Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 19 lutego 2013

Czy Internet, to najmocniej alienujące narzędzie poszerzania kontaktów, może pomóc w podtrzymaniu kontaktu z naturą? Pytanie z pozoru absurdalne, ale leśnicy z Białowieży znaleźli sposób, by nowoczesnego mieszczucha uzależnionego od klikania, surfowania i czatowania przybliżyć do żywej przyrody. Surfując po necie, może wyklikać stronę, na której czatująca w gąszczu kamera rejestruje życie toczące się na puszczańskiej polanie.

Życie towarzyskie niemal, gdyż polana pełni rolę darmowej restauracji, do której leśnicy dokładają przez cała zimę smakołyki dla zwierzyny wszelakiej. Bo to nie tylko żubry żubrzą się tam statecznie: pogryzając, żując i podrzemując dla odpoczynku i podkreślenia, że przyprowadzić tak wielkie cielsko przez zaśnieżoną puszczę to nie lada wysiłek. Żubry są tak stateczne, że nawet nie próbują odganiać od przysmaków sarny, które pojawiają się rozbieganym nerwowo stadem i skubią po trochu to tu, to tam, póki nie staną na drodze starego jelenia przeganiającego, dla zasady pewnie, konkurenta jednoroczniaka. Bardziej niż żubrów sarny boją się dzików, niby obojętnych, wsobnych, nie zauważających otoczenia, ale potrafiących ofuknąć i szablą pogrozić tym, którzy podejdą za blisko i przeszkodzą ryć pod śniegiem. Z rzadka na polanę zagląda też lis, białowieski Witalis sprawdzający zawartość misy, ponoć zawsze pełnej.

Białowieska polana zmieniła się więc w ekologicznego big brothera, zwierzęta podglądać możemy nawet w nocy, bo rozświetlają ją reflektory podczerwieni, które – jak zapewniają leśnicy – dla zwierząt są niewidoczne, więc nie zakłócają ich rytmu biologicznego. Rzeczywiście, fauna odwiedzająca paśniki wydaje się wyluzowana niczym czatownik na naszej klasie, nawet szaraki rzadziej strzygą tu strachliwymi uszami, tak bardzo pochłania je darmowa kolacja. Taki trwający całą zimę nieoczekiwany bankiet, oświetlony białym, scenicznym światłem, układającym cienie do snu na śniegu udeptanym kopytami i racicami.

Sceptycy wątpić będą pewnie, czy takie podglądanie zwierzęcego mlaskania, ciamkania i przeżuwania przez szybę komputera jest autentycznym kontaktem z naturą, czy też raczej lizaniem ciastka przez szybę wystawy? Ale twórcom strony chodzi chyba o co innego, o promocję, o przypomnienie, że natura w ogóle istnieje, że jest jeszcze świat inny i inny porządek niż rzeczywistość zaklęta w bajty, pliki i łącza oraz scenariusze seriali, których następny odcinek zawsze można obejrzeć w Internecie szybciej, jeszcze przed premierą.

Nikt dziś nie ma czasu, by zaszywać się na leśnej, jasnej polanie i po tołstojowsku rozważać panteistyczne zagadki natury, dobra, piękna i sztuki, pogrążać się w mistycznych przerażeniach i ukojeniach, cieszyć istnieniem, po prostu albo mimo wszystko, szukać oświecenia. Kiedy jednak po dniu, poszatkowanym zmęczeniem i złymi emocjami, otwieramy na chwilę przed snem Internet, by przekonać się, kto dziś wpadł na polanę podjeść i podrzemać obok kopki siana, wyciszamy się trochę, łagodniejemy, uśmiechamy. Jakbyśmy dzięki tej chwili internetowego kontaktu z naturą stali się na chwilę lepsi, empatyczni i liryczni? Może tej nocy nie będą śnić się nam koszmary?

Taka Jasna Polana dla zagonionych, Jasna Polana bis. Dobre i to.

[ op.cit.: www.lasy.gov.pl/zubr]

Data dodania: 8 lutego 2013

… i leży w łóżeczku. Normalna kolej rzeczy: dziecięca rymowanka staje się rzeczywistością, już nie słodziutką, a słoną raczej. Guz na śledzionie, przerzuty, nowotwór pożarł jeden płat płuca. Termin niewiadomy, ale pewnie nieodległy.

Przypomina mi się Stasiuk, który w jednym z rozdziałów „Grochowa” opisywał konanie swojej suki, naturalnie pełne smrodu, odchodów, bezbronnego powarkiwania i strachu. Z tego konania wywiódł Stasiuk antropologiczną opowieść o tym, jak ludzkość coraz bardziej spycha śmierć we wstydliwe zakamarki szpitali i domów starców, jak, zniecierpliwiona, zaczyna akceptować eutanazję dla uspokojenia nerwów i sumienia. Odmowa uśpienia konającej suki miała być przywróceniem naturalnego porządku i godności umierania. Jeśli dobrze zrozumiałem.

Z terminalnej choroby zwierzęcia, które żyje z nami od prawie piętnastu lat, nie chcę wysnuwać ani filozoficznej dygresji, ani literackiego konceptu. Jest mniej więcej jasne, kiedy koty dowiadują, że czas nadchodzi: przestają wtedy jeść, szukają ciemnych zakamarków, włażą w zarośla albo pod meble. W naszym przypadku sygnały będą wcześniejsze i bardziej bolesne, a ja będę musiał podjąć decyzję za nas obu. Po to właśnie natura postawiła mnie wyżej w łańcuchu ewolucji lub na drabinie istnień, bym się jej mógł sprzeciwić w decydującym momencie. A mówiąc wprost: nie będę patrzył bezczynnie, jak kot będzie dusił się, na śmierć. Na razie jednak jest lepiej, choć trudno wierzyć w cud. Nie wiadomo zresztą, czy cuda przytrafiają się zwierzętom?

Przeczytałem gdzieś, nie pamiętam już u kogo, żartobliwą definicję różnicy między psem a kotem, która podobno krąży też w różnych wersjach w Internecie. W skrócie brzmi to tak:

Człowiek opiekuje się psem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim i szkoli, wyprowadza na spacer. – Człowiek musi być bogiem – myśli pies.

Człowiek opiekuje się też kotem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim, a czasem nawet wyprowadza na spacer. – Muszę być bogiem – myśli sobie kot.

Kiedyś ludzie wierzyli w boskość i nieśmiertelność kotów. Ta wiara przeminęła, jak inne. I wcale mi nie do śmiechu, kiedy myślę, ze nawet nie jest pewne, ile żyć ma kot: siedem? a może dziewięć?

Data dodania: 28 stycznia 2013

Świętujmy rocznicę powstania. Powstania Biblioteki paryskiej „Kultury”, którą przed sześćdziesięciu laty otwarto wydaniem „Trans-Atlantyku”. Rocznica to cicha, bo choć dosyć okrągła, to jednak zaokrąglona mniej apetycznie niż jubileusz najbardziej polskiego z polskich powstań. Zresztą taka już nasza uroda – krew ważniejsza niż książki.

A „Trans – Atlantyk” wciąż żywy. Ostatnio wypłynął przy okazji „Morfiny” Szczepana Twardocha, powieści nagrodzonej, ważnej, dobrze napisanej (i dobrze się chyba piszącej, bo autor trochę za długo ze swoimi bohaterami rozstać się nie mógł). Krytykom powinowactwa „Morfiny” z Gombrowiczem nasuwały się same. Że powieść to skandalizująca i prowokacyjna, że transowa, a trans ten polski, jak w Trans-Atlantyku, i odwaga takaż. Czy rzeczywiście?

Bohater „Morfiny”, kilka tygodni po klęsce wrześniowej 1939 roku, deklaruje:

A ja wiedziałem, że nie należę do tego świata bohaterów konnych i pieszych, chociaż wojowałem konno: oni służyli (…) rodowi, plemieniu, królowi, ojczyźnie, kiedy sobie już tę ojczyznę wymyślili. Ja nie służę. Jestem Konstanty Willemann i to znaczy tyle, że jestem Konstanty Willemann. Nic więcej. Nie ma we mnie żadnego „po co jestem” albo „dlaczego jestem”. Jestem jak róża: róża kwitnie, ponieważ kwitnie, nie ma w niej „dlaczego”. Jestem Konstanty Willemann, ponieważ jestem Konstanty Willemann, to mnie zakreśla w całości i w całości opisuje. Nie jestem na tym świecie po nic innego niż to, aby być. Wypełniając rozkazy Inżyniera, nie służę nikomu, ani jemu, ani Polsce, ani organizacji; moje bycie służy mojemu byciu.

Ten monolog wewnętrzny może i Gombrowiczowskim echem pobrzmiewa. Ale wypowiada go jednak ktoś zupełnie odmienny od narratora „Trans-Atlantyku”. Tamten to Polak całą gębą, choć szarak, to po szlacheckich przodkach, stylem z Janem Chryzostomem Paskiem skoligacony, w skamielinę narodową wrzucony, z tożsamością wymusztrowaną przez wychowanie, tradycję i kulturową rupieciarnię. Stawiając „ja” ponad wspólnotę, próbując wywalczyć jego suwerenność (nie zapominajmy: z pożytkiem dla Polski przecież), odmawiając bycia nawozem historii, bohater „Trans-Atlantyku” Polakowi w sobie się przeciwstawiał, wystawiając się na zarzut zdrady i perfidnego usprawiedliwiania słabych na patriotyzmie. (Co zresztą udziałem Gombrowicza bywa do dziś.)

Bohater Twardocha swoją tożsamość natomiast dopiero stwarza, przymuszony historią. Może wybierać, bo przecież jest i Ślązakiem po matce, a z jej wyboru także Polakiem, jest Niemcem po ojcu i jego starym rodzie, ale jest i dandysem, i morfinistą, i seksoholikiem, i niewierzącym grzesznikiem, i kim tam jeszcze diabli może wiedzą. Wie to na pewno tajemnicza postać, która jak cień towarzyszy mu przez strony powieści, tajemnicza, bo nie bardzo wiadomo kim jest prócz tego, że jest wszechwiedząca narratorką po kobiecemu o Konstantego zazdrosną. Może to zwyczajna mojra, a może więcej: Polska, albo i polska mojra.

Żeby się jej wyrwać, wciąż trzeba determinacji. Ale powiedzenie: ja jestem sobą, od Polski ważniejszym, ważniejszym od ról wszystkich, które mi wspólnota narzucić pragnie, dziś nie wymaga heroizmu. Bohater Twardocha nie musi być tak odważny jak bohater „Trans-Atlantyku” , bo staje przed oczami czytelnika kilkadziesiąt lat później i – co najważniejsze – kilkadziesiąt lat po tamtym bluźnierstwie:

Płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a nas zawsze was między Bytem a Niebytem trzymał. (…) Płyńcież do Szaleńca, Wariata waszego św. ach chyba Przeklętego, żeby on was skokami, szałami swoimi Męczył, Dręczył, was krwią zalewał, was Rykiem swoim ryczał, wyrykiwał, was Męką zamęczał, Dzieci wasze, żony, na Śmierć, na Skonanie sam konając w konaniu swoim Szału swojego was Szalał, Rozszalał!

Jeśli to przekleństwo straszliwe, to wyklinanie tak zaprzańcowate, że aż w parodię swoją, parodię wyklinania się zmieniające (słyszycie ten śmiech, co się nad całym, absolutnie całym „Trans-Atlantykiem” unosi?) zestawić z deklaracjami bohatera „Morfiny”, jaśniejsze się staje, dlaczego, gdy czytam o odwadze laureata Paszportu „Polityki”, przypomina mi się od razu tamta odwaga, co paszportem w świat wolny stać się miała. Odważniejsza jakby odwaga Gombrowicza i także Giedroyca, który Polonii katechizmy narodu i pielgrzymstwa powtarzającej dyskusję o nowoczesnej Polsce proponował. Nowoczesnej, znaczy czas swój rozpoznającej i w czas ten się wpisującej, by istnieć naprawdę, a nie tylko poza czasem – jako idea albo jako mojra.

Bez względu jednak na to, czy Twardoch gest Gombrowicza powtarza, czy też nie (zresztą wcale nie wiadomo, czy miał taki zamiar), jedno jego powieść nam uświadamia. Mijają dziesięciolecia, a ona, ta nasza Polska oniryczna i wampiryczna, ich – pisarzy, i nas – czytelników, puścić wolno nie chce. I żebyśmy się nie wiem jak zżymali na świętowanie kolejnej rzezi, to jak trzeba będzie, znów się pewnie wyrzynać damy, zanim zdążymy pomyśleć. W transie, jak po morfinie.

Odwaga, odważny, odważnie – ważmy słowa, by wagę odzyskały. Obyśmy więc mieli odwagę myśleć i tworzyć, a nie tylko umierać. A przynajmniej: zanim znowu zaczniemy umierać.

Takie tam rocznicowe życzenia z biblioteki.

Data dodania: 18 stycznia 2013

A w Ostrowcu Pana Boga musiała wyprowadzić policja. Interweniowała, bo pewien mężczyzna stał się ponoć agresywny po tym, jak urzędnicy stanu cywilnego odmówili mu zmiany imienia, na „Pan Bóg” właśnie. Doniesienia prasowe milczą o stanie umysłu owego pięćdziesięciolatka, nie wiadomo więc, czy był głosicielem politycznej poprawności zmieszanej z ludowym antyklerykalizmem, czy też pomylił półwiecze z wiecznością. Możliwe też, że to kolejna ofiara mody na prowokacje.

1.

Prowokuję, więc jestem. Im dziwaczniejsza prowokacja, tym lepiej, mało oryginalne nie mają szans przebicia się do szerszej publiczności. Tak funkcjonuje dziś kultura – homo videns dowiaduje się niemal wyłącznie o tych twórcach-prowokatorach, którymi zajęły się już służby porządkowe lub wymiar sprawiedliwości. Wymiar artystyczny prowokacji jest drugorzędny, by przywołać klasyczny już przykład ukrzyżowanego penisa. Rzecz nie jest jednak tak prosta, jak się prześmiewcom wydaje, bo takie manifestacje nie muszą być li tylko marketingiem. I na odwrót: dziś nawet filozoficzne czy artystyczne przesłanie może okazać się jedynie sprytną reklamową narracją.

Lubelska prokuratura zajęła się niedawno szwedzkim malarzem, który ogłosił, że namalował obraz posługując się rozpuszczonymi w wodzie prochami pomordowanych na Majdanku. Twierdzi on jednak, że wcale prowokować nie chciał, ba, tłumaczy się niemal jak mistyk: „ukazały mi się postacie, jakby popiół zawierał energię, wspomnienia lub dusze ludzi, ludzi torturowanych, dręczonych i mordowanych przez innych ludzi w jednej z najbardziej bezwzględnych wojen XX wieku”.

Czy jednak to spirytystyczne szaleństwo (lub cynizm) szwedzkiego artysty jest tak znowu odległe od izraelskich wyborów Miss Ocalonych z Holokaustu, który w czerwcu ubiegłego roku wygrała blisko osiemdziesięcioletnia Hava Hershkovitz, pokonując trzysta konkurentek, z których najstarsza skończyła dziewięćdziesiąt siedem lat? Albo od nowej mody wśród izraelskich nastolatków, którzy tatuują sobie numery obozowe swoich dziadków? Może dziś pamięć, by przetrwać w informacyjnym szumie, wymaga aż tak drastycznych wizualizacji? A może zatarły się ostatnie granice w świecie odrzucającym tabu?

2.

Artystyczne szaleństwa często wynikają z uzurpacji – starej tęsknoty sztuki, by przekroczyć umowność, sztuczność właśnie, przekraść się przez granice dzieła i rzeczywistości, przemycając w akcie artystycznym ideologiczną kontrabandę. Wiek XX potwierdził to nazbyt dobitnie. Kilkadziesiąt lat później historia zdaje się powtarzać, na razie rzeczywiście jako farsa.

„Zadajemy artystom pytanie: w jaki sposób ingerujesz sztuką w rzeczywistość? Jaki skutek chcesz osiągnąć? Czy jako artysta jesteś silnym graczem, czy słabym? Jesteś blisko wydarzeń czy na peryferiach rzeczywistości?” – uzasadniał w „GW” swoją koncepcję ubiegłorocznego Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie jego kurator, Artur Żmijewski. I dalej: „Byłem w obozie Occupy Amsterdam, który rozłożył się przy głównej ulicy Amsterdamu Damrak. Postawili tam swój namiot także artyści, m.in. studenci Akademii Rietvelda [ASP] w Amsterdamie. Nie robią tam sztuki, bo nie wiedzą, jak miałaby wyglądać. Rozmawialiśmy np. o tym, czy wkładem artystów nie mogłoby być opróżnianie toalet typu toi-toi, jakie obsługują obozowisko. No i oni powiedzieli, że czemu nie.”

Zabawne? Mezalians sztuki z dwudziestowiecznymi ideologiami, choć też zaczynał się prowokacyjnymi awangardowymi manifestacjami, finał miał mniej zabawny. Artystom, którzy nie wiedzieli, jak sztuka rewolucyjna ma wyglądać, najpierw pryncypialnie podpowiadali polityczni komisarze, potem prokurator stawał się krytykiem, zaś usłużny krytyk prokuratorem. W końcu słuszność artystycznej koncepcji rozstrzygały kapturowe sądy i obozowa reedukacja.

3.

Historia oczywiście nikogo i niczego nie uczy, podobnie jak grzech popełniony nie chroni przed kolejną pokusą. Ale nawet w epoce prowokacji urządzanych w „toj-tojach” nie zaszkodzi obejrzeć się za siebie: w wiek żelazny, gdy miliony obracały się w proch, z którego dzisiejsi prowokatorzy czerpią popularność. Więc jako pointa niech posłuży opowieść o śmierci Warłama Szałamowa, artysty, który też był nowatorem, choć inaczej – wynalazł formę opisu doświadczeń granicznych, których literatura opowiadać przed nim nie potrafiła. Herling-Grudziński tę właśnie śmierć uznał za emblemat tamtego czasu.

Szałamow umarł w psychuszce. Do szpitala psychiatrycznego wtrącono go za uznanie, które jego opowiadania łagrowe zdobyły na Zachodzie. Kara wkrótce znalazła „wytłumaczenie”, bo schorowanemu pisarzowi, który szmat życia spędził w łagrach, kolejne uwięzienie rzeczywiście zmąciło umysł. Ogarnięty przerażeniem i obsesją, w obozowym odruchu gromadził i starał się ukryć w szpitalnym pokoju prześcieradła, poszewki, miskę na jedzenie. W końcu – jak opowiada Grudziński – „na sali psychuszki znalazł się obok pewnego człowieka, który okazał się byłym moskiewskim prokuratorem, cierpiącym na starczą demencję, który zjadał własne ekstrementy. Na szczęście, Szałamow tracił już przytomność i wkrótce zmarł.”

Umierając mógł łudzić się, że cywilizacja, w której ideologie pożerają sztukę i jej twórców, by w końcu wydalić wszystko w sklerotycznym epilogu, nie przeżyje tamtego wieku i tamtego ustroju. Co do tego, że Bóg nas opuścił, raczej nie miał złudzeń.

Data dodania: 2 stycznia 2013

WIGILIA. Pusty talerz na nikogo nie czeka. Żaden wędrowiec nie zapuka do drzwi. Ci, którzy wyjechali – do wielkich miast, bogatych krain, za wielkie wody – urządzili się i jeśli wracają, nie potrzebują gościnności od nieznajomych. Bezdomni nie boją się litości, ale nie znają kodu do domofonów i szyfrowanych drzwi. Zresztą zrobiło się cieplej, śnieg zniknął w kałużach, porzucił drzewa, wyłysiałe w ciągu jednej nocy. Mizerna, cicha, stajenka licha…

W wigilię wigilii w radiowej Trójce kolędowy program Piwnicy pod Baranami. Program smutny, ślad ledwie dawnej świetności, wspominanej zresztą w audycji co i rusz. Dziś puste miejsce, po którym obija się pamięć jak potrącony dodatkowy talerz, zawadzający na przyciasnym wigilijnym stole.

Kiedy ten znak otwartości stał się dla mnie znakiem pamięci o nieobecnych? Dawno, bardzo dawno temu, gdy w trzy miesiące po śmierci ojca zamiast życzeń przy opłatku było nietłumione łkanie, jakby na dowód, że bezsens zbyt wczesnego odejścia odebrał nam tylko odświętny język, ale nie głos. Od tamtego momentu puste nakrycie przy wigilijnym stole oznacza pamięć o, a nie nadzieję na.

Kilka tygodni przed świętami we Wsoli Jan Nowicki, już doświadczony i wciąż młody, mówi, że umieranie trzeba ćwiczyć jak miłość, powtarzać w wyobraźni, bo dopiero śmierć nadaje sens przeżytemu. Koniec tłumaczy początek, śmierć narodzenie. Nie tylko Boże, człowiecze także.

W tym roku po raz pierwszy na mnie spada obowiązek uprzątnięcia rodzinnych grobów, na święta narodzin nie wolno zapomnieć o umarłych. Taka tradycja, przekazywany dalej kod kultury. Na nekropoliach marzniemy obaj z synem, ale to ja jestem – uświadamiam sobie nagle – odpowiedzialny za tę pamięć. Niezauważalnie, nieuchronnie stanę się najstarszym pokoleniem. A przecież wciąż nie znam kodu do życia ani tego, co po nim. Wiem jedynie, że najwięcej do zapamiętania będę miał wtedy, gdy – zgodnie z rytmem natury – zacznę zapominać.

DZIEŃ PIERWSZY. Łamię zasadę i rano włączam telewizor. Msza na włoskim kanale Radiotelevisione Padre Pio. Nie znam włoskiego, ale przecież po latach wiary rozumiem liturgię także w niezrozumiałym języku. Obca mowa nie przeszkadza, przeciwnie, pozwala skupiać się nie na znaczeniu słów, ale na sensie większym, na całej wypowiedzi, na rytmie nabożeństwa, na powtarzalności rytuału, spokojnie szemrzącego wśród skromnej scenografii. Na chwilę pojawia się nadzieja na powtórzenie tego, co stracone. Na chwilę.

Zaraz po mszy uśmiechnięta, rozszczebiotana brunetka w obcisłej czerwonej sukience reklamuje, jeśli dobrze się domyślam, wanny lecznicze dla niepełnosprawnych. Pamięć podsuwa gorzkie zapiski Aleksandra Wata, który do ojca Pio przyjechał z nadzieją na uwolnienie od śmiertelnie bolesnej choroby, zaś po wizycie – jakby chciał ukarać siebie i świat za irracjonalną wiarę – pisał o smrodzie jodyny z zainfekowanych ran na dłoniach włoskiego stygmatyka, o jego chytrych chłopskich oczkach, które dla wierzących w jego moc rozmodlonych kobiet były piękne. Równie piękne, jak woń fiołków, którymi pachniały im owinięte w brudne bandaże dłonie uzdrowiciela. Błogosławieni, którzy uwierzyli, choć widzieli.

DZIEŃ DRUGI. Kiedyś w drugi dzień Świąt chadzaliśmy oglądać szopki w kościołach. Dzieci dawno wyrosły z przykrótkiego dzieciństwa, więc otwieram Internet i oglądam świątynne stajenki na lokalnym portalu. Przed niemal każdą szopką puszka, pobrzękująca monetami, na utrzymanie kościoła, na misje, na katolickie szkoły. Podpis na puszkach niechcący odsyła w inny wymiar: OFIARA. Przypadkowa zapowiedź tego, czego pamiątkę będziemy świętować za kilka miesięcy, wykaligrafowany wprost sens narodzin.

Telewizor też już włączony, Andrea Bocelli śpiewa kolędy. Siwe włosy i zarost, szlachetna twarz z ledwie odmienioną mimiką, przymknięte powieki na bezużytecznych źrenicach. Bóg dał, Bóg wziął – mówi ludowa rezygnacja. Jemu zabrał wzrok, ale dał słuch i talenty. Więc może wolno ludową mądrość odwrócić: Bóg zabrał, Bóg da? Cicha nadzieja, na którą, myślę, możemy przystać wszyscy. Bez względu na wiarę i niewiarę.

Data dodania: 20 grudnia 2012

Reszta nie jest poezją. Świat ugrzązł w miejscu, od kilku tygodni uwięziony pod ledwo przetartym szmatą mlecznoszarym kloszem lampy, w której nagle przepaliła się żarówka. Dni pojawiają się i mijają coraz bardziej umownie, z nawyku kalendarzowego raczej, bo słońce ani wschodzi, ani zapada. Nawet jeżeli nie zrezygnowało ze swej misji, nie urwało się szpiclującemu go kosmicznemu rytmowi, to robi swoje w cichociemnej konspiracji, niezauważone.

Czasem, przerażone rutyną, na moment przedziera się przez liszajowaty sufit nieba, wybucha pożółkłym światłem, zimnym, bo pomieszanym z arktycznym podmuchem. Kiedy indziej przez szczeliny w oknach wciska się rozćtapana odwilż, gnana astmatycznym wiatrem, który przygina drzewa i przechodniów do ziemi ubabranej błockiem, ale nie robi żadnego wrażenia na posiniaczonej zasłonie chmur. W takie dni nietrudno uwierzyć, że za chwilę niebo zwali się na głowę, przydusi i rozgniecie świat, aż nie będzie niczego, prócz brunatniejącej breji. Nadejdzie koniec końców i rozerwie zasłonę.

Na ludzka miarę koniec świata, czyli koniec wszystkiego, łatwy do wyobrażenia nie jest. Koniec na ludzką miarę to raczej brak, nieobecność, zubożenie, pustka po kimś lub po czymś. Może nawet pozostać niezauważony, jak u Miłosza w „Piosence o końcu świata”. Może nie starcza nam wyobraźni, a może koniec świata jest w nas i tylko w nas. Albo dostrzec go mogą jedynie wybrani. Innego końca świata nie będzie?

Karmiąca się mitem wyobraźnia taką hipotezę odrzuca. Podpowiada, przepowiada, że koniec będzie nadmiarem, eksplozją światła oślepiającego nienawykłe oczy, przepełnionym grozą pięknem, które, znudzone wodzeniem na pokuszenie, tym razem powiedzie na zatratę. Oślepniemy, zanim ciemności skryją ziemię, można mieć nadzieję.

Apokaliptyczne obrazy przez tysiące lat obezwładniały obdarzonych oczami do patrzenia, nawet jeśli nie zostali obdarzeni wiarą. Jednym odbierały wolę oporu wobec nieuchronnego, innych popychały do ucieczki lub do szaleństwa, albo do ucieczki w szaleństwo. Zawsze byli też tacy, którzy budowali schrony – w myśli, w betonie – by przetrwać i ten koniec końców. Wszystko jedno, czy o nim opowiadała biblia w obrazkach na ścianach świątyni, czy przepowiednie Majów rozsiewane przez internetowe fora i wypasające się na nich media.

Mam swoją ulubioną wizję ostatecznego unieważnienia codzienności i jej realności, ludzką i nadludzką zarazem. Ulubioną, znaczy powracającą. Po kolejnych lekturach kiepsko sklejone „Podróże do piekieł” rozsypują się uwalnianymi kartkami:

„Utrwalona w pamięci i ujęta w prawa regularność przemian świata czasoprzestrzennego jest jedyną gwarancją jego realności. Gdyby dwa słońca wypłynęły na niebo, gdyby drzewa zerwały się do lotu, łopocąc skrzydłami gałęzi i gubiąc zielone pióra liści, przestalibyśmy wierzyć w rzeczywistość. Rzeczywistość zrównałaby się ze snem. Byłby to dzień Sądu Ostatecznego, w którym zerwane zostaną prawa rządzące światem. W dniu tym, jak nas zapewnia Apokalipsa, niebo ustąpi jak księgi zwinione, spłyną wyspy, a konie urągając prawu ciążenia cwałować będą wśród obłoków.”

I na kolejnej kartce: „W dniu Sądu Ostatecznego ręka Boża skruszy wszelki szkielet substancji. Wrażenia zmysłowe pozbawione trwałego substratu spłyną strumieniem psychicznym, jak połyskująca ławica ryb, jak chmura motyli nad łąką, a świat zerwany z kotwicy, która wbiła drapieżne szpony w mocne, skaliste dno rzeczywistości, zakręci się na mętnych nurtach iluzji.”

Świat zerwany z kotwicy, spływający połyskującą ławicą wrażeń i wspomnień, motyla chmura przekonań i przesądów nad zielonością łąki, a nade wszystko drzewa podrywające się do lotu i wspaniale umaszczone konie szybujące w przestworzach – jeżeli koniec świata jednak się wydarzy (w ten piątek, albo za tydzień, za rok czy stulecie), to niech wygląda tak, jak opisuje go Bolesław Miciński. Opisuje zapewne prawdziwie, bo (to też Miciński) prawda jest kwestią decyzji.

Jeżeli byście Państwo zdecydowali, że końca świata jednak nie będzie, życzę Spokojnych Świąt. I dobrych lektur w Nowym Roku.

Data dodania: 14 grudnia 2012

Maszerują chłopcy, maszerują… I niech im będzie na zdrowie, jeśli się nie przeziębią. Mamy wolność, więc mogą maszerować także w obronie wolności. Dziś nic za to nie grozi, odwaga staniała. A gdy tanieje odwaga, w cenie jest rozum. Myśl wcale nie nowa, ale dziś nie oczywista. Przytłumiona paplaniną, zapaćkana śliną i błotem. Jedna z tych wartych powtarzania, trzynastego grudnia i w każdy inny dzień przeklętego polskiego kalendarza.

Powtarzać więc warto, że łzy i krew nie są policzalne i nawet jedna kropla, i jedna łza to za wiele. Że mniejsze zło nie przestaje być złem, a wybór – choć tragiczny – złoczyńcy w zbawcę nie przeaniela.

Że w wojnie domowej, nawet prawie bezkrwawej, nie ma zwycięzców, są tylko pokonani. Ale nie znaczy to, że bezbronni przestają być ofiarami zbrojnych.

Że słabość pozostaje słabością, lęk lękiem, a kapitulacja kapitulacją i nie pomoże żadna sofistyka, żadne gadanie, że ci na wolności mieli gorzej niż ci uwięzieni. Nie jest bez różnicy, czy przez kraty zagląda się do celi, czy też z niej wygląda na świat.

Że historia daje się interpretować, ale nie jest z gumy: naginana do politycznej propagandy może, niczym policyjna pała, odwinąć się bolesnym ciosem.

Że łącząc zbrodnię katyńską z katastrofą prezydenckiego samolotu w obłędny narodowy kompleks, wcale nie podnosi się rangi dziewięćdziesięciu sześciu absolutnie niepotrzebnych ofiar, lecz przysłania śmierć tamtych wojennych tysięcy. Mord strzałem w tył głowy nie jest tym samym, co śmiertelny finał lądowania tupolewa, który w ogóle nie powinien wystartować.

Że nawet po tysiąckroć powtórzony obrazek lądowania samolotu z dziesiątkami trumien na pokładzie, żadne metafory i transgresje odsyłające w inne wymiary nie przysłonią przyziemnego faktu, że polski prezydent nie powinien lądować na udającym lotnisko pastwisku.

Ani we mgle, ani w śnieżycy, ani w oślepiającym słońcu. W kwietniu, w grudniu, ani w żadnym innym miesiącu przeklętego polskiego kalendarza.

To tak na marginesie kolejnej rocznicy. Kilka myśli, co nie nowe. Za czasów Norwida ścigały je „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Czasy się zmieniły, dziś dopaść je może jedynie głupota. Odwaga staniała, rozum rośnie w cenę.

Data dodania: 3 grudnia 2012

3 grudnia przed dwudziestu laty nie mialem komputera, komorki, a nawet zwykłego telefonu. Zeby zadzwonic, chodzilem na pobliska poczte, pisalem i czytalem listy, spotykalem przyjaciol twarza w twarz, gadalem bez umiaru i ograniczen.

Najgorsze, ze nie mialem nawet pojecia, co przez to trace. Dzis wiem: stracilem polskie znaki*.

*Za wikipedią: nowsze telefony pracują na kodowaniu 7/16 bit (starsze pracowały na 7/8 bit), co oznacza że jeżeli w takim telefonie w wiadomości SMS umieścimy przynajmniej jeden polski znak, długość wiadomości zmniejszy się ze 160 do zaledwie 70 znaków. Wynika to ze zmiany systemu kodowania znaków z 7 na 16 bitowy (w tych telefonach kodowanie 8 bitowe zostało zastąpione kodowaniem 16 bitowym).

Data dodania: 27 listopada 2012

Lechoń jak bagnet na broń, Konopnicka jako pałka. Ideolodzy znów wzięli się za literaturę, traktując ją jak wytrych do masowej wyobraźni i pędzel, którym można zamalować przeciwnika. Dosłownie, przenośnią. Są groźniejsi niż politycy wyzywający się do języka miłości.

To nie literówka – wyzywający właśnie, bo do porzucenia „mowy nienawiści” politycy wzywają się używając kolejnych epitetów. Jak chłopcy na podwórku po przerwanej bójce: „to on zacoł, prose pana”. Co innego bojówkarze idei. Ideolodzy robią wrażenie oczytanych, kojarzą tytuły i nazwiska, cytaty noszą w pamięci jak w kaburze. I nie wahają się ich użyć, by porwać tłumy lub rozwalić przeciwnika.

Literacką nawalankę mieliśmy niedawno przy okazji Święta Niepodległości. Tym razem literaturą zaatakowała skrajna lewica, naśmiewając się z narodowców, że słowa do świętej dla nich „Roty” napisała lesbijka. Argument o subtelności bejsbola, ale skuteczny, bo narodowców zamurowało. Mogli odpowiedzieć, że nie są homofobami – wszak ich wódz zapowiadał powrót do Wilna i Lwowa fragmentem wiersza Lechonia, którego homoseksualizmu nikt dziś nie ukrywa. Mogli zapytać przewrotnie, czy środowiska LGTB uważają, że lesbijka nie może być patriotką. Ale gdzież tam, jeden z ich wodzów, mały rycerzyk Niepodległej dźwigający wielkie nazwisko, rzekł jeno alcikiem spod wąsika, że homoseksualizm autorki „Sierotki Marysi i krasnoludków” to kłamstwo konopnickie, na wzór oświęcimskiego. Podobno to była ironia.

Trudno jednak od ideologów oczekiwać finezji. Władzę nad umysłami i rzeczywistością daje nie inteligencka dysputa, lecz oczywistość stereotypu, retoryczne emocje, słowo mocne jak lewy prosty, prawym sierpem koszące przeciwnika. Dla ideologów literatura to zbiór poręcznych cytatów, którymi można rzucać jak brukiem i racami na listopadowej zadymie. Brukiem wyrwanym z kontekstu i racami udającymi iluminację. Po prostu – cytatem jak batem, łatwiej zagnać do szeregu.

Literatura, sztuka będzie wyrazicielem indywidualizmu, albo nie będzie jej wcale – powtarzał Gombrowicz, ale i wielu innych, wkręconych w imadło ubiegłego, żelaznego stulecia. Rzecz stara jak świat: wszelkie totalitaryzmy, wszelkie despotie próbowały sztukę skolektywizować lub zamknąć w obozie: koncentracyjnym, reedukacyjnym, obozie pokoju, postępu lub tradycji, bez różnicy. Tak czyniły nie tylko despotie instytucjonalne, dysponujące polityczną i policyjną władzą, ale także te mniej zorganizowane, choć równie opresyjne: głos narodu, opinia środowiskowa lub publiczna. Ich siłę Gombrowicz poznał na własnej skórze.

Nie był wyjątkiem. W sumie jego los był banalny, niewpasowani w czarnobiałe schematy indywidualiści zabazgrali przecież niejedną kartkę historii. Nie mieścili się w świecie polityki, czarnobiałym jak szachownica , na której toczy się gra, figury zbijają pionki albo na odwrót , oszukując przy tym jak w westernowym pokerze. Obcy był im też świat ideologii, równie czarnobiały, bo toczy się w nim walka piekielnych sił ciemności z zastępami w anielską biel odzianymi. Bez tonów pośrednich i światłocienia. Albo, albo, żadnych odchyleń.

Gombrowicz naraził się nie tylko władzy politycznej, samodzierżawiącej PRL. Naraził się też, a może nawet bardziej, tym, którzy mianowali się strażnikami polskości na obczyźnie. Straszne słowa z „Trans-Atlantyku” musiały zabrzmieć jak zdrada. A przecież sączył Gombrowicz w tym tekście jady bardziej podstępne niż gorszące „Płyncież do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha a zdechnąć nie może! (…) Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał.”.

Ci jednak, którzy czytali tekst literacki wprost, jak publicystyczną deklarację, subtelności nie zauważali. To by dopiero było, gdyby jak dostrzegli Konstanty A. Jeleński, że „sobowtórem” literackim autora jest w „Trans-Atlantyku” nie tylko narrator, ale i Gonzalo. I że temu, co by nie powiedzieć, obleśnemu typowi przydzielił Gombrowicz rolę nosiciela nowej koncepcji stosunku do narodu, która ustanawiała prymat człowieka przed Polakiem, aż po dopuszczenie negacji ojcowizny posunięty, Synczyznę przed Ojczyzną stawiający. Co nie tylko niełatwe, ale też perwersją i grzechem podszyte, by nie dopuścić patosu czy sentymentalizmu.

Pisał Jeleński: „dla mnie Witold był bardzo polski, był Polakiem z mojej sfery, jak jakiś mój wujek czy kuzyn po kądzieli”. Pewnie się to różnym ideologom o literaturze pisującym i dziś w głowach nie mieści, ale Gombrowicz był chory na Polskę, to „polskość” jest głównym obok „ja” bohaterem „Dziennika”. Był na Polskę chory równie ciężko jak choćby Lechoń, ale był od Lechonia silniejszy. Na tyle silny, że potrafił spojrzeć na nią z dystansu, z zewnątrz, wyrwać się z tego dwuznacznego miłosnego sczepienia, co zamiast rozkoszy i szczęścia daje ból i odrzucenie, na tyle silny, by stać się odszczepieńcem, zaprzańcem, by Polskę ponownie wybrać, ale swoją, na swoich prawach, przez siebie stworzoną. Silniejszą dzięki temu, własną, więc suwerenną.

I wcale to nie oznaczało odrzucenia tradycji, języka, obyczaju. Wspomina Kot Jeleński: „Wystylizowaliśmy więc nasz stosunek na znajomość dwóch polskich szlachciurów, sąsiadów przez miedzę, z których jeden jest starszy i ważniejszy od drugiego. Ja na przykład od czasu do czasu cmokałem go – cium! – w przedramię…”. Wyobrażacie sobie tę scenę: Konstanty A. Jeleński pochyla się wprost w rozchylone ręce Gombrowicza, ostentacyjnie głośno cmokając, przyciska usta do rękawa wełnianej marynarki i zastyga tak na chwilę przed rozbawionym i skrępowanym Gombrowiczem. Polskość sarmacka, do bólu tradycyjna, odświętna. Ale to jednak stylizacja, polskość o-swojona, wybrana, uczłowieczona mądrością formy.

Coś, czego żaden ideolog nie pojmie, coś, co mu się w głowie otumanionej listopadową zadymą nie pomieści.

Data dodania: 12 listopada 2012

Ogłuszyło mnie, zatkało od nadmiaru Gombrowicza w ostatnim tygodniu października. O Gombrowiczu, Gombrowiczem, przeciw i za, i wkoło Gombrowicza, szumnie, trochę z sensem, trochę durnie, festiwalowo. Gombro z przyprawianą gębą, a nawet dupą, gołą, bynajmniej nie nagą. Zagadany, zachichotany, zgrany aż po kabaretowy kicz, ale jednak wciąż żywy. Jeszcze i ledwo, ale żywy.

Dla nas najważniejsze były oczywiście rozmowy we Wsoli. Z klasą i wdziękiem grająca rolę wdowy-strażniczki Rita Gombrowicz, w sytuacjach mniej oficjalnych ujawniająca swój ironiczny dystans do literackiego obrządku. Ale nie do Gombrowicza, w którym – mam wrażenie- zakochana coraz bardziej. I Miguel Grinberg, argentyński przyjaciel-uczeń Gombrowicza, o którym pani Rita mówi z szacunkiem, że nie żył tylko życiem Gombrowicza, ale potrafił zbudować własną biografię. Senior Miguel młodzieńczy mimo siedemdziesięciu wiosen na karku, ironiczny i przewrotny, może dlatego nie obawiający się sentymentalizmu, gdy opowiada, że jego życie zatacza właśnie tu, we Wsoli, koło, bo przed półwieczem poznał Gombrowicza, a teraz przyjechał tu, skąd Gombrowicz w świat wyruszył. A przecież, choć niezależny i osobny, przez całe te pięć dziesiątek intensywnego życia realizujący to, o czym przez ledwie kilkanaście miesięcy w Buenos Aires z Gombrowiczem rozmawiał. I na koniec podziękowanie-komplement, który we Wsoli pamiętać będziemy długo: że się cieszy, iż w muzeum Gombrowicza, nie zastał tego, czego się spodziewał – czyli cmentarzyska. Że Gombrowicz żyje.

Choć nie wiem, jak on, biedny, żyje po tym wszystkim, co wyprawia z nim współczesny teatr. Przejęty przykazaniem: o mnie nie wolno mówić w sposób zwykły, miętosi Gombrowicza, gwałci przez oczy i uszy, obraca na wszystkie strony i na nice, rozszarpuje na strzępy znaczeń i rozmienia na przysłowia, a nawet kabaretowe szmoncesy. I robi mu krzywdę największą: ujednoznacznia to, co w Gombrowiczowskich tekstach wieloznaczne, udosłownia, upraszcza, dopowiada tam, gdzie warto zamilknąć. Pewnie po to, by już prawie klasyka uatrakcyjnić, rozruszać, ożywić, do percepcji pożeraczy kabaretonów i elektronicznych gazet przystosować. Zapominając jednak, że tym, co Gombrowiczowską pupę odróżnia od gołej dupy na scenie, jest literackość.

Walenie widza intelektualną golizną na odlew wcale Gombrowicza nie rozjaśnia, nie tłumaczy. Przeciwnie, staje się tak podany Gombrowicz równie niezrozumiały, co werdykt jury radomskiego festiwalu. Niezrozumiały dla mnie oczywiście, bo może brakuje mi kompetencji, albo i cierpliwości, do odbioru takiej teatralnej różnorodności, tego kolorowego i krzykliwego drobiazgu, co dwie sceny radomskiego teatru obsiadł na tydzień. Z dwoma wyjątkami, o których poniżej.

Główną nagrodę X Festiwalu Gombrowiczowskiego dostały „Dzienniki” wyreżyserowane przez Mikołaja Grabowskiego, który konkurs zdominował, bo wyreżyserował również „Wspomnienia polskie” w radomskim teatrze. Oba spektakle zresztą –przynajmniej z wierzchu- różni jedynie poziom aktorstwa, stylistyka zmagań Grabowskiego z Gombrowiczem tak naprawdę nie zmienia się od lat, choć po premierze w YMCE zarzucano mu, że zanadto poszedł w kabaret, głębię „Dziennika” poświęcając dla uatrakcyjnienia spektaklu. Nic bardziej mylnego, choć żeby się o tym przekonać, trzeba było może publiczności niewarszawskiej, bardziej odświętnej, spragnionej i wielkich nazwisk, i dobrej teatralnej rozrywki. I podatnej na Gombrowiczowskie gry.

Nie wiem, który z panów G bardziej to sprawił, ale chwilami Gombrowiczowski tekst stawał się w tym przedstawieniu partyturą, a wygarniturowana i wysukienczona publika posłusznym instrumentem. Suto za spektakl zapłaciwszy, czujna i chętna , śmiechem zareagowała już na początku, gdy Piotr Adamczyk-Gombrowicz rzucił tekstem z „Dziennika”: jestem do Chopina podobny. A potem śmiechu było co niemiara, rżała publicznośc rozkosznie, jak koń, na którego wskoczył pianista z genialnego „Dziennikowego” opisu koncertu symfonicznego jako hippicznego wyścigu snobów; rżała więc publika coraz głośniej, aktorom odpowiadając i znawstwo swoje, i bywałość okazując, śmiała się i klaskała, boki wytrząsając z kamizelek i pudry z dekoltów. I ani zauważyła, że na komendę się śmieje, i klaszcze na komendę obu autorów. I że tak się zaśmiewając, w perfidną Gombrowiczowską pułapkę wpada i z siebie samej boki swoje zrywa. Zaiste, mistrz Gombrowicz i mistrz Grabowski, a nawet i Adamczyk mistrz, gdy w durnych reklamach się nie pałęta.

Pokazał Grabowski i jego aktorzy, że żywie jeszcze Gombrowicz szyderca, mistrz groteski i gier międzyludzkich. Ale do odkrycia (ponownego) mamy innego Gombrowicza jeszcze, tego bardziej serio, tragicznego, wątpiącego, samotnego, obitego i obolałego, którego zwątpienie i niezrozumienie silniej dusiły niż ostatnie stadium astmy. To Gombrowicz z „Polaków” Teatru Polskiego, spektaklu przez warszawską publikę krytyczną przyjętego –mam wrażenie- z pewnym zakłopotaniem, zażenowaniem nawet. No bo żeby ktoś tak serio, o Bogu, Człowieku i Ojczyźnie…

To piekielnie poważne przedstawienie ważne mi się wydało nie ze względu na ścierające się w nim koncepcje świata i człowieczeństwa, ścierające się teksty i postawy intelektualne prymasa Wyszyńskiego i pisarza Gombrowicza, lecz ze względu na samo starcie. Świetnie zagrane, pokazuje jedno: że myślenie indywidualisty, na własny rachunek, rzetelne, więc pełne zwątpienia, bólu i trwogi, zawsze wydawać się będzie publice słabością w starciu z wiarą, dogmatem, pewnością podpartą laską wyższego autorytetu, która może cudownie ożywiać skały, ale może być też narzędziem pogromu.

Na scenie świata ten, kto szuka, waha się i wie jedynie, ile nie wie, z reguły wypada bladziej niż człowiek obdarowany wiarą, któremu wiedza została dana, a życie zadane. Wydaje się słabszy, mniej przekonujący i atrakcyjny nie tylko w dysputach filozoficznych czy religijnych, ale także w kwestii trotylu na szczątkach skrzydła czy smoleńskiej brzozy.

Tłumy za nim nie pójdą. Jeśli już, to na niego.

Strona 10 z 16« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury