Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 10 marca 2015

Czy współczesna polska proza zdziecinnieje do końca? Od ćwierć wieku uparcie rozgrzebuje nasze-swoje dzieciństwo, żeby określić się w nowej realności społecznej, obyczajowej, kulturalnej. W dzieciństwo wpadają już nie tylko urodzeni w minionej, słusznie minionej, epoce, ale także młodzi, bardzo młodzi, debiutanci. Jak Dominika Słowik, której pierwszą powieść zacząłem właśnie czytać.

(„Od wielu lat czekaliśmy na taki debiut”, orzeka na okładce książki Paweł Huelle, w pluralis maiestaticus. Czekałem? Na taki? Poczytamy, zobaczymy, czy aby król znów nie jest nagi. Ale zaczyna się dobrze.)

Czy zbiorowa ucieczka w dzieciństwo to wynik programowego indywidualizmu, manifestacyjnego postawienia „ja” przed „my”, odwrócenia się od wymagań modnej krytyki, dla której wszystko jest socjologią, a to, co nią nie jest, jest  przynajmniej polityczne? Czy też raczej objaw zdziecinnienia, starczego zapatrzenia w przeszłość, charakterystycznego dla „dni ostatnich” porzucenia dnia dzisiejszego, bo nie z nim przecież, a z przeszłością przychodzi się rozliczać?

Więc dzisiejsza polska proza jako staruszka myląca imiona dzieci, ale pamiętająca, jak wabił się pies, biegający po podwórku dzieciństwa przed siedemdziesięciu laty? Kuszący trop, ale czy nie nazbyt łatwy?

***

Ciekawe, że tak rzadko trafiam na współczesne powieści opowiadające o  starości, tej starości nowoczesnej, bezdomnej. Kończącej się w „zakładach opiekuńczych”, domach „spokojnej starości”, miejscach zastępczych, a może raczej: zstępczych, bo to miejsca zbiorowego zstępowania w śmierć. Która – o czym napisano już tomy – staje się coraz mniej indywidualna, choć coraz bardziej samotna. Skrywana jak wstydliwa choroba.

Mam wrażenie, że o takiej starości piszą głównie emigranci, mieszkający w tej starszej Europie, starzejącej się, spowolniałej i pokręconej. Zstępującej, ale jeszcze udającej młodość, prężność, dynamizm. Starannie skrywającej znaki przemijania i schyłku: zmarszczki, zwyrodnienia, drżenie rąk.

O tym właśnie opowiada świetny, oszczędny w słowach „Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Albo uczony i żarliwy do granic publicystyki „Asystent śmierci” Bronisława Świderskiego. Nie pozostawiają złudzeń, nie obiecują pociechy. Islandia, Dania, zimno, daleko. Czasem jednak i u nas taka starość się pojawia, wspominają o niej ci, którzy odkryli coś w lustrze albo w spojrzeniu najbliższych, w spojrzeniu na najbliższych. Jak Stasiuk w „Grochowie”, z którego niestety uciekł. Na Wschód, a gdzieżby indziej.

***

Tak mi się wydaje, ale mogę się przecież mylić, profesor Czapliński ich wie, piszących legionami – jak wszystkich przeczytać? Czytam za mało, tracąc czas (przeszły i przyszły) na te tu wypiski. Marnując wzrok na patrzenie, za okno, dokoła – na tę lekturę zastępczą.

A ostatnio oglądam głównie sceny szpitalne, tak się złożyło: ludzi do poskładania, pokręconych ortopedycznie i nie tylko. Napatrzony, zapisuję. Oddział rehabilitacji, tej wczesnej i tej spóźnionej, daremnej. Dobra opieka, sporo ciepła w tych przegrzanych, obskurnych murach, starzejących się szybciej niż ludzie.

Liszaj na ścianach, farbowana egzema, starość, wiadomo. Ciasnota w salach, korytarz pocięty drzwiami otwieranymi na zewnątrz, tor przeszkód dla ujeżdżających wózki i obłaskawiających kule, ozdobione pomarańczowymi odblaskami, na wypadek gdyby ktoś postanowił jednak pójść do domu, po nocy.

Ludzie życzliwi, mimo wszystko. Prawie jak wczasy albo kolonia letnia w czasie minionym. W ostatniej sali, po lewo, gość gra na gitarze i śpiewa, repertuar ogniskowy, potem studencki, z dawnych, równie zatłoczonych domów akademickich. Idzie mu całkiem dobrze, chodzić też zaczął lepiej, niedługo więc wyjdzie ze szpitala, będzie brakować tych koncertów.

To wieczorem. A w nocy, nad ranem krzyczy tamten chłopak. Po wypadku, częściowo sparaliżowany, nie mówi, ale próbuje. Uspokaja się dopiero koło szóstej, gdy przychodzi matka i jest z nim do wieczora, dokąd może. Drzwi uchylone, więc widać go, jak stoi w metalowej klatce, pionizowanie, taki zabieg. Wygląda to strasznie, ale matka ma nadzieję, że kiedyś stanie znów sam, bez tych przyrządów, przerażających dla nieprzyzwyczajonych. Trudno się przyzwyczaić, ale ona musiała, mąż zarabia, a ona jeździ z synem z miejsca na miejsce, z rehabilitacji na rehabilitację. Biedny, kochany, gdyby nie kupili mu tego samochodu… Kochani, biedni. Taka historia.

***

Siedzę u mamy i pani Helena opowiada o leczniczym pobycie w B., do którego i my jeździmy regularnie. Poszła do szpitala dziecięcego na Górce, dobry spacer, stare drzewa, zapach wiosny, kilometr łagodnie pod górę. Też tam byliśmy. Ale pani Helena postanowiła zajrzeć do środka. Było otwarte, nikt jej nie zatrzymywał – mówi z pretensją. Bo jakby zatrzymał, portier jakiś albo pielęgniarka, to by nie zobaczyła tego, co zobaczyła: po schodach schodziły (schodziły?) dwie dziewczynki, bez nóg, podpierały się rękoma, tak sprawnie, szybko. Roześmiane, głośne, aż pani Helena się popłakała. Nie mogła się uspokoić nawet po wyjściu. Pamięta do dziś.

Myśmy nie zaglądali. Czasem lepiej nie widzieć. Wychodzę ze szpitala na ulicę, podobnie obskurną. Walące się murowane ogrodzenie, działka zarośnięta chaszczami, ziemia niczyja, jak wysypisko śmieci. Znam to już, na pamięć, zresztą trzeba patrzeć pod nogi, żeby cało dojść do przystanku. Szarówka.

***

Prawdziwa skleroza: znów nie założyłem okularów. Ale nawet lubię tę nieostrość, moją ślepotę i zmierzch, podwójną szarość, rozmazującą wilgotne powietrze na przechodniach i sypiących się parterowych czynszówkach. Tylko czy warto o tym pisać? Czy tak robi się literatura? Z czego się robi? Gdzie zaczyna, gdzie kończy? Pamiętam jeszcze kilka odpowiedzi, wielu pewnie nigdy nie poznałem. Wiem, że nie wiem. Już nie próbuję. Zapisuję po prostu.

Blogopisanie to czynność dwuznaczna. Pułapka błogostanu, niby-literackiej chwały, zasięg posta, liczba lajków, licznik użytkowników. Papka popkultury, ale i akt twórczy. Blog jako zwierzenie, ale i kreacja literacka, o ile literaturą jest list w butelce, wrzucony w ocean przez rozbitka: SOS, jestem. Nawet podoba mi się ta metafora, ta butelka pchana przez fale, ale uwaga: można wpaść w nałóg. W nierzeczywistość.

Zapisać, ale po co? Dziennik, buchalteria – nieznany autor nieznanemu czytelnikowi, po grób? Piszmy, nikt nie woła. Podobno piszących więcej już niż czytelników. Więc dość, czas na odwyk?

***

I czytać, dużo czytać. Przecież tak wielu pisze, mimo wszystko.

Data dodania: 17 lutego 2015

Po kilku dniach wiosennej nadziei zima znów nam przylutowała, lodowatym wiatrem i czymś dziwacznym, spadającym z nieba, bardziej przypominającym kulki styropianu niż śnieg. Po miłościwie ocieplającym świat słońcu już ani śladu, jeśli nie liczyć ptaków rozbudzonych do nagłych zalotów, rozgłaszanych przedwczesnym świergotem. A podobno natura się nie myli.

To oświeceniowe  przekonanie jest tyle samo warte, co teza, że człowiek jest dobry z natury, wystarczy go tylko odpowiednio wychować, a cały będzie dobrem i miłością. W walentynkową sobotę można było pomyśleć, że to teza prawdziwa, tyle na ulicach zakochanych par, facetów z tulipanem w celofanie, sprzedawców nadmuchanych czerwonych serc na uwięzi i innych miłosnych manifestacji.

Były też manifestacje mniej radosne, przeciwko ciemnej stronie życia, czyli przemocy wobec kobiet. Sprzeciwu w obronie prześladowanych nigdy dość, tym bardziej, jeśli ma tak oryginalną formę jak akcja w Polsce organizowana przez Feminotekę. W dwustu krajach na świecie przeciw przemocy wobec kobiet demonstrowano tańcem. Dlaczego akurat tańcem?  „Tańcząc rządzi się swoim ciałem, wspólny taniec wyzwala energię, natomiast gwałt i przemoc odbierają władzę nad własnym ciałem” – uzasadniają pomysłodawcy akcji.

I tu rodzą się wątpliwości, choć nie jest to poród lekki, bo w naszym poprawnościowym świecie sceptycyzm wobec szlachetnych gestów nie jest mile widziany, ba, bywa wręcz podejrzany. Mimo to nie przestaje być powinnością, nakazującą właśnie podejrzliwość. Wbrew oświeceniowej utopii – podejrzliwość również wobec szlachetnych gestów, słów i zamiarów.

Choć dziś to zupełnie niemodne, wciąż warto czytać ze zrozumieniem. Ważyć słowa, swoje i cudze, odważnie. Nie ma wolności bez dociekliwości. Nie ma porozumienia bez zrozumienia. Reszta jest medialną mową trawą. Słomą wystającą z gęby, sianem wypychającym głowę. Przepychankami, słownymi, na początku.

Więc niechaj szlachetni wybaczą: śmiem wątpić. Czy aby na pewno „tańcząc rządzi się swoim ciałem”? Na przykład w tańcu rytualnym, wprowadzającym w trans? Tańcu, który rzeczywiście wyzwala energię, ale przecież niekoniecznie dobrą energię. Jak w tańcach wojennych, dosłownych i metaforycznych, których i dziś jesteśmy świadkami. Czy w ludzkiej naturze nie leży przypadkiem skłonność do poddawania się rytualnym pląsom, krokom i gestom, które podpowiada władca: szaman, wódz, trybun, polityk cynicznie sprawny, a może i obłąkany?  Albo społeczne i językowe klisze, schlebiające naszemu lenistwu?

Szlachetność nie broni przed naiwnością, czasem zaślepia nie mniej niż jej przeciwieństwa. W niedawnej pyskówce medialnej na temat europejskiej konwencji przeciw przemocy przeciwnicy unijnego aktu wskazywali na paragraf, który – ich zdaniem – niesie genderową zarazę, nakazując „działania niezbędne do promowania zmian, wzorców społecznych i kulturowych, dotyczących zachowań kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk, opartych na idei niższości kobiet, na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn”.

Nie chcę wdawać się w ideologiczny spór o znaczenie tego nakazu, zapisanego zresztą w nowym drewnianym języku. Ważniejszy jest właśnie sam język konwencji, niosący utopijną wiarę w wychowanie nowego człowieka za pomocą oświeconej pedagogiki, opartej – w istocie – na przemocy. To nie retoryczny paradoks. Bo co to na przykład znaczy: „wykorzenienie” uprzedzeń, zwyczajów,  tradycji? Jakie działania okażą się niezbędne? Kto będzie o tym decydował?

Nie trzeba być ogrodnikiem, by wyobrazić sobie, co znaczy „wykorzenić”. Wyrwać chwasta, żeby nie odrósł, z korzeniami, jak głęboko by nie wrastały. Zniszczyć na zawsze, choćby trzeba było wypalić ziemię dookoła, by zniknął, z powierzchni i z głębi. Konotacje, potoczne i oczywiste. Czkawka historii: wyplenić, wziąć „w plen”, zniewolić do wolności.

Przesadzam? Może, ale wolę przesadzać niż poddać się nurtowi bez pamięci. Tak wiele zrobiono już z miłości do człowieka – nie tego, jaki jest, ale tego wymyślonego, od nowa, przez tych, którzy wiedzą lepiej. Nie ma wolności dla wrogów wolności. Naszej wolności. Naszej, więc najlepszej.

Pal sześć konwencje, rewolucje obyczajowe, ideologiczne spory. Gra toczy się o  coś poważniejszego: o pojmowanie natury i kondycji człowieka. W moim przekonaniu sceptyczny pesymizm może i nie broni przez złem, ale przynajmniej daje ostrość widzenia i nazywania rzeczy po imieniu.

Wobec sceptycyzmu też jednak trzeba być sceptycznym, żeby nie popaść we wtórną naiwność. Bo i on bywa bezradny, gdy staje naprzeciw miłości wszechogarniającej, zbiorowej, miłości nie do kobiety lub mężczyzny, lecz do narodu czy ludzkości. Taka miłość jest w stanie zrobić wszystko. Z miłości. Każde szaleństwo, każdą zbrodnię.

Widzimy: i racjonalizm, i sceptycyzm stają bezradne wobec takich aktów strzelistych, jak na przykład miłość Putina do Ukrainy. I miłość Rosjan do Putina.

Rozejmu nie będzie. Przemoc. Prze moc – notuję na odwrocie kartki wyrwanej  kalendarzowi.

Data dodania: 29 stycznia 2015

Tokarczuk, o której miałem pisać, uklasycznia się na półce, niedokończona. Przerwałem nie z powodu znużenia, które dopadło mnie po przeczytaniu dwóch trzecich z ponad dziewięciuset stron powieści, lecz z powodu nagłych i dotkliwych wypadków, w wyniku których „Księgi Jakubowe” trafiły na półkę, a moja mama na ortopedię.

Mama czytać lubi, czyta dużo, więc teoretycznie mógłbym książkę Tokarczuk zanieść jej do szpitala. Ale jak czytać tomiszcze tak opasłe, kiedy ma się złamaną prawą rękę? Utrzymać „Księgi…” w jednym, na dodatek lewym ręku nie sposób, więc jeśli spełnią się marzenia niektórych krytyków i opowieść o frankistach stanie się naszym założycielskim mitem literackim w miejsce „Potopu…” albo innego Sienkiewicza, to kolejne wznowienia bezwzględnie należy wydawać w kilku tomach. Zresztą powieść Tokarczuk, która wydaje się konstrukcją przemyślaną nie tylko w sferze literackiej, ale i w sferach bardziej praktycznych, do atomizowania nadaje się wyśmienicie – jedna księga, jeden tom.

Przerwana w tak gwałtowny sposób lektura przywołuje starą mądrość ludową, orzekającą, że lepiej niczego w życiu nie planować. Zdarzyć się przecież może wszystko i o każdej porze, nikt nie zna dnia ani godziny. Ani tym bardziej minuty. Zaś starość się Panu Bogu nie udała. Proza życia. Banał. Lecz banał przestaje być banalny, gdy zaczyna boleć.

Więc lepiej uznać za klasykiem, że wszystko jest poezja. Tak właśnie: w mianowniku, mianowicie. Więc wszystko znaczy. Nawet niebieskie, foliowe kapcie, zakładane na buty, w których po kilku szpitalnych godzinach nogi – co, lepiej nie mówić. Nawet one, te kapcie, w odurzonej szpitalnym światłem i powietrzem głowie uwalniają ciągi skojarzeń.

Takie ochraniacze – ochraniacze podłóg, nie ludzi przecież i ich pamięci – takie, tyle że filcowe, były czas jakiś temu symbolem muzealności. Pozwalały zachować nieskazitelny błysk froterowanych parkietów oraz siły muzealnej kadry pomocniczej. Muzeum z pokalanymi błotem lub kurzem parkietami traciło swą gatunkową czystość i wyjątkowość, niebezpiecznie osuwało się w pospolitość. Tak było, dopóki nie przyszli reformatorzy. Ci potrafią zniszczyć wszystko, nawet najbardziej zatwardziały skansen.

Tradycję ochraniaczy uratowała służba zdrowia. Współczesna wiedzą i sprzętem, zaprzeszła formą i treścią, pozostaje wciąż służbą zdrowia, a nie służbą chorym – skansen li tylko semantyczny?

Uparte trwanie przy obowiązku obuwania foliowych worków w szpitalnej szatni niesie jednak znaczenia głębsze niźli higieniczne. Groteskowo odziany zdrowy traci animusz, bo traci na znaczeniu – przekraczając próg oddziału, naznaczony niebieską folią na stopach, staje się poddanym tubylców: pacjentów i ich lekarzy (lekarzy i ich pacjentów?). Okazuje się intruzem, w każdej chwili mogącym zakłócić ład i wynikający z niego spokój. Święty spokój, więc i założenie foliowych osłon na obuwie to jakby jedynie odwrotność zdejmowania sandałów przed wejściem do świątyni.

To oczywiście czysta spekulacja, więcej niż czysta – aseptyczna w gruncie rzeczy. Nie warto się nią przejmować. W ogóle nie warto się przejmować. Na pocieszenie cytat ze Stachury: „Ty się nie przejmuj tym szpitalem. To jest taki smutny szpital.”

Cytat może i wyrwany z kontekstu, ale co z tego – jesteśmy wszak na ortopedii.

Data dodania: 12 stycznia 2015

Taki zbieg okoliczności: w dniu, w którym francuskie służby zabijają islamskich terrorystów zgodnie z ich życzeniem, w podczytywanych od tygodnia „Księgach Jakubowych” Olgi Tokarczuk trafiam na pewien akapit. Brzmi on tak:

„…gdy tylko my, obcy, żyjąc między tamtymi, przyzwyczaimy się i zagustujemy w urokach tego świata, zaraz zapomnimy, skądżeśmy przyszli i jakie jest nasze pochodzenie. Wtedy skończy się nasza niedola, lecz za cenę zapomnienia o własnej naturze, i to jest najboleśniejszy moment naszego losu, losu obcego. Dlatego musimy przypominać sobie o własnej obcości i pamięć tę pielęgnować jak coś najdroższego. Rozpoznać świat jako miejsce naszego wygnania, rozpoznać jego prawa jako obce, cudze…”.

Te słowa, w powieści będące wyznaniem żydowskich mistyków- odszczepieńców, mogliby również wypowiedzieć bracia A. i współdziałający z nimi B., niech ich imiona zapomniane będą na zawsze.

Ale wszyscy, którzy paryską zbrodnię tłumaczyć by chcieli łatwo – społeczną i ekonomiczną alienacją, nieskuteczną asymilacją kulturową czy religijnym fanatyzmem, powinni przypomnieć sobie inną powieść, napisaną przez Francuza, który nie miał złudzeń co do ludzkiej kondycji.

Czy pamiętacie, jakie zdarzenia kończą pierwszą część „Obcego” Alberta Camusa? Zaczyna się wszystko niby typowo, jak wiele bójek toczonych od dziesięcioleci przez europejskich i arabskich Francuzów (a także wiele bójek toczonych gdzie indziej, przez wielu innych, których nie dzieli ani język, ani wyznanie czy rasa). Pojawia się nóż, krew z rozbitych nosów arabskich robotników oraz z rozciętego ramienia Rajmunda, w końcu rewolwer. Jest jednak południe, słońce pali niemiłosiernie, nikt nie ma ochoty walczyć. Arabowie wycofują się, nóż i rewolwer pozostają w kieszeniach letnich spodni, protagoniści z przedmieść rozchodzą się w swoje strony.

A potem dzieje się coś nieoczekiwanego. Meursault nie wchodzi z Rajmundem do domku Massona, bo przeraża go wysiłek, na jaki trzeba się zdobyć, by wczłapać na pierwsze piętro. „Ale żar był tak wielki, że stać nieruchomo pod oślepiającym deszczem, który spadał z nieba, także było ciężko. Zostać czy pójść – na jedno wychodziło. Po chwili zawróciłem na plażę i zacząłem iść przed siebie. (…) Cały ten żar skupił się na mnie i stawiał opór moim krokom. Za każdym razem, kiedy czułem na twarzy jego gorący powiew, zaciskałem zęby, zaciskałem pięści w kieszeniach spodni, prężyłem się cały, żeby pokonać słońce i to mroczne, walące się na mnie oszołomienie.

[…] Pomyślałem o chłodnym źródełku za skałą. Pragnąłem odnaleźć szmer jego wody, pragnąłem uciec od słońca, wysiłku i płaczu kobiet, pragnąłem znaleźć wreszcie cień i odpoczynek. Ale kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że ten facet Rajmunda wrócił.

Był sam. Leżał na wznak z rękami pod głową, czoło miał w cieniu, ciało na słońcu. Jego kombinezon dymił w żarze. Byłem nieco zdziwiony. Dla mnie ta historia została zakończona, przyszedłem tutaj nie myśląc o niej.”

Dalej rzeczy toczą się automatycznie, jak dobrze naoliwiony mechanizm. Ręka Araba zaciska się w kieszeni spodni na rękojeści noża, dłoń Meursault odnajduje w kieszeni marynarki chłód rewolweru. Trwa milczenie i bezruch, mężczyzn dzieli dziesięć metrów rozżarzonej słońcem plaży. „Już od dwóch godzin dzień nie posuwał się naprzód, od dwóch godzin zarzucił kotwicę w oceanie wrzącego metalu.”

Jeszcze nic – wydaje się – nie jest przesądzone. „Pomyślałem, że wystarczy, żebym wykonał półobrót, i wszystko się skończy. Ale z tyłu nacierała na mnie tętniąca słońcem plaża. Zrobiłem parę kroków w kierunku źródełka. Arab nie poruszył się. Mimo wszystko był jeszcze dość daleko. Prawdopodobnie wskutek cienia, który mu padał na twarz – wyglądał tak, jakby się uśmiechał. Czekałem. Oparzelizna słoneczna sięgnęła już moich policzków, czułem jak na brwiach zbierają mi się krople potu. To było to samo słońce co w dniu pogrzebu mamy i jak wtedy najbardziej bolało mnie czoło, a wszystkie tętna waliły na raz pod skórą. To z racji tej oparzelizny, której nie mogłem już dłużej znosić, zrobiłem krok naprzód. Wiedziałem, że to jest głupie, że nie uwolnię się od słońca przesuwając się o krok. Ale zrobiłem ten krok, tylko jeden krok naprzód. Tym razem Arab, nie wstając, wyciągnął nóż i pokazał mi go w słońcu. Jak długa iskrząca się klinga, światło wytrysło ze stali i dotknęło mi czoła. W tej samej chwili pot, nagromadzony na brwiach, spłynął mi nagle na powieki i pokrył je ciepłym, gęstym woalem. Pod tą zasłoną z łez i soli moje oczy zaniewidziały. Czułem już tylko obuchy słońca na czole i nieco zatarty, świetlisty miecz dobywający się z noża, który był ciągle przede mną. Ta ognista szpada przebijała mi rzęsy i raniła obolałe oczy. I właśnie wtedy wszystko się zakołysało. Morze przyniosło gorący, ciężki podmuch. Wydawało mi się, że niebo pękło wzdłuż i wszerz, by lunąć ogniem. Cała moja istota sprężyła się, zacisnąłem rękę na rewolwerze. Spust ustąpił, dotknąłem gładkiej wypukłości kolby i właśnie wtedy, w tym trzasku suchym i zarazem ogłuszającym, wszystko się zaczęło. Strząsnąłem pot i słońce. Zrozumiałem, że zburzyłem równowagę dnia, niezwykłą ciszę plaży, na której byłem szczęśliwy.”

Z cierpliwymi czytelnikami dzielę się tym cytatem (w tłumaczeniu Marii Zenowicz) nie tylko dlatego, że pisanie o literaturze w dużej mierze polega na jej przepisywaniu. Ten fragment to dla mnie jedno z najcelniejszych przybliżeń do sedna ludzkiej natury, jeszcze żywsze i dosadniejsze w kontekście zabójczych strzałów w Paryżu. Mówi przejmująco, że rasy, narody, objawione lub świeckie religie to tylko maski tego, co ukryte, co bardziej od nich pierwotne i nierozerwalnie złączone z ludzką kondycją. To coś to obcość, obcy w nas, ukryty pod złogami wiary, ideologii, kultury.

Przychodzi moment, że ten inny się ujawnia. Czujemy się nagle obcy wobec obcych, odkrywamy swoją nieludzką osobność. Wtedy wystarczy cudze spojrzenie, słowo, gest, a rozżarzone jak płynna stal słońce zalewa nam oczy potem i łzami spod poparzonych powiek.

Żadne to pocieszenie, że tu, dalej na północ, żyjemy w chłodniejszym klimacie.

Każdy jest obcy.

Data dodania: 22 grudnia 2014

Zima zwariowała na starość i zachowuje się jak wiosenna siksa, żałośnie. Więc święta bez śniegu, czas się przyzwyczajać. Cudów nie ma i nie będzie. Taki klimat, przynajmniej na zewnątrz.

Święty Boże też nie pomoże. Szóstego grudnia rzecznik praw dziecka napisał na swoim fejsbuku: „Dzieci mają prawo wierzyć w Świętego Mikołaja. Pomóżmy zatrzymać tę wiarę jak najdłużej. Mikołaj potrzebuje naszej pomocy.” Ten metaforyczny wpis wywołał wściekłość przeciwników złudzeń i marzeń nie do spełnienia. Mam wrażenie, że czas świąt ożywia ich jakoś tak szczególnie: wyruszają na krucjaty, goniąc być może za czymś, co sami utracili. Wygrali i tym razem, bo wpis wykasowano – ale czy to naprawdę zwycięstwo?

Rzecznika atakowali nie tylko wojujący bezbożnicy i wyznawcy political correctness. W komentarzach do fejsbukowego wpisu i pod artykułami wpis nagłaśniającymi pojawił się też spór osób zawodowo zajmujących się dzieciństwem. Spierali się, czy najmłodszym należy opowiadać o postaci, która przecież nie istnieje? Czy wolno ich okłamywać, podsuwając wiarę w Mikołaja, wiarę w legendę, w istnienie nienaukowej nierzeczywistości?

Pytanie godne filozofów. Nie filozofowi doświadczenie podsuwa odpowiedzi niejasne, dwuznaczne. I usprawiedliwiające, bo kłamstwo kultury – czyli zmyślenie, opowieść mieszająca fakty i fikcje, symbolizująca je – to przecież odpowiedź na kłamstwo inne, na kłamstwo natury: naturalne piękno maskujące przemoc, na zwierze mordujące inne zwierze, podstępem, z ukrycia, dla zaspokojenia głodu albo morderczego instynktu. Jeśli więc kulturę zredukujemy wyłącznie do „prawdziwości”, do realistycznego i racjonalnego, niezmyślonego, to czy nie staniemy bezradni wobec tego nienasyconego zwierzęcia, które czeka, zamaskowane i przyczajone? Stare pytanie, wiele odpowiedzi.

Nie filozofowi doświadczenie wyświetla też obrazy, trochę zatarte, ale powracające. Kilkuletni chłopiec w czasach, gdy Wigilia bez śniegu była czymś niewyobrażalnym, dopóki w końcu nie nadeszła. Oczekiwanie, z nosem przy wilgotnej szybie, nietkniętej mrozem i jego malunkami, smutne, rozmazane, marudne. Rodzice pewnie mieli dość pytań, bo ojciec namówił chłopca, by wyszedł na dwór i tam wypatrywał na niebie płatków śniegu. Spadną, zapewniał, niech tylko zaświeci pierwsza gwiazda.

Podwórko było niewielkie, ale, nieogrodzone, otwierało się na wszystkie strony świata. Wpatrywał się w niebo posłusznie, z nadzieją, zwyciężoną w końcu przez mrowienie w zdrętwiałym karku. Opuścił głowę i krajobraz wrócił na swoje miejsce. Było pusto i czarno. Odmarznięte skiby ledwo zieleniła wyłażąca z ziemi ozimina, wyglądająca jak sobotni zarost na twarzy ojca.

Oczy nie mogły przyzwyczaić się do dziwacznej o tej porze roku nagości świata, nawet wtedy, gdy patrzył daleko, aż po jego granice. Daleko w dzieciństwie jest całkiem bliskie, nigdy przecież nie zapuszczał się dalej niż do tej wielkiej gruszy, jak odludek osiadłej na miedzy dzielącej ziemię na kawałki według niejasnego wzoru. Wyprawiał się do niej rzadko, płosząc po drodze wrony i kuropatwy, właściwie tylko jesienią, bo wtedy grusza nie potrafiła znieść samotności, ulegała cierpkiej tęsknocie i wabiła przesłodzonymi ulęgałkami, gnijącymi potem dłużej niż jesień. W tamtym roku bez śniegu i mrozu gniły wyjątkowo długo.

Czas spływał resztkami dnia i pejzaż też w końcu zaczął się rozmazywać, szarzeć, jakby bure chmury roztapiały się od próbującego przebić je światła i powoli ściekały na ziemię. Znów zadarł głowę, nic, ani zachodzącego słońca, ani pierwszej gwiazdy. I wtedy poczuł, poczuł, zanim dostrzegł: zimna wilgoć, najpierw na czole i oczach, potem na ustach. Zawirowały, jeden za drugim, wielkie jak płatki kwiatów. Spadały i topiły się w uschniętej trawie, ale było ich coraz więcej, i więcej, w powietrzu i na ziemi. Pobiegł, żeby powiedzieć ojcu.

Obraz, zapomniany, wrócił po latach. Nie pamiętał już czemu, ale to pewnie wtedy, gdy zrozumiał, jak wiele ojciec ryzykował swoją obietnicą – zrozumiał i stał się mężczyzną. Potrafił już wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby śnieg nie spadł tamtego popołudnia, co stało by się z jego wiarą w ojca i w bezpieczny bieg rzeczy pod jego okiem.

A co najważniejsze, wyobraził sobie także, jak wyglądałoby jego życie bez wiary w tamtą obietnicę, nieuprawnioną, bez podstaw, będącą kłamstwem, przynajmniej w pewnym sensie. W tym sensie, w jakim kłamstwem nazywać można sentymentalną opowieść o starym Świętym Mikołaju, który przecież jest, chociaż go nie ma.

Głowy do góry, może znów między powiekami rozpuści się nam odrobina zimnej, białej wilgoci.

Data dodania: 8 grudnia 2014

Kilka zdań, zapisanych przy oknie. Ćwiczenie z przemijania:


Martwica  

Uschnięty świat odpadł liśćmi z kasztanowca. Znów patrzymy sąsiadom prosto w okna, odsłonięte znienacka.

Zgodnie udajemy dobrosąsiedzką ślepotę.

 

Prozą

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Do diabła z poetycznością: to świat dzwoni zębami, przeczuwając chłód, który nadciągnie w końcu z ciemnych przestrzeni.

Słońce przykryte brudną, zbutwiałą kołdrą. Czas przemokniętych nitek i zagubionych parasoli.

 

Już sikorki

Zieleniące się zastępstwo na wilgotnych konarach, którym noc amputowała liście. Kulki przeskakujące z gałęzi na gałąź, przekreślone czarnymi linijkami.

Pierzasta, szczebiotliwa radość, mimo wszystko.

 

Utrata

Ocalone przed dziećmi i wiewiórką, kurczą się kasztany na półce.  Marszczą się jabłka, w sieni czekające na dojrzałość. Nocami mróz wypełza z ziemi.

Tracimy ciepło, aż w końcu nie uratuje nas nawet późno wschodzące słońce.

 

W mieście

cisza przychodzi zimą. Opatulamy się oknami z plastiku: żaden mróz niczego nam nie zmaluje.

Nieme stają się auta, psy i wrony. Sroczejemy, gapiąc się przez szybę w szkielety drzew i czarno białą zmarzlinę.

Przypominamy sobie, że mówić trzeba ciszej. I milczeć uważniej.

Data dodania: 25 listopada 2014

Liczba książeczek, na których nieuważni czytelnicy postawili więcej niż jeden krzyżyk, omal nie wywróciła państwa do góry nogami. Ciekawe, że komentatorom, nawet uczonym, w głowie się nie mieści, iż głosujący mogli wpaść w analfabetyzm aż tak wtórny, że nie potrafią zrozumieć średnio skomplikowanej procedury dawania głosu. Jeżeli na co dzień traktuje się ludzi jak idiotów, to przychodzi dzień, że ci zaczynają tak właśnie się zachowywać.

Na – delikatnie mówiąc – zgłupienie powszechne składa się wiele przyczyn. Jedną z podstawowych jest system edukacji, kończący się maturą „dedykowaną” wielbicielom „Familiady”, bo jak ona nagradzającą przeciętniactwo, mimikrę, brak sądów własnych i uległość wobec stereotypu. System, w którym wiedzę się testuje zamiast przekazywać, testuje w kółko i krzyżyk, na chybił trafił i szczęśliwy los.

Prawda oczywista, ale warta przypomnienia: jeżeli ludzi nie inspiruje się na co dzień do logicznego i jasnego formułowania myśli, nie zachęca do czytania i pisania ze zrozumieniem, do precyzyjnego przedstawiania poglądów i oczekiwań, to jak potem ci ludzie mają wiedzieć, czego chcą? Jak mają to nazwać i sformułować? Więc przy urnie zachowują się jak w szkole albo przy telewizorze: kółko i krzyżyk, chybił trafił, na ślepy los.

Wyrzuca się dziś mediom, że nie wyedukowały wyborców, jak połapać się w pliku kartek z nazwiskami, nazwami i numerami. Zastanówmy się jednak, czego miały nauczyć? Że trzeba czytać, co się podpisuje, choćby krzyżykiem? Że można zapytać, jeśli się czegoś nie wie, bo wszystko to wiedzą tylko politycy i Duch Święty?

Pomyślmy, kto miałby dziś upowszechniać obywatelską wiedzę? Media komercyjne, w których czas antenowy to już wyłącznie pieniądz, reklamowy, zaś format publicystyki przypomina rzeźnię miejską z czasów przed ekologami? A może media publiczne, które misję uprawiają tańcząc na lodzie w piekielnej kuchni z gwiazdami, które mają talent, zaś do komentowania nawet poważnych i wysoce specjalistycznych tematów zapraszają niemal wyłącznie polityków i to najchętniej tych, którzy szybciej mówią niż myślą? To kto?

Moim zdaniem najważniejszym polskim problemem nie są dziś ani butni (od buty, a nie butwienia) „leśni dziadkowie”, jak sędziów z PKW nazwała duża część nagle bezkompromisowych komentatorów, ani bzdurna ustawa o zamówieniach publicznych, która uczy konformizmu i kombinowania, ani wreszcie układane przez ludzi bez wyobraźni instrukcje i przepisy wyborcze.

Jest nim natomiast ten fałszywy wstyd, który elitom, obarczonym historycznym kompleksem wobec „człowieka prostego”, nie pozwala uznać, że duża część wyborców to wtórni analfabeci, więc trzeba do nich dotrzeć choćby pismem obrazkowym, bo w takiej kulturze żyją na co dzień. Jak przypomniał ostatnio Wiktor Osiatyński, prawdziwie demokratyczne procedury powinny być dostosowane do poziomu najmniej rozgarniętego wyborcy. Ale profesora Osiatyńskiego widziałem w telewizorze po raz pierwszy od wielu lat. Innych naprawdę mądrych widuje się tam równie często.

Najistotniejszym zaś polskim problemem są owi decydenci od oświaty, ci wszyscy neofici nowoczesności, technofundamentaliści, którzy usiłują wmówić opinii publicznej, że nie potrzeba nam humanistów, że na nic wykształcenie ogólne, bo szczęśliwość powszechną i dobrobyt zapewnią nam wyłącznie spece od obrabiarek cyfrowych i – wypowiadając w złą godzinę – programiści komputerowi.

Dlatego postuluję, pół żartem, ale ponurym: niech w przyszłych wyborach każdy głosujący za głos dostanie książkę. I niech to nie będzie książka kucharska, ale przynajmniej poradnik krzyżówkowicza. Uczący, jak krzyżować litery, by wynikał z nich sens.

Ludzie rozumiejący stają się rozumniejsi, więc i bardziej odporni na manipulacje tych, dla których władza jest jedynym sensem.

Data dodania: 4 listopada 2014

Ale było to jakby śmierć nasza, nachylona nad taflą wody, wywołała w niej własne oblicze…

Jedno z tych wspaniałych zdań Gombrowicza, niezagadanych, nie wykoncypowanych, poetyckich przecież, ale nie poetycznością – lecz czym? Nie wiem, nie muszę wiedzieć, nie muszę wyczytać go (i ich, innych) do końca, zaczytać na śmierć. Niech żyją.

Zdanie otwierające listopadowe spacery po cmentarzach, krążenie między obowiązkiem a ciekawością. Przeglądanie się w nagrobkach, trochę wstydliwa, bo dziecinna, gra w liczby: kto ile przeżył, ten w moim wieku lub młodszy, ja jeszcze żyję i coraz bardziej mi się to podoba; o, ten tu pożył, to i ja może mogę, jeszcze długo albo przynajmniej dość. Zabawa śmiertelnie poważna, naprawdę zakorzeniona w dzieciństwie, wtedy jednak ograniczona zdziwieniem, że prawie wszyscy żyli tak długo, niewyobrażalnie. Abstrakcja starości, abstrakcyjność śmierci.

Potem realne odejścia, bliskie, przedwczesne (są inne?) zepchnęły cmentarną loterię w niepamięć, abstrakcja stała się ciałem, dotykając boleśnie, niech więc nie straszy mementem. Przynajmniej póki co, do czasu.

Aż w końcu pewnego dnia, albo raczej dnia, który utracił swą pewność, ten dziwny ból i strach, niepowtarzalne (tak, lepiej ich nigdy już nie powtarzać). Ból, który co znaczy, lepiej nie wiedzieć, lepiej nie myśleć, co oznajmia, nie przeglądać się w tafli wody. Wieczór, noc, poranek. Za długo, dłużej nie było można.

Zmierzchało się, gdy ruszyliśmy, więc podróż tym bardziej odrealniona, nieoczekiwana. Wycie syreny, tu w środku cichsze niż na zewnątrz karetki, która nie mogła wjechać w rozkopaną uliczkę, więc najpierw jazda noszami na kółkach, zabawne, zupełnie jak w dzieciństwie, którego jednak nie sposób aż tak pamiętać. Liściasty zapach jesieni, trochę już zziębnięty. Ale twarze w karetce troskliwe, zagadujące, będzie dobrze, dobrze, będzie.

Pielęgniarka na izbie przyjęć, profesjonalnie chłodna, przyjmująca z nawyku, zdziwiona: to na pewno to? tak dobrze pan wygląda? Stoję, przytomny, nie odpływam, widzę i słyszę, próbuję żartować. Żaden tam zwolniony film, klatka po klatce kadruję: tłok na korytarzu, w uchylonych drzwiach brudownika pijani, którym zlikwidowano właśnie izbę przetrzeźwień, leżą pokotem na drewnianych podkładach, kółko wózka, lewe, rozchybotane, piszczy przeraźliwie, jedziemy-na-ojom, słyszę, jedźmy…

Kolejna pielęgniarka, ta już bez wątpliwości, wierząca, diagnozie. Łóżko, ostrożnie, napomina i zaraz przypina elektrody, kroplówka sączy spokój prosto do żył. Serce zwolnione, ale nie do końca, na szczęście. Tak, chyba to jest szczęście – ten spokój, nigdy takiego nie zaznałem przedtem, spokój jak nie z tej ziemi, lepiej nie myśleć skąd.

Spokój nie wieczny, ale trwał jeszcze przez jakiś czas, już po szpitalu –  chodziłem uważny, ostrożny, z lękiem, jakbym nosił w sobie coś kruchego, co może pęknąć, roztrzaskać się, nie do sklejenia. Leki? Sentymentalizm? A może jednak coś innego? Dostrzeżonego źrenicami rozszerzonymi niedowierzaniem, radosnym, że aż strach. Każda witryna jak tafla wody, oczy przechodnia, umykająca szyba autobusu. Ja w nich. Ja, w nich, naprawdę. Odbicia.

Ten stan uważnej kruchości nie trwał długo, choć obiecywałem sobie, że teraz to każdy dzień będę przeżywał tak, jakby miał być ostatni. Szybko jednak zapomniałem – na szczęście, inaczej nie dałoby się żyć, kamieniejąc z przerażenia.

Wcześniejszy, szpitalny spokój też nie trwał wiecznie, ożywiłem się już trzeciego dnia leżakowania na ojomie. (Naprawdę.) Z nudy patrzyłem w monitor, najpierw tego, co leżał naprzeciwko, a potem i w swój, bo dobra siostra przesunęła go miłosiernie. Relacja live: wykres ciśnienia, tętno, serce na żywo, można gapić się bez końca, nie wiedziałem, jakie to interesujące. Pokusa, żeby coś zrobić, nie wolno wstać, ale kusi, żeby jakoś poruszyć rzeczywistość, odzyskać wpływ. Poruszyłem elektrody, linie na monitorze zaczęły wariować, więc jeszcze raz, mocniej. Alarm. Siostrzyczka już przy łóżku, wściekła, myślała, że… Głupio, a jednak się cieszę, uśmiecham się do niej, do siebie, dokoła.

A potem jeszcze jedna transmisja, tym razem i live, i exclusive. Kamera wędruje po mnie, żadne tam nasłuchiwanie, jest wewnątrz, na monitorze rzeki, system dopływów, dorzecze sinoniebieskie, rozgałęzione, drży i pulsuje, całkiem do rzeczy. Dziwne uczucie: znieczulony, ale czujny, uczestniczący. Czujący, że żyje, dosłownie. Sprężynka rozpycha przewężenie, rozszerza zawaloną tętnicę, koniec transmisji, odpocząć.

Znów w łóżku, dwie doby prawie bez ruchu, na plecach, wszystko da się wytrzymać, by wrócić. Po powrocie do sali zmiana: puste łóżko obok, nie ma parawanu, za którym, zanim mnie zabrali, odchodził mężczyzna, jeszcze nie stary, mógł żyć. Odchodził inaczej niż żył, tak mówiła córka, zawstydzona, nie umiejąca zachować się wobec tego odejścia – gwałtownego i wulgarnego. Chory bluźnił głośno, na nią i wszystkich dookoła, wyzywał jak jakąś najgorszą, zrywał wenflony, próbował wstawać, uciekać. Nie znała takiego ojca i pewnie zaczynała wątpić, który jest prawdziwy: przecież nigdy w życiu – mówiła – nie przeklinał, nie awanturował się, nigdy, w życiu. Spotkałem ją potem w Nałęczowie, trochę rozmawialiśmy, ale nie o tym, to było, widziałem, zbyt trudne.

W końcu, kur zapiał, pozwolono mi wstać. Dochodziłem do siebie, więc spacerowałem po wąskim korytarzu drugiego oddziału wewnętrznego albo stawałem przy oknie, w świetlicy, gdy nikt akurat nie włączył telewizora, chrypiącego i śnieżącego, ale pokazującego życie na zewnątrz, nie wewnętrzne. Wciąż była piękna jesień, zacząłem żałować grzybów, których nie zdążyłem zebrać. Ogromny klon zabarwiał się jesiennie i obiecywałem sobie, że kiedy stąd wyjdę, muszę dotknąć jego kory, zanim spowolni soki, na zimę.

Pierwszy raz, uwolniony od lodowego opatrunku i odparzających skórę plastrów, stanąłem przy tym oknie nad ranem. Niewiele było widać, parking, skąpo oświetlona ulica, a gdzieś na jej końcu majaczący jarzeniówkami prostokąt na słupkach, z napisem, którego nie mogłem odczytać. Rozmazywał się niczym tablica z nazwą stacji, widziana z okna jadącego pociągu, wydobywająca na moment z ciemności fragment peronu, przy którym nasz pociąg się nie zatrzyma.

Co napisane na tej tablicy, ciekaw byłem tak bardzo, że po wyjściu ze szpitala zapomniałem nawet o klonie, spieszno mi było rozwiązać zagadkę. Padało, krople rozmywały ostrość na szybach samochodu, ale litery były duże, wyraźne, choć ozdobne. AARON, przeczytałem, dwa a dobrze pozycjonują w ogłoszeniach i wyszukiwarkach. A niżej: zakład pogrzebowy, już mniejszymi literami, choć zasłużył na większe: pilniejszy od supermarketu, bo czynny całą dobę – gotowy teraz i zawsze, i w każdą godzinę śmierci, amen.

Tak właśnie, bezwstydnie kiczowato, nazywała się wydumana w szpitalne noce stacyjka? Ale czemu ta pornograficzna dosłowność śmierci nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia? Byłem zbyt oszołomiony? A może już wiedziałem – że co? Że obawiamy się śmierci wcale nie ze względu na jej dosłowność i wulgarność? Że to nie kiczu boimy się, pochylając nad taflą?

Trzydzieści dziewięć, czterdzieści sześć, pięćdziesiąt cztery. Cmentarna loteria, czerwone wygrywa, czarne bierze wszystko.

2 listopada 2014

Data dodania: 27 października 2014

No proszę, nawet nie wiedziałem, że mówię Gombrowiczem. Żebym to sobie uświadomił, trzeba było poważnej międzynarodowej konferencji naukowej we Wsoli, a także jej kuluarów i marginesów, na których odbyło się kilka istotnych rozmów.

Aż szkoda, że to już za nami: trzy dni jak ze snu, trochę schulzowskiego, a trochę gombrowiczowskiego – śniliście mi się wszyscy we Wsoli… Pascal tym razem się nie pojawił, byli za to inni, też mądrzy, rozumiejący i realni. Dwie dyskusje oraz referaty, mnóstwo referatów, mądre i mniej mądre, tych na szczęście mało. Niewiele też przemądrzałych, takich, co to hermetycznym żargonem i metodologiczną żarliwością usiłują przygwoździć Gombrowicza i – po wyrwaniu tajemnicy – upchnąć go w dębowej szufladzie z etykietą, jak w starej aptece; lek na ból, pustkę i własne lęki.

A Gombrowicz jak to Gombrowicz, choć obecny we wszystkich interpretacjach, to jednak kluczący między nimi, nie dający się przyłapać, przyszpilić. Wolny, może dzięki tym bardzo mądrym, którzy nie boją się przyznać, że czegoś nie rozumieją, że wiedzą, choć nie do końca pojmują, bo sens nie w pojęciach i definicjach, ale w dialogu. Mieliśmy więc w sumie Gombrowicza migotliwie żywego, niezanudzonego, mówiącego poprzez teksty i teksty o tekstach, Ja do Ty.

Nasłuchany, zapisywać zacząłem marginesy, ale przecież mówimy o Gombrowiczu, więc i na marginesie będąc, znalazłem się w końcu w centrum – w centrum biografii autora „Kronosu”, jego ostatnich lat i fascynującego mnie wciąż jego związku z Ritą Labrosse. Z którą to umówiliśmy się, że do muzealnego archiwum nagramy rozmowę – tym razem o niej, o jej biografii.

Oczywiście, Witold nie mógł na to pozwolić, więc co i rusz wyskakiwał spomiędzy pytań i odpowiedzi, zazdrośnik nieśmiertelny, bo tak po prawdzie trudno jest mówić o pani Gombrowicz, nie wspominając jej sławnego męża. Ale też czasem zapominamy, że opowiadając o Gombrowiczu, poddajemy się nieuchronnie nie tylko jego autokreacji, ale i temu, co z jego twórczością przez dziesięciolecia robiła jego żona.

Z Ritą Gombrowicz rozmawialiśmy w sumie o drobiazgach, szczegółach z jej i ich  codzienności, wspólnego i osobnego życia. Takie czytanie życiopisania z relacji świadka najbliższego podczas summy, w dni przedostatnie i ostatnie. Krążenie po marginesach, na których jednak znaleźć można przyczynki do odpowiedzi na pytania istotne, stawiane w naukowym dyskursie, jak na przykład to o podmiotowość natury u Gombrowicza.

Bo między innymi pytałem Ritę Gombrowicz o los ich domowych zwierząt, Psiny i Autostopa, które pojawiają się w biografii Gombrowicza, ale nie wiadomo, jak z niej znikają. Opowiedziała więc Rita, jak Witold zadecydował, że nie można młodego jeszcze kociaka więzić w mieszkaniu, wynieśli go zatem do ogrodu i ledwo postawili na ścieżce, a ten pomknął przed siebie i zniknął nieoczekiwanie, tak samo, jak pojawił się na ich drodze. Tęsknili, gdy nie wrócił, oboje i Psina, którą Autostop owinął sobie tak koło ogona, że służyła mu nawet za posłanie do snu. Kot wybrał wolność, bez sentymentów, a Rita spuentowała tę historię mówiąc, że to właśnie wolność była dla Gombrowicza zawsze najważniejsza, bez względu na cenę. Zaś zwierzęta traktował, jak ludzi, po prostu chciał, by były szczęśliwe.

Mnie też tak traktował, dodała pani Gombrowicz i jej opowieść znów zaczęła cieniować ironia. Rozmawialiśmy potem o ich związku, nawiązując do spektaklu Wojtyszki, pokazanego na Festiwalu Gombrowiczowskim przez Teatr Narodowy, w którym Kamila Baar przemyka przez scenę z gracją i wyrysowaną na twarzy depresją, jak ptak w klatce, szczebiocąc mimo cierpienia. W jednej ze scen klęka ona przed Gombrowiczem, oświadczając, że jest jego niewolnicą. Zapytałem więc Ritę, czy takie wyznanie było możliwe w ich relacjach, nawet w formie prowokacji albo żartu? I o jeszcze parę szczegółów ze spektaklu, wyczytanych lub wymyślonych przez autora. Czasem dobrze jest nie znać polskiego – brzmiała odpowiedź.

Ale o tej ich relacji rozmawialiśmy również poważnie. W listach Gombrowicza do rodziny, głównie do Janusza i Stanisławy, widać, jak zmienia się pozycja Rity, chyba nie tylko na użytek świata zewnętrznego. Najpierw jest „biedną dziewczyniną”, umęczoną opieką nad pisarzem, później pojawia się już jako część my – „my z Ritą”, a pod koniec jest tą, o którą Gombrowicz zabiega. Nie zapominając oczywiście swojemu lękowi przed utratą nadać ironiczną formę – jak wtedy, gdy pisze, że kupi swojej partnerce samochód, bo zimy w Vence są nudne i ponure, więc boi się, że Rita odejdzie. (A potem, gdy Rita prowadziła samochód nie tak, jak oczekiwał, groził jej, że sam zrobi prawo jazdy. Śmieszne? Tak sobie; to samo mówię czasem mojej żonie.)

Według pani Gombrowicz ta zapisana w korespondencji zmiana ról łączy się z jej pobytem w Polsce, po którym została zaakceptowana przez najbliższych Witolda. Z jej opowieści i z listów do rodziny wyłania się przy tym inna twarz Gombrowicza: inaczej niż w korespondencji z wydawcami czy młodymi przyjaciółmi jest on łagodny, troskliwy, momentami nawet ciepły i serdeczny. Oczywiście bez przesady – gdy Jerzy zażąda od niego dolarów na uporządkowanie rodzinnych grobów, odpisze, że dla niego mogiły te mogą nawet zarosnąć trawą, on musi i woli pomagać żywym.

Oczywiście, zapytałem też Ritę, czy jej rodzina zaakceptowała związek z dużo starszym i bardzo oryginalnym mężczyzną. – Na szczęście byli daleko, więc wiedzieli tyle, ile im napisałam – odpowiedziała żartem. – A poza tym byli zadowoleni, że zadaję się z polskim hrabią.

I tylko raz poczułem się rozczarowany podczas tej długiej rozmowy: gdy okazało się, że pani Gombrowicz nie pamięta, jak jej mąż skomentował pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Być może nie powiedział nic, był już – na trzy dni przed śmiercią – bardzo słaby i żona namawiała go, by zasnął zamiast do późnej nocy oglądać telewizyjną transmisję. Postawił na swoim, uparł się jak niesforny chłopiec.

O tym też rozmawialiśmy: że Witold był dla Rity nie tylko kochankiem i mężem, ale także przyjacielem, bratem, łagodniejszą wersją ojca. A ona dla niego? W jakimś sensie matką – i wtedy, gdy opiekowała się schorowanym pisarzem, i wtedy, gdy przez dziesięciolecia odkrywała jego twórczość dla siebie, a także pilnowała jej literackich losów, tak, jak dba się o los własnego dziecka, dyskretnie polecając go światu i pilnując, by świat go nie oszukał.

Tak to właśnie rozmawialiśmy, uprawiając nieuczoną hermeneutykę na marginesie poważnej konferencji, o sprawach mniej poważnych, drobiazgach i anegdotach, które jednak rozjaśnić mogą choć trochę mniej oświetlone fragmenty biografii. Każdej biografii, także tych pomniejszych.

Wkrótce pewnie rozmowę spiszemy i opublikujemy. Na razie chwila oddechu, choć nie mogę uwolnić się od myślenia o tym dziwnym związku, poprzez który Gombrowicz uciekł nieżyciu, oszukał śmierć przynajmniej na kilkadziesiąt lat. Przypominałem więc sobie fragmenty opowieści Rity Gombrowicz nawet snując krótki urlop po słonecznym rynku Miasta Literatury, a potem po okolicznych uliczkach, gdzie trzeba było uciekać przed mroźnawym cieniem z jednej strony na drugą.

Dzień później wyjeżdżałem z Krakowa w mgle tak gęstej, że zasłoniła litery ustawione na rynku, ukrywając zapisane nimi znaczenia. Zasłoniła nawet Wisłę, wpływającą we mgłę jak rzeka zapomnienia i pomyślałem, jak wielkie to szczęście odebrać niepamięci te wszystkie drobiazgi, szczegóły, anegdoty, na które szkoda uczonych głów, a które jednak dopowiadają jakoś odchodzącego Witolda Gombrowicza i jego życiopisanie, świadome ceny nie do stargowania.

Mgła gęstniała i schodziła coraz niżej, a u końca powrotnej podróży wymieszała się z ciemnością, rozcieńczając jej czerń jak odrobina ciepłego mleka kawę.

Resztę można oddać kotu, niech chłepcze.

Data dodania: 9 października 2014

Pierwsza pięciolatka za nami. Plany skorygowane, wskaźniki przycięte do rzeczywistości, za to wydajność nielicznej załogi dużo wyższa od normy. Osiągnięcia i niedociągnięcia niechaj oceniają nasi goście, zwiedzający, słuchający, czytający i dyskutujący. Z pokorą (ale nieprzesadną) przyjmiemy wszystkie oceny.

Dziś parę obrazków z czasów, gdy wcale nie było takie pewne, że Muzeum Witolda Gombrowicza uda się w ogóle otworzyć. Do Wsoli przyszedłem dwa lata przed inauguracją działalności, dokładnie w momencie, gdy kończył się, niespiesznie przeciągając, remont pałacu. Bardziej generalny niż się to projektantowi wydawało. A że projektant imaginacyją miał nieco osłabioną, zaś przedmiot remontu stawiał wszystkim złośliwy opór, miałem przekonać się już wkrótce, zachowując to przekonanie do dziś.

Remont zdewastowanego pałacu toczył się w czasach dla polskiego budownictwa niełatwych, choć łaskawych dla polskich budowlańców, którzy po otwarciu unijnych rynków pracy dzielili się na tych, co to do Wielkiej Brytanii już wyjechali oraz tych, którzy dopiero mieli wyjechać.

Ci pierwsi zasuwali tak ciężko, że zupełnie nie mieli czasu na emigracyjne tęsknoty, więc tęsknotom oddawali się ci drudzy, gorliwiej niż pracy, z nawiązką, a właściwie z nalewką – należałoby powiedzieć. Gasili te swoje tęsknoty, czym się dało. A czym się dało, przekonaliśmy się już po ich odejściu, gdy z dachu budynku, w którym dzielni budowlańcy pomieszkiwali, zebraliśmy kilka worków szklanych dowodów na pluralizm gustów i szerokość horyzontów posocjalistycznej klasy robotniczej.

W końcu i ci tęskniący znaleźli swoje miejsce w tworzącym się właśnie nowym ładzie europejskim. Ponieważ umowa nie pozwalała wykonawcy na dłuższe zaprzestanie budowy, ściągał on pracowników skąd się dało, a najłatwiej się dało z najbliższej okolicy. Przypominało to trochę pierwszą pięciolatkę po drugiej wojnie światowej, gdy do odbudowy kraju zdatny był każdy, kto miał dwie ręce i nogi.

Tak więc fachowcy zajęli się poszukiwaniem złotego Graala na wyspach, a ich miejsce zajęli okoliczni chłoporobotnicy, w chwilach wolnych od zajęć gospodarskich odrabiający pańszczyznę przy remoncie pałacu. Do dziś podziwiamy ich twórcze podejście do rzemiosła budowlanego: choćby artystycznie nieugładzoną fakturę ścian zewnętrznych czy też genialny w swej oszczędnej prostocie skład osypującego się z nich tynku.

Już wtedy nie brakowało w naszej muzealnej pracy elementów literackich: inspektor nadzoru niczym wytrawny retor tłumaczył, że może i ściany nie osiągnęły wymaganej gładzi, może i są gdzie niegdzie niedomalowane, zaś równe tak, że by nie wygładzać historii. Więc i nasz budynek nie może wyglądać za dobrze, bo nigdy nie budowano idealnie. Przynajmniej pod tą szerokością geograficzną.

Poniekąd miał rację. Na zdjęciu, które prezentujemy w muzeum, widać, że już po kilkunastu latach od wybudowania pałacu obsypywały się tynki przy schodach, a ozdobne lwy pękały dokładnie w tych samych miejscach, co dziś, więc śmiało możemy tłumaczyć, iż konsekwentnie odtwarzamy stan historyczny budynku. A wszystko to przez wodę, z ziemi i z nieba, a być może nawet przez jakąś ukrytą głęboko rzekę  czy strumyk, przepływający pod naszym pałacem, który nazywamy czasem „pałacem na wodzie”.

Podejrzewać zaczynam, że woda niszcząca piwnicę i mury pałacu to kara za nieumiarkowanie w marzeniach: pewnie powtarzałem zbyt często, że musimy wypłynąć na szerokie wody. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę wypłyniemy. Najpierw na staw w parku, potem Strugą Wsolską do Radomki, i dalej, systemem wodnym aż do Bałtyku, a potem jeszcze tylko ocean i Gombrowiczowski pałac przybije do portu w Buenos Aires.

Wracajmy jednak na ziemię. Rychło przekonałem się, że zamiast „Dziennika” czytuję głównie dziennik budowy: tak nastał czas remontu po remoncie. Terminy szybko upływały (znów ta woda!), naprawy gwarancyjne za to przeciwnie, odkopane fundamenty okazywały się ulotne jak poetyczność, której Gombrowicz tak nie cierpiał. Użeraliśmy się z wykonawcami, drżąc o dotacje, niewygasające, więc bez widoków na wieczność.

Cierpliwość organów prowadzących muzeum była duża, ale też przecież nie wieczna. Rosło napięcie, wysokie. W końcu zacząłem unikać znajomych, bojąc się, że zamorduję  kolejną osobę, która powita mnie serdecznym „aleś sobie spokojne miejsce znalazł”.

Były też chwile jasne i twórcze. Z sympatyczną urzędniczką marszałkowską wymyślaliśmy nowe nazwy starych dotacji, żeby nie przepadły jak kamień w świeżo odkopaną studnię (wdzięczność moja, pani Aniu, nie ma granic). Wkrótce odkryliśmy też we Wsoli, że metafora kryje się nawet w określeniu „inwestor zastępczy” – nasz był zastępczy, bo we wszystkim musieliśmy go zastępować. Rzeczywistość gęstniała jak u Borgesa, czas akcji przestał pokrywać się z czasem biurokracji, ale o tym opowiem dopiero na emeryturze.

Czasu mieliśmy zresztą coraz mniej, więc opuszczała nas ponadklasowa solidarność wobec wykonawców remontu, którzy znielubili Annę i Piotra, z uporem patrzących im na ręce. Bogini ironia nie opuszczała nas do końca, nawet jowialny szef ekipy remontującej żartobliwie ostrzegł Piotra, by nie pochylał się tak bardzo nad dokonaniami budowlańców, dokumentując prace przy fundamentach, bo wypadki chodzą po ludziach i przechodząc, mogą wtrącić go do wykopu. Że był to żart, wnosimy z tego, iż szczęśliwie kolega administrator do dzisiaj nigdzie nie wpadł, nawet do stawu, który jest jego oczkiem w głowie.

Zdążyliśmy, w ostatniej chwili, ale jednak. Ekspozycja cieszyła oczy, choć koncepcja młodego zdolnego plastyka była nieco inna od tego, co zwiedzający mogą zobaczyć w muzeum. Onirycznie zwiewne fotogramy miało prześwietlać naturalne światło, rozmazując obraz jak we śnie opisanym przez Gombrowicza. Gdy jednak zawisły na drewnianej konstrukcji, okazało się, że wiszą … na krzyżach, bo przez materię przebijało nie tylko światło, ale i belki, na których rozpięto płótno.

Czasu na zmianę koncepcji nie było, chyba to nas by ukrzyżowali za kolejne spóźnienie, więc zastosowaliśmy rozwiązanie tymczasowe: zakleiliśmy okna czarnym papierem. Tym samym uzyskaliśmy wyciemnienie sali, a także pewność, że czas muzealny płynie wolniej niż ten potoczny, bo rozwiązanie tymczasowe trwa do dziś. I się sprawdza.

Że zdążyliśmy w ostatniej chwili, to nie przenośnia, a fakt. Dzielna brygada drogowa jeszcze na godzinę przed otwarciem utwardzała aleję prowadzącą do pałacu i sprzątała po sobie. Pogoda przeczyła prognozom, robiło się coraz zimniej. Namiot, w którym przygotowano poczęstunek dla gości, okazał się mało estetyczny, więc jego front „umailiśmy” świerkowymi gałązkami z pobliskiego drzewa (konserwator zabytków już nam wspaniałomyślnie wybaczył).

Ozdoba uczyniła naszą uroczystość bardziej ludyczną, a nawet ludową, niektórym jednak przypominała zbliżające się niewesołe święto listopadowe. My przeżyliśmy, udało się prawie wszystko, drugiego dnia otwarcie było otwarte dla publiczności i wtedy na monodram Andrzeja Seweryna w pałacu upchnęło się blisko pół tysiąca osób. Potem powtórzyliśmy taką „sytuację graniczną” jeszcze kilka razy, zawsze z duszą na ramieniu.

Duchy tego miejsca nawiedzają nas czasem do dziś, ale o działalności Muzeum i szczególnym genius loci Wsoli napiszę przy innej okazji, może po kolejnej pięciolatce, jeśli bogowie i przełożeni pozwolą. Zresztą przy jubileuszu nie wypada się żalić, a byłoby to nieuniknione, gdybym na przykład napisał, że na całą działalność merytoryczną w tym roku dostaliśmy 10 tysięcy złotych. Więc tego nie piszę. Radzimy sobie przecież dzięki fantastycznym sponsorom i przyjaciołom.

O jednym żalu muszę jednak powiedzieć: bardzo mi żal pięknych kaflowych pieców, które nie doczekały naszego muzeum. Widać je tylko na nielicznych zdjęciach sprzed wojny. Także na mojej ulubionej wsolskiej fotografii, zrobionej około roku 1930, do której Gombrowicze oraz ich znajomi pozują w malowniczej i zarazem dostojnej grupce.

Za każdym razem, gdy przypatruję się sfotografowanym, widzę w ich oczach jakieś szaleństwo, coś niepokojącego, co może popchnąć w twórczość albo w obłęd. Narażając się na banalną kategoryczność można jednak powiedzieć, że bez szaleństwa nie ma twórczości. A dokładniej: każdy akt twórczy jest w pewnym sensie szaleństwem, wszystko jedno, co tworzymy – kolejny akapit, muzyczną frazę czy epizod biografii.

Są takie dni – na koniec osobiste wyznanie – gdy naprawdę czuję, jak to szaleństwo czai się w pałacowych wnętrzach. Na szczęście.

I niechaj nas nie opuszcza.

Strona 1 z 1312345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury