Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 2 stycznia 2013

WIGILIA. Pusty talerz na nikogo nie czeka. Żaden wędrowiec nie zapuka do drzwi. Ci, którzy wyjechali – do wielkich miast, bogatych krain, za wielkie wody – urządzili się i jeśli wracają, nie potrzebują gościnności od nieznajomych. Bezdomni nie boją się litości, ale nie znają kodu do domofonów i szyfrowanych drzwi. Zresztą zrobiło się cieplej, śnieg zniknął w kałużach, porzucił drzewa, wyłysiałe w ciągu jednej nocy. Mizerna, cicha, stajenka licha…

W wigilię wigilii w radiowej Trójce kolędowy program Piwnicy pod Baranami. Program smutny, ślad ledwie dawnej świetności, wspominanej zresztą w audycji co i rusz. Dziś puste miejsce, po którym obija się pamięć jak potrącony dodatkowy talerz, zawadzający na przyciasnym wigilijnym stole.

Kiedy ten znak otwartości stał się dla mnie znakiem pamięci o nieobecnych? Dawno, bardzo dawno temu, gdy w trzy miesiące po śmierci ojca zamiast życzeń przy opłatku było nietłumione łkanie, jakby na dowód, że bezsens zbyt wczesnego odejścia odebrał nam tylko odświętny język, ale nie głos. Od tamtego momentu puste nakrycie przy wigilijnym stole oznacza pamięć o, a nie nadzieję na.

Kilka tygodni przed świętami we Wsoli Jan Nowicki, już doświadczony i wciąż młody, mówi, że umieranie trzeba ćwiczyć jak miłość, powtarzać w wyobraźni, bo dopiero śmierć nadaje sens przeżytemu. Koniec tłumaczy początek, śmierć narodzenie. Nie tylko Boże, człowiecze także.

W tym roku po raz pierwszy na mnie spada obowiązek uprzątnięcia rodzinnych grobów, na święta narodzin nie wolno zapomnieć o umarłych. Taka tradycja, przekazywany dalej kod kultury. Na nekropoliach marzniemy obaj z synem, ale to ja jestem – uświadamiam sobie nagle – odpowiedzialny za tę pamięć. Niezauważalnie, nieuchronnie stanę się najstarszym pokoleniem. A przecież wciąż nie znam kodu do życia ani tego, co po nim. Wiem jedynie, że najwięcej do zapamiętania będę miał wtedy, gdy – zgodnie z rytmem natury – zacznę zapominać.

DZIEŃ PIERWSZY. Łamię zasadę i rano włączam telewizor. Msza na włoskim kanale Radiotelevisione Padre Pio. Nie znam włoskiego, ale przecież po latach wiary rozumiem liturgię także w niezrozumiałym języku. Obca mowa nie przeszkadza, przeciwnie, pozwala skupiać się nie na znaczeniu słów, ale na sensie większym, na całej wypowiedzi, na rytmie nabożeństwa, na powtarzalności rytuału, spokojnie szemrzącego wśród skromnej scenografii. Na chwilę pojawia się nadzieja na powtórzenie tego, co stracone. Na chwilę.

Zaraz po mszy uśmiechnięta, rozszczebiotana brunetka w obcisłej czerwonej sukience reklamuje, jeśli dobrze się domyślam, wanny lecznicze dla niepełnosprawnych. Pamięć podsuwa gorzkie zapiski Aleksandra Wata, który do ojca Pio przyjechał z nadzieją na uwolnienie od śmiertelnie bolesnej choroby, zaś po wizycie – jakby chciał ukarać siebie i świat za irracjonalną wiarę – pisał o smrodzie jodyny z zainfekowanych ran na dłoniach włoskiego stygmatyka, o jego chytrych chłopskich oczkach, które dla wierzących w jego moc rozmodlonych kobiet były piękne. Równie piękne, jak woń fiołków, którymi pachniały im owinięte w brudne bandaże dłonie uzdrowiciela. Błogosławieni, którzy uwierzyli, choć widzieli.

DZIEŃ DRUGI. Kiedyś w drugi dzień Świąt chadzaliśmy oglądać szopki w kościołach. Dzieci dawno wyrosły z przykrótkiego dzieciństwa, więc otwieram Internet i oglądam świątynne stajenki na lokalnym portalu. Przed niemal każdą szopką puszka, pobrzękująca monetami, na utrzymanie kościoła, na misje, na katolickie szkoły. Podpis na puszkach niechcący odsyła w inny wymiar: OFIARA. Przypadkowa zapowiedź tego, czego pamiątkę będziemy świętować za kilka miesięcy, wykaligrafowany wprost sens narodzin.

Telewizor też już włączony, Andrea Bocelli śpiewa kolędy. Siwe włosy i zarost, szlachetna twarz z ledwie odmienioną mimiką, przymknięte powieki na bezużytecznych źrenicach. Bóg dał, Bóg wziął – mówi ludowa rezygnacja. Jemu zabrał wzrok, ale dał słuch i talenty. Więc może wolno ludową mądrość odwrócić: Bóg zabrał, Bóg da? Cicha nadzieja, na którą, myślę, możemy przystać wszyscy. Bez względu na wiarę i niewiarę.

Data dodania: 20 grudnia 2012

Reszta nie jest poezją. Świat ugrzązł w miejscu, od kilku tygodni uwięziony pod ledwo przetartym szmatą mlecznoszarym kloszem lampy, w której nagle przepaliła się żarówka. Dni pojawiają się i mijają coraz bardziej umownie, z nawyku kalendarzowego raczej, bo słońce ani wschodzi, ani zapada. Nawet jeżeli nie zrezygnowało ze swej misji, nie urwało się szpiclującemu go kosmicznemu rytmowi, to robi swoje w cichociemnej konspiracji, niezauważone.

Czasem, przerażone rutyną, na moment przedziera się przez liszajowaty sufit nieba, wybucha pożółkłym światłem, zimnym, bo pomieszanym z arktycznym podmuchem. Kiedy indziej przez szczeliny w oknach wciska się rozćtapana odwilż, gnana astmatycznym wiatrem, który przygina drzewa i przechodniów do ziemi ubabranej błockiem, ale nie robi żadnego wrażenia na posiniaczonej zasłonie chmur. W takie dni nietrudno uwierzyć, że za chwilę niebo zwali się na głowę, przydusi i rozgniecie świat, aż nie będzie niczego, prócz brunatniejącej breji. Nadejdzie koniec końców i rozerwie zasłonę.

Na ludzka miarę koniec świata, czyli koniec wszystkiego, łatwy do wyobrażenia nie jest. Koniec na ludzką miarę to raczej brak, nieobecność, zubożenie, pustka po kimś lub po czymś. Może nawet pozostać niezauważony, jak u Miłosza w „Piosence o końcu świata”. Może nie starcza nam wyobraźni, a może koniec świata jest w nas i tylko w nas. Albo dostrzec go mogą jedynie wybrani. Innego końca świata nie będzie?

Karmiąca się mitem wyobraźnia taką hipotezę odrzuca. Podpowiada, przepowiada, że koniec będzie nadmiarem, eksplozją światła oślepiającego nienawykłe oczy, przepełnionym grozą pięknem, które, znudzone wodzeniem na pokuszenie, tym razem powiedzie na zatratę. Oślepniemy, zanim ciemności skryją ziemię, można mieć nadzieję.

Apokaliptyczne obrazy przez tysiące lat obezwładniały obdarzonych oczami do patrzenia, nawet jeśli nie zostali obdarzeni wiarą. Jednym odbierały wolę oporu wobec nieuchronnego, innych popychały do ucieczki lub do szaleństwa, albo do ucieczki w szaleństwo. Zawsze byli też tacy, którzy budowali schrony – w myśli, w betonie – by przetrwać i ten koniec końców. Wszystko jedno, czy o nim opowiadała biblia w obrazkach na ścianach świątyni, czy przepowiednie Majów rozsiewane przez internetowe fora i wypasające się na nich media.

Mam swoją ulubioną wizję ostatecznego unieważnienia codzienności i jej realności, ludzką i nadludzką zarazem. Ulubioną, znaczy powracającą. Po kolejnych lekturach kiepsko sklejone „Podróże do piekieł” rozsypują się uwalnianymi kartkami:

„Utrwalona w pamięci i ujęta w prawa regularność przemian świata czasoprzestrzennego jest jedyną gwarancją jego realności. Gdyby dwa słońca wypłynęły na niebo, gdyby drzewa zerwały się do lotu, łopocąc skrzydłami gałęzi i gubiąc zielone pióra liści, przestalibyśmy wierzyć w rzeczywistość. Rzeczywistość zrównałaby się ze snem. Byłby to dzień Sądu Ostatecznego, w którym zerwane zostaną prawa rządzące światem. W dniu tym, jak nas zapewnia Apokalipsa, niebo ustąpi jak księgi zwinione, spłyną wyspy, a konie urągając prawu ciążenia cwałować będą wśród obłoków.”

I na kolejnej kartce: „W dniu Sądu Ostatecznego ręka Boża skruszy wszelki szkielet substancji. Wrażenia zmysłowe pozbawione trwałego substratu spłyną strumieniem psychicznym, jak połyskująca ławica ryb, jak chmura motyli nad łąką, a świat zerwany z kotwicy, która wbiła drapieżne szpony w mocne, skaliste dno rzeczywistości, zakręci się na mętnych nurtach iluzji.”

Świat zerwany z kotwicy, spływający połyskującą ławicą wrażeń i wspomnień, motyla chmura przekonań i przesądów nad zielonością łąki, a nade wszystko drzewa podrywające się do lotu i wspaniale umaszczone konie szybujące w przestworzach – jeżeli koniec świata jednak się wydarzy (w ten piątek, albo za tydzień, za rok czy stulecie), to niech wygląda tak, jak opisuje go Bolesław Miciński. Opisuje zapewne prawdziwie, bo (to też Miciński) prawda jest kwestią decyzji.

Jeżeli byście Państwo zdecydowali, że końca świata jednak nie będzie, życzę Spokojnych Świąt. I dobrych lektur w Nowym Roku.

Data dodania: 14 grudnia 2012

Maszerują chłopcy, maszerują… I niech im będzie na zdrowie, jeśli się nie przeziębią. Mamy wolność, więc mogą maszerować także w obronie wolności. Dziś nic za to nie grozi, odwaga staniała. A gdy tanieje odwaga, w cenie jest rozum. Myśl wcale nie nowa, ale dziś nie oczywista. Przytłumiona paplaniną, zapaćkana śliną i błotem. Jedna z tych wartych powtarzania, trzynastego grudnia i w każdy inny dzień przeklętego polskiego kalendarza.

Powtarzać więc warto, że łzy i krew nie są policzalne i nawet jedna kropla, i jedna łza to za wiele. Że mniejsze zło nie przestaje być złem, a wybór – choć tragiczny – złoczyńcy w zbawcę nie przeaniela.

Że w wojnie domowej, nawet prawie bezkrwawej, nie ma zwycięzców, są tylko pokonani. Ale nie znaczy to, że bezbronni przestają być ofiarami zbrojnych.

Że słabość pozostaje słabością, lęk lękiem, a kapitulacja kapitulacją i nie pomoże żadna sofistyka, żadne gadanie, że ci na wolności mieli gorzej niż ci uwięzieni. Nie jest bez różnicy, czy przez kraty zagląda się do celi, czy też z niej wygląda na świat.

Że historia daje się interpretować, ale nie jest z gumy: naginana do politycznej propagandy może, niczym policyjna pała, odwinąć się bolesnym ciosem.

Że łącząc zbrodnię katyńską z katastrofą prezydenckiego samolotu w obłędny narodowy kompleks, wcale nie podnosi się rangi dziewięćdziesięciu sześciu absolutnie niepotrzebnych ofiar, lecz przysłania śmierć tamtych wojennych tysięcy. Mord strzałem w tył głowy nie jest tym samym, co śmiertelny finał lądowania tupolewa, który w ogóle nie powinien wystartować.

Że nawet po tysiąckroć powtórzony obrazek lądowania samolotu z dziesiątkami trumien na pokładzie, żadne metafory i transgresje odsyłające w inne wymiary nie przysłonią przyziemnego faktu, że polski prezydent nie powinien lądować na udającym lotnisko pastwisku.

Ani we mgle, ani w śnieżycy, ani w oślepiającym słońcu. W kwietniu, w grudniu, ani w żadnym innym miesiącu przeklętego polskiego kalendarza.

To tak na marginesie kolejnej rocznicy. Kilka myśli, co nie nowe. Za czasów Norwida ścigały je „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Czasy się zmieniły, dziś dopaść je może jedynie głupota. Odwaga staniała, rozum rośnie w cenę.

Data dodania: 3 grudnia 2012

3 grudnia przed dwudziestu laty nie mialem komputera, komorki, a nawet zwykłego telefonu. Zeby zadzwonic, chodzilem na pobliska poczte, pisalem i czytalem listy, spotykalem przyjaciol twarza w twarz, gadalem bez umiaru i ograniczen.

Najgorsze, ze nie mialem nawet pojecia, co przez to trace. Dzis wiem: stracilem polskie znaki*.

*Za wikipedią: nowsze telefony pracują na kodowaniu 7/16 bit (starsze pracowały na 7/8 bit), co oznacza że jeżeli w takim telefonie w wiadomości SMS umieścimy przynajmniej jeden polski znak, długość wiadomości zmniejszy się ze 160 do zaledwie 70 znaków. Wynika to ze zmiany systemu kodowania znaków z 7 na 16 bitowy (w tych telefonach kodowanie 8 bitowe zostało zastąpione kodowaniem 16 bitowym).

Data dodania: 27 listopada 2012

Lechoń jak bagnet na broń, Konopnicka jako pałka. Ideolodzy znów wzięli się za literaturę, traktując ją jak wytrych do masowej wyobraźni i pędzel, którym można zamalować przeciwnika. Dosłownie, przenośnią. Są groźniejsi niż politycy wyzywający się do języka miłości.

To nie literówka – wyzywający właśnie, bo do porzucenia „mowy nienawiści” politycy wzywają się używając kolejnych epitetów. Jak chłopcy na podwórku po przerwanej bójce: „to on zacoł, prose pana”. Co innego bojówkarze idei. Ideolodzy robią wrażenie oczytanych, kojarzą tytuły i nazwiska, cytaty noszą w pamięci jak w kaburze. I nie wahają się ich użyć, by porwać tłumy lub rozwalić przeciwnika.

Literacką nawalankę mieliśmy niedawno przy okazji Święta Niepodległości. Tym razem literaturą zaatakowała skrajna lewica, naśmiewając się z narodowców, że słowa do świętej dla nich „Roty” napisała lesbijka. Argument o subtelności bejsbola, ale skuteczny, bo narodowców zamurowało. Mogli odpowiedzieć, że nie są homofobami – wszak ich wódz zapowiadał powrót do Wilna i Lwowa fragmentem wiersza Lechonia, którego homoseksualizmu nikt dziś nie ukrywa. Mogli zapytać przewrotnie, czy środowiska LGTB uważają, że lesbijka nie może być patriotką. Ale gdzież tam, jeden z ich wodzów, mały rycerzyk Niepodległej dźwigający wielkie nazwisko, rzekł jeno alcikiem spod wąsika, że homoseksualizm autorki „Sierotki Marysi i krasnoludków” to kłamstwo konopnickie, na wzór oświęcimskiego. Podobno to była ironia.

Trudno jednak od ideologów oczekiwać finezji. Władzę nad umysłami i rzeczywistością daje nie inteligencka dysputa, lecz oczywistość stereotypu, retoryczne emocje, słowo mocne jak lewy prosty, prawym sierpem koszące przeciwnika. Dla ideologów literatura to zbiór poręcznych cytatów, którymi można rzucać jak brukiem i racami na listopadowej zadymie. Brukiem wyrwanym z kontekstu i racami udającymi iluminację. Po prostu – cytatem jak batem, łatwiej zagnać do szeregu.

Literatura, sztuka będzie wyrazicielem indywidualizmu, albo nie będzie jej wcale – powtarzał Gombrowicz, ale i wielu innych, wkręconych w imadło ubiegłego, żelaznego stulecia. Rzecz stara jak świat: wszelkie totalitaryzmy, wszelkie despotie próbowały sztukę skolektywizować lub zamknąć w obozie: koncentracyjnym, reedukacyjnym, obozie pokoju, postępu lub tradycji, bez różnicy. Tak czyniły nie tylko despotie instytucjonalne, dysponujące polityczną i policyjną władzą, ale także te mniej zorganizowane, choć równie opresyjne: głos narodu, opinia środowiskowa lub publiczna. Ich siłę Gombrowicz poznał na własnej skórze.

Nie był wyjątkiem. W sumie jego los był banalny, niewpasowani w czarnobiałe schematy indywidualiści zabazgrali przecież niejedną kartkę historii. Nie mieścili się w świecie polityki, czarnobiałym jak szachownica , na której toczy się gra, figury zbijają pionki albo na odwrót , oszukując przy tym jak w westernowym pokerze. Obcy był im też świat ideologii, równie czarnobiały, bo toczy się w nim walka piekielnych sił ciemności z zastępami w anielską biel odzianymi. Bez tonów pośrednich i światłocienia. Albo, albo, żadnych odchyleń.

Gombrowicz naraził się nie tylko władzy politycznej, samodzierżawiącej PRL. Naraził się też, a może nawet bardziej, tym, którzy mianowali się strażnikami polskości na obczyźnie. Straszne słowa z „Trans-Atlantyku” musiały zabrzmieć jak zdrada. A przecież sączył Gombrowicz w tym tekście jady bardziej podstępne niż gorszące „Płyncież do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha a zdechnąć nie może! (…) Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał.”.

Ci jednak, którzy czytali tekst literacki wprost, jak publicystyczną deklarację, subtelności nie zauważali. To by dopiero było, gdyby jak dostrzegli Konstanty A. Jeleński, że „sobowtórem” literackim autora jest w „Trans-Atlantyku” nie tylko narrator, ale i Gonzalo. I że temu, co by nie powiedzieć, obleśnemu typowi przydzielił Gombrowicz rolę nosiciela nowej koncepcji stosunku do narodu, która ustanawiała prymat człowieka przed Polakiem, aż po dopuszczenie negacji ojcowizny posunięty, Synczyznę przed Ojczyzną stawiający. Co nie tylko niełatwe, ale też perwersją i grzechem podszyte, by nie dopuścić patosu czy sentymentalizmu.

Pisał Jeleński: „dla mnie Witold był bardzo polski, był Polakiem z mojej sfery, jak jakiś mój wujek czy kuzyn po kądzieli”. Pewnie się to różnym ideologom o literaturze pisującym i dziś w głowach nie mieści, ale Gombrowicz był chory na Polskę, to „polskość” jest głównym obok „ja” bohaterem „Dziennika”. Był na Polskę chory równie ciężko jak choćby Lechoń, ale był od Lechonia silniejszy. Na tyle silny, że potrafił spojrzeć na nią z dystansu, z zewnątrz, wyrwać się z tego dwuznacznego miłosnego sczepienia, co zamiast rozkoszy i szczęścia daje ból i odrzucenie, na tyle silny, by stać się odszczepieńcem, zaprzańcem, by Polskę ponownie wybrać, ale swoją, na swoich prawach, przez siebie stworzoną. Silniejszą dzięki temu, własną, więc suwerenną.

I wcale to nie oznaczało odrzucenia tradycji, języka, obyczaju. Wspomina Kot Jeleński: „Wystylizowaliśmy więc nasz stosunek na znajomość dwóch polskich szlachciurów, sąsiadów przez miedzę, z których jeden jest starszy i ważniejszy od drugiego. Ja na przykład od czasu do czasu cmokałem go – cium! – w przedramię…”. Wyobrażacie sobie tę scenę: Konstanty A. Jeleński pochyla się wprost w rozchylone ręce Gombrowicza, ostentacyjnie głośno cmokając, przyciska usta do rękawa wełnianej marynarki i zastyga tak na chwilę przed rozbawionym i skrępowanym Gombrowiczem. Polskość sarmacka, do bólu tradycyjna, odświętna. Ale to jednak stylizacja, polskość o-swojona, wybrana, uczłowieczona mądrością formy.

Coś, czego żaden ideolog nie pojmie, coś, co mu się w głowie otumanionej listopadową zadymą nie pomieści.

Data dodania: 12 listopada 2012

Ogłuszyło mnie, zatkało od nadmiaru Gombrowicza w ostatnim tygodniu października. O Gombrowiczu, Gombrowiczem, przeciw i za, i wkoło Gombrowicza, szumnie, trochę z sensem, trochę durnie, festiwalowo. Gombro z przyprawianą gębą, a nawet dupą, gołą, bynajmniej nie nagą. Zagadany, zachichotany, zgrany aż po kabaretowy kicz, ale jednak wciąż żywy. Jeszcze i ledwo, ale żywy.

Dla nas najważniejsze były oczywiście rozmowy we Wsoli. Z klasą i wdziękiem grająca rolę wdowy-strażniczki Rita Gombrowicz, w sytuacjach mniej oficjalnych ujawniająca swój ironiczny dystans do literackiego obrządku. Ale nie do Gombrowicza, w którym – mam wrażenie- zakochana coraz bardziej. I Miguel Grinberg, argentyński przyjaciel-uczeń Gombrowicza, o którym pani Rita mówi z szacunkiem, że nie żył tylko życiem Gombrowicza, ale potrafił zbudować własną biografię. Senior Miguel młodzieńczy mimo siedemdziesięciu wiosen na karku, ironiczny i przewrotny, może dlatego nie obawiający się sentymentalizmu, gdy opowiada, że jego życie zatacza właśnie tu, we Wsoli, koło, bo przed półwieczem poznał Gombrowicza, a teraz przyjechał tu, skąd Gombrowicz w świat wyruszył. A przecież, choć niezależny i osobny, przez całe te pięć dziesiątek intensywnego życia realizujący to, o czym przez ledwie kilkanaście miesięcy w Buenos Aires z Gombrowiczem rozmawiał. I na koniec podziękowanie-komplement, który we Wsoli pamiętać będziemy długo: że się cieszy, iż w muzeum Gombrowicza, nie zastał tego, czego się spodziewał – czyli cmentarzyska. Że Gombrowicz żyje.

Choć nie wiem, jak on, biedny, żyje po tym wszystkim, co wyprawia z nim współczesny teatr. Przejęty przykazaniem: o mnie nie wolno mówić w sposób zwykły, miętosi Gombrowicza, gwałci przez oczy i uszy, obraca na wszystkie strony i na nice, rozszarpuje na strzępy znaczeń i rozmienia na przysłowia, a nawet kabaretowe szmoncesy. I robi mu krzywdę największą: ujednoznacznia to, co w Gombrowiczowskich tekstach wieloznaczne, udosłownia, upraszcza, dopowiada tam, gdzie warto zamilknąć. Pewnie po to, by już prawie klasyka uatrakcyjnić, rozruszać, ożywić, do percepcji pożeraczy kabaretonów i elektronicznych gazet przystosować. Zapominając jednak, że tym, co Gombrowiczowską pupę odróżnia od gołej dupy na scenie, jest literackość.

Walenie widza intelektualną golizną na odlew wcale Gombrowicza nie rozjaśnia, nie tłumaczy. Przeciwnie, staje się tak podany Gombrowicz równie niezrozumiały, co werdykt jury radomskiego festiwalu. Niezrozumiały dla mnie oczywiście, bo może brakuje mi kompetencji, albo i cierpliwości, do odbioru takiej teatralnej różnorodności, tego kolorowego i krzykliwego drobiazgu, co dwie sceny radomskiego teatru obsiadł na tydzień. Z dwoma wyjątkami, o których poniżej.

Główną nagrodę X Festiwalu Gombrowiczowskiego dostały „Dzienniki” wyreżyserowane przez Mikołaja Grabowskiego, który konkurs zdominował, bo wyreżyserował również „Wspomnienia polskie” w radomskim teatrze. Oba spektakle zresztą –przynajmniej z wierzchu- różni jedynie poziom aktorstwa, stylistyka zmagań Grabowskiego z Gombrowiczem tak naprawdę nie zmienia się od lat, choć po premierze w YMCE zarzucano mu, że zanadto poszedł w kabaret, głębię „Dziennika” poświęcając dla uatrakcyjnienia spektaklu. Nic bardziej mylnego, choć żeby się o tym przekonać, trzeba było może publiczności niewarszawskiej, bardziej odświętnej, spragnionej i wielkich nazwisk, i dobrej teatralnej rozrywki. I podatnej na Gombrowiczowskie gry.

Nie wiem, który z panów G bardziej to sprawił, ale chwilami Gombrowiczowski tekst stawał się w tym przedstawieniu partyturą, a wygarniturowana i wysukienczona publika posłusznym instrumentem. Suto za spektakl zapłaciwszy, czujna i chętna , śmiechem zareagowała już na początku, gdy Piotr Adamczyk-Gombrowicz rzucił tekstem z „Dziennika”: jestem do Chopina podobny. A potem śmiechu było co niemiara, rżała publicznośc rozkosznie, jak koń, na którego wskoczył pianista z genialnego „Dziennikowego” opisu koncertu symfonicznego jako hippicznego wyścigu snobów; rżała więc publika coraz głośniej, aktorom odpowiadając i znawstwo swoje, i bywałość okazując, śmiała się i klaskała, boki wytrząsając z kamizelek i pudry z dekoltów. I ani zauważyła, że na komendę się śmieje, i klaszcze na komendę obu autorów. I że tak się zaśmiewając, w perfidną Gombrowiczowską pułapkę wpada i z siebie samej boki swoje zrywa. Zaiste, mistrz Gombrowicz i mistrz Grabowski, a nawet i Adamczyk mistrz, gdy w durnych reklamach się nie pałęta.

Pokazał Grabowski i jego aktorzy, że żywie jeszcze Gombrowicz szyderca, mistrz groteski i gier międzyludzkich. Ale do odkrycia (ponownego) mamy innego Gombrowicza jeszcze, tego bardziej serio, tragicznego, wątpiącego, samotnego, obitego i obolałego, którego zwątpienie i niezrozumienie silniej dusiły niż ostatnie stadium astmy. To Gombrowicz z „Polaków” Teatru Polskiego, spektaklu przez warszawską publikę krytyczną przyjętego –mam wrażenie- z pewnym zakłopotaniem, zażenowaniem nawet. No bo żeby ktoś tak serio, o Bogu, Człowieku i Ojczyźnie…

To piekielnie poważne przedstawienie ważne mi się wydało nie ze względu na ścierające się w nim koncepcje świata i człowieczeństwa, ścierające się teksty i postawy intelektualne prymasa Wyszyńskiego i pisarza Gombrowicza, lecz ze względu na samo starcie. Świetnie zagrane, pokazuje jedno: że myślenie indywidualisty, na własny rachunek, rzetelne, więc pełne zwątpienia, bólu i trwogi, zawsze wydawać się będzie publice słabością w starciu z wiarą, dogmatem, pewnością podpartą laską wyższego autorytetu, która może cudownie ożywiać skały, ale może być też narzędziem pogromu.

Na scenie świata ten, kto szuka, waha się i wie jedynie, ile nie wie, z reguły wypada bladziej niż człowiek obdarowany wiarą, któremu wiedza została dana, a życie zadane. Wydaje się słabszy, mniej przekonujący i atrakcyjny nie tylko w dysputach filozoficznych czy religijnych, ale także w kwestii trotylu na szczątkach skrzydła czy smoleńskiej brzozy.

Tłumy za nim nie pójdą. Jeśli już, to na niego.

Data dodania: 18 października 2012

Zawstydzony naród od wtorku zadaje sobie pytanie, dlaczego nikt nawet nie próbował usunąć kałuż z murawy narodowego stadionu, co miast chwałą stał się narodową klęską*. Krew zasromany naród zalewa, gdy od kolejnych niedorzeczników słyszy, że „przecież nic się w tych warunkach zrobić nie dało”. A ja się nie denerwuję. Czytałem Gombrowicza.

Opowiadał on we „Wspomnieniach polskich” co następuje:

„W owym czasie miałem z bratem moim starszym następujący dialog, na wsi, w Małoszycach.
– Dobrze byłoby zrobić jaki chodnik, żeby nie topić się w błocie idąc na gumno albo do stajni.
– Zawracanie głowy!
– Dlaczego?
– A bo błoto jest błoto! Zrobię chodnik, to za trzy dni rozwalą. A błota nie rozwalisz. Błoto jest błoto!
– Błoto jest błoto tylko u nas! Gdzie indziej nie! Dają sobie z nim radę. Tylko u nas błoto to takie błoto że już z tego błota…
– Głupiś! (…) U nas są inne warunki.”

Wieszcz jaki ten Gombrowicz, czy co? Zamiast oglądać mecze, czytajcie wieszczów. Będziecie zdrowsi.

__________
*Dla niewtajemniczonych: 16 października odwołano mecz Polska –Anglia w piłkę nożną, bo nikomu nie przyszło do głowy, by skoro leje deszcz, zamknąć dach nad nowoczesnym stadionem. Nikt też nawet nie próbował usunąć wody z boiska, organizatorzy czekali na zmiłowanie Boże.

Data dodania: 15 października 2012

Herbata z miodem i cytryną wcale mi nie pomogła. Stratosowi też nie zdał się na nic wiodący napój energetyczny. Ani jedno, ani drugie nie dodało nam skrzydeł. Taka ponowoczesna wspólnota człowieczego losu. Włókna moich mięśni nie przestawały dygotać niczym powłoka balonu, którym współczesny Ikar miał polecieć w stratosferę. Czy w nazwie tego odcinka drogi do nieba utrata zapisana jest przypadkiem?

Był wtorek, któregoś tam października. Trwała operacja Stratos. Hipernowoczesna kapsuła miała wynieść nowego Ikara na rekordową wysokość, z której w supernowoczesnym skafandrze miał spadać na ziemię, przekraczając po drodze prędkość dźwięku i inne, wymyślone przez człowieka, granice. Wszystko było gotowe, trochę tylko szwankowała łączność. Rzecz w relacjach międzyludzkich normalna. Desperat i śmiałek Felix Baumgarten, przez media nazywany poufale Felixem, zanim zamknięto mu hełm o kosmicznym wyglądzie, zadeklarował, że jest szczęśliwy, i że odda rekordowy skok mimo wszystko, i żeby nie wiem co, spadnie na ziemię z wysokości najwyższej i z najwyższą prędkością.

Ikar na do imentu wyeksploatowanym przez literatów obrazie Breugla Starszego spada na ziemię przez nikogo niezauważony. Skok Felixa – Stratosa wręcz przeciwnie, miał być pilnie śledzony przez kamery. Telewizje biły się o możliwość pokazania straceńczego wyczynu, nie oglądając się na prajmtajmy i ramówki. Byle tylko przyciągnąć przed ekrany tłumy spragnione bohaterstwa i dowodów nadludzkości człowieka w służbie postępu lub też gawiedź spragnioną krwi i hazardowania ludzkim życiem, dygoczącą w oczekiwaniu, czy skoczek doleci w jednym kawałku, czy też krew zaleje zamontowane pod hełmem kamery. Niepotrzebne skreślić, zależnie od wyznawanej wiary/niewiary w chorą na postęp ludzkość. Ja byłem w tej szczęśliwej sytuacji, że swoje dreszcze mogłem przypisać rozpoczynającej się gorączce.

Start Stratosa opóźniał się coraz bardziej, w Nowym Meksyku wiało jak w Kieleckiem. Napięcie w telewizyjnym studiu wiotczało niczym balon, którego pompowanie właśnie przerwano. Eksperci obarczeni doktoratami i specjalistyczną wiedzą z coraz mniejszym przekonaniem przekładali ją na formułki strawne dla teleprzeżuwaczy. Prezenterce na wydłużonym niespodzianie dyżurze udzielało się ziewanie operatorów, wierciła się na krześle, być może myśląc o dziecku nieodebranym z przedszkola. Wiercenie udzieliło się wkrótce mocno emerytowanemu generałowi, który kiedyś był w kosmosie oraz w Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego i któremu najwyraźniej zaschło teraz w gardle. Na telebimie Felix próbował robić dobrą minę do złego wiatru, zaś kierownik lotu, prawdopodobnie posiadający już prawa emerytalne, nawet nie próbował skrywać irytacji.

Na innych kanałach zaczynały się seriale i inne z życia wzięte inscenizowane dokumenty, więc by nudą nie dobić chorej na postęp ludzkości, trzeba było przerwać transmisję na żywo i przełożyć ją na później. Można było co prawda spróbować zatrzymać rękę uzbrojoną w pilota, podjąć ryzyko i – skoro tak to ryzyko uwielbia – kazać Felixowi skakać. Ale nikt przecież nie był zainteresowany prawdziwą tragedią, którą skok się mógł zakończyć. Gapiów przed ekranem trzymała w napięciu nie tragedia, a możliwość tragedii, hazard, potencjalność śmierci, krwawego zakończenia, pointy rozpadającej się na strzępy jak sylaby. Nie wizja, a telewizja.
Wyciągnąłem się wygodnie na kanapie, odwróciłem od sinego ekranu, na którym zapowiadano, że ciąg dalszy postępu ludzkości nastąpi jeszcze dzisiaj, około dziewiętnastej trzydzieści. Stan podgorączkowy nie rozżarzył się gorączką, powieki ulegle poddały się grawitacji. Zasypiając, wpadałem w korkociąg poszatkowanych obrazów, było coraz cieplej i cieplej, wosk z pożeranych przez słońce skrzydeł ciepłymi strużkami spływał po zdrętwiałych ramionach, szczypały wysuszone źrenice przywalone powiekami. Kiedy rozdarłem je gwałtownie, poczułem, że zlany jestem potem o smaku aspiryny, a za oknem nie ma słońca, lecz noc zżyma się na migoczący bez potrzeby ekran. W Nowym Meksyku dzień wstydliwie zbliżył się do zmierzchu i niewiele więcej stało się na świecie.

Upadek Ikara odłożono w końcu ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne, stan podgorączkowy obsunął się w zobojętniałą słabość. Ludzkość zrobiła kolejny krok, drepcząc w miejscu. Wiatr wiał, kędy chciał. Teraz, jak i zawsze.

Epilog: kilka dni później Felix skoczył i wylądował, po drodze bijąc rekordy. Na Ziemi jako pierwszy dopadł go facet z aparatem fotograficznym. Trzepotał migawką jak oszalała ćma.

Data dodania: 3 października 2012

Zlizywana z księżowskich kolan piana tylko na chwilę ożywiła rytualną debatę o potrzebie/ zbyteczności gimnazjum, złudnej powszechności wyższego wykształcenia i tym podobnych supełkach gordyjskich polskiej oświaty. Takie bicie piany towarzyszy co roku inicjacji szkolnej, bolesnej jak każda inicjacja.

W tym roku do dyskusji o szkole włączona została – odświętnie, jubileuszowo – Gombrowiczowska „Ferdydurke”, rozmieniona na najbardziej znane fragmenty, czyli kpiny z Pimki, Bladaczki i całego ciała pedagogicznego. Aliści księżowskie kolana uświadomiły dobitnie, że jak „ciało pedagogiczne” nie jest wyłącznie metaforą, tak powieść Gombrowicza nie jest jedynie kpiną ze szkolnego systemu.

„Ferdydurke” nie jest przecież opowieścią o jakimś szczególnym rodzaju opresji wobec „ja”. Szkolna opresja jest opresją życiową – wchodzenie w dorosłość oznacza oddanie się tej opresji na zawsze: uzależnienie od ocen wystawianych przez otoczenie, poddanie się osądowi innych, często (najczęściej – powiada Gombrowicz) głupich i głupszych niż wydane im na interpretację „ja”. Oznacza też wystawienie niedojrzałego „ja” na podszczypywania kulturalnych ciotek, ciamkanie pedagogów, oddanie (gwałt raczej przypominające) schematom, stereotypom, normom obowiązującym i obwiązującym niczym wisielczy sznur. Komu obce jest to doświadczenie? Nawet najszczęśliwsze dzieciństwo podszyte jest zawsze ciotką i gogiem, dorosłym, któremu podświadomie staramy się przypodobać albo przynajmniej nie narazić.

Grzeczny, ale odmieniec – tak oceniały mnie osobiste ciotki, pewnie ze względu na skłonność do samotności, której oddawałem się nawet podczas osadzenia w przedszkolu. Zamiast słuchać, wolałem czytać i z literami wiąże się moje pierwsze zderzenie ze szkołą jako instytucją „uczącą życia”. Czytać uczyłem się dość wcześnie i niejako podwójnie, bo oprócz liter łacińskich znalazłem sobie cyrylicę. Tak, znalazłem, dosłownie, w sieni, na drewnianej podłodze, którą matka przykrywała po umyciu wielkimi płachtami radzieckiej „Prawdy”. Czyniła tak nie z zamiłowania do wschodniego ustroju czy kultury, ale z racji darmowego dostępu do organu KC KPZR w zakładzie pracy. „Trybuna” zresztą też była za darmo, ale „Prawdę” drukowano na znacznie lepszym, mocniejszym papierze, przez który wilgoć z umytej podłogi nie przebijała się tak łatwo, podobnie jak naniesione z dworu błoto, które nie kalało desek „prawdą” nakrytych.

Nie wiem, co ciągnęło mnie do tych obco zadrukowanych płacht. Niezwyczajna biel papieru? Satyryczne rysunki nakreślone śmiałą, rozpasaną kreską? Daruję czytelnikom opisy burżujów palących cygara, trzymających Trumana na smyczy i miotających bomby, których zdolniejsi ode mnie uwiecznili w ostatnich latach na tysiącach stron powieści o krajach dziecinnych i maleńkich ojczyznach. Dość powiedzieć, że gdy litery zacząłem nie tylko czytać, ale i rysować, bukwy wychodziły mi lepiej i dokładniej. Prawdę powiedziawszy, łacińskie (wtedy myślałem: polskie) litery bazgrałem z męką, jak kura pazurem.

Szkoły się nie bałem, bo nie mogłem się bać miejsca, gdzie – jak mi mówiono – będę pisał, ile dusza zapragnie. Obietnice były jednak na wyrost. Cierpłem z nudów i bólu ręki, za pomocą której w zeszycie w trzy linie więziłem w karnych szeregach litery, powtarzane setki razy, posuwające się po liniowanym papierze jak po fabrycznej taśmie. Z odrętwienia wyrywało mnie jedynie błogosławieństwo kleksa, który burzył liniowy porządek postępu w nauce. Najgorsze nie były jednak ani cierpkość, ani cierpienie trzeszczących ławek z wiecznie utytłanym kałamarzem. Rychło dowiedziałem się, a raczej domyśliłem, że nie będę pisał do woli, według mojej woli, bo istnieje program nauczania i nauczania porządek, przystosowany do średniej klasowej. I że pisać mam nie piękne, krągłe bukwy, których kształty uwodziły moją dłoń, lecz nasze, polskie litery, bom Polak, a nie ruski jakiś. Nikt tego nie powiedział mi wprost, ale system sam doskonale się tłumaczył i szczęśliwie uniknąłem zaprzaństwa. Litery łacińskie wychodziły mi coraz lepiej, a ponieważ czytałem płynnie, to w imię niepsucia średniej i za pisanie dostawałem piątki. Kiedy po latach zaczęto znów mnie uczyć cyrylicy i zapisanego w niej języka, uświadomiony już, na przymus odpowiedziałem solidarnym bezwiednym oporem.

Wszyscy mamy jakieś prywatne opowieści o końcu dzieciństwa. Ale kto czytał „Ferdydurke”, ten już wie, że to koniec pozorny, bo dzieciństwo nigdy się nie skończy. Genialny eksperyment Gombrowicza: wrzucenie w szkolną magmę osobnika dojrzałego i obserwacja, jak łatwo staje się na powrót sztubakiem, tak łatwo, że podejrzewać można, iż nigdy sztubakiem być nie przestał, że wyrwany do odpowiedzi w „dojrzałym” życiu kluczy, zwodzi, jąka się i czerwieni tak samo, jak wtedy, gdy opowiadać miał dlaczego Słowacki wielkim poetą był. Nigdy nie jesteśmy dość przygotowani do odpowiedzi, a ku końcowi lekcji, książki, życia poruszamy się jednako: przez rozpad świata i przemoc kumulującą się w kolejnych „kupach”. To lekcja „Ferdydurke” i Gombrowicza. Okrutna.

Skazaliśmy się na ten los już jako dzieci, gdy zapragnęliśmy wejść w świat dorosłych. Wtedy to porzuciliśmy samotność, do której czasem tęsknimy dojmująco. Wszelakie egzaminy dojrzałości to fikcja, nigdy nie skończymy szkoły życia, nie wyrwiemy się z opresji bycia ocenianym i nierozumianym. Od tej sztubackiej pupy, która z czasem staje się naszą gębą, nie ma ucieczki – mówi Gombrowicz.

Ja jestem mniej pesymistyczny: ucieczki nie ma, ale czasem zdarzają się wagary. Gorąco na nie namawiam, choćbyśmy potem za karę latami stali w kącie.

Data dodania: 21 września 2012

Mistrz taki, więc grał od pierwszego momentu, od ukłonu na dzień dobry po ostatni autograf i pamiątkowe zdjęcie. Grał tak, że krzesła pokasływać przestały, choć powietrze muzealnie zasuszone, widz żaden nie skrzypnął i nawet komórki, co to je uciszyć zapomniano, odmawiały połączeń. Wieczór zaczynał się wspaniale i ani pomyślałem, co za wyzwanie mnie czeka.

Mistrz nad mistrze czytał, więc czytał mistrzowsko nawet gestu pozbawiony mikrofonem w dłoń wciśniętym, by telewizja rzecz nagrała dla nieobecnych i potomnych. Grał więc głosem, spojrzeniem, krokiem stolik omijającym, krzesła przysunięciem, by przysiąść na nim dla późniejszego powstania. Skończył, i czytać przestał, choć wszystkim się zdawało, że gra jeszcze…

Słusznie się zdawało, bo gra tak naprawdę dopiero się zaczynała. Więc zamieszanie, karty, z których Gombrowicza fragmenty czytał, składa, ja krzesła odstawiam, na miejsce, ale już jakby inne, nie-miejsce raczej. Woda wpadając do szklanki bulgocze, pytaniem pierwszym ją zagłuszam, a wpierw jeszcze anegdotą z poprzedniej wizyty aktora we Wsoli, by sobie i rozmowie śmiałości dodać. Pytanie pierwsze o Gombrowicza nieustającą atrakcyjność, a jakże, u niego przecież jesteśmy. „Nie wiem właściwie”, słyszę w odpowiedzi i słusznie wiary nie daję, bo potem co „nie wie”, mistrz Andrzej wyjaśnia długo i przejrzyście, w rozmowie raczej niż przemowie, chociaż ze sobą najpierw bardziej niż z publiką.

Mowa toczy się wolno, rozpędu szukając po sali, jakby mistrz możliwość porozumienia sondował spojrzeniem. Pauzami słowa do myśli nagania, szykiem wiąże i coraz dobitniej zdanie ze zdania wywodzi, zamyśleniami wywód rytmizując dla lepszego efektu. Uspokojony, na krześle za niskim się obsuwam, łyk wody przeciw oschłości muzealnej upijam, słucham uważnie. A tu nagle mistrz na równe nogi się podrywa, ku ostatnim rzędom wzrok kieruje, do mnie nie-tyłem, ale pół-bokiem raczej, krok w lewo, krok do przodu. Wstaje mówienia nie przerywając, ale teraz to do nich mówi, nie do mnie, choć co jakiś czas twarz do porzuconego odwraca i słowem zawadza.

Więc i ja wstaję, bo jakże siedzieć mam i rozmowę prowadzić, skoro On stoi i staniem tym do powstania mnie zmusza, bym usiadł jednocześnie prosząc. Po prawdzie usłuchać nie powinienem, lecz stać z szacunku i dla symetrii, z grzeczności należnej także; ale czy grzeczne to będzie, w kadr włazić, gdy postać Jego ważniejsza, pierwszoplanowa? Wszak spektakl się zaczął i ja go już nie prowadzę, lecz on – Aktor i pan sytuacji, Reżyser.

Posłusznie na krzesło wracam, a w głowie już mętlik, dobrze, że pytania zanotowane. On kończy, podrywam się więc, by kolejne zadać, On siada, więc siadam i ja, w pół zdania, półgębkiem. I tak pląs ten powtarza się jeszcze, i jeszcze, aż w końcu ład jakiś się ustala sam z siebie i harmonia spektaklu, rozmowa się toczy poprzez przysiady i powstania, rozmowa, a może i dialog. Pytań wszystkich nie zadam, bo głupie mi się wydały, zresztą po co przerywać, skoro tak mówi i publiczność we władanie obejmuje. Publiczność, dla której stojący odpowiada, by lepiej go widziała.

A ja, słuchając uważnie, zastanawiam się jednak, dlaczego to zrobił, tę psychodramę gimnastyczną z Gombrowicza rodem. Z rozmysłem to zrobił czy mimo woli? I komu to zrobił – mi? Publice? Czy sobie raczej? Sobie, nam wszystkim, bezwiednie prawie, z wiedzy głębokiej i talentu, po latach sztuki uprawiania nieuchronność i nieustanność gry powodujących. Aktorstwo mistrzowskie porządek spotkania ustaliło, ustawiło hierarchie i plany sceniczne, teatr z międzyludzkiego wywodząc. Sztuka zawsze jest dramatem, zajęciem tragicznym – pointę z mistrza Gombrowicza mistrz Seweryn przytacza jak armatę, słowa patetyczne, które przed banałem obronić może tylko artystyczna biografia. Dlatego trudno nie wierzyć na słowo i cytowanemu, i cytującemu.

Tak, tego wieczora Gombra na wsolskiej scence odprawialiśmy bardziej niż kiedykolwiek i był on wśród nas nie tylko w słowach jego i o nim, ale i w tym, co między ludźmi wydarzać się zwykło. Niezwykłe.

fot. Piotr Pudzianowski

Strona 10 z 16« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury