym oddechem. Prezerwatywa-balonik, wspomagana prądami bijącymi w górę z rozgrzanej publiczności, szybuje nad głowami, a gdy opadnie podbijają ją nieznacznie dłonie żartownisiów… i tłum wielotysięczny wpił się wzrokiem w ten fruwający skandal, tak straszliwie widoczny, tak rażący! Milczenie. Nikt nie śmie pisnąć. Ekstaza. Wtem jakiś padre de familia, oburzony, dziabnął ją scyzorykiem. Pękła.

Gwizd! Wycie! Wściekłość niewiarygodna wytrysła zewsząd – z bliska i z dala – a przerażony „ojciec rodziny” wieje co prędzej najbliższym wyjściem.”

 

Następne mistrzostwa, tym razem Europy, już za dwa lata. Baloniku mój malutki…

 

Data dodania: 11 czerwca 2018

Boże Ciało pogrodziło drogi procesjami, więc zabijając czas przed wyjazdem na wieś, trafiłem na kolejną powtórkę pancernych i psa. Zabijania czasu nie wstydzę się od dawna. Nie ma w nim nic złego: skoro czas zabija nas, czemu mielibyśmy okazywać mu łaskę?

Niczego złego nie ma też w powtórzeniach, jeśli dzięki nim powstają nowe teksty o starych sprawach. A powrót czterech pancernych (nie licząc psa) przypomniał mi moje wejście w świat artystycznej fikcji: pierwsze odkrycie, że za każdą artystyczną opowieścią kryje się rodzaj oszustwa, iluzji małpującej rzeczywistość, sztukmistrzowskie kuglarstwo. Ale i że nie wystarczy go użyć, by osiągnąć artystyczny sukces. Trzeba czegoś więcej.

„Czterej pancerni i pies” to mistrzowsko zrobiona opowieść propagandowo-przygodowa z czasów środkowego peerelu – że przypomnę lub wyjaśnię tym, dla których okres to równie zamierzchły jak czasy wypraw krzyżowych. Tym, dla których dzieciństwo miało Poli Raksy twarz albo uśmiechniętą diastemę Janusza Gajosa, niczego tłumaczyć nie muszę. Z nimi mogę co najwyżej podyskutować o wyższości pancernych (i psa) nad kapitanem Klosem – taki wybór był nam dany w czasach bez wyboru.

Czas nie ma litości, więc tych niepamiętających jest dziś pewnie więcej niż nas, z doskonałych roczników sześćdziesiątych. Przypomnę więc pokrótce, iż serial ten opowiadał o załodze czołgu, walczącej w podporządkowanej sowieckiemu dowództwu armii polskiej. Czołg na cześć pięknej sanitariuszki nazwano „Rudy” (ryszawy – mówił  Gustlik, grany przez Franciszka Pieczkę, kolejnego wielkiego w przyszłości aktora), a superpancerniacy dokonywali w nim – albo i bez niego – prawdziwych cudów.

W jednym tylko odcinku wraz z dwójką rosyjskich artystów wodewilowych w przyfrontowej trasie objazdowej zmuszali oni do kapitulacji niemiecką kompanię piechoty, posłusznie drepczącą potem do niewoli w eskorcie wilczura Szarika i kudłatej, kanapowej Kroszki. Potem przekonywali dowódcę pułku, że wbrew jego rozkazowi nie mogą przesiąść się na nowocześniejszą maszynę, lecz muszą wyremontować swój nadający się na złom czołg, bo ich poległy dowódca chciał, by dojechali „Rudym” do Berlina. Łza kręciła się na ekranie i przed nim, ale superpancermeni  nie tracili czasu i w następnym odcinku sentymentalnym złomem doganiali front, wyzwalali Kołobrzeg i odnajdywali ojca. Jankowego ojca, dla jasności, bo ten wspólny, batiuszka Stalin, w filmie się nie pojawiał, przynajmniej nie wprost.

„Czterech pancernych” oczywiście łatwo dziś obśmiać, ale miał przecież ten serial piekielną siłę. Uwodził nie tylko dobrze opowiedzianymi losami mężnych pancernych i arcymądrego psa, z rzadką dziś dbałością o szczegół i drugi plan, czarował nie tylko dobrym aktorstwem oraz długą szyją i dołkami w policzkach Marusi czy też pięknymi głosami Edmunda Fettinga i Hanny Skarżanki, śpiewających teksty – tak, tak – Agnieszki Osieckiej i Wiktora Woroszylskiego. (Jakżeż Skarżanka artykułowała to „ł” w refrenie, jakże – przy całej sympatii dla Szarika – spsiała nam dziś mowa.)

Podstępnie uwodzicielska siła „Czterech pancernych” brała się także z puszczania perskiego oka do widza. Scenarzysta i reżyser niemal w każdym odcinku przemycali wątki i sceny pozornie polemiczne wobec oficjalnej stylistyki i propagandy, jak choćby w przywoływanym już odcinku zatytułowanym „Na rozstajnych drogach”.

Oto porucznik West, partyzant i współtwórca kaszubskiego oporu przeciw hitlerowcom, wchodzi do pokoju dowódcy polskiego pułku czołgów i spostrzega siedzącego za stołem sowieckiego pałkownika. Zastyga na moment, waha się, wykonuje ledwo zauważalny gest, jakby chciał złapać za klamkę i uciec. Dziś nic nieznacząca migawka, wtedy znacząca dla tych, którzy wiedzieli, jak tragiczny los spotykał ujawniających się oficerów podziemia. West nie ucieka, bo ojcowskim gestem zatrzymuje go dobroduszny pułkownik i po chwili wszystko wraca do „normy” –  partyzant rozmawia z Rosjaninem, a w końcu pyta  przymilnie: nie ufacie mi?

Takich „wrzutek”, przykładów propagandowej drużby znaleźć można w „Czterech pancernych” bez liku, aż po groteskowe pytanie, czy Szarik to polska ili ruska sabaka. – Eta polsko-sawieckij pios – brzmi rozstrzygnięcie, bo przecież nic nie może poróżnić sajuznikow. Wtedy, w środku peerelu, nawet wśród dorosłych nieliczni tylko dostrzegali tę propagandową przewrotność, większość oglądała serial jak leciał. Władał on wyobraźnią masową nie gorzej niż dzisiejsze tasiemcowe hity, pojawiał się nawet w szkolnych, ba, przedszkolnych zabawach i zadaniach.

Nie pamiętam już z jakiej okazji, w pierwszej lub drugiej klasie polecono nam przygotować przebrania i rekwizyty, a potem odegrać ulubioną scenę filmową. Jasne było, że prawie wszyscy wcielą się w postaci z „Czterech pancernych”, jedynie rola psa może nie cieszyć się wzięciem. Ktoś, pewnie mój ojciec o złotych rękach, wymyślił, że „zagram” Gustlika. W scenie kompletowania załóg do czołgów mających wyruszyć na front Olgierd Jarosz, sowiecki oficer, którego pradziad był powstańcem styczniowym zesłanym na Sybir, sprawdza, co potrafią chętni do jego załogi. Grigorij Saakaszwili pancerzem czołgu precyzyjnie wciska w pień sosny ogromny gwóźdź, po czym Gustlik, jak na kowalskiego syna przystało, wyciąga hufnal gołymi rękoma, a następnie okręca go sobie na palcu, jakby nie był ze stali.

Mój oczywiście też nie był, żebym mógł te scenę odegrać, ojciec wyklepał mi z cyny idealną kopię gwoździa, na oko nieróżniącą się niczym od oryginału. Hełmofon miałem natomiast prawdziwy. Skąd rodzice go wytrzasnęli, wolę chyba nie wiedzieć. Śmierdział skórą i obcym potem.

Ojciec się naprawdę postarał, ale i tak mój artystyczny debiut okazał się klapą. Klęską nawet, bo zostałem wyśmiany publicznie, przed wszystkimi, także przed nią, mającą (jak mi się wydawało) Poli Raksy twarz. Przypiekany tremą, chciałem mieć już występ z głowy i dlatego gwóźdź skręciłem wokół palca za szybko, za łatwo, sapiąc przy tym i nadymając policzki nazbyt teatralnie. Nikt się nie nabrał, wiarygodny był tylko pot na moim czole i plecach. Skąd miałem wiedzieć, że udawać trzeba tak, jakby się nie udawało? Że prawdziwą teatralność uzyskuje się zaprzeczając jej?

Na dodatek nauczycielka zaczęła mówić coś o oszustwie, o prawdziwym bohaterstwie i sile. Co by nie mówiła, wiedziałem już przecież na zawsze, że gwóźdź wyginany w filmie przez Pieczkę nie jest prawdziwy. Ale zrozumiałem też coś więcej: że iluzja artystyczna jest bardziej skomplikowana niż mi się wydawało. I może najważniejsze – że dobre chęci to za mało, by odważyć się na debiut.

Oczywiście, nie potrafiłem tamtego olśnienia nazwać tak, jak teraz, ale jestem pewien, że tego się właśnie wtedy dowiedziałem, w najlepszy ze wszystkich sposobów, bo przez doświadczenie. Bolesne, tak bardzo, że przez czas jakiś  serialowa czołówka i wzorcowo męski głos Fettinga wcale nie wydawały mi się tak wspaniałe.

„Rozstajnymi drogami” tamto wróciło do mnie nieoczekiwanie, w upalnie rozleniwione Boże Ciało. Niemieccy maruderzy wlekli się do niewoli zakurzoną procesją, a rozparci w szoferce studebakera superpancermeni gwizdali czyściutko melodię ballady o deszczach niespokojnych, co potargały sad. Wojenka znów zalecała się jak przebój, lekka, łatwa i przyjemna.

Kilka dni wcześniej z jurorami Nagrody Gombrowicza siedzieliśmy na tarasie kawiarni usytuowanej w parku, w centrum Radomia. Dokoła dogorywał militarny festynik, zorganizowany z okazji przysięgi quasi-wojska, wyszkolonego w kilkanaście tygodni, złożonego z przeznaczonych na mięso armatnie ochotników, zauroczonych może żołdem, a może melodią gwizdaną przez serialowych gierojów. Porozrzucane po parku namioty, pałatki, drobny sprzęt i wojskowa garkuchnia wyglądały jak tabory armii, która uciekła w popłochu. Pomiędzy nimi snuli się terytorialsi w porozpinanych mundurach, zapach wojskowej grochówki oraz przedwojennego wodewilu. Sznurów panien nie widziałem.

Świat jak zawsze domagał się opisania. Wieczorem z dala od przyfrontowego parku mieliśmy rozmawiać o tym, kogo z ubiegłorocznych debiutantów nagrodzić, a kogo odrzucić. Tych odrzuconych zwykle bywa więcej, to naturalne. Najwięcej jednak jest tych, którzy nigdy na debiut się nie odważą. Może to i dobrze?

Data dodania: 22 maja 2018
                                                                    …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu…
(W. Gombrowicz, lat 58, gdy zapisywał to w „Dzienniku”)

MNISZEK

W maju mlecze tracą kwiaty. W Mniszku, wsi, w której spędzamy niemal dwie siódme naszego życia, w miejsce żółtych dywanów rozłożonych na rowach i pustych jeszcze pastwiskach pojawia się na chwilę mnóstwo białych, półprzezroczystych baniek, falujących na cienkich łodygach. Każdy mocniejszy podmuch wiatru podrywa je w niebo, pozostawiając łyse, postrzępione na końcach, zielone kikuty łodyg. Łąka wygląda wtedy jak nadpruty dywan, wywrócony spodem do wierzchu, ujawniający splot rzeczy, tajemny sens lub bezsens, o podejrzeniu którego marzyli romantycy.

W dzieciństwie nie wiedzieliśmy jeszcze nic o poezji, filozofii oraz romantycznym szaleństwie, a także o wielu innych zawiłych sprawach. Sztuka życia polegała na czym innym: tak urwać mlecz, by delikatna czasza pozostała na ułamanej łodydze tak długo, aż nie uwolnimy jej jednym mocnym dmuchnięciem. Trzeba było przy tym uważać, by nie pobrudzić rąk mleczkiem, wypływającym z rurkowatych łodyżek. Białe i lepkie, smakowało gorzko, gdy – nie wierząc dorosłym, że trujące – wyciskaliśmy je po kropli na wysunięty język. Bały się tylko dziewczyny, więc kusiło nas, by zawartością łodyżek mazać je po odsłoniętych ramionach albo po twarzach.

Był to czas bezmyślnej niewinności, bez natręctwa skojarzeń: ziemia nie przyciągała nas jeszcze swoimi sokami. Lekceważyliśmy prawo ciążenia, bardziej interesowały nas podniebne wędrówki mleczowego puchu, szybującego nie wiadomo dokąd i po co. Włóczęgi takie jak nasze, po polach i łąkach, bez celu, samopas. Czas roztajemniczania natury, jej soków i miąższu, był jeszcze przed nami. Na razie oszczędzano nam jej nieba i piekła.

Potem przeczytałem, że jedna z odmian wszędobylskich mleczy fachowo nazywa się mniszek lekarski. Obojętnie, sterylnie. Nie lubię tej nazwy, jest zimna jak spóźniona wiosna. Albo jak jesień, która nadciągnie, zanim się obejrzymy, za siebie.

 

ZAKRĘT

Na razie jednak ciepło, czas ruszać, pod słońce, pierwszy raz po przerwie długiej jak zimowe niedoczekanie, więc trasa krótka. Powtarzam ją co roku, dla rozgrzewki, sprawdzić, czy coś się zmieniło. Tak, ktoś kupił dom na zakręcie, przez trzy lata stał niewykończony, pewnie wykończył właściciela. Teraz gotowy, zamieszkany, samochód na podjeździe, kostka betonowa, kolorowa, ogrodzenie z metalowych prętów, modelowane nowocześnie. Dostatnio, dość.

Gapię się spode łba na podwórko obok, na kojec, chyba już bez psa, na szczęście. Nie odezwałem się nigdy, z lenistwa i niechęci do awantur, gdy biały kundel całe dnie spędzał w za małej klatce, zdrętwiały i osowiały. Spał w słońcu przed budą, w środku pewnie miał gorzej. Gdy otwierali kojec wieczorem, ożywiał się, dosłownie. Długo w noc słychać było jego dziwne szczekanie, jakby niemy uczył się mówić.

Psów w tych nowych domach za zakrętem coraz mniej, jeśli już, to yorki, przerośnięte wiewiórki, wiecznie w ruchu, dziwnie podskakujące. Bystre jak rozpieszczone dziecko, rządzą, kaprysząc i przymilając się na zmianę. Są tu nie na miejscu, w miejsce tych, które stróżowały.

Jeszcze niedawno obejście bez psa było rzadkością, wiejska tradycja, chłopski spryt, bo niech i pies popilnuje, na wszelki wypadek, gdyby Boga naprawdę nie było. Może teraz nie wierzą już nawet w psy? Puste, rozsychające się budy. Ucichłe łańcuchy, walające się po ziemi, wydeptanej wokół, do granic uwięzi.

 

CHRONÓW

Dalej prowadzi leśna droga. Utwardzona, z niewieloma jeszcze dziurami. Za to las poharatany, przerzedzony, taka gospodarka, leśna. Starsze wyrwy już zarastają młodymi iglakami, jeszcze nie dają cienia, ale zasłaniają od wiatru. Za kolejnym zakrętem asfaltowa jezdnia, znów węższa, deszcze nagoniły piasku z poboczy, przegniłe liście i igły przykryły postrzępione brzegi asfaltu. Nikt tego nie sprząta, już nie las, jeszcze nie wieś.

Do niej kawałek, bo Chronów odsuwa się coraz dalej. Sądząc po zrujnowanych studniach otoczonych dziś zielonymi łąkami i po szpalerach drzew pozbawionych płotów, których niegdyś trzymały się kurczowo, wieś podchodziła aż za strumyk, przepuszczony pod jezdnią. Pamiętam czas, gdy stała tu tablica z nazwą Chronów, udowadniającą, że rzeczywistość nazywa się sama, po imieniu. Ktoś na tej tablicy namazał czarną farbą: KOSMOS. By zrozumieć dlaczego, trzeba rozejrzeć się uważnie po tym pejzażu bez ludzi.

Wieś zaczyna się nową ruiną, opuszczona chałupa rozsypała się, przygniatając nie koszone chaszcze. Na kupce gruzu dziki bez, rozplenił się, pojedynczy, blady, poprzerastany gałęziami bez kwiatu. Pomyślałem kiedyś, że te rozwalające się domy, obory nie pamiętające już zwierzęcego ciepła i smrodu, stodoły puste jak kłosy w nieurodzaj, wypalone słońcem i suszą – wszystko to ciąży ku ziemi jakby tęskniło za zmarłymi. Osierocona materia, bezsilna bez człowieka. Memento na początek, do powtarzania co roku.

Chronów jest jak starczy zgryz, coraz więcej przerw w zabudowie, dziur szybko zabliźniających się na zielono. Pokruszone, spróchniałe pieńki starych domów. Te starsze, drewniane, rozpadają się o dziwo dłużej. Nikt tu nie budował z kamienia, drogo, choć do kamieniołomów tylko dwadzieścia kilometrów. Cegła z pokątnego wyrobu rozpada się łatwo, niedogrzana, odsłonięta przez zmurszały tynk. Nowe domy, letniaki, stawiają tu więc coraz częściej z drewnianych bali i desek. Ząb czasu, znak czasu.

W Chronowie takich implantów jest już kilka, dzieci umarłych budują sobie te letniaki z sentymentu, do przeszłości i do oszczędzania. Ziemia w spadku, a i daleko jeździć nie trzeba na wczasy. Wyrwali się kiedyś, żeby się dorobić i docenić, a teraz zagospodarowują gruzy i patrzą na zielone, od którego odwykli. Zieleń, szczególnie ta majowa, ma tu tyle odcieni, że miejscowi powinni nazywać je wieloma słowami, jak Eskimosi śnieg. Chronów jest jednak ubogi, także i w tym sensie. Ale to się zmienia: na przykład nowych domów nie zostawia się na pastwę, w tygodniu strzegą je, z braku ludzi, cerbery, goliaty, dragony i inne płatne kuratele.

Najlepiej mają ci na końcu wsi, za podjazdem, trochę im zazdroszczę. Mały dom z jasnych desek, z zadaszonym tarasem, postawili na wysokiej podmurówce. Dzięki temu sad po drugiej stronie szosy nie zasłania im widoku. W pogodne dni widać zarysy wzgórz zaczynających się tam dalej, zaraz za Szydłowcem.

Przestrzeń faluje już tu, niedaleko za Mniszkiem, znudzona płaską monotonią. Widać to choćby w nazwach, Chronów ma swoje Kolonie, Górną i Dolną. Dziś jednak żadnych kolonizacyjnych zapędów. Czas wracać, czuję w nogach podjazd, mocno, jak za pierwszym razem.

Wracam w majowy, chłodniejący przedwieczór. Nabożne babki obsiadły ławkę przy figurce Matki Boskiej. Stłoczone jak kury na grzędzie, dziobią ziarenka różańca.

 

CHAŁUPKI

Za pierwszym razem ruszyłem nie do Chronowa, a gdzie indziej. Może odstraszał mnie nazwą, pokojarzoną nie tylko z czasem, ale i chromością? Na końcu Mniszka pojechałem więc nie w lewo, a prosto, przez las, dwa zakręty, za którymi Chałupki. Znów miejsce nazwane po imieniu, małe zadbane domki, wykoszone trawniki, klomby, poprzycinane drzewka, ozdoby na fasadach i podwórkach: stary pług zamieniony w kwietnik, drewniane koło z metalowym obiciem, powieszone obok wyczyszczonej i pomalowanej podkowy. Letniaki, letnicy, emeryci wracający na swoje, uciekinierzy z miast, nawet odległych. Dwa gospodarstwa, jedno zadbane, drugie nie. Pozostali o ziemię już się nie troszczą, chyba że o plac na cmentarzu, na zaś.

Zawsze przejazdem, nie znam tu właściwie nikogo oprócz Srebrzystego, ale starym zwyczajem wszyscy mówimy sobie dzień dobry. Idylla. Trzeba tylko uważać na psy, wypadają z pierwszego podwórka, dwa, małe, zajadłe, głośne. Jakby przeganiały albo ostrzegały, pod każdą sielanką kotłuje się piekło.

Srebrzysty zostawia czasem rower u nas na podwórku, bo stąd do stacji już niedaleko. Brat ma samochód, jeździli kiedyś razem, ale pokłócili się, o podział maleńkiego domu i podwórka, schedy po rodzicach. (Czy wtedy tak osiwiał?) Teraz przyjeżdżają do Chałupek na zmianę. Gdy się unik nie udaje, ćwiczą trudną sztukę niewidzenia i niesłyszenia, koncentracji na swoim, dosłownie, mikrokosmosie. Małorolni wyznawcy zen.

 

ZABOROWIE

Chałupki mija się szybko, wystarczy zakręcić mocniej pedałami, trochę tu z górki. Zaraz za nimi zaczynają się podjazdy, pierwszy łagodny, do Leśniczego, zielonym tunelem z krzaków i chwastów. Potem zjazd w cień dużego starego lasu, chłodny i wilgotny, ale nieodpychający. Za lasem kolejny podjazd, droga – a jakże – na Zaborowie. Dość ostro pod górę, choć z każdym rokiem wydaje mi się mniej stromo.

Ale kiedy podjeżdżałem pierwszy raz, wydawało mi się to nie lada wyczynem. Pomyliłem przerzutki, więc ciężko, serce po raz pierwszy od dwóch lat pompowało tyle krwi. Też była ciepła wiosna, pierwsze upały, na szczęście cień dawały klony rosnące przy szosie, świeżo asfaltowanej, jednej z tych, po które wchodziliśmy do unii.

Pot szczypał w oczy, mrużyłem je, nie patrząc do góry. Pachniało mocno, jaskrawo. Cisza, niedzielne południe, wszyscy na mszy albo przy rosole. Znak w połowie drogi, od niego zaczyna się stromizna. Jeszcze mocniejsze depnięcie, za chwilę można wyprostować plecy.

Przystaje się tam przy kamiennym krzyżu, jak to na rozstajach. Na cokole błaganie, oszczędne, jakby kamieniarzowi nie chciało się dłubać dłuższego zdania. Zlekceważył nawet interpunkcję: Boże błogosław nam 1935. Jeśli nawet błogosławił, to niedługo, jak się wydaje. A może wszystko jest  błogosławieństwem, ale w porządku innym od naszego, pełnego przekleństw?

Po prawej miałem ogromne pole żółtego, słonecznego łubinu. Dalej jakieś zieloności, pogrodzone pasmami krzaków kwitnących na biało, opadające ku ścianie lasu, gęstej, pociemniałej zgniłą zielenią. Za plecami pole wznosiło się łagodnie. Słońce prześwietlało kępę drzew, spinająca krajobraz na horyzoncie. Po lewo kolejny cień i zjazd, z obietnicą rzeki, przybranej po niedawnych deszczach, odbijającej przechylone nad nią drzewa i niebo. Dziękowałem bez słów, nie zastanawiając się, komu. Dwa lata po zawale życie było, piękne.

Czasem wydaje mi się takie i dziś, choć na ten pagórek wjechałem już setki razy. Jakoś tak zawsze tu po drodze, mimo że zmieniałem trasy, odwiedzałem nowe, coraz mniej, miejsca. Wyruszałem z Mniszka i do niego wracałem, przejechaną przestrzeń zamykając w pętli, jakbym się bał, że nie zostanie przy mnie.

Łaska powtórzeń. Powtarzany setki razy ruch po okręgu staje się w końcu spiralny?

 

CZAS

Czas był najwyższy: przed czternastu laty, gdy pierwszy raz pojechałem rowerem, miałem czterdzieści cztery lata. Co nic nie znaczy, żadnych romantycznych mistycyzmów, raczej wstydliwa przypadłość: nigdy nie nauczyłem się utrzymywania równowagi na dwóch kołach. Teraz, gdy lekarz kazał się ruszać, by pożyć po zawale, M. wynalazła gdzieś trójkołówkę, solidny rower dla niemieckich emerytów albo dla niepełnosprawnych.

Pożyłem, inaczej niż drzewa na podjeździe, wytyczające kierunek. Jacyś idioci wycięli je, bo groziły  im rozrośniętymi konarami i bezczelnie sypały liście na nowiutką wtedy jezdnię. Dziś drogę wyznacza kruszejący asfalt, do czasu.

Znak z rozmazanym kosmosem też ktoś wyrwał i wrzucił do rowu. To nic, przecież znam tę drogę na pamięć, zapętlałem ją setki razy. Skurczyła się przez te lata. Czas, poruszony, zaciska ją coraz mocniej.

 

Data dodania: 4 maja 2018

W mięsnym „u Chochoła” już w piątkowe popołudnie półki puste jak w stan wojenny. Towar mają tu dobry i świeży, choć droższy niż gdzie indziej, ale też okazja nie byle jaka, weekend długaśny jak korki na wylotówkach, więc kto by na świętowanie skąpił. Jesceśmy nie lada jacy. Chochoł nawet ma wolne.

 

***

Cały naród rocznicę swojej pierwszej konstytucji grilluje. Chciałem napisać: miłuje, ale to w sumie na jedno wychodzi. Potomkowie pańszczyźnianych chłopów bawią się dziś po pańsku. Nic to, że z pańszczyzny uwolniła ich nie ta konstytucja, lecz inne akty prawne, narzucone później przez obcych.

Polska historia jest pokręcona, kto by tam pamiętał ją ze szczegółami. Łatwiej zapamiętać temat trzeciomajowej lekcji: pierwsza w Europie, druga na świecie. Nastroiłem pawich piór: postawie se pański dwór!

Co roku w maju poprawiamy sobie narodowy nastrój historyczną klasyfikacją. Znów miejsce na pudle, jak w niegdysiejszym Wyścigu Pokoju. W Europie byliśmy pierwsi, nikt nas nie będzie uczył jeść nożem i widelcem.

Nie wszystkim to jednak wystarcza. Społecznicy z mojego rodzinnego Radomia  ogłosili, że pierwszą polską konstytucją wcale nie była trzeciomajowa „Ustawa Rządowa”, lecz przyjęty w roku 1505, oczywiście w Radomiu, akt prawny znany jako Nihil Novi. Nic to, że w polskiej tradycji prawnej termin constitutiones zarezerwowany był dla wszelkich uchwał sejmowych, zaś współczesne znaczenie słowa konstytucja pojawiło się po uchwaleniu konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Nic moich krajan nie powstrzyma w dziele utrwalania konstytucyjnego pierwszeństwa. A także dziale, bo na skwerze obok nieistniejącego zamku historyczni przodownicy ustawili dwie kopie starych armat i nawet z nich już rocznicowo wystrzelili. A jeszcze Zagłobę posadzą w pobliżu, na pamiątkę dziury w czole, co mu ją szlachcic kuflem wybił na sejmiku w Radomiu.

Złośliwi powiadają, że Polska to Radom Europy. Nie cierpię zbyt łatwego dworowania sobie z rodzinnego miasta, ale w tym przypadku… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą!

 

***

I tak poprzez Gombrowicza wracamy znów do Grillowania konstytucji, które z Miłością Kochanej Ojczyzny tak nam się jakoś połączyło: kto wie, czy mielibyśmy co obchodzić, gdyby nie staropolski styl świętowania Wielkanocy i innych okazji, wedle którego świętujących poza obżarstwem, opilstwem i bywaniem niewiele obchodziło. Tygodniami, co tam nasze majówki.

Twórcy projektu konstytucji postanowili z tego obyczajowego rozmachu skorzystać i przyspieszyć jej uchwalenie tak, by konserwatywna  opozycja na poświąteczne obrady sejmu do Warszawy zjechać nie zdążyła. Udało się lepiej niż dieta cud.

Ostatecznie 3 maja 1791 roku zebrało się w stolicy 182 parlamentarzystów, z czego 101 było za projektem konstytucji. Potem jeszcze kilkunastu przyłączyło się, jak to bywa, do zdania większości. Tej większości, która obradowała, bo prawdziwą większość stanowili nieobecni. Sejm i senat składały się wówczas z pięciuset parlamentarzystów, ale też – podkreślmy za prof. Ajnenkielem – stu osiemdziesięciu dwóch obradujących wystarczyło do prawomocności głosowania.

Konstytucję uchwalono – jak byśmy to dziś powiedzieli – poza trybem. Została po prostu odczytana w sali obrad, deputaci nie dostali wydrukowanego projektu do regulaminowego „trzydniowego namyślania się”.

Burzliwe obrady trwały wiele godzin. Sam król był za, a nawet przeciw: miał pewne wątpliwości prawne i żądał, żeby sejm zwolnił go z przysięgi, którą potwierdził niegdyś pacta conventa, gwarantujące wolną elekcję i narzucone przez państwa zaborcze poprzednim sejmom.

W końcu zaczęto domagać się od króla, by przerwał dyskusje i konstytucję zaprzysiągł. Stanisław August podniósł rękę, by – jak potem tłumaczył we wspomnieniach – zabrać głos po raz czwarty. A to nasi wzięli za znak już mojej przysięgi. Rzucili się hurmem do tronu, a ja widząc, że rzecz się daje zrobić, zrobiłem – tak opisywał król wydarzenie rodem z komedii sytuacyjnej.  A brakiem sejmowego głosowania nikt się nie przejął.

 

***

Jeśli dodać do tego naciski, by mimo zgodnego z prawem protestu opozycji deputacja konstytucyjna ustawę podpisała, a także uchwalenie przez sejm, iż nieważne będą wszelkie wystąpienia wobec konstytucji, w tym legalne protesty wnoszone za pośrednictwem sądów, to można pomyśleć, iż wszelkie podobieństwa do konfliktów konstytucyjnych z najnowszej historii są nieprzypadkowe. I nieprzyjemne, jak pamięć o ręce króla.

Tak, tej samej ręce, która nieco przypadkiem o uchwaleniu jednego z najważniejszych polskich aktów prawnych przesądziła. I która – o czym sejmowa publika nie wiedziała – przez lata brała moskiewskie pieniądze.

O tym, że króla polskiego opłacały mniej lub bardziej hojnie zaborcze mocarstwa, pisał sporo Jarosław Marek Rymkiewicz, w „Wieszaniu”. Pisał jak zwykle: wspaniałą polszczyzną i z zamiłowaniem (niektórzy twierdzą, że chorobliwym) do polskich spraw i sprawek potocznych, mniej znanych, bo niejasnych albo i brudnych, powodu do świętowania nie dających.

Kłopot z Rymkiewiczem polega jednak na tym , że jego wizje i tezy bywają szalone, ale też okrutne, kompletnie nie przystające do naszego rzekomego zamiłowania do sielanki i fety narodowej. Więc i za bardzo czytany nie jest, bo nie wypada.

A na pewno nie czyta go lud święta narodowe grillujący. Bo przecież „lud ten dobry jest”, jak w insurekcję pisał do króla Stasia ksiądz Kołłątaj o tłumie, który na warszawskich ulicach ubijał szubienice, by tych, których miał za zdrajców, wieszać na nich bez sądowej zwłoki.

 

***

Nie da się wykluczyć, że niektóre rosyjskie dokumenty finansowe, które Rymkiewicz, w części za Tadeuszem Korzonem, przytacza, to carskie fałszywki, mające króla na gniew ludu narazić. Rosyjska tradycja dzielenia i skłócania niezależnych od Moskwy nie urodziła się, wbrew niektórym megalomanom, w kwietniu 2010 roku.

Są jednak inne papiery, wraże finansowanie potwierdzające. I królewskie wyjaśnienia, dlaczego te ruskie dukaty persony tak wyrafinowanej nie brzydziły:

…zajęte przez wszystkie trzy potencje wszystkie bez excepcji ekonomie żup i intraty moje przyprowadziły mnie i trzymały w tak zupełnym niedostatku, że exacte żyć nie miałem z czego, a zatem że konieczność wyciągała, aby mnie ci sami cóżkolwiek do życia użyczyli, którzy mnie ze wszystkiego obnażyli byli.

Tak pisał król do naczelnika Kościuszki, żądając sprostowania, gdy podczas insurekcji „Gazeta Rządowa” napisała, że Stanisław August brał dieńgi od wrogów, którzy Polskę rozebrali. Brzmi to tłumaczenie bardzo współcześnie.

Przecież do polityki nie idzie się dla pieniędzy, no ale żyć z czegoś trzeba = powiedzielibyśmy dzisiaj, gdyby nie to, że już inni to powiedzieli. I to dawno temu.

 

***

Te rosyjskie wpływy i pieniądze, ta uwalana królewska ręka, ten przewrót sejmowy, w imię wyższej konieczności za nic mający drobne dobra powszednie, jak porządek, procedury, zwyczaje; a także i fakt, że Kościuszko „Gazecie Rządowej” króla przepraszać kazał i publikowania list łapówkarskiej hańby faktycznie zakazał; i jeszcze inne ówczesne zdarzenia nader współcześnie wyglądające – wszystko to kusi, by uznać, iż w genach naszych albo w tym czymś nieokreślonym, niejasnym i wątpliwym, nazywanym charakterem narodowym, skrywa się perwersyjne zamiłowanie do autodestrukcji.

Towarzyszy mu przy tym skłonność do gestów egzaltowanych, efektownych, czasem nawet pięknych, ale niewczesnych, czynionych po szkodzie, a i nieskutecznych. Co na przykład z tego, że Sejm Wielki uchwalił utworzenie stutysięcznej armii, skoro szlacheccy i duchowni patrioci notorycznie zaniżali wartość swoich majątków, by płacić mniejsze podatki. Nazwane zresztą pięknie: ofiarą dziesiątego grosza.

Grosza zabrakło, więc zamiast stu wojsko polskie liczyło ostatecznie czterdzieści sześć tysięcy żołnierzy.

 

Analogii między tamtą historią a dziś znaleźć można rzeczywiście dużo, ale to jednak zbyt łatwe i złudne: takie usprawiedliwiające szukanie przyczyn dzisiejszych słabości i błędów w słabościach przodków, w ich zwycięstwach szukanie nadziei, bez pytania o cenę. Jeżeli historia rzeczywiście jest nauczycielką życia, to trzeba odebrać jej natychmiast prawa do wykonywania zawodu. Niczego nikogo nie uczy.

 

***

Ale mimo wszystko coś nam jednak ta historia polskiej „wielkości w upadku” o nas samych mówi i morał z niej wysnuć można niejeden. Na przykład taki, że zawsze istniała w Polsce mniejszość, która dla demokracji gotowa była poświęcić wiele, nie tylko krew, ale i rozum. Tęskniła za nią słowem i czynem, ale jak twierdził wieszcz, który na romantyczne podium się nie załapał, czyn tu każdy za wcześnie wschodzi, zaś książka każda za późno.

Tylko postrzelać sobie lubimy zawsze, najchętniej ślepakami, na wiwat. Niech się więc święci, skoro musi, skoro tak się boimy, że nas zjedzą. Gombrowicz nie pierwszy raz trafił w dziesiątkę, choć strzelać się wzbraniał.

O naszym zakompleksionym samochwalstwie napisał w „Dzienniku” tak: (…)nic własnego nie może człowiekowi imponować; jeżeli więc imponuje nam wielkość nasza lub nasza przeszłość, to dowód, że one w krew nam nie weszły.

 

Obawiam się, że i z demokracją naszą jest podobnie.

 

 

 

Data dodania: 18 kwietnia 2018

Katastrofa. Oszukał nas ten kwiecień, zdrajca. Wybuchł letnim upałem zamiast łagodnych pierwiosnków. O przedwiośniu można tylko pomarzyć, amputowana pora roku, kikut, pamiątka dawnego ładu, poszarpanego dziś, pogwałconego. I jak tu  literatury ojczystej nauczać, jak metafory objaśniać, tradycje kontynuować, dalejże, kanony utrwalać?

No jak, kiedy nagle żadnych chmur ołowianych, ocierających się o korony drzew, żadnych mgieł nad łąkami po nocnych chłodach? Na początku miesiąca, jakby szyderczo, jeszcze się ze dwie normalne noce trafiły, jak na przednówek przystało, sine niedobitki zimy na wschód wypędzonej. Ale po nich już tylko gorąc, palące słońce i przedburzowa duchota, osłabiająca podstępnie.

Zielono i niebiesko wokół, z dnia na dzień. Skowronki uzgadniają z ziemią lądowanie, szukając odpowiedniego pułapu. Samce wzlatują wysoko, nikną w słońcu. Samice wysiadują na ziemi, szaroziemiste, więc niełatwe do wypatrzenia. Skowronki są niestrudzone, śpiewają przez cały dzień, preludium do rozmnażania. Tylko we mgle milkną.

Kwiecień pachnie kwieciem, wiadomo. Zwykle całe to kwitnienie zaczyna się koło Wielkanocy, gdy nie wypadnie ona zbyt wcześnie. Jeśli śledzić przyrodę uważnie, to łatwo ustalić, że pierwsze otrząsają się z zimy forsycje. Kwitną na żółto i ładnie komponują się na wysprzątanych po zimie grobach.

To w mieście, bo na wsi, zawsze bardziej tradycyjnej, pierwsze kwitną ciernie. Drobne, byle jakie białe kwiatki wyrastają wprost z  cienkich gałązek, zakończonych ostro. Wystarczająco ostro, by pokłuć, do krwi. Z nich to wyplatano niegdyś korony, które ludowa, mściwa ironia wciskała podczas jasełek na skronie swoich zbawicieli.

Tarnina podobna jest do rzadszego u nas judaszowca, porastającego wraz z innymi cierniowcami okolice Jerozolimy. Skojarzenie odsyła wprost do eschatologii: to, co zwiastuje nowe życie, od ręki zapowiada też śmierć, żeby przypadkiem nikt wiosną się nie zachłysnął i się w niej nie zapomniał.

Krzaki tarniny chętnie wyrastają przy polskich drogach. Osłaniają pola, skrywając krajobraz po bitwie postu z karnawałem, odłamki naszej wspaniałej cywilizacji: butelki bez listów, kubki z plastiku, więc od spiżu trwalsze, chusteczki mocno już niehigieniczne, nieprzydatne do żegnania wychodźców, puszki z oderwanymi zawleczkami i inne konsumpcjonistyczne niewypały. Taki pejzaż, jakby odmarznięte pobocza wybebeszył ktoś, komu nie wystarczają już rozjechane na miazgę żmije i jeże, skuszone obietnicą ciepłego asfaltu.

Na polach, pod ścianą lasu nieśmiało zielenią się brzozy, drzewa wyklęte w polskim pejzażu, dziś rymujące się ze śmiercią i cierpieniem, częstochowsko. W wyobraźni rymopisów stoją dumnie, okaleczone, zawinięte w białe bandaże. W kwietniu pylą,  nie tylko uczulonych wzruszając do łez. Im więcej takich asocjacji, tym łatwiej o wawrzyny, przynajmniej od jakiegoś czasu. A może od zawsze?

Próbujmy więc, to łatwe. Choćby te drobne, zielone listki – czy nie wyglądają jak postrzępione supły na nahajkach, do których podobne są przecież cienkie brzozowe witki, zwieszające się smutno z konarów ku ziemi. Brzezinka, przecinka, stare drzewa umierają samotnie, stojąc, choć łamią się łatwo. Kora jak postrzępiony całun, wbite w pień odłamki, stygmaty kapiące żywicą, pozimowe błoto.

Kiedyś polskim symbolem był dąb, znak siły, zdrowia, trwania, ale kto by tam miał cierpliwość czekać, aż się rozrośnie i będzie cieszył oczy. Radość zostawmy zresztą innym, mniej od nas wybranym.

My mamy polskie kwietnie, z Wielką Nocą czy bez niej, ze zwykłymi nocami, stebnowanymi przymrozkiem, rozmazywanym przez poranne słońce. Mamy i inne miesiące, a wszystkie takie same: narodziny już podszyte śmiercią i rozpadem, nieustające dziady i szum pawich piór, radość zawsze nie w czas, więc zakazana. Nasze biedne imaginarium, kwiecień – plecień.

A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę, marzyło się niektórym. Nic z tego, nie ma mowy, choć każdy polski miesiąc ma swoją opowieść, a jedna smutniejsza od drugiej, ciernie wysławiająca, koronowanie cierpiących całoroczne. I tylko język bywa niepodległy, bo jest jak czarna skrzynka, pamięta, co ślina przyniesie.

Może czasem lepiej nie odcyfrowywać jej do końca? Zapis kwietniowej opowieści, odczytany sumiennie, kończy się na „mać”. I tak po prawdzie, to tymi słowami, niezbyt nadającymi się na patetyczno-pedagogiczną puentę, kończy się większość opowieści z polskiego narodowego kanonu. Potem jest tylko huk, trzask i krzyk, którego nawet łase na sensację media nie odważają się emitować, przerażone.

Ćwiczeni jednak jesteśmy w stylu innym, podniosłym, acz mniej prawdziwym. I od jakiegoś czasu to już otwarcie styl polski narodowy. Pisany jak w tytule: bez przecinka lub choćby myślnika, dającego szansę na dystans i zrozumienie.

Strona 1 z 1512345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury