Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 27 marca 2013

Spotkałem Franciszka. Papieżem nie był oczywiście, nie ten gest, nie ten szarm. Czy mógł być świętym? Pewnie mógł, ale czy chciał? Uśmiechnięty, żebrał dyskretnie, bez szarpania za rękaw i sumienie. Siedział na schodku, nie przed wejściem do katedry jednak, wręcz przeciwnie. Przed McDonald’sem, na ulicy Szewskiej, nieopodal krakowskiego rynku.

Przykuwał uwagę właśnie uśmiechem, uśmiechnięte oczy podnosił na twarze przechodniów. Małym kocem w kolorze mlecznej kawy przykrywał piaskowego kundelka, rozbrykanego szczeniaka, który co chwilę próbował wygrzebać się na mroźną wolność. Ale bez uporu, dla zabawy raczej, śmiesznie majtając uszami i ogonem. Franciszek mówił do niego cicho, łagodnie, jak do dziecka, niesfornego, bo zmuszonego do zbyt długiego bezruchu. Puszka stojąca obok nich napełniała się bez pośpiechu.

Nie on pierwszy uprawiał żebractwo „na zwierzaka”: podobno ludzie mają dla zwierząt więcej litości. Odróżniał się jednak, bo o datki prosił właściwie samą obecnością, aż wydawało się, że i on, i pies są częścią globalnego rytuału obżarstwa. I mają w nim ważną rolę: dają uwielbiającym szybkie jedzenie i szybkie życie możliwość przystanięcia, pozbycia się nadmiaru drobnych monet i grzeszków. Szczególnie w wigilię Wielkiego Tygodnia.

Tygodnia znaczonego przecież zwierzęcą metaforyką: osiołek, baranek, zajączki, kurczęta. Pies nie należy do tej Bożej menażerii, ale przybłąkał się jakoś swoją radosną szczenięcością. Zwierzęta przebłagalne, ofiarne, zwierzęta jałmużników, zwierzęta zwiastujące przebudzenie natury. Zwierzęta jako emblemat ludzkiego losu, jako symbol oswajający niepojęte. I jako chwyt marketingowy, obłaskawiający i nawracający ludzi, tak w handlu, jako i w religii.

Franciszka widziałem na Szewskiej w postny piątek i nazajutrz, w jarmarczną sobotę. Było diabelnie zimno, turyści i miejscowi spacerowicze odruchowo przyspieszali kroku. Nie rozmawiałem z nim, przystanąłem tylko po drugiej strony ulicy. Skąd więc wiem, jak ten uśmiechnięty jałmużnik, brat-łata radosnego szczeniaka, miał na imię? A jak miał mieć, jeśli nie Franciszek?

Gdy – mówiąc po miejscowemu – czeciego dnia wyjeżdżałem z Krakowa, nie było już tak wiecznie. Żebrak w pociągu na pewno nie był Franciszkiem. Opancerzony kilkoma warstwami nigdy nie zdejmowanych ubrań, wypełnił całe okno, zasłaniając słońce rozgrzewające poranek. Zbierał na chleb i tym swoim chlebem powszednim, fermentującym od tygodni, może miesięcy, śmierdział jak diabli. Agresywnie płaczliwy, spieszył się, bo pociąg odjeżdżał za chwilę.

Świat wracał w ramy. Tuż za Miechowem słońce zaczęło chować się i kluczyć między chmurami, jakby nie wierzyło, że czas nadchodzi.

Data dodania: 20 marca 2013

Gdy podczas gry w domino dobieram kamień, mówiąc, że idę „do Żyda”, to mimowolnie staję się antysemitą? Gdy znana aktorka używa publicznie potocznego powiedzenia, że ktoś tam „pożydził” na promocję, daje dowód wyssanej z mlekiem matki niechęci do Żydów? Nie poddając się ciotkom postępu, chcącym wytrzebić język w imię abstrakcyjnej poprawności politycznej, stajemy się bezwiednie zakładnikami mowy, która popycha nas do przemocy albo przynajmniej ją usprawiedliwia?

Od lat marcowy rytuał rocznicowy układa się w czarno-biały serial, złożony z samych powtórek: partyjny gnom zapluwający się na za wysokiej mównicy, studenci pałowani przez ubranych w jodełkowe jesionki osiłków z przodującej klasy, gaz wyciskający łzy i wyciskające łzy pożegnania na dworcu Warszawa Gdańska. Opatrzone obrazy, nużące jak czarnobiała zima za oknem, zamiast przebudzenia podsuwają banał, wygodny niczym poduszka wsunięta pod głowę zmęczoną obowiązkową lekturą.

Zdarza się jednak literacki przekaz, który drzemać nie pozwala. Zaskakuje niepoprawną oryginalnością i , jak to dobra literatura, nie wymyśla inaczej myślącym, lecz zmusza do myślenia, dydaktykę pozostawiając literackim ciotkom postępu. Nadrabiając ostatnio zaległości w lekturach wśród przednówkowej bidy natrafiłem na taką właśnie książkę.

Intrygująca, bo prowokacyjnie odpychająca jest już sama jej okładka: schematyczny rysunek jak z kiepskiego komiksu albo antysemickiej broszury i tytuł, kojarzący się w sposób oczywisty. Ryzykownie oczywisty i prosty, podobnie jak wiele fragmentów „Nocy żywych Żydów” Igora Ostachowicza. Sam pomysł na fabułę oparty jest na koncepcie ryzykownym w swej dosłowności: skoro Warszawę odbudowano na wielkim wojennym cmentarzysku, to co by się stało, gdyby obudzili się na przykład pomordowani w getcie, których szczątki leżą gdzieś w ziemi, wyparte z pamięci, zabetonowane infrastrukturą? Co by się stało, gdyby pamięć o nich obudziły wzywające do obrachunków trąby sądu ostatecznego? Pisanego z małej litery, bo traktowanego w tej powieści bez wielkiej powagi. Sądu na miarę wyobrażeń i możliwości czytacza literatury popularnej.

Ironiczna niechęć do martyrologicznego serio wypełnia całą powieść Ostachowicza, balansując na krawędzi dobrego smaku. Stereotypami z narodowego decorum i popkultury żongluje autor z iście wisielczym poczuciem humoru. Mamy więc wajdowskie kanały, w których ukrywają się niedobitki zamordowanych Żydów. Wszyscy „normalni” zabici poszli już w zaświaty, pod ziemią pałętają się jak w horrorze „same świry”, trupy, którym się pomieszało, co jest ludzkie, a co nie. Opętani nienawiścią i po śmierci, nie idą do nieba, bo boją się, że będą musieli wybaczyć, ale ożywieni zapominają nagle o przeszłości i włóczą się po galerii handlowej „Arkadia”, a nawet próbują robić interesy. Zgodnie ze stereotypem Żyda-geszefciarza.

Do kompletu mamy w powieści Niemców, którymi można straszyć dzieci – to butni „łowcy głów” wyjęci z filmów połowy XX wieku , sadyści tak pedantyczni, że nawet wybudowane przez nich domy, ratusze i świątynie zdaniem narratora przypominają rzeźnie. Zaciągają się oczywiście na służbę u szatana, który wcielił się w szczurowatego narodowca, nie mogącego odżałować, że właśnie wysechł mu flamaster i nie nabazgrze w tramwaju „Żydzi do gazu”. Ironia dopada też w powieści ideologię feministyczną, mitologie sukcesu, kulturę białych kołnierzyków i nowych strasznych mieszczan, a na dodatek kult proletariackiego fachowca. Wiecznie żywego.

Ostachowicz ma w nosie polityczną poprawność, nakazującą, co wypada mówić, a co nie. Obdarzony dobrym słuchem literackim, zapisuje cały ten mętlik, ów bigos, który w głowie współczesnego Polaka warzy się z musztry szkolnego nauczania, pacierza rodzinnych rozmów i wspominków, towarzyskich bełkotów przy butelce, odświeżanych reklam i seriali, z doprawionych polityką historyczną rekonstrukcji narodowych katastrof straszniejszych niż horrory, piracko ściągane z sieci. Mętlik, który wylewa się z telewizorów językiem serwisów informacyjnych i opowieści celebrytów. Groteskowi w świecie Ostachowicza są wszyscy, bez wyjątku, a od ofiar żałośniejsi są ich obrońcy.

Bohater powieści, tworząc groteskową neo-Żegotę, nie staje się kamieniem rzuconym na szaniec. To ktoś bliższy nam, krewniak Piszczyka i Miauczyńskiego. Pomaganie żydowskim zombie daje mu „masochistyczną przyjemność czynienia dobra”. Masochistyczną, bo poprzedzoną złamaniem „świętej doktryny niewpierdalania się” i wejściem w rolę romantycznego „bohatera z gołą dupą”: (…) „odbiorę bęcki i tyle w tym sensu , typowe romantyczne zachowanie, powinienem sobie biec do pustego domu lepiej (…), napić się zielonej herbaty. Jednego małego martwego Żydka nikt się nie doliczy – myślę trzeźwo”. Trzeźwo myślący Polak, nawet chwilowo heroiczny, nie ma złudzeń, pracowały na to pokolenia, wysiłek zapisując w języku: „Jak zwykle Żydzi wykiwali durnego Polaczka – mruczę pod nosem, wspominając mądrości ojca”…

„Noc żywych Żydów” nie oszczędza nikogo, więc ta nieznośnie przekorna wizja współczesnego polsko-żydowskiego zapętlenia prowokuje i oburza. Szczególnie gdy przypomina, jak łatwo poddajemy się językowym stwardnieniom, rozsianym w potoczności, w sytuacjach niewinnych i banalnych. „Żydowski łeb” to w potocznym języku nie epitet, a raczej kolokwialny wyraz uznania pomieszanego ze szlacheckim lekceważeniem, który nie musi przecież wyrażać rasowej nienawiści, dziedziczonej z mlekiem matki i z ojcowskimi mądrościami. A stwierdzenie, że ktoś „ma do gadania tyle, co Żyd za okupacji” to jeszcze nie nawoływanie do holocaustu. Ale bez złudzeń: język nie jest niewinny.

Przed miesiącem na turnieju kiboli ŁKS-u atrakcją było rzucanie gwiazdami ninja do kukły ubranej we wraże barwy klubowe. Dwa złote za „3 rzuty w Żyda”, taniocha. I przecież wcale nie chodziło o Żydów, a przynajmniej nie głównie o nich, lecz o kiboli Widzewa nazywanego „Żydzewem”. Tak do rymu. Gdzie więc granica?

W ironiczną prowokację „Nocy żywych Żydów” wpisane jest przerażenie. Pisujący marketingowe teksty i przemówienia dla polityków Igor Ostachowicz dobrze wie, jak łatwo ożywić demony ukryte w języku, uśpione potoczną gadaniną. Tę wiedzę ma też powieściowy szatan-faszysta: to jest moja droga do władzy, muszę zdemaskować te żydowskie trupy, pokazać je żywym(…). Uprzedzić, wyolbrzymić, przestraszyć, obronić, panować. Język nie jest niewinny, ale naprawdę winny jest ten, kto się nim posługuje. Kilka słów wypowiedzianych w odpowiednim momencie, tyle potrzeba, by czarnobiałe klisze znów zabarwiły się na brunatno i czerwono. W marcu, w lipcu, w każdym innym miesiącu.

Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów, WAB 2012

Data dodania: 6 marca 2013

Prawie jak Zuzanna, bo podglądaczami nie są wyłącznie śliniący się starcy. Najpierw były plotki, potem pogłoski, a wreszcie wybrańcy przeczytali „dziennik intymny” Gombrowicza i ogłosili, że dowiemy się nie tylko, co Gombrowicza bolało i co myślał o bliskich, ale nawet jak często sypiał z kobietami, a jak częste stosunki miewał z mężczyznami. Za kilka miesięcy ukaże się niepublikowany notatnik autora „Pornografii”, a kampania marketingowa Wydawnictwa Literackiego stanie się wzorem, jak wykorzystać podświadome ciągoty do podglądactwa do szlachetnych celów: promocji literatury i kumulacji zysku. W końcu zarobek to też cel szlachetny, szczególnie dla zarabiającego.

Trudno wyrokować, co o sterowanym zamieszaniu wokół swoich notatek sądzić by mógł sam autor. Przypuszczam, że Gombrowicz świetnie by się odnalazł w świecie kultury, w którym hierarchie ustalają celebryci i medialne dziwactwa. Odnalazł, to znaczy wykorzystał, jak artyści-celebryci, którzy wiedzą, że dobra sztuka to za mało, potrzeba jeszcze sztuczek, które atrakcyjnie wypadną w forszpanie i na okładce. Potrzeba szpanu. Celebrować swoją wielkość i uświadamiać ją otoczeniu potrafił Gombrowicz jeszcze przed epoką Internetu i mody na sukces. Mistrz autopromocji, zniewolił swoich czytelników i badaczy na długo. Może nawet na zawsze.

Dlatego oprócz podglądackiego oblizywania się w oczekiwaniu na intymne zapiski autora „Operetki” pojawia się i inne pragnienie, szlachetniejsze w wyrazie. W poważnych publikatorach literaccy krytycy wyrażają nadzieję, że oto już wkrótce zobaczymy prawdziwą twarz Gombrowicza. Nie artystycznie upudrowany wizerunek z „Dziennika”, nie gębę pojawiająca się w prozie i dramacie, ale prawdziwą twarz autora „Operetki”, zbolałą, przerażoną, postarzałą nagle od astmy, serca, bezsenności, walki o przetrwanie. Twarz, na której odmaluje się prawda. Naga prawda.

Jest w tym pragnieniu, tak naprawdę nie różniącym się wiele od pragnień podnieconych podglądaczy, rodzaj podświadomej mściwości: oto ten, który tak wiele razy nabierał nas na swoją niby-autobiograficzną łże-szczerość; ten, który zrywał z nas maski przyrośnięte do twarzy, a potem udowadniał, że pod nimi jest jedynie kolejna gęba; ten, który zwodził nas minami i grymasami, kpiarz i prowokator, ukaże nam się nagi i prawdziwy. Wreszcie się dowiemy…

Właśnie, czego się dowiemy? Przecież wiemy już wszystko: że jesteśmy skazani na samotność, ale nie z braku drugiego, lecz z jego winy. Bo to on, Inny, sprawia, że istniejemy, kiedy na nas patrzy i od jego spojrzenia zależymy. Widzi jednak nie nas, lecz gębę, którą nam właśnie dorabia, gdyż nie może widzieć czegoś, czego nie ma, co jest stawaniem się i nieustanną zmianą.

W przekonaniu, że zobaczymy w „Kronosie” (tak zatytułowane mają być te notatki WG) Gombrowicza nagiego i prawdziwego jest naiwność opowieści, zarejestrowanej przez twórców nowego filmu dokumentalnego o argentyńskim etapie Gombrowiczowskiej biografii. Jedna z wspominających twierdzi, że udało jej się – jeden jedyny raz – podejrzeć „prawdziwą twarz” Gombrowicza, gdy myślał, że nikt na niego nie patrzy. Nikt? A on sam?

Najbardziej uważnym obserwatorem twarzy Witolda Gombrowicza był Witold Gombrowicz. Uważnym i bezlitośnie analitycznym – dlatego w „Dzienniku” kluczył i gubił tropy, podrzucając nowe klucze i wskazówki. Dlaczego intymne zapiski mają być wolne od autokreacji? Rozróżnienie na literacką kreację i życiową rzeczywistość traci sens w przypadku pisarza, który uprawiał „życiopisanie”. A zapisywanie tylko dla siebie natężenia bólu i lęku sens ma niewielki, bo to akurat się pamięta.

Film „Zabijcie Gombrowicza” pokażemy we Wsoli w maju. Kilkanaście dni wcześniej będziemy gościć Ritę Gombrowicz. Chcę zapytać ją, czy sensacyjnej publikacji „Kronosa” jako prawdopodobnie ostatniego niepublikowanego utworu Gombrowicza, nie zaplanowali przypadkiem z Gombrowiczem wtedy, gdy czynił ją strażniczką swojego literackiego życia po życiu. Nie wiem, czy tak było, ale bardzo bym chciał, żeby było. Nawet jednak jeśli pani Rita zaprzeczy, to i tak – jeśli wierzyć publicznym relacjom osób dopuszczonych do lektury rękopisu – „Kronos” jest kolejną prowokacją Gombrowicza: mistrzowską obroną przed kanonizacją i zmarmurzeniem.

„Jeżeli szczerość nie jest mi dostępna, jedyna dostępna mi szczerość polega na wyznaniu, że szczerość jest mi niedostępna.” I tyle.

Data dodania: 19 lutego 2013

Czy Internet, to najmocniej alienujące narzędzie poszerzania kontaktów, może pomóc w podtrzymaniu kontaktu z naturą? Pytanie z pozoru absurdalne, ale leśnicy z Białowieży znaleźli sposób, by nowoczesnego mieszczucha uzależnionego od klikania, surfowania i czatowania przybliżyć do żywej przyrody. Surfując po necie, może wyklikać stronę, na której czatująca w gąszczu kamera rejestruje życie toczące się na puszczańskiej polanie.

Życie towarzyskie niemal, gdyż polana pełni rolę darmowej restauracji, do której leśnicy dokładają przez cała zimę smakołyki dla zwierzyny wszelakiej. Bo to nie tylko żubry żubrzą się tam statecznie: pogryzając, żując i podrzemując dla odpoczynku i podkreślenia, że przyprowadzić tak wielkie cielsko przez zaśnieżoną puszczę to nie lada wysiłek. Żubry są tak stateczne, że nawet nie próbują odganiać od przysmaków sarny, które pojawiają się rozbieganym nerwowo stadem i skubią po trochu to tu, to tam, póki nie staną na drodze starego jelenia przeganiającego, dla zasady pewnie, konkurenta jednoroczniaka. Bardziej niż żubrów sarny boją się dzików, niby obojętnych, wsobnych, nie zauważających otoczenia, ale potrafiących ofuknąć i szablą pogrozić tym, którzy podejdą za blisko i przeszkodzą ryć pod śniegiem. Z rzadka na polanę zagląda też lis, białowieski Witalis sprawdzający zawartość misy, ponoć zawsze pełnej.

Białowieska polana zmieniła się więc w ekologicznego big brothera, zwierzęta podglądać możemy nawet w nocy, bo rozświetlają ją reflektory podczerwieni, które – jak zapewniają leśnicy – dla zwierząt są niewidoczne, więc nie zakłócają ich rytmu biologicznego. Rzeczywiście, fauna odwiedzająca paśniki wydaje się wyluzowana niczym czatownik na naszej klasie, nawet szaraki rzadziej strzygą tu strachliwymi uszami, tak bardzo pochłania je darmowa kolacja. Taki trwający całą zimę nieoczekiwany bankiet, oświetlony białym, scenicznym światłem, układającym cienie do snu na śniegu udeptanym kopytami i racicami.

Sceptycy wątpić będą pewnie, czy takie podglądanie zwierzęcego mlaskania, ciamkania i przeżuwania przez szybę komputera jest autentycznym kontaktem z naturą, czy też raczej lizaniem ciastka przez szybę wystawy? Ale twórcom strony chodzi chyba o co innego, o promocję, o przypomnienie, że natura w ogóle istnieje, że jest jeszcze świat inny i inny porządek niż rzeczywistość zaklęta w bajty, pliki i łącza oraz scenariusze seriali, których następny odcinek zawsze można obejrzeć w Internecie szybciej, jeszcze przed premierą.

Nikt dziś nie ma czasu, by zaszywać się na leśnej, jasnej polanie i po tołstojowsku rozważać panteistyczne zagadki natury, dobra, piękna i sztuki, pogrążać się w mistycznych przerażeniach i ukojeniach, cieszyć istnieniem, po prostu albo mimo wszystko, szukać oświecenia. Kiedy jednak po dniu, poszatkowanym zmęczeniem i złymi emocjami, otwieramy na chwilę przed snem Internet, by przekonać się, kto dziś wpadł na polanę podjeść i podrzemać obok kopki siana, wyciszamy się trochę, łagodniejemy, uśmiechamy. Jakbyśmy dzięki tej chwili internetowego kontaktu z naturą stali się na chwilę lepsi, empatyczni i liryczni? Może tej nocy nie będą śnić się nam koszmary?

Taka Jasna Polana dla zagonionych, Jasna Polana bis. Dobre i to.

[ op.cit.: www.lasy.gov.pl/zubr]

Data dodania: 8 lutego 2013

… i leży w łóżeczku. Normalna kolej rzeczy: dziecięca rymowanka staje się rzeczywistością, już nie słodziutką, a słoną raczej. Guz na śledzionie, przerzuty, nowotwór pożarł jeden płat płuca. Termin niewiadomy, ale pewnie nieodległy.

Przypomina mi się Stasiuk, który w jednym z rozdziałów „Grochowa” opisywał konanie swojej suki, naturalnie pełne smrodu, odchodów, bezbronnego powarkiwania i strachu. Z tego konania wywiódł Stasiuk antropologiczną opowieść o tym, jak ludzkość coraz bardziej spycha śmierć we wstydliwe zakamarki szpitali i domów starców, jak, zniecierpliwiona, zaczyna akceptować eutanazję dla uspokojenia nerwów i sumienia. Odmowa uśpienia konającej suki miała być przywróceniem naturalnego porządku i godności umierania. Jeśli dobrze zrozumiałem.

Z terminalnej choroby zwierzęcia, które żyje z nami od prawie piętnastu lat, nie chcę wysnuwać ani filozoficznej dygresji, ani literackiego konceptu. Jest mniej więcej jasne, kiedy koty dowiadują, że czas nadchodzi: przestają wtedy jeść, szukają ciemnych zakamarków, włażą w zarośla albo pod meble. W naszym przypadku sygnały będą wcześniejsze i bardziej bolesne, a ja będę musiał podjąć decyzję za nas obu. Po to właśnie natura postawiła mnie wyżej w łańcuchu ewolucji lub na drabinie istnień, bym się jej mógł sprzeciwić w decydującym momencie. A mówiąc wprost: nie będę patrzył bezczynnie, jak kot będzie dusił się, na śmierć. Na razie jednak jest lepiej, choć trudno wierzyć w cud. Nie wiadomo zresztą, czy cuda przytrafiają się zwierzętom?

Przeczytałem gdzieś, nie pamiętam już u kogo, żartobliwą definicję różnicy między psem a kotem, która podobno krąży też w różnych wersjach w Internecie. W skrócie brzmi to tak:

Człowiek opiekuje się psem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim i szkoli, wyprowadza na spacer. – Człowiek musi być bogiem – myśli pies.

Człowiek opiekuje się też kotem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim, a czasem nawet wyprowadza na spacer. – Muszę być bogiem – myśli sobie kot.

Kiedyś ludzie wierzyli w boskość i nieśmiertelność kotów. Ta wiara przeminęła, jak inne. I wcale mi nie do śmiechu, kiedy myślę, ze nawet nie jest pewne, ile żyć ma kot: siedem? a może dziewięć?

Data dodania: 28 stycznia 2013

Świętujmy rocznicę powstania. Powstania Biblioteki paryskiej „Kultury”, którą przed sześćdziesięciu laty otwarto wydaniem „Trans-Atlantyku”. Rocznica to cicha, bo choć dosyć okrągła, to jednak zaokrąglona mniej apetycznie niż jubileusz najbardziej polskiego z polskich powstań. Zresztą taka już nasza uroda – krew ważniejsza niż książki.

A „Trans – Atlantyk” wciąż żywy. Ostatnio wypłynął przy okazji „Morfiny” Szczepana Twardocha, powieści nagrodzonej, ważnej, dobrze napisanej (i dobrze się chyba piszącej, bo autor trochę za długo ze swoimi bohaterami rozstać się nie mógł). Krytykom powinowactwa „Morfiny” z Gombrowiczem nasuwały się same. Że powieść to skandalizująca i prowokacyjna, że transowa, a trans ten polski, jak w Trans-Atlantyku, i odwaga takaż. Czy rzeczywiście?

Bohater „Morfiny”, kilka tygodni po klęsce wrześniowej 1939 roku, deklaruje:

A ja wiedziałem, że nie należę do tego świata bohaterów konnych i pieszych, chociaż wojowałem konno: oni służyli (…) rodowi, plemieniu, królowi, ojczyźnie, kiedy sobie już tę ojczyznę wymyślili. Ja nie służę. Jestem Konstanty Willemann i to znaczy tyle, że jestem Konstanty Willemann. Nic więcej. Nie ma we mnie żadnego „po co jestem” albo „dlaczego jestem”. Jestem jak róża: róża kwitnie, ponieważ kwitnie, nie ma w niej „dlaczego”. Jestem Konstanty Willemann, ponieważ jestem Konstanty Willemann, to mnie zakreśla w całości i w całości opisuje. Nie jestem na tym świecie po nic innego niż to, aby być. Wypełniając rozkazy Inżyniera, nie służę nikomu, ani jemu, ani Polsce, ani organizacji; moje bycie służy mojemu byciu.

Ten monolog wewnętrzny może i Gombrowiczowskim echem pobrzmiewa. Ale wypowiada go jednak ktoś zupełnie odmienny od narratora „Trans-Atlantyku”. Tamten to Polak całą gębą, choć szarak, to po szlacheckich przodkach, stylem z Janem Chryzostomem Paskiem skoligacony, w skamielinę narodową wrzucony, z tożsamością wymusztrowaną przez wychowanie, tradycję i kulturową rupieciarnię. Stawiając „ja” ponad wspólnotę, próbując wywalczyć jego suwerenność (nie zapominajmy: z pożytkiem dla Polski przecież), odmawiając bycia nawozem historii, bohater „Trans-Atlantyku” Polakowi w sobie się przeciwstawiał, wystawiając się na zarzut zdrady i perfidnego usprawiedliwiania słabych na patriotyzmie. (Co zresztą udziałem Gombrowicza bywa do dziś.)

Bohater Twardocha swoją tożsamość natomiast dopiero stwarza, przymuszony historią. Może wybierać, bo przecież jest i Ślązakiem po matce, a z jej wyboru także Polakiem, jest Niemcem po ojcu i jego starym rodzie, ale jest i dandysem, i morfinistą, i seksoholikiem, i niewierzącym grzesznikiem, i kim tam jeszcze diabli może wiedzą. Wie to na pewno tajemnicza postać, która jak cień towarzyszy mu przez strony powieści, tajemnicza, bo nie bardzo wiadomo kim jest prócz tego, że jest wszechwiedząca narratorką po kobiecemu o Konstantego zazdrosną. Może to zwyczajna mojra, a może więcej: Polska, albo i polska mojra.

Żeby się jej wyrwać, wciąż trzeba determinacji. Ale powiedzenie: ja jestem sobą, od Polski ważniejszym, ważniejszym od ról wszystkich, które mi wspólnota narzucić pragnie, dziś nie wymaga heroizmu. Bohater Twardocha nie musi być tak odważny jak bohater „Trans-Atlantyku” , bo staje przed oczami czytelnika kilkadziesiąt lat później i – co najważniejsze – kilkadziesiąt lat po tamtym bluźnierstwie:

Płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a nas zawsze was między Bytem a Niebytem trzymał. (…) Płyńcież do Szaleńca, Wariata waszego św. ach chyba Przeklętego, żeby on was skokami, szałami swoimi Męczył, Dręczył, was krwią zalewał, was Rykiem swoim ryczał, wyrykiwał, was Męką zamęczał, Dzieci wasze, żony, na Śmierć, na Skonanie sam konając w konaniu swoim Szału swojego was Szalał, Rozszalał!

Jeśli to przekleństwo straszliwe, to wyklinanie tak zaprzańcowate, że aż w parodię swoją, parodię wyklinania się zmieniające (słyszycie ten śmiech, co się nad całym, absolutnie całym „Trans-Atlantykiem” unosi?) zestawić z deklaracjami bohatera „Morfiny”, jaśniejsze się staje, dlaczego, gdy czytam o odwadze laureata Paszportu „Polityki”, przypomina mi się od razu tamta odwaga, co paszportem w świat wolny stać się miała. Odważniejsza jakby odwaga Gombrowicza i także Giedroyca, który Polonii katechizmy narodu i pielgrzymstwa powtarzającej dyskusję o nowoczesnej Polsce proponował. Nowoczesnej, znaczy czas swój rozpoznającej i w czas ten się wpisującej, by istnieć naprawdę, a nie tylko poza czasem – jako idea albo jako mojra.

Bez względu jednak na to, czy Twardoch gest Gombrowicza powtarza, czy też nie (zresztą wcale nie wiadomo, czy miał taki zamiar), jedno jego powieść nam uświadamia. Mijają dziesięciolecia, a ona, ta nasza Polska oniryczna i wampiryczna, ich – pisarzy, i nas – czytelników, puścić wolno nie chce. I żebyśmy się nie wiem jak zżymali na świętowanie kolejnej rzezi, to jak trzeba będzie, znów się pewnie wyrzynać damy, zanim zdążymy pomyśleć. W transie, jak po morfinie.

Odwaga, odważny, odważnie – ważmy słowa, by wagę odzyskały. Obyśmy więc mieli odwagę myśleć i tworzyć, a nie tylko umierać. A przynajmniej: zanim znowu zaczniemy umierać.

Takie tam rocznicowe życzenia z biblioteki.

Data dodania: 18 stycznia 2013

A w Ostrowcu Pana Boga musiała wyprowadzić policja. Interweniowała, bo pewien mężczyzna stał się ponoć agresywny po tym, jak urzędnicy stanu cywilnego odmówili mu zmiany imienia, na „Pan Bóg” właśnie. Doniesienia prasowe milczą o stanie umysłu owego pięćdziesięciolatka, nie wiadomo więc, czy był głosicielem politycznej poprawności zmieszanej z ludowym antyklerykalizmem, czy też pomylił półwiecze z wiecznością. Możliwe też, że to kolejna ofiara mody na prowokacje.

1.

Prowokuję, więc jestem. Im dziwaczniejsza prowokacja, tym lepiej, mało oryginalne nie mają szans przebicia się do szerszej publiczności. Tak funkcjonuje dziś kultura – homo videns dowiaduje się niemal wyłącznie o tych twórcach-prowokatorach, którymi zajęły się już służby porządkowe lub wymiar sprawiedliwości. Wymiar artystyczny prowokacji jest drugorzędny, by przywołać klasyczny już przykład ukrzyżowanego penisa. Rzecz nie jest jednak tak prosta, jak się prześmiewcom wydaje, bo takie manifestacje nie muszą być li tylko marketingiem. I na odwrót: dziś nawet filozoficzne czy artystyczne przesłanie może okazać się jedynie sprytną reklamową narracją.

Lubelska prokuratura zajęła się niedawno szwedzkim malarzem, który ogłosił, że namalował obraz posługując się rozpuszczonymi w wodzie prochami pomordowanych na Majdanku. Twierdzi on jednak, że wcale prowokować nie chciał, ba, tłumaczy się niemal jak mistyk: „ukazały mi się postacie, jakby popiół zawierał energię, wspomnienia lub dusze ludzi, ludzi torturowanych, dręczonych i mordowanych przez innych ludzi w jednej z najbardziej bezwzględnych wojen XX wieku”.

Czy jednak to spirytystyczne szaleństwo (lub cynizm) szwedzkiego artysty jest tak znowu odległe od izraelskich wyborów Miss Ocalonych z Holokaustu, który w czerwcu ubiegłego roku wygrała blisko osiemdziesięcioletnia Hava Hershkovitz, pokonując trzysta konkurentek, z których najstarsza skończyła dziewięćdziesiąt siedem lat? Albo od nowej mody wśród izraelskich nastolatków, którzy tatuują sobie numery obozowe swoich dziadków? Może dziś pamięć, by przetrwać w informacyjnym szumie, wymaga aż tak drastycznych wizualizacji? A może zatarły się ostatnie granice w świecie odrzucającym tabu?

2.

Artystyczne szaleństwa często wynikają z uzurpacji – starej tęsknoty sztuki, by przekroczyć umowność, sztuczność właśnie, przekraść się przez granice dzieła i rzeczywistości, przemycając w akcie artystycznym ideologiczną kontrabandę. Wiek XX potwierdził to nazbyt dobitnie. Kilkadziesiąt lat później historia zdaje się powtarzać, na razie rzeczywiście jako farsa.

„Zadajemy artystom pytanie: w jaki sposób ingerujesz sztuką w rzeczywistość? Jaki skutek chcesz osiągnąć? Czy jako artysta jesteś silnym graczem, czy słabym? Jesteś blisko wydarzeń czy na peryferiach rzeczywistości?” – uzasadniał w „GW” swoją koncepcję ubiegłorocznego Biennale Sztuki Współczesnej w Berlinie jego kurator, Artur Żmijewski. I dalej: „Byłem w obozie Occupy Amsterdam, który rozłożył się przy głównej ulicy Amsterdamu Damrak. Postawili tam swój namiot także artyści, m.in. studenci Akademii Rietvelda [ASP] w Amsterdamie. Nie robią tam sztuki, bo nie wiedzą, jak miałaby wyglądać. Rozmawialiśmy np. o tym, czy wkładem artystów nie mogłoby być opróżnianie toalet typu toi-toi, jakie obsługują obozowisko. No i oni powiedzieli, że czemu nie.”

Zabawne? Mezalians sztuki z dwudziestowiecznymi ideologiami, choć też zaczynał się prowokacyjnymi awangardowymi manifestacjami, finał miał mniej zabawny. Artystom, którzy nie wiedzieli, jak sztuka rewolucyjna ma wyglądać, najpierw pryncypialnie podpowiadali polityczni komisarze, potem prokurator stawał się krytykiem, zaś usłużny krytyk prokuratorem. W końcu słuszność artystycznej koncepcji rozstrzygały kapturowe sądy i obozowa reedukacja.

3.

Historia oczywiście nikogo i niczego nie uczy, podobnie jak grzech popełniony nie chroni przed kolejną pokusą. Ale nawet w epoce prowokacji urządzanych w „toj-tojach” nie zaszkodzi obejrzeć się za siebie: w wiek żelazny, gdy miliony obracały się w proch, z którego dzisiejsi prowokatorzy czerpią popularność. Więc jako pointa niech posłuży opowieść o śmierci Warłama Szałamowa, artysty, który też był nowatorem, choć inaczej – wynalazł formę opisu doświadczeń granicznych, których literatura opowiadać przed nim nie potrafiła. Herling-Grudziński tę właśnie śmierć uznał za emblemat tamtego czasu.

Szałamow umarł w psychuszce. Do szpitala psychiatrycznego wtrącono go za uznanie, które jego opowiadania łagrowe zdobyły na Zachodzie. Kara wkrótce znalazła „wytłumaczenie”, bo schorowanemu pisarzowi, który szmat życia spędził w łagrach, kolejne uwięzienie rzeczywiście zmąciło umysł. Ogarnięty przerażeniem i obsesją, w obozowym odruchu gromadził i starał się ukryć w szpitalnym pokoju prześcieradła, poszewki, miskę na jedzenie. W końcu – jak opowiada Grudziński – „na sali psychuszki znalazł się obok pewnego człowieka, który okazał się byłym moskiewskim prokuratorem, cierpiącym na starczą demencję, który zjadał własne ekstrementy. Na szczęście, Szałamow tracił już przytomność i wkrótce zmarł.”

Umierając mógł łudzić się, że cywilizacja, w której ideologie pożerają sztukę i jej twórców, by w końcu wydalić wszystko w sklerotycznym epilogu, nie przeżyje tamtego wieku i tamtego ustroju. Co do tego, że Bóg nas opuścił, raczej nie miał złudzeń.

Data dodania: 2 stycznia 2013

WIGILIA. Pusty talerz na nikogo nie czeka. Żaden wędrowiec nie zapuka do drzwi. Ci, którzy wyjechali – do wielkich miast, bogatych krain, za wielkie wody – urządzili się i jeśli wracają, nie potrzebują gościnności od nieznajomych. Bezdomni nie boją się litości, ale nie znają kodu do domofonów i szyfrowanych drzwi. Zresztą zrobiło się cieplej, śnieg zniknął w kałużach, porzucił drzewa, wyłysiałe w ciągu jednej nocy. Mizerna, cicha, stajenka licha…

W wigilię wigilii w radiowej Trójce kolędowy program Piwnicy pod Baranami. Program smutny, ślad ledwie dawnej świetności, wspominanej zresztą w audycji co i rusz. Dziś puste miejsce, po którym obija się pamięć jak potrącony dodatkowy talerz, zawadzający na przyciasnym wigilijnym stole.

Kiedy ten znak otwartości stał się dla mnie znakiem pamięci o nieobecnych? Dawno, bardzo dawno temu, gdy w trzy miesiące po śmierci ojca zamiast życzeń przy opłatku było nietłumione łkanie, jakby na dowód, że bezsens zbyt wczesnego odejścia odebrał nam tylko odświętny język, ale nie głos. Od tamtego momentu puste nakrycie przy wigilijnym stole oznacza pamięć o, a nie nadzieję na.

Kilka tygodni przed świętami we Wsoli Jan Nowicki, już doświadczony i wciąż młody, mówi, że umieranie trzeba ćwiczyć jak miłość, powtarzać w wyobraźni, bo dopiero śmierć nadaje sens przeżytemu. Koniec tłumaczy początek, śmierć narodzenie. Nie tylko Boże, człowiecze także.

W tym roku po raz pierwszy na mnie spada obowiązek uprzątnięcia rodzinnych grobów, na święta narodzin nie wolno zapomnieć o umarłych. Taka tradycja, przekazywany dalej kod kultury. Na nekropoliach marzniemy obaj z synem, ale to ja jestem – uświadamiam sobie nagle – odpowiedzialny za tę pamięć. Niezauważalnie, nieuchronnie stanę się najstarszym pokoleniem. A przecież wciąż nie znam kodu do życia ani tego, co po nim. Wiem jedynie, że najwięcej do zapamiętania będę miał wtedy, gdy – zgodnie z rytmem natury – zacznę zapominać.

DZIEŃ PIERWSZY. Łamię zasadę i rano włączam telewizor. Msza na włoskim kanale Radiotelevisione Padre Pio. Nie znam włoskiego, ale przecież po latach wiary rozumiem liturgię także w niezrozumiałym języku. Obca mowa nie przeszkadza, przeciwnie, pozwala skupiać się nie na znaczeniu słów, ale na sensie większym, na całej wypowiedzi, na rytmie nabożeństwa, na powtarzalności rytuału, spokojnie szemrzącego wśród skromnej scenografii. Na chwilę pojawia się nadzieja na powtórzenie tego, co stracone. Na chwilę.

Zaraz po mszy uśmiechnięta, rozszczebiotana brunetka w obcisłej czerwonej sukience reklamuje, jeśli dobrze się domyślam, wanny lecznicze dla niepełnosprawnych. Pamięć podsuwa gorzkie zapiski Aleksandra Wata, który do ojca Pio przyjechał z nadzieją na uwolnienie od śmiertelnie bolesnej choroby, zaś po wizycie – jakby chciał ukarać siebie i świat za irracjonalną wiarę – pisał o smrodzie jodyny z zainfekowanych ran na dłoniach włoskiego stygmatyka, o jego chytrych chłopskich oczkach, które dla wierzących w jego moc rozmodlonych kobiet były piękne. Równie piękne, jak woń fiołków, którymi pachniały im owinięte w brudne bandaże dłonie uzdrowiciela. Błogosławieni, którzy uwierzyli, choć widzieli.

DZIEŃ DRUGI. Kiedyś w drugi dzień Świąt chadzaliśmy oglądać szopki w kościołach. Dzieci dawno wyrosły z przykrótkiego dzieciństwa, więc otwieram Internet i oglądam świątynne stajenki na lokalnym portalu. Przed niemal każdą szopką puszka, pobrzękująca monetami, na utrzymanie kościoła, na misje, na katolickie szkoły. Podpis na puszkach niechcący odsyła w inny wymiar: OFIARA. Przypadkowa zapowiedź tego, czego pamiątkę będziemy świętować za kilka miesięcy, wykaligrafowany wprost sens narodzin.

Telewizor też już włączony, Andrea Bocelli śpiewa kolędy. Siwe włosy i zarost, szlachetna twarz z ledwie odmienioną mimiką, przymknięte powieki na bezużytecznych źrenicach. Bóg dał, Bóg wziął – mówi ludowa rezygnacja. Jemu zabrał wzrok, ale dał słuch i talenty. Więc może wolno ludową mądrość odwrócić: Bóg zabrał, Bóg da? Cicha nadzieja, na którą, myślę, możemy przystać wszyscy. Bez względu na wiarę i niewiarę.

Data dodania: 20 grudnia 2012

Reszta nie jest poezją. Świat ugrzązł w miejscu, od kilku tygodni uwięziony pod ledwo przetartym szmatą mlecznoszarym kloszem lampy, w której nagle przepaliła się żarówka. Dni pojawiają się i mijają coraz bardziej umownie, z nawyku kalendarzowego raczej, bo słońce ani wschodzi, ani zapada. Nawet jeżeli nie zrezygnowało ze swej misji, nie urwało się szpiclującemu go kosmicznemu rytmowi, to robi swoje w cichociemnej konspiracji, niezauważone.

Czasem, przerażone rutyną, na moment przedziera się przez liszajowaty sufit nieba, wybucha pożółkłym światłem, zimnym, bo pomieszanym z arktycznym podmuchem. Kiedy indziej przez szczeliny w oknach wciska się rozćtapana odwilż, gnana astmatycznym wiatrem, który przygina drzewa i przechodniów do ziemi ubabranej błockiem, ale nie robi żadnego wrażenia na posiniaczonej zasłonie chmur. W takie dni nietrudno uwierzyć, że za chwilę niebo zwali się na głowę, przydusi i rozgniecie świat, aż nie będzie niczego, prócz brunatniejącej breji. Nadejdzie koniec końców i rozerwie zasłonę.

Na ludzka miarę koniec świata, czyli koniec wszystkiego, łatwy do wyobrażenia nie jest. Koniec na ludzką miarę to raczej brak, nieobecność, zubożenie, pustka po kimś lub po czymś. Może nawet pozostać niezauważony, jak u Miłosza w „Piosence o końcu świata”. Może nie starcza nam wyobraźni, a może koniec świata jest w nas i tylko w nas. Albo dostrzec go mogą jedynie wybrani. Innego końca świata nie będzie?

Karmiąca się mitem wyobraźnia taką hipotezę odrzuca. Podpowiada, przepowiada, że koniec będzie nadmiarem, eksplozją światła oślepiającego nienawykłe oczy, przepełnionym grozą pięknem, które, znudzone wodzeniem na pokuszenie, tym razem powiedzie na zatratę. Oślepniemy, zanim ciemności skryją ziemię, można mieć nadzieję.

Apokaliptyczne obrazy przez tysiące lat obezwładniały obdarzonych oczami do patrzenia, nawet jeśli nie zostali obdarzeni wiarą. Jednym odbierały wolę oporu wobec nieuchronnego, innych popychały do ucieczki lub do szaleństwa, albo do ucieczki w szaleństwo. Zawsze byli też tacy, którzy budowali schrony – w myśli, w betonie – by przetrwać i ten koniec końców. Wszystko jedno, czy o nim opowiadała biblia w obrazkach na ścianach świątyni, czy przepowiednie Majów rozsiewane przez internetowe fora i wypasające się na nich media.

Mam swoją ulubioną wizję ostatecznego unieważnienia codzienności i jej realności, ludzką i nadludzką zarazem. Ulubioną, znaczy powracającą. Po kolejnych lekturach kiepsko sklejone „Podróże do piekieł” rozsypują się uwalnianymi kartkami:

„Utrwalona w pamięci i ujęta w prawa regularność przemian świata czasoprzestrzennego jest jedyną gwarancją jego realności. Gdyby dwa słońca wypłynęły na niebo, gdyby drzewa zerwały się do lotu, łopocąc skrzydłami gałęzi i gubiąc zielone pióra liści, przestalibyśmy wierzyć w rzeczywistość. Rzeczywistość zrównałaby się ze snem. Byłby to dzień Sądu Ostatecznego, w którym zerwane zostaną prawa rządzące światem. W dniu tym, jak nas zapewnia Apokalipsa, niebo ustąpi jak księgi zwinione, spłyną wyspy, a konie urągając prawu ciążenia cwałować będą wśród obłoków.”

I na kolejnej kartce: „W dniu Sądu Ostatecznego ręka Boża skruszy wszelki szkielet substancji. Wrażenia zmysłowe pozbawione trwałego substratu spłyną strumieniem psychicznym, jak połyskująca ławica ryb, jak chmura motyli nad łąką, a świat zerwany z kotwicy, która wbiła drapieżne szpony w mocne, skaliste dno rzeczywistości, zakręci się na mętnych nurtach iluzji.”

Świat zerwany z kotwicy, spływający połyskującą ławicą wrażeń i wspomnień, motyla chmura przekonań i przesądów nad zielonością łąki, a nade wszystko drzewa podrywające się do lotu i wspaniale umaszczone konie szybujące w przestworzach – jeżeli koniec świata jednak się wydarzy (w ten piątek, albo za tydzień, za rok czy stulecie), to niech wygląda tak, jak opisuje go Bolesław Miciński. Opisuje zapewne prawdziwie, bo (to też Miciński) prawda jest kwestią decyzji.

Jeżeli byście Państwo zdecydowali, że końca świata jednak nie będzie, życzę Spokojnych Świąt. I dobrych lektur w Nowym Roku.

Data dodania: 14 grudnia 2012

Maszerują chłopcy, maszerują… I niech im będzie na zdrowie, jeśli się nie przeziębią. Mamy wolność, więc mogą maszerować także w obronie wolności. Dziś nic za to nie grozi, odwaga staniała. A gdy tanieje odwaga, w cenie jest rozum. Myśl wcale nie nowa, ale dziś nie oczywista. Przytłumiona paplaniną, zapaćkana śliną i błotem. Jedna z tych wartych powtarzania, trzynastego grudnia i w każdy inny dzień przeklętego polskiego kalendarza.

Powtarzać więc warto, że łzy i krew nie są policzalne i nawet jedna kropla, i jedna łza to za wiele. Że mniejsze zło nie przestaje być złem, a wybór – choć tragiczny – złoczyńcy w zbawcę nie przeaniela.

Że w wojnie domowej, nawet prawie bezkrwawej, nie ma zwycięzców, są tylko pokonani. Ale nie znaczy to, że bezbronni przestają być ofiarami zbrojnych.

Że słabość pozostaje słabością, lęk lękiem, a kapitulacja kapitulacją i nie pomoże żadna sofistyka, żadne gadanie, że ci na wolności mieli gorzej niż ci uwięzieni. Nie jest bez różnicy, czy przez kraty zagląda się do celi, czy też z niej wygląda na świat.

Że historia daje się interpretować, ale nie jest z gumy: naginana do politycznej propagandy może, niczym policyjna pała, odwinąć się bolesnym ciosem.

Że łącząc zbrodnię katyńską z katastrofą prezydenckiego samolotu w obłędny narodowy kompleks, wcale nie podnosi się rangi dziewięćdziesięciu sześciu absolutnie niepotrzebnych ofiar, lecz przysłania śmierć tamtych wojennych tysięcy. Mord strzałem w tył głowy nie jest tym samym, co śmiertelny finał lądowania tupolewa, który w ogóle nie powinien wystartować.

Że nawet po tysiąckroć powtórzony obrazek lądowania samolotu z dziesiątkami trumien na pokładzie, żadne metafory i transgresje odsyłające w inne wymiary nie przysłonią przyziemnego faktu, że polski prezydent nie powinien lądować na udającym lotnisko pastwisku.

Ani we mgle, ani w śnieżycy, ani w oślepiającym słońcu. W kwietniu, w grudniu, ani w żadnym innym miesiącu przeklętego polskiego kalendarza.

To tak na marginesie kolejnej rocznicy. Kilka myśli, co nie nowe. Za czasów Norwida ścigały je „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Czasy się zmieniły, dziś dopaść je może jedynie głupota. Odwaga staniała, rozum rośnie w cenę.

Strona 10 z 17« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury