Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 12 grudnia 2017

Ta kamienica tkwi w mojej pamięci mocno, jak twarda, wyjątkowo dobrze wypalona cegła w starym murze, pokruszonym i zwietrzałym. Tu poznawałem dziewczynę, którą poznaję do dziś, tu na kilka pierwszych miesięcy swojego życia zamieszkał mój syn. Miejsce tak osobiste, że nie wszystko wypada o nim napisać. Lepiej zasłonić się anegdotą.

Barwnych opowieści o sąsiadach i przechodniach wystarczyłoby na długi tekst. Zacząć by się mogły już w bramie, która śmierdziała dentystą, bo z niej wchodziło się do gabinetów stomatologicznych. Przyjmował tu od rana do nocy słynny wąsacz o rękach kowala, wybawca dla wszystkich, co nie chcieli albo nie zdążyli bawić w leczenie. Wąsacz też się nie bawił, więc klientów mu nie brakowało. Wariujących z bólu, gdy nawet trucie nerwa czystym spirytusem nie pomagało. Doktorowi zapach środka znieczulającego nie przeszkadzał, przeciwnie, był mu chyba miły, bo kto by wytrzymał tyle bólu i poszarpanych dziąseł, zatykanych tamponami z gazy, przyklejającej się do podniebienia.

To tu, na pierwszym piętrze oficyny, na prawo od bramy, w mieszkaniu teściów, z pokojami w amfiladzie i wysokachnymi sufitami, biesiadowaliśmy z kadrą wojskowej komendy uzupełnień, mieszczącej się po sąsiedzku, pod pięćdziesiątym drugim. Chciałem odroczyć wcielenie do armii, a oni byli życzliwi, do dna. Spiliśmy się wszyscy, ale do wojska poszedłem tylko ja, oni już tam byli.

Sąsiedniej kamienicy z WKU już nie ma, ale wyburzenie jej nie było aktem sprawiedliwości dziejowej, lecz działaniem niewidzialnej ręki rynku, sprawnie prowadzącej koparkę i spychacz. W mieszkaniu teściów żyje już ktoś inny, więc pozostała pamięć.

***

Na Żeromskiego pięćdziesiąt moi teściowie wprowadzili się w połowie ubiegłego wieku, w czasie, gdy lud wchodził (Ważykiem, Ważykiem) do śródmieścia, zajmując miejsca odebrane innym. O tych innych zapominano równie szybko jak o bólu zęba po wyrwaniu. Kiepskie porównanie, bo w tutejszej historii, o której moi teściowie nigdy nie słyszeli, krwi więcej niż w dziurawym dziąśle. Nie słyszeli, choć zamieszkali tu, gdzie się wydarzyła, kilkanaście lat później.

W nocy z 10 na 11 sierpnia 1945 roku w mieszczącej się w kamienicy przy Żeromskiego 50 siedzibie żydowskiej spółdzielni „Praca” nieznani do dziś sprawcy zamordowali czworo Żydów. Troje z nich, dwudziestoletni Józef Gutman i jego poślubiona kilka dni wcześniej żona, dziewiętnastoletnia Bela Apel oraz starszy od nich krawiec Tanchem Gutman, wrócili do Radomia, ocalawszy z wojny. Czwartą ofiarą był sowiecki oficer, Aron Getłach, ciekaw podobno tego, co pozostali przeżyli.

Raczej nie był to napad rabunkowy. Ofiary zostały co prawda bestialsko porżnięte, jakby ktoś je torturował, ale mordercy nie zabrali ani ośmiuset marek z szafy spółdzielni, ani wartościowych towarów. Trop prowadzi gdzie indziej: wczesnym latem 1945 roku w mieście pojawiły się ulotki, w których „wyraziciel głosu Społeczeństwa Polskiego” polecał Żydom wynieść się z Radomia pod groźbą bezwzględnych kar. Tak się składa, że data, którą ów „głos” Żydom wyznaczył, nie jest w polskiej celebrze obojętna: mieli się wynieść do 15 sierpnia.

***

Historię tę opisano niedawno w dwóch książkach: „Fałszerzach pieprzu” Moniki Sznajderman i „Domu, którego nie było” Łukasza Krzyżanowskiego. Oboje autorzy zostali przed tygodniem laureatami Radomskiej Nagrody Literackiej.

Krzyżanowski jest radomianinem, który nie mieszka już w tym mieście, ale jest z nim związany emocjonalnie: dzieciństwem, młodością, rodziną, widokiem z okna na dawne getto. Monika Sznajderman rodzinne związki z Radomiem odkryła niedawno, była tu zaledwie kilka razy. Więc lżej jej oceniać.

Dla niej Radom jest „miastem nieistniejącym”: pustawe niedzielnie ulice, tłumek wychodzący z kościoła, dziko zarośnięta ulica patetycznie opisana przez miejscowego opowiadacza. I niepamięć o nich, przodkach Moniki Sznajderman, wypędzonych lub zamordowanych Żydach. Miasto, którego nie ma, bo nie pamięta.

Niepamięć dotyka dziś wielu miejsc w monoetnicznej Polsce. Nie pamiętamy o Żydach, Niemcach, Rosjanach, grekokatolikach, Łemkach i innych, których przepędzono albo sami ich przepędziliśmy, z naszego świata lub pamięci. Po werdykcie jury Monika Sznajderman napisała, że dziękuje, bo Radom jednak chce pamiętać o sąsiadach. Miło.

Nie wiem, czego chce Radom. Głosowałem na te książki nie z perwersyjnej przyjemności życia w mieście nieistniejącym ani z potrzeby wyrównywania krzywd czy przywracania pamięci. Nie wierzę ani w jedno, ani w drugie: niczego nie da się wyrównać, niczego nauczyć czy choćby zrozumieć. „Tylko teraz wszystko wydaje się gotowe, skończone, niepowtarzalne, ostateczne, straszliwie szybkie i przeraźliwie mroczne, tak jak przyszło; teraz, kiedy patrzymy wstecz, kiedy się oglądamy za siebie. No i oczywiście, jeśli z góry znamy los.” – napisał Imre Kertesz w „Losie utraconym”.

Dla mnie książki Sznajderman i Krzyżanowskiego są ważne właśnie dlatego, że pokazują wybiórcze mechanizmy pamięci, te wybielacze sumień, i przypominają o granicach ludzkiej kondycji, od której nie ma ucieczki. Jakbyśmy się nie zarzekali, tamten los był losem ludzkim, nie nieludzkim. Ludzkie są i zbrodnia, i zapomnienie, i szczęście. Zapisane w jednym zdaniu.

***

A dokoła trwa orgia niepamięci i gorszej od niej pamięci sfałszowanej. Ci wszyscy lukiernicy pamięci, wzdychający do COPu, Gdyni i „aniguzika”, milczący zaś o Narutowiczu, Berezie, pacyfikacjach i majowym puczu. Te wszystkie przebieranki, mundurki obdziargane w combatanckie naszywki, „patriotyczne” naklejki na samochodach. Polska zakotwiczona w walce, na śmierć i życie, bardziej na śmierć, rekonstruowaną coraz realistyczniej przez przebierańców. Wiadomo, władza nad opowieścią daje władzę nad emocjami i umysłami.

Dlatego coraz głośniej tupią pochody, przemarsze z proporcami, rozgrzane racami koloru krwi i pożaru. Bóg na ustach zawiniętych w kibolski szalik, śmierć wrogom ojczyzny. Zamaskowane twarze wirtualnych bohaterów, toczących wirtualne boje, na razie na słowa i symbole: zdrobniały mieczyk jeszcze nie wyrósł w krzyż gamma.

A to wszystko w imię historii – nieprzeżytej, wyobrażonej albo zmanipulowanej. Tupią i krzyczą pokolenia, które nie znają wojny i w większości nigdy nie musiały nawet przez chwilę trzymać karabinu. Pokolenia obrazkowych opowieści, filmowych i komputerowych strzelanek, zwycięskich batalii wygrywanych w piątym życiu, w siódmym niebie.

Znów banał, ale z tych, co nigdy dość: realne życie jest jedno, dlatego ważne są osobiste opowieści, o życiu przeżytym i życiu przerwanym. Ważne są osobiste rekonstrukcje i indywidualna pamięć, nie bojąca się emocji, jak książki Sznajderman i Krzyżanowskiego. Nie mamy nic prócz opowieści.

***

…więc wódka wypita pod pięćdziesiątym nie pomogła i osiedlono mnie na rok w E., ponurym wówczas mieście garnizonowym, z linią tramwajową, która objeżdżała chyba wszystkie tutejsze jednostki wojskowe i z której można było oglądać puste miejsca po wyburzonych budynkach. Poniemieckich, tu też coś było po-, i pamięć też była dziurawa. Opowiadano, że kamienie z wyburzanych budynków trafiały na odbudowę stolicy, tak po sprawiedliwości, dziejowej.

Starych, pruskich koszar nie ruszono, zmienili się tylko lokatorzy. Grube, zimne mury, długie korytarze z żołnierskimi salami po obu stronach, wystarczająco obszerne, by zebrać kompanię na apel z obowiązkowym odliczaniem. Rok gapienia się na burozielone olejne lamperie, maskujące wszelki kolor w trzeszczącym świetle jarzeniówek. Na ścianach propaganda, historia w obrazkach i hasłach. Rodzina N., patroni jednostki: było ich ośmioro, prawdziwa polska rodzina, wszyscy aktywni członkowie PPR, gdy ginęli z rąk faszystów, najmłodszy miał 12 lat.

Korytarz podzielony na rejony do sprzątania, najgorszy rejon to palarnia i łazienki, szczota, ściera, tłok. Zewnątrz też podzielone na rejony: teren ośrodkaszkolenia rozległy, zielonoburo od mundurów, błota, śniegu pobrudzonego spalinami ze starów, skotów, bewupów, wyjeżdżających codziennie w pole. Spaliny szeroko rozwiewał wiatr, bo tu wiało nieustannie, depresyjnie, od morza. Brudny śnieg przewracało się na drugą stronę, gdy miała przyjechać inspekcja. Naprawdę.

Na szczęście już latem wystrzelaliśmy cały zapas amunicji, prawie przeterminowanej, więc w pluchę nie trzeba było wycierać się po strzelnicach. Ale broń czyściliśmy regularnie, zgodnie z mistycznym erotyzmem, z jakim podchodzili do niej dowódcy i armijne regulaminy. Musztra, liczenie i czyszczenie broni, wojskowe nabożeństwa, niekończąca się litania tłumionych bluzgów.

Przed świętami, kiedy z koszar wyjeżdżali prawie wszyscy, odbywało się coś na kształt niedzielnej sumy. Korytarze zastawiano stołami, na których czyściliśmy żelastwo. Wszyscy razem, pilnie i pospiesznie, bo stawką był wyjazd na urlop, a spóźnienie się na lokalny pociąg z E. do M. mogło oznaczać nawet o kilkanaście godzin dłuższą podróż do domu, dla większości bardzo odległego.

Sadystyczne poczucie władzy w taki dzień kręciło dowódców lepiej niż tania wódka w kasynie, ale nas i tak dopadało jakieś nietutejsze rozluźnienie. Tak naprawdę i my, i oni mieliśmy dość i chcieliśmy od tych murów odpocząć. Graliśmy swoje role, ale bez przejęcia.

Nawet nie zauważyliśmy zmierzchu, był grudzień, więc koniec dnia niewiele się różnił od świtu i południa. Ołowiane chmury sprawiały, że świat pod brudną kopułą wyglądał jak nieprzydzielony nikomu rejon. Trochę żartowaliśmy, trochę gadaliśmy półgłosem, cichliśmy, widząc już miejsca, do których pozwolono nam na kilka dni wrócić. I w taki milknący zmierzch uderzyły wystrzały, nie jeden czy dwa, seria, z automatu, długo tłukąca się między sąsiednimi budynkami.

Dopadliśmy do okien: przy magazynie na dziedzińcu jednostki wartownik pochylał się nad kształtem, nieokreślonym, wcale – jak w powieści wojennej – nie przypominającym człowieka. Zawirowało.

Nosze, sanitariusze biegnący z wartowni, śnieg tłumiący rozdeptujący go tupot, cisza, tylko gwizd wiatru wpuszczonego przez otwarte okno. Karetka jechała długo, ale i tak nie miała po co. Wróciliśmy do stołów, zdaliśmy kałasze i pojechaliśmy do domów. Gdy wróciliśmy do E., okazało się, że prokuratura ma już rekonstrukcję wydarzeń.

Tamtego dnia na warcie stali uczniowie ze szkoły podoficerów zawodowych, pierwszy rocznik. Młodzi ludzie, którzy w armii dokańczali szkołę średnią, stając się jednocześnie zawodowymi żołnierzami. Mówiliśmy o nich „konie”, tak się przyjęło dawno temu, pewnie dlatego, że przez pierwsze miesiące tupali godzinami na placu apelowym. Poza musztrą uczono ich strzelania, czołgania i walki wręcz. Sami chcieli.

Po przysiędze dostawali broń i stawali na warcie. Ten zastrzelony był ze starszej klasy, miał wolne i przyszedł pożartować z młodego. Zakrył twarz kominiarką, skradał się jak na filmie, w końcu walnął w metalowe drzwi, hałaśliwie, z kopa. Wartownik zareagował, jak kazał regulamin: dwa razy stój-bo-strzelam, potem bez-ostrzeżenia, ale tamten był coraz bliżej. Przeładował więc broń, jak ćwiczył to wiele razy. Wtedy żartowniś odpuścił.

Młody nie miał żalu, nie, normalnie, w wojsku trzeba mieć jaja. Pewnie pośmiali się obaj, może nawet starszy pochwalił młodego. Ten zeznawał potem, że gadali takie tam, o regulaminie, zajęciach, ćwiczeniach. Pokazywali sobie chwyty obezwładniające, odebrać broń nie jest wcale trudno, trzeba tylko wiedzieć jak i gdzie chwycić, jak szarpnąć. Seria z niezabezpieczonego kałasznikowa weszła starszemu pod żebra, na ukos, w stronę serca. Tak to sobie rekonstruowaliśmy, po świętach.

W domach tamtych dwu nikt pewnie nie świętował. A były to święta Bożego Narodzenia, ustanowione na pamiątkę narodzin pewnego Żyda, który przyszedł, by zbawiać. Zanim zaczął, Herod nakazał wyrżnąć niewiniątka. Tak mówi opowieść, jedna z najważniejszych opowieści świata.

***

Nieważne, czy to opowieść prawdziwa. Ważniejsze, że pokazuje, co chcemy pamiętać, a o czym wolimy zapomnieć.

Data dodania: 21 listopada 2017

(Niedorozwinięte w tym roku, pokawałkowane lato nie może zdecydować się na odejście. W pierwszy weekend listopada przez kilka godzin trwa w najlepsze, grzeje słońcem jak w sierpniu. Przemoczone kwiaty i wiązanki schną na grobach. Nie pierwsze to takie dziwne lato.)

W 1963, w kilka miesięcy po przybiciu do Europy, już w Berlinie, Witold Gombrowicz zanotował „koniec lata trwającego rok równy”. Z Argentyny uciekł przecież zanim zaczęła się jesień, a wracał na północną półkulę, już wiosennie rozbudzoną – w Barcelonie i Cannes właściwie zaczęła się już letnia pora. „Lato trwające rok równy”, kolejna Gombrowiczowska próba oszukania Kronosu.
Berliński rok pisarza zaczyna się ciepłym majem, ale okazuje rokiem nagłego chłodu, jesieni i zimy. W „Dzienniku” opisuje Gombrowicz słoneczny spacer w Tiergarten: „… wtedy zaleciały mnie pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie (…), dzieciństwo, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą ja porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć. (…) w Tiergartenie doznałem śmierci wprost – i od tej chwili ona mnie nie odstępuje”.

„(Śmierć.). (Śmierć).” – powtarza w tym samym czasie w „Kronosie”, zapisując ją właśnie tak, w nawiasach. Śmierć jeszcze w nawiasie, nawiasem oddzielona od biosu, słowo jeszcze nie ciało, na razie to tylko literackie próby. „Blaga? Frazes? Owszem, blaga i frazes, ale z tych co to nie popuszczają… gdy raz się uczepią…”
Parę miesięcy później zapisuje w „Kronosie” błagalnie: „żeby tylko przetrzymać zimę”. A mrozi coraz mocniej: Swinarska i esbecka prowokacja, ataki na „zdrajcę”, depresja, grypa, trupia bladość lekarskich gabinetów i szpitalnej pościeli. Otwiera się spis leków, wiernych mu do końca, dziś wart może analizy wcale nie filologicznej. Hipochondria? Tęsknota? Psychosomatyka.
Ciało zdradza go coraz bardziej, słabe i obce. Drażni i wpędza w depresję, więc choroba to azyl, tymczasowy. Chemiczny spokój: „drzemię oszołomiony luminalem”, aż w końcu: „już nie wiem, co kiedy było”. Nawiasy niczego nie porządkują, może trzeba środka mocniejszego niż luminal? „Dziwnie przyzwyczajam się do myśli o samobójstwie.”

***

W następnym maju jeszcze myśli o powrocie do Argentyny, choć już nazywa ją Porzuconą. Na razie trzeba jakoś urządzić się tu, w Europie. Gdzieś, gdzie cieplej, na Południu. W Berlinie zostawi ciepły koc podarowany przez Zuzannę Fels, ale tę śmierć w nawiasie zabierze ze sobą. Będzie z nim w Vence, a wcześniej w „Roy”, gdzie „studentki, starce, etc.”. Et cetera, Rita Labrosse, nadzieja, rozkosz i udręczenie. „Świat istnieje dla nas tylko jako możliwość bólu, lub rozkoszy.” Rita jako próba wymknięcia się poza nawias to temat wart powieści. Kto ją napisze?

(Tak jak obiecywałem sobie w ostatnim przed przerwą zapisku na blogu, sporo przez ten czas niepisania przeczytałem, pewnie ze dwieście próz pisanych po polsku. W pamięci zatrzymało się kilka, kilkanaście może bym z niej wygrzebał, z wysiłkiem. A „Kronos” przypomina się sam, nieproszony. I biografia Gombrowicza – a raczej autobiografia, bo kolejnych biografistów i czytelników uwodzi tak, że każda cudza opowieść o jego życiu jest i tak pisaną przezeń autobiografią – wydaje mi się teraz bliższa niż jego utwory. Więcej rozumiem, bo także wszedłem w wiek męski, wiek klęski? Trochę to za łatwe, ale niech starczy za tłumaczenie, lepiej za mocno nie grzebać, w tym wieku.)

Myślałem o tej nienapisanej powieści, gdy pod koniec kwietnia pojechałem do Vence, pierwszy raz w życiu, niespodziewanie. Południe: chłodne kamienne mury domów w ciasnych uliczkach, wyślizgane kamienie na chodnikach i jezdniach, rzeczywiście lazurowe niebo z rozmazanymi pasemkami bieli, posypane zielenią kamienne wzgórza, całkiem wysokie. Landszaft, palmowe ozdobniki, dla mnie nieodmiennie sztuczne, dziwaczne, plastikowe jak z wielkiej wtryskarki. Z okna hotelu widzę, jak na czubku jednej z nich przysiada sroka, taka sama ja u nas na kasztanowcu, wścibska i niespokojna. Jej ruch daje palmie alibi, ożywia ją, uzasadnia istnienie. Czarnobiały film w zupełnie innym gatunku.
W kotlinie duszno, więc świat trochę spocony, połyskliwy. Ale wino rześkie i tanie, choć w dzień wolę kir. Ponury żart, semantyczno-fonetyczny: orzeźwiający napój nazwany jak znak żałoby. Ale Vence piękne, gładkie, eleganckie, zadowolone z siebie, uśmiecha się i cmoka powietrze – przecież jednak ten cień, widziałem go tam nawet w południe. Piękno, może i nie śmiertelne, ale zmęczone, zamierające.
Pora roku nie ma tu znaczenia, bo i w kwietniu, i potem we wrześniu czułem się w Vence jak w efektownych dekoracjach Gombrowiczowskiego spektaklu umierania. Odchodzenia ze świata za szybą, świata podglądanego przez lornetkę, podsłuchiwanego, z krwią poganiającą serce i astmatycznym rzężeniem w tle. Jak na znanej fotografii: pokój prześwietlony letnim słońcem, upał za oknem, Gombrowicz na łóżku, siedzący w zimowym płaszczu, ciepłej, grubej kapocie.

(„No i kapota” – tak kiedyś mówiło się o śmierci jako klęsce, końcu wszystkiego. Żargonowo, chojracząc.)
Przyglądałem się więc tym wszystkim ludziom żyjącym w rajskiej kotlinie, dojrzałym i przejrzałym emerytom, rentierom, rezydentom, obserwowałem ich z zawiścią, bo wydawali się przekonani, że skoro są tu, w Vence, skoro żyją na Południu, to ciągle trwa południe ich czasu. Że mają czas. Uśmiechnięci, spokojni, podwójny pocałunek jak podwójny nelson, obezwładniający bez dotyku, żeby nie zostać dotkniętym, wycelowany w powietrze, w pustkę, w nic. Patrzyłem na nich, niedostrzegających cienia, a widziałem marznącego Gombrowicza, na zdjęciu prześwietlonym południowym słońcem.

***

(Nie pisałem tak długo, więc teraz trudno podomykać wspomnienia i skojarzenia – może ktoś jednak dobrnie do końca. Przed prawie trzema laty blogowe zapiski kończyłem przyszpitalnym pejzażem i okazuje się, że nie odszedłem daleko. Ledwie w okolice innego szpitala, wielkiego jak układ wojskowy, któremu miał służyć, jeszcze bardziej przerażającego.
Kronos jest bezwzględny. Zadowoleni z życia starzy ludzie drażnią go tak bardzo, że zagania ich w labirynty lecznic, ciasne poczekalnie i duszne sale z zamkniętymi na amen oknami, żeby nikomu nie przyszło do głowy wybrać takie właśnie wyjście, z siódmego piętra, korytarz na lewo od diagnozy.
Powoli łapiemy rytm: dwa kolejne poniedziałki, potem trzy tygodnie przerwy i z powrotem, do szpitala prawie za miastem, więc osoba, której towarzyszę, przeżywa, że tyle płacę za taksówki. Nigdy nie byłem dobry z matematyki – odpowiadam. Z chemii zresztą też nie, a teraz muszę. Bo to bardzo bliska mi osoba.)

Co niezapisane, nie istnieje. Szansę istnienia otrzymuje, gdy staje się zapisem. Szczegółowość zapisków w „Kronosie”, uważność na granicy hipochondrii i szaleństwa. Gorzkie żale, litanie objawów, bólu, nieskutecznych recept. Szczególna poetyka, pomieszany język: patos i wydzieliny. To tekst bardzo mi bliski.
(W kolejce przed gabinetem onkologa kobieta sporo młodsza ode mnie, opowiada. Walczy z tym cholerstwem od dwunastu lat – to dwa razy dłużej niż żył Gombrowicz po powrocie do Europy. Pociesza innych, mówiąc, jak wiele widziała przez te lata. Nie opowiada szczegółów, orzeka tylko, że ci tutaj nie mają najgorzej. – Dzieci, najgorzej gdy dzieci, takie malutkie – mówi. Innym razem mężczyzna, mój równolatek, szczupły, sportowy, chciałbym tak wyglądać. Mówi spokojnie, stara się brzmieć przekonująco: ja już swoje w życiu zrobiłem, wszystko zrobiłem – i drzewo, i dom, i syna, wiele drzew.
Hioby w jarzeniowym świetle poczekalni, nie zadające już pytań, na które nie będzie odpowiedzi. Pogodzone ze skandalem umierania, marznące w słonecznym cieniu. Nakazujące sobie dzielność, przynajmniej przed innymi, przynajmniej wtedy, kiedy nie boli. Ich bunt – minął albo się tylko przyczaił, jak ból.)

Skandal „Kronosu” jest inny, nieboski: żadnego hiobowego milczenia, ale i żadnych pytań o sens; przeciwnie – żenująca buchalteria, udająca ekshibicjonistyczną szczerość. Bezwstyd bólu, nie tylko fizycznego, prawo do bezwstydu i do bólu: „… ból jest bólem, gdziekolwiek by się pojawił, równie straszliwy w człowieku, jak w musze, wykształciło się w nas doznanie czystego cierpienia, piekło nasze stało się uniwersalne.” W pięknych dekoracjach Vence Gombrowicz myślał o napisaniu jeszcze jednego tekstu, dramatu z dwoma tylko postaciami: mężczyzną i cierpiącą muchą. I myślał też, jak zdobyć truciznę, żeby być przygotowanym.

***

Ale przecież – jak w dobrej powieści – i w tym ostatnim rozdziale biografii Gombrowicza zmienia się rytm: bywa szczęśliwy, albo przynajmniej mniej nieszczęśliwy, mniej samotny. Romans z „asystentką” rozwija się, przygasa, ale toczy – poza nawiasem i tym co w nim zapisane. Ten ostatni romans z młodością najmniej chyba był wampiryczny. Jeśli czytać uważnie, to w korespondencji Gombrowicza z tych lat można wyczytać nawet uczucia, o które sam siebie nie podejrzewał.
Te lata w Vence i ten romans ktoś naprawdę powinien opowiedzieć. Zapisać literacko. Nie zostawiać go ówczesnym i dzisiejszym ciotkom kulturalnym, zazdrosnym o Gombrowicza i zazdroszczącym Ricie. Traktującym więc ich przygodę jak wykalkulowany układ, interesowną relację, no bo przecież nie mogło być inaczej, w życiu.
I jakiż mają wspaniały argument: oto Gombrowicz wyjazd na południe Francji proponuje Ricie publicznie, podczas śniadania, przy innych rezydentach opactwa Royamount. Czyż tak proponuje się wspólne życie kochance? Nawet w najbardziej rozwiązłych czasach i towarzystwie?

Rita tłumaczy publiczność „oferty” nieśmiałością Gombrowicza, ale to chyba tylko część prawdy. (Tej prawdy ważniejszej, literackiej, której dochodzić może jedynie pisarz opowiadający historię ze świadomością, że wszystko filtruje przez własne doświadczenie, wszystko jedno: powieść pisze, dziennik czy popularną biografię.) Może to nie śmiałości zabrakło Gombrowiczowi, gdy zdecydował publicznie odegrać romansową, operetkową scenę w klasztornej jadalni? Może ten prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna po prostu obawiał się śmieszności, bał się poniżającego odrzucenia i jego rekwizytów, znanych z drugorzędnej literatury, którą się fascynował: grymasu niechęci i zdziwienia, wzruszenia ramionami, zażenowanego przestrachu w oczach Wybranej. Wybranej na miejsce Porzuconej?
Więc wolał spektakl niż intymną rozmowę, jak zawsze, bezpieczną grę, w której serio można obrócić w prowokację lub eksperyment psychologiczny. Grał, by się nie odsłonić, nawet w „Kronosie” grał, choć bardziej już tylko ze sobą. Ale o czytelniku pamiętał zawsze: pozostawiał nam pole do interpretacji, domysłów, snucia własnej opowieści, byśmy opowiadając o nim, opowiadali również o sobie. Byli osobiści, wobec niego i wobec siebie.

***

(Te jego sentencje, niby od niechcenia, nazbyt łatwo zapadające w pamięć. „Tak piszcie, żeby było wiadomo po przeczytaniu, czy pisał blondyn czy brunet!” Proste? Niby proste. Tylko jak poznać, gdzie kończy się cudza historia, a zaczyna nasza? Gdzie cudze życie, a gdzie własne? A przede wszystkim: czyj to nawias i czy w dobrym miejscu postawiony?
Blaga? Frazes? Owszem, blaga i frazes, ale z tych co to nie popuszczają… gdy raz się uczepią…)

Data dodania: 10 marca 2015

Czy współczesna polska proza zdziecinnieje do końca? Od ćwierć wieku uparcie rozgrzebuje nasze-swoje dzieciństwo, żeby określić się w nowej realności społecznej, obyczajowej, kulturalnej. W dzieciństwo wpadają już nie tylko urodzeni w minionej, słusznie minionej, epoce, ale także młodzi, bardzo młodzi, debiutanci. Jak Dominika Słowik, której pierwszą powieść zacząłem właśnie czytać.

(„Od wielu lat czekaliśmy na taki debiut”, orzeka na okładce książki Paweł Huelle, w pluralis maiestaticus. Czekałem? Na taki? Poczytamy, zobaczymy, czy aby król znów nie jest nagi. Ale zaczyna się dobrze.)

Czy zbiorowa ucieczka w dzieciństwo to wynik programowego indywidualizmu, manifestacyjnego postawienia „ja” przed „my”, odwrócenia się od wymagań modnej krytyki, dla której wszystko jest socjologią, a to, co nią nie jest, jest  przynajmniej polityczne? Czy też raczej objaw zdziecinnienia, starczego zapatrzenia w przeszłość, charakterystycznego dla „dni ostatnich” porzucenia dnia dzisiejszego, bo nie z nim przecież, a z przeszłością przychodzi się rozliczać?

Więc dzisiejsza polska proza jako staruszka myląca imiona dzieci, ale pamiętająca, jak wabił się pies, biegający po podwórku dzieciństwa przed siedemdziesięciu laty? Kuszący trop, ale czy nie nazbyt łatwy?

***

Ciekawe, że tak rzadko trafiam na współczesne powieści opowiadające o  starości, tej starości nowoczesnej, bezdomnej. Kończącej się w „zakładach opiekuńczych”, domach „spokojnej starości”, miejscach zastępczych, a może raczej: zstępczych, bo to miejsca zbiorowego zstępowania w śmierć. Która – o czym napisano już tomy – staje się coraz mniej indywidualna, choć coraz bardziej samotna. Skrywana jak wstydliwa choroba.

Mam wrażenie, że o takiej starości piszą głównie emigranci, mieszkający w tej starszej Europie, starzejącej się, spowolniałej i pokręconej. Zstępującej, ale jeszcze udającej młodość, prężność, dynamizm. Starannie skrywającej znaki przemijania i schyłku: zmarszczki, zwyrodnienia, drżenie rąk.

O tym właśnie opowiada świetny, oszczędny w słowach „Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Albo uczony i żarliwy do granic publicystyki „Asystent śmierci” Bronisława Świderskiego. Nie pozostawiają złudzeń, nie obiecują pociechy. Islandia, Dania, zimno, daleko. Czasem jednak i u nas taka starość się pojawia, wspominają o niej ci, którzy odkryli coś w lustrze albo w spojrzeniu najbliższych, w spojrzeniu na najbliższych. Jak Stasiuk w „Grochowie”, z którego niestety uciekł. Na Wschód, a gdzieżby indziej.

***

Tak mi się wydaje, ale mogę się przecież mylić, profesor Czapliński ich wie, piszących legionami – jak wszystkich przeczytać? Czytam za mało, tracąc czas (przeszły i przyszły) na te tu wypiski. Marnując wzrok na patrzenie, za okno, dokoła – na tę lekturę zastępczą.

A ostatnio oglądam głównie sceny szpitalne, tak się złożyło: ludzi do poskładania, pokręconych ortopedycznie i nie tylko. Napatrzony, zapisuję. Oddział rehabilitacji, tej wczesnej i tej spóźnionej, daremnej. Dobra opieka, sporo ciepła w tych przegrzanych, obskurnych murach, starzejących się szybciej niż ludzie.

Liszaj na ścianach, farbowana egzema, starość, wiadomo. Ciasnota w salach, korytarz pocięty drzwiami otwieranymi na zewnątrz, tor przeszkód dla ujeżdżających wózki i obłaskawiających kule, ozdobione pomarańczowymi odblaskami, na wypadek gdyby ktoś postanowił jednak pójść do domu, po nocy.

Ludzie życzliwi, mimo wszystko. Prawie jak wczasy albo kolonia letnia w czasie minionym. W ostatniej sali, po lewo, gość gra na gitarze i śpiewa, repertuar ogniskowy, potem studencki, z dawnych, równie zatłoczonych domów akademickich. Idzie mu całkiem dobrze, chodzić też zaczął lepiej, niedługo więc wyjdzie ze szpitala, będzie brakować tych koncertów.

To wieczorem. A w nocy, nad ranem krzyczy tamten chłopak. Po wypadku, częściowo sparaliżowany, nie mówi, ale próbuje. Uspokaja się dopiero koło szóstej, gdy przychodzi matka i jest z nim do wieczora, dokąd może. Drzwi uchylone, więc widać go, jak stoi w metalowej klatce, pionizowanie, taki zabieg. Wygląda to strasznie, ale matka ma nadzieję, że kiedyś stanie znów sam, bez tych przyrządów, przerażających dla nieprzyzwyczajonych. Trudno się przyzwyczaić, ale ona musiała, mąż zarabia, a ona jeździ z synem z miejsca na miejsce, z rehabilitacji na rehabilitację. Biedny, kochany, gdyby nie kupili mu tego samochodu… Kochani, biedni. Taka historia.

***

Siedzę u mamy i pani Helena opowiada o leczniczym pobycie w B., do którego i my jeździmy regularnie. Poszła do szpitala dziecięcego na Górce, dobry spacer, stare drzewa, zapach wiosny, kilometr łagodnie pod górę. Też tam byliśmy. Ale pani Helena postanowiła zajrzeć do środka. Było otwarte, nikt jej nie zatrzymywał – mówi z pretensją. Bo jakby zatrzymał, portier jakiś albo pielęgniarka, to by nie zobaczyła tego, co zobaczyła: po schodach schodziły (schodziły?) dwie dziewczynki, bez nóg, podpierały się rękoma, tak sprawnie, szybko. Roześmiane, głośne, aż pani Helena się popłakała. Nie mogła się uspokoić nawet po wyjściu. Pamięta do dziś.

Myśmy nie zaglądali. Czasem lepiej nie widzieć. Wychodzę ze szpitala na ulicę, podobnie obskurną. Walące się murowane ogrodzenie, działka zarośnięta chaszczami, ziemia niczyja, jak wysypisko śmieci. Znam to już, na pamięć, zresztą trzeba patrzeć pod nogi, żeby cało dojść do przystanku. Szarówka.

***

Prawdziwa skleroza: znów nie założyłem okularów. Ale nawet lubię tę nieostrość, moją ślepotę i zmierzch, podwójną szarość, rozmazującą wilgotne powietrze na przechodniach i sypiących się parterowych czynszówkach. Tylko czy warto o tym pisać? Czy tak robi się literatura? Z czego się robi? Gdzie zaczyna, gdzie kończy? Pamiętam jeszcze kilka odpowiedzi, wielu pewnie nigdy nie poznałem. Wiem, że nie wiem. Już nie próbuję. Zapisuję po prostu.

Blogopisanie to czynność dwuznaczna. Pułapka błogostanu, niby-literackiej chwały, zasięg posta, liczba lajków, licznik użytkowników. Papka popkultury, ale i akt twórczy. Blog jako zwierzenie, ale i kreacja literacka, o ile literaturą jest list w butelce, wrzucony w ocean przez rozbitka: SOS, jestem. Nawet podoba mi się ta metafora, ta butelka pchana przez fale, ale uwaga: można wpaść w nałóg. W nierzeczywistość.

Zapisać, ale po co? Dziennik, buchalteria – nieznany autor nieznanemu czytelnikowi, po grób? Piszmy, nikt nie woła. Podobno piszących więcej już niż czytelników. Więc dość, czas na odwyk?

***

I czytać, dużo czytać. Przecież tak wielu pisze, mimo wszystko.

Data dodania: 17 lutego 2015

Po kilku dniach wiosennej nadziei zima znów nam przylutowała, lodowatym wiatrem i czymś dziwacznym, spadającym z nieba, bardziej przypominającym kulki styropianu niż śnieg. Po miłościwie ocieplającym świat słońcu już ani śladu, jeśli nie liczyć ptaków rozbudzonych do nagłych zalotów, rozgłaszanych przedwczesnym świergotem. A podobno natura się nie myli.

To oświeceniowe  przekonanie jest tyle samo warte, co teza, że człowiek jest dobry z natury, wystarczy go tylko odpowiednio wychować, a cały będzie dobrem i miłością. W walentynkową sobotę można było pomyśleć, że to teza prawdziwa, tyle na ulicach zakochanych par, facetów z tulipanem w celofanie, sprzedawców nadmuchanych czerwonych serc na uwięzi i innych miłosnych manifestacji.

Były też manifestacje mniej radosne, przeciwko ciemnej stronie życia, czyli przemocy wobec kobiet. Sprzeciwu w obronie prześladowanych nigdy dość, tym bardziej, jeśli ma tak oryginalną formę jak akcja w Polsce organizowana przez Feminotekę. W dwustu krajach na świecie przeciw przemocy wobec kobiet demonstrowano tańcem. Dlaczego akurat tańcem?  „Tańcząc rządzi się swoim ciałem, wspólny taniec wyzwala energię, natomiast gwałt i przemoc odbierają władzę nad własnym ciałem” – uzasadniają pomysłodawcy akcji.

I tu rodzą się wątpliwości, choć nie jest to poród lekki, bo w naszym poprawnościowym świecie sceptycyzm wobec szlachetnych gestów nie jest mile widziany, ba, bywa wręcz podejrzany. Mimo to nie przestaje być powinnością, nakazującą właśnie podejrzliwość. Wbrew oświeceniowej utopii – podejrzliwość również wobec szlachetnych gestów, słów i zamiarów.

Choć dziś to zupełnie niemodne, wciąż warto czytać ze zrozumieniem. Ważyć słowa, swoje i cudze, odważnie. Nie ma wolności bez dociekliwości. Nie ma porozumienia bez zrozumienia. Reszta jest medialną mową trawą. Słomą wystającą z gęby, sianem wypychającym głowę. Przepychankami, słownymi, na początku.

Więc niechaj szlachetni wybaczą: śmiem wątpić. Czy aby na pewno „tańcząc rządzi się swoim ciałem”? Na przykład w tańcu rytualnym, wprowadzającym w trans? Tańcu, który rzeczywiście wyzwala energię, ale przecież niekoniecznie dobrą energię. Jak w tańcach wojennych, dosłownych i metaforycznych, których i dziś jesteśmy świadkami. Czy w ludzkiej naturze nie leży przypadkiem skłonność do poddawania się rytualnym pląsom, krokom i gestom, które podpowiada władca: szaman, wódz, trybun, polityk cynicznie sprawny, a może i obłąkany?  Albo społeczne i językowe klisze, schlebiające naszemu lenistwu?

Szlachetność nie broni przed naiwnością, czasem zaślepia nie mniej niż jej przeciwieństwa. W niedawnej pyskówce medialnej na temat europejskiej konwencji przeciw przemocy przeciwnicy unijnego aktu wskazywali na paragraf, który – ich zdaniem – niesie genderową zarazę, nakazując „działania niezbędne do promowania zmian, wzorców społecznych i kulturowych, dotyczących zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk, opartych na idei niższości kobiet, na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn”.

Nie chcę wdawać się w ideologiczny spór o znaczenie tego nakazu, zapisanego zresztą w nowym drewnianym języku. Ważniejszy jest właśnie sam język konwencji, niosący utopijną wiarę w wychowanie nowego człowieka za pomocą oświeconej pedagogiki, opartej – w istocie – na przemocy. To nie retoryczny paradoks. Bo co to na przykład znaczy: „wykorzenienie” uprzedzeń, zwyczajów,  tradycji? Jakie działania okażą się niezbędne? Kto będzie o tym decydował?

Nie trzeba być ogrodnikiem, by wyobrazić sobie, co znaczy „wykorzenić”. Wyrwać chwasta, żeby nie odrósł, z korzeniami, jak głęboko by nie wrastały. Zniszczyć na zawsze, choćby trzeba było wypalić ziemię dookoła, by zniknął, z powierzchni i z głębi. Konotacje, potoczne i oczywiste. Czkawka historii: wyplenić, wziąć „w plen”, zniewolić do wolności.

Przesadzam? Może, ale wolę przesadzać niż poddać się nurtowi bez pamięci. Tak wiele zrobiono już z miłości do człowieka – nie tego, jaki jest, ale tego wymyślonego, od nowa, przez tych, którzy wiedzą lepiej. Nie ma wolności dla wrogów wolności. Naszej wolności. Naszej, więc najlepszej.

Pal sześć konwencje, rewolucje obyczajowe, ideologiczne spory. Gra toczy się o  coś poważniejszego: o pojmowanie natury i kondycji człowieka. W moim przekonaniu sceptyczny pesymizm może i nie broni przez złem, ale przynajmniej daje ostrość widzenia i nazywania rzeczy po imieniu.

Wobec sceptycyzmu też jednak trzeba być sceptycznym, żeby nie popaść we wtórną naiwność. Bo i on bywa bezradny, gdy staje naprzeciw miłości wszechogarniającej, zbiorowej, miłości nie do kobiety lub mężczyzny, lecz do narodu czy ludzkości. Taka miłość jest w stanie zrobić wszystko. Z miłości. Każde szaleństwo, każdą zbrodnię.

Widzimy: i racjonalizm, i sceptycyzm stają bezradne wobec takich aktów strzelistych, jak na przykład miłość Putina do Ukrainy. I miłość Rosjan do Putina.

Rozejmu nie będzie. Przemoc. Prze moc – notuję na odwrocie kartki wyrwanej  kalendarzowi.

Data dodania: 29 stycznia 2015

Tokarczuk, o której miałem pisać, uklasycznia się na półce, niedokończona. Przerwałem nie z powodu znużenia, które dopadło mnie po przeczytaniu dwóch trzecich z ponad dziewięciuset stron powieści, lecz z powodu nagłych i dotkliwych wypadków, w wyniku których „Księgi Jakubowe” trafiły na półkę, a moja mama na ortopedię.

Mama czytać lubi, czyta dużo, więc teoretycznie mógłbym książkę Tokarczuk zanieść jej do szpitala. Ale jak czytać tomiszcze tak opasłe, kiedy ma się złamaną prawą rękę? Utrzymać „Księgi…” w jednym, na dodatek lewym ręku nie sposób, więc jeśli spełnią się marzenia niektórych krytyków i opowieść o frankistach stanie się naszym założycielskim mitem literackim w miejsce „Potopu…” albo innego Sienkiewicza, to kolejne wznowienia bezwzględnie należy wydawać w kilku tomach. Zresztą powieść Tokarczuk, która wydaje się konstrukcją przemyślaną nie tylko w sferze literackiej, ale i w sferach bardziej praktycznych, do atomizowania nadaje się wyśmienicie – jedna księga, jeden tom.

Przerwana w tak gwałtowny sposób lektura przywołuje starą mądrość ludową, orzekającą, że lepiej niczego w życiu nie planować. Zdarzyć się przecież może wszystko i o każdej porze, nikt nie zna dnia ani godziny. Ani tym bardziej minuty. Zaś starość się Panu Bogu nie udała. Proza życia. Banał. Lecz banał przestaje być banalny, gdy zaczyna boleć.

Więc lepiej uznać za klasykiem, że wszystko jest poezja. Tak właśnie: w mianowniku, mianowicie. Więc wszystko znaczy. Nawet niebieskie, foliowe kapcie, zakładane na buty, w których po kilku szpitalnych godzinach nogi – co, lepiej nie mówić. Nawet one, te kapcie, w odurzonej szpitalnym światłem i powietrzem głowie uwalniają ciągi skojarzeń.

Takie ochraniacze – ochraniacze podłóg, nie ludzi przecież i ich pamięci – takie, tyle że filcowe, były czas jakiś temu symbolem muzealności. Pozwalały zachować nieskazitelny błysk froterowanych parkietów oraz siły muzealnej kadry pomocniczej. Muzeum z pokalanymi błotem lub kurzem parkietami traciło swą gatunkową czystość i wyjątkowość, niebezpiecznie osuwało się w pospolitość. Tak było, dopóki nie przyszli reformatorzy. Ci potrafią zniszczyć wszystko, nawet najbardziej zatwardziały skansen.

Tradycję ochraniaczy uratowała służba zdrowia. Współczesna wiedzą i sprzętem, zaprzeszła formą i treścią, pozostaje wciąż służbą zdrowia, a nie służbą chorym – skansen li tylko semantyczny?

Uparte trwanie przy obowiązku obuwania foliowych worków w szpitalnej szatni niesie jednak znaczenia głębsze niźli higieniczne. Groteskowo odziany zdrowy traci animusz, bo traci na znaczeniu – przekraczając próg oddziału, naznaczony niebieską folią na stopach, staje się poddanym tubylców: pacjentów i ich lekarzy (lekarzy i ich pacjentów?). Okazuje się intruzem, w każdej chwili mogącym zakłócić ład i wynikający z niego spokój. Święty spokój, więc i założenie foliowych osłon na obuwie to jakby jedynie odwrotność zdejmowania sandałów przed wejściem do świątyni.

To oczywiście czysta spekulacja, więcej niż czysta – aseptyczna w gruncie rzeczy. Nie warto się nią przejmować. W ogóle nie warto się przejmować. Na pocieszenie cytat ze Stachury: „Ty się nie przejmuj tym szpitalem. To jest taki smutny szpital.”

Cytat może i wyrwany z kontekstu, ale co z tego – jesteśmy wszak na ortopedii.

Data dodania: 12 stycznia 2015

Taki zbieg okoliczności: w dniu, w którym francuskie służby zabijają islamskich terrorystów zgodnie z ich życzeniem, w podczytywanych od tygodnia „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk trafiam na pewien akapit. Brzmi on tak:

„…gdy tylko my, obcy, żyjąc między tamtymi, przyzwyczaimy się i zagustujemy w urokach tego świata, zaraz zapomnimy, skądżeśmy przyszli i jakie jest nasze pochodzenie. Wtedy skończy się nasza niedola, lecz za cenę zapomnienia o własnej naturze, i to jest najboleśniejszy moment naszego losu, losu obcego. Dlatego musimy przypominać sobie o własnej obcości i pamięć tę pielęgnować jak coś najdroższego. Rozpoznać świat jako miejsce naszego wygnania, rozpoznać jego prawa jako obce, cudze…”.

Te słowa, w powieści będące wyznaniem żydowskich mistyków- odszczepieńców, mogliby również wypowiedzieć bracia A. i współdziałający z nimi B., niech ich imiona zapomniane będą na zawsze.

Ale wszyscy, którzy paryską zbrodnię tłumaczyć by chcieli łatwo – społeczną i ekonomiczną alienacją, nieskuteczną asymilacją kulturową czy religijnym fanatyzmem, powinni przypomnieć sobie inną powieść, napisaną przez Francuza, który nie miał złudzeń co do ludzkiej kondycji.

Czy pamiętacie, jakie zdarzenia kończą pierwszą część „Obcego” Alberta Camusa? Zaczyna się wszystko niby typowo, jak wiele bójek toczonych od dziesięcioleci przez europejskich i arabskich Francuzów (a także wiele bójek toczonych gdzie indziej, przez wielu innych, których nie dzieli ani język, ani wyznanie czy rasa). Pojawia się nóż, krew z rozbitych nosów arabskich robotników oraz z rozciętego ramienia Rajmunda, w końcu rewolwer. Jest jednak południe, słońce pali niemiłosiernie, nikt nie ma ochoty walczyć. Arabowie wycofują się, nóż i rewolwer pozostają w kieszeniach letnich spodni, protagoniści z przedmieść rozchodzą się w swoje strony.

A potem dzieje się coś nieoczekiwanego. Meursault nie wchodzi z Rajmundem do domku Massona, bo przeraża go wysiłek, na jaki trzeba się zdobyć, by wczłapać na pierwsze piętro. „Ale żar był tak wielki, że stać nieruchomo pod oślepiającym deszczem, który spadał z nieba, także było ciężko. Zostać czy pójść – na jedno wychodziło. Po chwili zawróciłem na plażę i zacząłem iść przed siebie. (…) Cały ten żar skupił się na mnie i stawiał opór moim krokom. Za każdym razem, kiedy czułem na twarzy jego gorący powiew, zaciskałem zęby, zaciskałem pięści w kieszeniach spodni, prężyłem się cały, żeby pokonać słońce i to mroczne, walące się na mnie oszołomienie.

[…] Pomyślałem o chłodnym źródełku za skałą. Pragnąłem odnaleźć szmer jego wody, pragnąłem uciec od słońca, wysiłku i płaczu kobiet, pragnąłem znaleźć wreszcie cień i odpoczynek. Ale kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że ten facet Rajmunda wrócił.

Był sam. Leżał na wznak z rękami pod głową, czoło miał w cieniu, ciało na słońcu. Jego kombinezon dymił w żarze. Byłem nieco zdziwiony. Dla mnie ta historia została zakończona, przyszedłem tutaj nie myśląc o niej.”

Dalej rzeczy toczą się automatycznie, jak dobrze naoliwiony mechanizm. Ręka Araba zaciska się w kieszeni spodni na rękojeści noża, dłoń Meursault odnajduje w kieszeni marynarki chłód rewolweru. Trwa milczenie i bezruch, mężczyzn dzieli dziesięć metrów rozżarzonej słońcem plaży. „Już od dwóch godzin dzień nie posuwał się naprzód, od dwóch godzin zarzucił kotwicę w oceanie wrzącego metalu.”

Jeszcze nic – wydaje się – nie jest przesądzone. „Pomyślałem, że wystarczy, żebym wykonał półobrót, i wszystko się skończy. Ale z tyłu nacierała na mnie tętniąca słońcem plaża. Zrobiłem parę kroków w kierunku źródełka. Arab nie poruszył się. Mimo wszystko był jeszcze dość daleko. Prawdopodobnie wskutek cienia, który mu padał na twarz – wyglądał tak, jakby się uśmiechał. Czekałem. Oparzelizna słoneczna sięgnęła już moich policzków, czułem jak na brwiach zbierają mi się krople potu. To było to samo słońce co w dniu pogrzebu mamy i jak wtedy najbardziej bolało mnie czoło, a wszystkie tętna waliły na raz pod skórą. To z racji tej oparzelizny, której nie mogłem już dłużej znosić, zrobiłem krok naprzód. Wiedziałem, że to jest głupie, że nie uwolnię się od słońca przesuwając się o krok. Ale zrobiłem ten krok, tylko jeden krok naprzód. Tym razem Arab, nie wstając, wyciągnął nóż i pokazał mi go w słońcu. Jak długa iskrząca się klinga, światło wytrysło ze stali i dotknęło mi czoła. W tej samej chwili pot, nagromadzony na brwiach, spłynął mi nagle na powieki i pokrył je ciepłym, gęstym woalem. Pod tą zasłoną z łez i soli moje oczy zaniewidziały. Czułem już tylko obuchy słońca na czole i nieco zatarty, świetlisty miecz dobywający się z noża, który był ciągle przede mną. Ta ognista szpada przebijała mi rzęsy i raniła obolałe oczy. I właśnie wtedy wszystko się zakołysało. Morze przyniosło gorący, ciężki podmuch. Wydawało mi się, że niebo pękło wzdłuż i wszerz, by lunąć ogniem. Cała moja istota sprężyła się, zacisnąłem rękę na rewolwerze. Spust ustąpił, dotknąłem gładkiej wypukłości kolby i właśnie wtedy, w tym trzasku suchym i zarazem ogłuszającym, wszystko się zaczęło. Strząsnąłem pot i słońce. Zrozumiałem, że zburzyłem równowagę dnia, niezwykłą ciszę plaży, na której byłem szczęśliwy.”

Z cierpliwymi czytelnikami dzielę się tym cytatem (w tłumaczeniu Marii Zenowicz) nie tylko dlatego, że pisanie o literaturze w dużej mierze polega na jej przepisywaniu. Ten fragment to dla mnie jedno z najcelniejszych przybliżeń do sedna ludzkiej natury, jeszcze żywsze i dosadniejsze w kontekście zabójczych strzałów w Paryżu. Mówi przejmująco, że rasy, narody, objawione lub świeckie religie to tylko maski tego, co ukryte, co bardziej od nich pierwotne i nierozerwalnie złączone z ludzką kondycją. To coś to obcość, obcy w nas, ukryty pod złogami wiary, ideologii, kultury.

Przychodzi moment, że ten inny się ujawnia. Czujemy się nagle obcy wobec obcych, odkrywamy swoją nieludzką osobność. Wtedy wystarczy cudze spojrzenie, słowo, gest, a rozżarzone jak płynna stal słońce zalewa nam oczy potem i łzami spod poparzonych powiek.

Żadne to pocieszenie, że tu, dalej na północ, żyjemy w chłodniejszym klimacie.

Każdy jest obcy.

Data dodania: 22 grudnia 2014

Zima zwariowała na starość i zachowuje się jak wiosenna siksa, żałośnie. Więc święta bez śniegu, czas się przyzwyczajać. Cudów nie ma i nie będzie. Taki klimat, przynajmniej na zewnątrz.

Święty Boże też nie pomoże. Szóstego grudnia rzecznik praw dziecka napisał na swoim fejsbuku: „Dzieci mają prawo wierzyć w Świętego Mikołaja. Pomóżmy zatrzymać tę wiarę jak najdłużej. Mikołaj potrzebuje naszej pomocy.” Ten metaforyczny wpis wywołał wściekłość przeciwników złudzeń i marzeń nie do spełnienia. Mam wrażenie, że czas świąt ożywia ich jakoś tak szczególnie: wyruszają na krucjaty, goniąc być może za czymś, co sami utracili. Wygrali i tym razem, bo wpis wykasowano – ale czy to naprawdę zwycięstwo?

Rzecznika atakowali nie tylko wojujący bezbożnicy i wyznawcy political correctness. W komentarzach do fejsbukowego wpisu i pod artykułami wpis nagłaśniającymi pojawił się też spór osób zawodowo zajmujących się dzieciństwem. Spierali się, czy najmłodszym należy opowiadać o postaci, która przecież nie istnieje? Czy wolno ich okłamywać, podsuwając wiarę w Mikołaja, wiarę w legendę, w istnienie nienaukowej nierzeczywistości?

Pytanie godne filozofów. Nie filozofowi doświadczenie podsuwa odpowiedzi niejasne, dwuznaczne. I usprawiedliwiające, bo kłamstwo kultury – czyli zmyślenie, opowieść mieszająca fakty i fikcje, symbolizująca je – to przecież odpowiedź na kłamstwo inne, na kłamstwo natury: naturalne piękno maskujące przemoc, na zwierze mordujące inne zwierze, podstępem, z ukrycia, dla zaspokojenia głodu albo morderczego instynktu. Jeśli więc kulturę zredukujemy wyłącznie do „prawdziwości”, do realistycznego i racjonalnego, niezmyślonego, to czy nie staniemy bezradni wobec tego nienasyconego zwierzęcia, które czeka, zamaskowane i przyczajone? Stare pytanie, wiele odpowiedzi.

Nie filozofowi doświadczenie wyświetla też obrazy, trochę zatarte, ale powracające. Kilkuletni chłopiec w czasach, gdy Wigilia bez śniegu była czymś niewyobrażalnym, dopóki w końcu nie nadeszła. Oczekiwanie, z nosem przy wilgotnej szybie, nietkniętej mrozem i jego malunkami, smutne, rozmazane, marudne. Rodzice pewnie mieli dość pytań, bo ojciec namówił chłopca, by wyszedł na dwór i tam wypatrywał na niebie płatków śniegu. Spadną, zapewniał, niech tylko zaświeci pierwsza gwiazda.

Podwórko było niewielkie, ale, nieogrodzone, otwierało się na wszystkie strony świata. Wpatrywał się w niebo posłusznie, z nadzieją, zwyciężoną w końcu przez mrowienie w zdrętwiałym karku. Opuścił głowę i krajobraz wrócił na swoje miejsce. Było pusto i czarno. Odmarznięte skiby ledwo zieleniła wyłażąca z ziemi ozimina, wyglądająca jak sobotni zarost na twarzy ojca.

Oczy nie mogły przyzwyczaić się do dziwacznej o tej porze roku nagości świata, nawet wtedy, gdy patrzył daleko, aż po jego granice. Daleko w dzieciństwie jest całkiem bliskie, nigdy przecież nie zapuszczał się dalej niż do tej wielkiej gruszy, jak odludek osiadłej na miedzy dzielącej ziemię na kawałki według niejasnego wzoru. Wyprawiał się do niej rzadko, płosząc po drodze wrony i kuropatwy, właściwie tylko jesienią, bo wtedy grusza nie potrafiła znieść samotności, ulegała cierpkiej tęsknocie i wabiła przesłodzonymi ulęgałkami, gnijącymi potem dłużej niż jesień. W tamtym roku bez śniegu i mrozu gniły wyjątkowo długo.

Czas spływał resztkami dnia i pejzaż też w końcu zaczął się rozmazywać, szarzeć, jakby bure chmury roztapiały się od próbującego przebić je światła i powoli ściekały na ziemię. Znów zadarł głowę, nic, ani zachodzącego słońca, ani pierwszej gwiazdy. I wtedy poczuł, poczuł, zanim dostrzegł: zimna wilgoć, najpierw na czole i oczach, potem na ustach. Zawirowały, jeden za drugim, wielkie jak płatki kwiatów. Spadały i topiły się w uschniętej trawie, ale było ich coraz więcej, i więcej, w powietrzu i na ziemi. Pobiegł, żeby powiedzieć ojcu.

Obraz, zapomniany, wrócił po latach. Nie pamiętał już czemu, ale to pewnie wtedy, gdy zrozumiał, jak wiele ojciec ryzykował swoją obietnicą – zrozumiał i stał się mężczyzną. Potrafił już wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby śnieg nie spadł tamtego popołudnia, co stało by się z jego wiarą w ojca i w bezpieczny bieg rzeczy pod jego okiem.

A co najważniejsze, wyobraził sobie także, jak wyglądałoby jego życie bez wiary w tamtą obietnicę, nieuprawnioną, bez podstaw, będącą kłamstwem, przynajmniej w pewnym sensie. W tym sensie, w jakim kłamstwem nazywać można sentymentalną opowieść o starym Świętym Mikołaju, który przecież jest, chociaż go nie ma.

Głowy do góry, może znów między powiekami rozpuści się nam odrobina zimnej, białej wilgoci.

Data dodania: 8 grudnia 2014

Kilka zdań, zapisanych przy oknie. Ćwiczenie z przemijania:


Martwica  

Uschnięty świat odpadł liśćmi z kasztanowca. Znów patrzymy sąsiadom prosto w okna, odsłonięte znienacka.

Zgodnie udajemy dobrosąsiedzką ślepotę.

 

Prozą

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Do diabła z poetycznością: to świat dzwoni zębami, przeczuwając chłód, który nadciągnie w końcu z ciemnych przestrzeni.

Słońce przykryte brudną, zbutwiałą kołdrą. Czas przemokniętych nitek i zagubionych parasoli.

 

Już sikorki

Zieleniące się zastępstwo na wilgotnych konarach, którym noc amputowała liście. Kulki przeskakujące z gałęzi na gałąź, przekreślone czarnymi linijkami.

Pierzasta, szczebiotliwa radość, mimo wszystko.

 

Utrata

Ocalone przed dziećmi i wiewiórką, kurczą się kasztany na półce.  Marszczą się jabłka, w sieni czekające na dojrzałość. Nocami mróz wypełza z ziemi.

Tracimy ciepło, aż w końcu nie uratuje nas nawet późno wschodzące słońce.

 

W mieście

cisza przychodzi zimą. Opatulamy się oknami z plastiku: żaden mróz niczego nam nie zmaluje.

Nieme stają się auta, psy i wrony. Sroczejemy, gapiąc się przez szybę w szkielety drzew i czarno białą zmarzlinę.

Przypominamy sobie, że mówić trzeba ciszej. I milczeć uważniej.

Data dodania: 25 listopada 2014

Liczba książeczek, na których nieuważni czytelnicy postawili więcej niż jeden krzyżyk, omal nie wywróciła państwa do góry nogami. Ciekawe, że komentatorom, nawet uczonym, w głowie się nie mieści, iż głosujący mogli wpaść w analfabetyzm aż tak wtórny, że nie potrafią zrozumieć średnio skomplikowanej procedury dawania głosu. Jeżeli na co dzień traktuje się ludzi jak idiotów, to przychodzi dzień, że ci zaczynają tak właśnie się zachowywać.

Na – delikatnie mówiąc – zgłupienie powszechne składa się wiele przyczyn. Jedną z podstawowych jest system edukacji, kończący się maturą „dedykowaną” wielbicielom „Familiady”, bo jak ona nagradzającą przeciętniactwo, mimikrę, brak sądów własnych i uległość wobec stereotypu. System, w którym wiedzę się testuje zamiast przekazywać, testuje w kółko i krzyżyk, na chybił trafił i szczęśliwy los.

Prawda oczywista, ale warta przypomnienia: jeżeli ludzi nie inspiruje się na co dzień do logicznego i jasnego formułowania myśli, nie zachęca do czytania i pisania ze zrozumieniem, do precyzyjnego przedstawiania poglądów i oczekiwań, to jak potem ci ludzie mają wiedzieć, czego chcą? Jak mają to nazwać i sformułować? Więc przy urnie zachowują się jak w szkole albo przy telewizorze: kółko i krzyżyk, chybił trafił, na ślepy los.

Wyrzuca się dziś mediom, że nie wyedukowały wyborców, jak połapać się w pliku kartek z nazwiskami, nazwami i numerami. Zastanówmy się jednak, czego miały nauczyć? Że trzeba czytać, co się podpisuje, choćby krzyżykiem? Że można zapytać, jeśli się czegoś nie wie, bo wszystko to wiedzą tylko politycy i Duch Święty?

Pomyślmy, kto miałby dziś upowszechniać obywatelską wiedzę? Media komercyjne, w których czas antenowy to już wyłącznie pieniądz, reklamowy, zaś format publicystyki przypomina rzeźnię miejską z czasów przed ekologami? A może media publiczne, które misję uprawiają tańcząc na lodzie w piekielnej kuchni z gwiazdami, które mają talent, zaś do komentowania nawet poważnych i wysoce specjalistycznych tematów zapraszają niemal wyłącznie polityków i to najchętniej tych, którzy szybciej mówią niż myślą? To kto?

Moim zdaniem najważniejszym polskim problemem nie są dziś ani butni (od buty, a nie butwienia) „leśni dziadkowie”, jak sędziów z PKW nazwała duża część nagle bezkompromisowych komentatorów, ani bzdurna ustawa o zamówieniach publicznych, która uczy konformizmu i kombinowania, ani wreszcie układane przez ludzi bez wyobraźni instrukcje i przepisy wyborcze.

Jest nim natomiast ten fałszywy wstyd, który elitom, obarczonym historycznym kompleksem wobec „człowieka prostego”, nie pozwala uznać, że duża część wyborców to wtórni analfabeci, więc trzeba do nich dotrzeć choćby pismem obrazkowym, bo w takiej kulturze żyją na co dzień. Jak przypomniał ostatnio Wiktor Osiatyński, prawdziwie demokratyczne procedury powinny być dostosowane do poziomu najmniej rozgarniętego wyborcy. Ale profesora Osiatyńskiego widziałem w telewizorze po raz pierwszy od wielu lat. Innych naprawdę mądrych widuje się tam równie często.

Najistotniejszym zaś polskim problemem są owi decydenci od oświaty, ci wszyscy neofici nowoczesności, technofundamentaliści, którzy usiłują wmówić opinii publicznej, że nie potrzeba nam humanistów, że na nic wykształcenie ogólne, bo szczęśliwość powszechną i dobrobyt zapewnią nam wyłącznie spece od obrabiarek cyfrowych i – wypowiadając w złą godzinę – programiści komputerowi.

Dlatego postuluję, pół żartem, ale ponurym: niech w przyszłych wyborach każdy głosujący za głos dostanie książkę. I niech to nie będzie książka kucharska, ale przynajmniej poradnik krzyżówkowicza. Uczący, jak krzyżować litery, by wynikał z nich sens.

Ludzie rozumiejący stają się rozumniejsi, więc i bardziej odporni na manipulacje tych, dla których władza jest jedynym sensem.

Data dodania: 4 listopada 2014

Ale było to jakby śmierć nasza, nachylona nad taflą wody, wywołała w niej własne oblicze…

Jedno z tych wspaniałych zdań Gombrowicza, niezagadanych, nie wykoncypowanych, poetyckich przecież, ale nie poetycznością – lecz czym? Nie wiem, nie muszę wiedzieć, nie muszę wyczytać go (i ich, innych) do końca, zaczytać na śmierć. Niech żyją.

Zdanie otwierające listopadowe spacery po cmentarzach, krążenie między obowiązkiem a ciekawością. Przeglądanie się w nagrobkach, trochę wstydliwa, bo dziecinna, gra w liczby: kto ile przeżył, ten w moim wieku lub młodszy, ja jeszcze żyję i coraz bardziej mi się to podoba; o, ten tu pożył, to i ja może mogę, jeszcze długo albo przynajmniej dość. Zabawa śmiertelnie poważna, naprawdę zakorzeniona w dzieciństwie, wtedy jednak ograniczona zdziwieniem, że prawie wszyscy żyli tak długo, niewyobrażalnie. Abstrakcja starości, abstrakcyjność śmierci.

Potem realne odejścia, bliskie, przedwczesne (są inne?) zepchnęły cmentarną loterię w niepamięć, abstrakcja stała się ciałem, dotykając boleśnie, niech więc nie straszy mementem. Przynajmniej póki co, do czasu.

Aż w końcu pewnego dnia, albo raczej dnia, który utracił swą pewność, ten dziwny ból i strach, niepowtarzalne (tak, lepiej ich nigdy już nie powtarzać). Ból, który co znaczy, lepiej nie wiedzieć, lepiej nie myśleć, co oznajmia, nie przeglądać się w tafli wody. Wieczór, noc, poranek. Za długo, dłużej nie było można.

Zmierzchało się, gdy ruszyliśmy, więc podróż tym bardziej odrealniona, nieoczekiwana. Wycie syreny, tu w środku cichsze niż na zewnątrz karetki, która nie mogła wjechać w rozkopaną uliczkę, więc najpierw jazda noszami na kółkach, zabawne, zupełnie jak w dzieciństwie, którego jednak nie sposób aż tak pamiętać. Liściasty zapach jesieni, trochę już zziębnięty. Ale twarze w karetce troskliwe, zagadujące, będzie dobrze, dobrze, będzie.

Pielęgniarka na izbie przyjęć, profesjonalnie chłodna, przyjmująca z nawyku, zdziwiona: to na pewno to? tak dobrze pan wygląda? Stoję, przytomny, nie odpływam, widzę i słyszę, próbuję żartować. Żaden tam zwolniony film, klatka po klatce kadruję: tłok na korytarzu, w uchylonych drzwiach brudownika pijani, którym zlikwidowano właśnie izbę przetrzeźwień, leżą pokotem na drewnianych podkładach, kółko wózka, lewe, rozchybotane, piszczy przeraźliwie, jedziemy-na-ojom, słyszę, jedźmy…

Kolejna pielęgniarka, ta już bez wątpliwości, wierząca, diagnozie. Łóżko, ostrożnie, napomina i zaraz przypina elektrody, kroplówka sączy spokój prosto do żył. Serce zwolnione, ale nie do końca, na szczęście. Tak, chyba to jest szczęście – ten spokój, nigdy takiego nie zaznałem przedtem, spokój jak nie z tej ziemi, lepiej nie myśleć skąd.

Spokój nie wieczny, ale trwał jeszcze przez jakiś czas, już po szpitalu –  chodziłem uważny, ostrożny, z lękiem, jakbym nosił w sobie coś kruchego, co może pęknąć, roztrzaskać się, nie do sklejenia. Leki? Sentymentalizm? A może jednak coś innego? Dostrzeżonego źrenicami rozszerzonymi niedowierzaniem, radosnym, że aż strach. Każda witryna jak tafla wody, oczy przechodnia, umykająca szyba autobusu. Ja w nich. Ja, w nich, naprawdę. Odbicia.

Ten stan uważnej kruchości nie trwał długo, choć obiecywałem sobie, że teraz to każdy dzień będę przeżywał tak, jakby miał być ostatni. Szybko jednak zapomniałem – na szczęście, inaczej nie dałoby się żyć, kamieniejąc z przerażenia.

Wcześniejszy, szpitalny spokój też nie trwał wiecznie, ożywiłem się już trzeciego dnia leżakowania na ojomie. (Naprawdę.) Z nudy patrzyłem w monitor, najpierw tego, co leżał naprzeciwko, a potem i w swój, bo dobra siostra przesunęła go miłosiernie. Relacja live: wykres ciśnienia, tętno, serce na żywo, można gapić się bez końca, nie wiedziałem, jakie to interesujące. Pokusa, żeby coś zrobić, nie wolno wstać, ale kusi, żeby jakoś poruszyć rzeczywistość, odzyskać wpływ. Poruszyłem elektrody, linie na monitorze zaczęły wariować, więc jeszcze raz, mocniej. Alarm. Siostrzyczka już przy łóżku, wściekła, myślała, że… Głupio, a jednak się cieszę, uśmiecham się do niej, do siebie, dokoła.

A potem jeszcze jedna transmisja, tym razem i live, i exclusive. Kamera wędruje po mnie, żadne tam nasłuchiwanie, jest wewnątrz, na monitorze rzeki, system dopływów, dorzecze sinoniebieskie, rozgałęzione, drży i pulsuje, całkiem do rzeczy. Dziwne uczucie: znieczulony, ale czujny, uczestniczący. Czujący, że żyje, dosłownie. Sprężynka rozpycha przewężenie, rozszerza zawaloną tętnicę, koniec transmisji, odpocząć.

Znów w łóżku, dwie doby prawie bez ruchu, na plecach, wszystko da się wytrzymać, by wrócić. Po powrocie do sali zmiana: puste łóżko obok, nie ma parawanu, za którym, zanim mnie zabrali, odchodził mężczyzna, jeszcze nie stary, mógł żyć. Odchodził inaczej niż żył, tak mówiła córka, zawstydzona, nie umiejąca zachować się wobec tego odejścia – gwałtownego i wulgarnego. Chory bluźnił głośno, na nią i wszystkich dookoła, wyzywał jak jakąś najgorszą, zrywał wenflony, próbował wstawać, uciekać. Nie znała takiego ojca i pewnie zaczynała wątpić, który jest prawdziwy: przecież nigdy w życiu – mówiła – nie przeklinał, nie awanturował się, nigdy, w życiu. Spotkałem ją potem w Nałęczowie, trochę rozmawialiśmy, ale nie o tym, to było, widziałem, zbyt trudne.

W końcu, kur zapiał, pozwolono mi wstać. Dochodziłem do siebie, więc spacerowałem po wąskim korytarzu drugiego oddziału wewnętrznego albo stawałem przy oknie, w świetlicy, gdy nikt akurat nie włączył telewizora, chrypiącego i śnieżącego, ale pokazującego życie na zewnątrz, nie wewnętrzne. Wciąż była piękna jesień, zacząłem żałować grzybów, których nie zdążyłem zebrać. Ogromny klon zabarwiał się jesiennie i obiecywałem sobie, że kiedy stąd wyjdę, muszę dotknąć jego kory, zanim spowolni soki, na zimę.

Pierwszy raz, uwolniony od lodowego opatrunku i odparzających skórę plastrów, stanąłem przy tym oknie nad ranem. Niewiele było widać, parking, skąpo oświetlona ulica, a gdzieś na jej końcu majaczący jarzeniówkami prostokąt na słupkach, z napisem, którego nie mogłem odczytać. Rozmazywał się niczym tablica z nazwą stacji, widziana z okna jadącego pociągu, wydobywająca na moment z ciemności fragment peronu, przy którym nasz pociąg się nie zatrzyma.

Co napisane na tej tablicy, ciekaw byłem tak bardzo, że po wyjściu ze szpitala zapomniałem nawet o klonie, spieszno mi było rozwiązać zagadkę. Padało, krople rozmywały ostrość na szybach samochodu, ale litery były duże, wyraźne, choć ozdobne. AARON, przeczytałem, dwa a dobrze pozycjonują w ogłoszeniach i wyszukiwarkach. A niżej: zakład pogrzebowy, już mniejszymi literami, choć zasłużył na większe: pilniejszy od supermarketu, bo czynny całą dobę – gotowy teraz i zawsze, i w każdą godzinę śmierci, amen.

Tak właśnie, bezwstydnie kiczowato, nazywała się wydumana w szpitalne noce stacyjka? Ale czemu ta pornograficzna dosłowność śmierci nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia? Byłem zbyt oszołomiony? A może już wiedziałem – że co? Że obawiamy się śmierci wcale nie ze względu na jej dosłowność i wulgarność? Że to nie kiczu boimy się, pochylając nad taflą?

Trzydzieści dziewięć, czterdzieści sześć, pięćdziesiąt cztery. Cmentarna loteria, czerwone wygrywa, czarne bierze wszystko.

2 listopada 2014

Strona 1 z 1312345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2015 Muzeum Literatury