Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 12 czerwca 2012

Scena z tych, co tkwią w pamięci i znaczą co innego, niż chciałby autor. Bezwiednie wypowiadają to, co przemilczane, bo nieświadome.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie – niesie się między blokami suplika procesji, kluczącej, jakby chciała zmylić prześladowców albo uciec od ogłuszającego bicia w dzwony. Boże Ciało wędruje po uliczkach osiedla, przystając przed polowymi ołtarzami, jak barykady powstałymi nagle wczesnym rankiem, z dyskretnym stukotem budzącym ospałych. Coraz mniej liczny chór starzejących się głosów wyśpiewuje chwałę pańską i własną lękliwą radość. Jeszcze raz, zanim zejdzie do katakumb.

Ksiądz w symbolicznej bieli gromko opowiada o mistycznej obecności, przywołując świadectwo świętej mistyczki. Edyta Stein, żydówka, która nawróciła się na chrześcijaństwo – mówi kapłan i, jakby sam zdziwiony, zawiesza głos w efektownej pauzie, by słuchacze docenili wagę tej informacji.

Niesieni przez ubrane w białe alby dzieci, oprawieni w złociste ramki Jezus i jego matka, oboje Żydzi, milczą. Ksiądz mówi jeszcze, że świętej przechrzty wyrzekli się żydowscy rodzice. A potem wybuchła wojna i świętą zamordowali hitlerowcy – kończy opowieść. O tym, że zamordowali, bo była Żydówką, nie wspomina.

Przedburzowy zaduch wisi nisko w powietrzu, mieszając się powoli z dymem kadzideł. Na asfalcie rozdeptane płatki kwiatów zacierają ślady.

Panie dobry jak chleb – intonują wierni i idą do domów z pogańskimi witkami w dłoniach. Potwierdzili obecność, umocnili się nieobecnymi.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie.

A co z nie-nami?

Data dodania: 6 czerwca 2012

Pani Szczuka w poprzednim wcieleniu miała ptaszka i wcale jej się to nie podobało – rzekł Szczęsny o Szczuce, co to Euro nie chciała. To jest samczy, infantylny i idiotyczny kult igrzysk, które nie mają żadnego celu poza tym, żeby ci mężczyźni mieli frajdę – stwierdziła pani Kazimiera, która oprócz celebryctwa i publicystyki, zajmuje się też literaturą. Czyli słowami, często otaczanymi kultem i pisanymi także po to, by czytający mieli estetyczną i intelektualną frajdę.

Tak na długo przed pierwszym gwizdkiem Euro 2012 zyskało należną intelektualną głębię. Bramkarza Szczęsnego oburzyła zapewne toporna nowomowa intelektualistki Szczuki, która piłkę kopaną zaatakowała z jedynie słusznych feministycznych pozycji ideologicznych: będzie pełno potłuczonych butelek, zdemolowanych przystanków, ludzi zarażonych chorobami wenerycznymi i kobiet przywiezionych do seksusług. (By – jak się domyślamy – zaspokoić inny samczy kult.) Przy tym po męsku twardym języku Szczuki psychoanalityczno-ornitologiczne rozważania Szczęsnego brzmią jak słowicze trele.

Zresztą Wojciech, syn Macieja, wykazał się umiarem i taktem nieczęstym wśród zawodowych kopaczy. Nie tylko nie użył w polemice owych trzech słów, które najczęściej padają w czasie meczu, ale ripostując potraktował doktor Szczukę z taką wyrozumiałością, z jaką traktuje się miłe, ale niezbyt rozgarnięte dziecko: to tak jakbym zapytał się pani Szczuki, jaki jest sens rozmawiania o książkach, które już przeczytała. Wykazałbym się ignorancją na podobnym [co ona] poziomie. Wzruszeni delikatnością Szczęsnego juniora, nie będziemy go pytać o książki, których nie przeczytał. W końcu jemu nie za czytanie płacą. Bez porównania zresztą lepiej niż nam za czytanie.

To Euro w ogóle wyczynia z ludźmi dziwne rzeczy. Kazimiera Szczuka wali swe uwagi prosto z mostu, a tymczasem ci, którym do tradycji prawicowego pisma pod takimże tytułem znacznie bliżej, milczą. Nie dają się sprowokować, choć to całe Euro to jedna wielka prowokacja. Czyż nie jest prowokacją grubymi nićmi szytą fakt, że Rosjanie trenują w Sulejówku, pod nosem Marszałka, który im tak pięknie niegdyś Budionnego pogonił? Mucha ministra im nawet nie straszna, choć odmawianym przez Kaczyńskiego prezesa różańcem ich straszyła.

Albo czy Niemcy, zamieszkując na czas Euro w polskim Gdańsku, nie chcieli sprowokować prawdziwych Polaków? Może jednak nie, bo pewnie by im się chciało, skoro na wycieczkę do Auschwitz pojechało ich zaledwie trzech i to tych o polskich korzeniach. Zaś reszta reprezentantów okazała się zbyt wrażliwa i wolała o obozach zagłady porozmawiać – jak zgrabnie wyraził się menedżer reprezentacji – przy kominku.

A z kolei Jan Tomaszewski, na co dzień kawał chłopa, przed mistrzostwami zamienił się w Wandę, co nie chciała Niemca. Powiedział głośno, że nie podobają mu się w polskiej reprezentacji farbowane lisy, co to Polakami będąc, wybierały młodzieżowe reprezentacje innych krajów, a gdy do dorosłych ich nie powołano, odkurzyli swą polskość. Za to partyjni koledzy Tomaszewskiego zawiesili go – znów ten samczy język – w prawach członka, być może dobrze odczytując nastroje elektoratu. Bo jeżeli polscy kibice śpiewają gromkie sto lat urodzonemu w Polsce reprezentantowi Niemiec Lukasowi Podolskiemu, to może zmienia się paradygmat polskości. I teraz dobry Polak to taki, który w Polsce się urodził i na czas stąd wyjechał.

Lektura artykułów o Euro 2012 nie pozostawia wątpliwości: jest to wydarzenie o ważkich skutkach intelektualnych w najróżniejszych dziedzinach. Istotnym wkładem w powszechną teorię poznania jest na przykład polskie odkrycie, że autostrady, dworce i lotniska buduje się nie dlatego, że są nam potrzebne, ale dlatego, że organizujemy Euro. Zaś nowa kategoria autostrady niegotowej, ale przejezdnej, to prawdziwy skok inżynierii w XXI wiek. Przykładów nie trzeba mnożyć, mnożą się – a fuj – same.

Ale nie narzekajmy, chcemy przecież dobrze. A jeśli wyjdzie jak zwykle, to najwyżej znów zagramy o honor. I zwolnimy trenera.

Data dodania: 31 maja 2012

Biją nas, gębą po gębie, słowami na odlew. Obrażają, czy chcą, czy nie chcą. Polskie obozy śmierci świszczą w polskich uszach jak pejcz. Więc kto krzyknie głośniej? Kto boleściwiej zajęczy? Stare polskie zawody. A po drugiej stronie tradycyjnie ci, którzy radzą rodakom, by skorzystali z okazji do zamknięcia się. I – jak to w Polsce – argumentem w dyskusji jest znów literatura.

Ignoranci – mówią o politykach amerykańskich polscy politycy, znani powszechnie z erudycji. Prezydent, premier, marszałek, opozycja i koalicja, redakcje i reakcje, lewica i ulica, partie i dziennikarskie harpie dyszą z oburzenia. W telewizji wypowiedział się nawet wójt Izbicy, polskiej gminy z byłym niemieckim obozem koncentracyjnym, akurat zresztą sprzątanym troskliwie przez gimnazjalistów, przypadkiem wprost przed kamerą. Wójt również gotów był prezydentowi USA przebaczyć, jeśli ten przeprosi.

Można by pomyśleć, że wciąż uwielbiamy gdy nas biją, bo możemy wtedy głośno krzyczeć o niezasłużonej krzywdzie. Jeśli biją nas wielcy i mocni, to i my możemy poczuć się wielcy. Trans–Atlantyk. Trans, w który wprawiły nas trzy słowa zza Atlantyku. Gombrowicz wiecznie żywy.

Żeby być dobrze zrozumianym: nie uważam, jak Sławomir Sierakowski, że nic się nie stało, a Obama nie tylko obrazy, ale nawet gafy nie popełnił. Argument Sierakowskiego, że Nałkowska również pisała w „Medalionach” o polskich obozach śmierci jest retorycznie sprytny, ale fałszywy, bo ahistoryczny. Kiedy Nałkowska publikowała „Medaliony”, nikt nie miał wątpliwości, kto fabryki śmierci w Polsce budował i kto kogo w nich mordował.

Współczesna ignorancja historyczna jest nieporównywalna z tym, co wiedziały intelektualne i polityczne elity pierwszych powojennych dekad. Dla opinii publicznej, dla zwykłych, nawet niewykształconych ludzi, historia wojennych okrucieństw to była biografia, historia rodzinna. Inaczej było w Ameryce, która w stosunku do odmienności i wrażliwości świata za oceanami była w sumie obojętna. A nawet w swojej niechęci do empatii prowincjonalna. Tyle, że to taka prowincja, która stała się centrum, ze swej młodości i niedojrzałości czyniąc siłę. Znów Gombrowicz.

Wpadki Obamy i gadania o „przejęzyczeniu” nie można przemilczeć tak samo, jak nie powinniśmy milczeć, gdy Holocaust wyrywany jest z kontekstu straszliwej wojny i cierpień innych narodów albo gdy historyczna odpowiedzialność Niemców eufemizowana jest określeniem „naziści”. Może to i niepoprawne politycznie, ale odpowiednie dać rzeczy słowo, nawet gdy ono boli, to warunek konieczny, by uniknąć zbiorowej sklerozy.

Krytykujmy więc błąd Obamy jasno i stanowczo, ale nie napinajmy się tak bardzo, nie krzyczmy histerycznie, bo histeria jest bronią słabych i winnych. Kto nie umie dyskutować, obraża. Nieuk, ignorant – takie (i mocniejsze) epitety pod adresem prezydenta ogromnego demokratycznego kraju zamiast spokojnej argumentacji nikogo za granicą nie wyedukują. Pisk myszy, której znudziło się siedzenie pod miotłą.

Był czas – i o nim też trzeba przypominać – gdy słowa zabijały. Zabijały nawet literówki, bo do obozu śmierci mógł trafić redaktor, który nie dostrzegł, że zecerowi „t” omsknęło się w „r” w nazwisku despoty. Tego samego zresztą, który z ówczesnym prezydentem USA narysował nam nowe granice. Jeżeli dziś reakcje na wypowiedzi przekraczać będą granice umiaru, to zanim się obejrzymy, znów będziemy zabijać się słowami i za słowa.

To nie jest literacka metafora.

Data dodania: 28 maja 2012

Orłoś napisał powieść nienowoczesną, obojętną na literackie mody i teorie, wręcz staroświecką. Recenzje zebrał świetne, ale jakby zawstydzone. Bo czytanie opowieści „o życiu” jest dziś wstydliwym nałogiem? Dlatego i ja chowam się za cudzysłowem?

„Dom pod Lutnią” Kazimierza Orłosia to historia bezwstydnie zwyczajna, „z życia wzięta”, opowiedziana klasycznymi środkami, z bezwstydną ufnością w moc literackiej fikcji, zanurzonej w bezwstydnie bogatym doświadczeniu pisarza, popartym bezwstydnie oczywistym talentem narracyjnym, zmysłem obserwacji, słuchem językowym. I to wszystko w czasach, kiedy nawet tak dobrzy opowiadacze, jak Jacek Dehnel czy Ignacy Karpowicz, snując swoje historie albo puszczają oko do czytelnika, że bawią się świetnie i wespół, albo też rozbijają tok opowieści erudycyjnymi popisami lub autoironią. Zaspokajanie wstydliwego dziś głodu fikcji tak prawdziwej, że czytelnik gotów w nią uwierzyć, staje się powoli specjalnością reportażu.

Bezwstydna w tym kontekście jest też wiara Orłosia w istnienie wiecznych tematów literackich, o których można pisać serio i w nieskończoność, choć wydają się zgrane do szczętu. Takich jak miłość, która nigdy nie jest spóźniona, pragnienie zwykłego szczęścia z dala od zbiorowych przeznaczeń i stawianych nam przez nie wymagań. O tym właśnie jest „Dom pod Lutnią”, powieść o późnym uczuciu i próbach spełnienia wbrew historii, polityce i społecznym schematom, a także o dojrzewaniu, które również jest niezależne od metryki. Nie jest to jednak książka tak oczywista i jednoznaczna jak jej pierwsze odczytania.

Wbrew pozorom świat przedstawiony powieści to nie mazurska jesień ułana ani kraina utraconej niewinności, to kraj świata, głusza, prawie odludzie, świetne miejsce na izolację od zbiorowości i jej historii. Miejsce, w którym jednostka przemielona przez młyny boże i ludzkie, jeszcze okrutniejsze, próbuje odzyskać elementarną osobność, indywidualność, podmiotowość. Pułkownik Józef Bronowicz, ułan jazłowiecki, więzień oflagu, a w końcu mazurski osadnik nie jest ani konformistą układającym się z nowym ustrojem, ani dezerterem uciekającym od historii, polityki i rodzinnych obowiązków, ani nawet samotnikiem, popadającym w depresję z powodu nadchodzącej starości. Jest człowiekiem, który próbuje okpić los, dając sobie zgodę na nowe pragnienia i spełnienia. Mazurska prowincja końca lat 40. okrutnego XX stulecia w powieście Orłosia nie jest jednak arkadią. Jest usiłowaniem arkadii.

Historia, polityka, tląca się jeszcze w podziemiu i gorejąca w ludziach wojna, są w „Domu pod Lutnią” obecne, ale przyczajone w oddali. W nieufności do obcych i swoich, którzy mogą okazać się jeszcze bardziej obcy. W lesie skrywającym ostatnich partyzantów, chorych na rozpacz i nienawiść, oraz kłusowników, ubeckie bydlęta upojone wódką i wszechwładzą. W porzuconej Warszawie, z której docierają wieści o rodzinie dotkniętej stalinowskim bezprawiem, a także wnuczek, skrywany na wszelki zły wypadek w mazurskiej głuszy. Masowe ideologie i obłędy minionego wieku są obecne w świecie powieści, ale nie na pierwszym planie, bo w tym świecie obowiązują przywrócone na nowo proporcje i hierarchie. Biografia jest ważniejsza od historii, polityka mniej porywająca niż letnia rozkosz zanurzenia się w zimnej rzece. Ludzkie losy są tu pokręcone i niejednoznaczne, ale jest nadzieja: wobec świata zewnętrznego wystarczy zachowywać się przyzwoicie, by otrzymać prawo do szczęścia. Wystarczy, oczywiście, do czasu.

To fragment lekcji, którą Bronowicz daje swemu wnukowi. Pokazuje mu, że zwykła przyzwoitość i proste pragnienie szczęścia mogą być ważniejsze niż wszystkie te abstrakty, w imię których XX wiek (a i inne również)tak łatwo odbierał ludziom szczęście, miłość, indywidualność, życie. Bohater Orłosia w imię własnej wolności i prawa do biografii odwraca się od historii, polityki, ról społecznych. Nie jest naiwny, wie, że za chwilę, miesiąc, rok mogą go znowu dopaść, więc przynajmniej tę chwilę, miesiąc, rok chce przeżyć po swojemu. Dojrzewa równie intensywnie jak jego wnuk.

Nowa powieść autora „Cudownej meliny” nie jest jednak szlachetną moralistyką ku pokrzepieniu serc ani baśnią z dobrym zakończeniem. Jest aktem w istocie dramatycznym. Oto stary pisarz, który literacką sławę zdobył przy pomocy realizmu socjologicznego – powieściami demaskującymi rzeczywistość historyczną i polityczną, pisarz, którego bohaterowie nie mogli być szczęśliwi, bo „szczęścia nie było w ojczyźnie”, odwraca nagle wektory. Mówi nam, że mięsista materia jego najbardziej znanej prozy z lat 70. i 80. to rzeczywistość mniej istotna, tło pchające się na plan pierwszy. Dom pod gwiazdozbiorem Lutni jest od ideologii i polityki odgrodzony, choć majaczą one na horyzoncie ubeckim gazikiem wzniecającym kurz na polnej drodze, niepokojącymi leśnymi echami wystrzałów z kałasznikowa. Wyparta, wypędzona z podwórka historia nie daje zapomnieć o kruchości szczęścia, które bohaterowie opowieści Orłosia próbują pozlepiać z obłomków świata, roztrzaskanego straszliwą wojną i okrutnym powojniem. Walczyć nie można przecież bez końca, w końcu trzeba żyć.

Nie sądzę, by Orłosiowi szło o to, byśmy ulegli rozmarzeniu. Po prostu z perspektywy długiego życia pisarz raz jeszcze ustala porządek świata, być może nawet wątpi w swoje (i nasze) zaangażowania sprzed lat. I przypomina, bez sentymentalizmu i naiwności, o prawie do szczęścia. Szczęścia mimo wszystko.

A wszedłszy w wiek mędrców wie, że z upływem lat owo wszystko staje się coraz większe i cięższe, ale i coraz łatwiej przejść mimo tego wszystkiego. Droga zaś biegnie opodal domu pod Lutnią.

Data dodania: 16 maja 2012

”Szatański zwierzchnik Woland przemierza już naszą Ojczyznę ze swoim kotem Behemotem, także o rysach szatańskich”. Więc jakże to tak, Andrzeju*, Woland w Ojczyźnie, a ty się nie zrywasz, pióra nie chwytasz, eseju nie piszesz, słów jego nie tłumaczysz?

Wolanda tu, w Polsce, widział kilka tygodni temu nie świszczypała żaden, nie wielbiciel pociągów z powieści Jerofiejewa, lecz człek poważny, w latach i funkcji stateczny, sakrą wyróżniony. Słowa jego cytowały gazety, ale wierzyć nie chciałem. Próżno jednak czekałem na sprostowanie jakieś, widać prostować nie ma czego. Ksiądz biskup postraszył Wolandem tysiące manifestantów broniących pewnego medialnego biznesu, który przegrał z innym medialnym biznesem w wyścigu o jeszcze lepszy biznes. Zebrani krzyczeli jednak nie o pieniądzach, ale o prześladowanej wolności słowa. Słowa, Andrzeju, mamy teraz tak wolne, że wolne są nawet od sensu. Ciebie, stylistę, pewnie by to zmartwiło, chyba że znowu chciałbyś tworzyć kabaret. Biskup-retor o Wolandzie opowiadał dobitnie, tak dobitnie, że wielu po jego słowach zacisnęły się pięści i szczęki.

Gdybyś był dzisiaj obecny, to po której stronie? Wcale to nie oczywiste, pamiętam, gdy nagle Ty, dysydent niewydawany i internowany, a potem minister u Mazowieckiego, doradzać zacząłeś prezydentowi, który czerwony był nie tylko od ukraińskiej gościnności wódczanej. Zapiekły wówczas politycznie chciałem tę „apostazję” Twoją jakoś usprawiedliwić, aż w końcu znalazłem wytłumaczenie w Barthesie: intelektualista musi zaskakiwać, kluczyć i zmieniać intelektualne pozycje, by nie wpaść w sidła władzy i języka. Wcisnąłem ten wykład Barthesa w popularny felieton, tak bardzo chciałem Ciebie publiczności wytłumaczyć. Tekst pochwaliłeś za dezynwolturę, ale koncept potraktowałeś wzruszeniem ramion. Rzecz była prostsza, wyjaśniłeś: tylko lewica pamiętała o Rosji, tylko lewica wtedy chciała z nią rozmawiać, więc jej zgodziłeś się doradzać.

Dziś spór ten wydaje się odległy jak Władywostok. Ruskimi straszyć jest w modzie, lęk zdominował stosunki z Putinem batiuszką i jego samodzierżawiem demokratycznym. Jedni się boją, więc piąstki zaciskają i jak dzieci wygrażają obudzonemu przedwcześnie niedźwiedziowi, drudzy też się boją i dlatego zbyt chętnie robią z misiem niedźwiadka. Nikt prawie Rosji nie rozumie i zrozumieć nie chce, a tych, co rozumieją, nikt już nie słucha. Wilk wiosny nie czyni, tym bardziej że zimę ukochał. Zimny pokój nastał między nami i żadne kuchenne rozmowy z braćmi Rosjanami tego nie zmienią, bo nie inteligencja dziś politykę robi, inteligenckich bajań o przyszłości nikt nie słucha. Już chętniej rżenia nasłuchują i wyglądają, czy Budionny nie nadciąga, bo cud by nam się przydał nad Wisłą i czapka z piór. Ale ani koni, ani osłów nie słychać. Tiszina.

A polityka obrzydliwa była i przed piętnastu laty. Pewnie nie pamiętasz, bo nagroda wiekuista musi polegać na odebraniu złych wspomnień, jak ci, co na siebie patrzeć dziś nie mogą, zlustrować Cię próbowali. Szeptali o przeszłości w czerwonym krawacie, o podróżach na wschód, do krainy szczęśliwości. Tyle że to, co naszeptywali, Ty dawno opowiedziałeś jawnie (i dwupłciowo, bo ta Twoja przeszłość i Rosja miała twarz ukochanej kobiety), we wspaniałym do dzisiaj „Pocałunku na mrozie”. Opisałeś i młodzieńcze zauroczenie komunizmem, i miłość do Rosji i -bardziej powściągliwie – jednej z Rosjanek. Miłość trudną, odwzajemnioną, choć Cię do Rosji przez kilkanaście długich lat nie wpuszczał ZSRR, a było to w czasach, gdy niejeden z późniejszych lustratorów cytatami z Lenina inkrustował swe naukowe rozprawy.

Niech im będzie na zdrowie. Dziś, Andrzeju, tacy czujni już nie są, nie zauważyli nawet, że zabór dokonał się bezkrwawy: Ruscy zabrali nam żubrówkę. Podkupili za rublowe srebrniki. Zdradzeni zostaliśmy wcale niepoetycznie, nie o świcie, a tuż przed lunchem pewnie, w klimatyzowanych korporacyjnych gabinetach. A kiedyś podział był jasny: oni bimber i stoliczna, my żubrówka i żytnia z kłoskiem. Choć Ty akurat koniak gruziński wolałeś – także do bruderszaftu. Nigdy chyba przejście z kimś na Ty nie dało mi tyle satysfakcji. Na ty przeszliśmy wszyscy, Twoim zarządzeniem i Twoim gruzińskim koniakiem, gdy ostatni rozdział Twojej monografii poszedł do wydawnictwa. Twojej, bo choć pisana zbiorowo, redagowana nader demokratycznie, była ta historia literatury rosyjskiej XX wieku Twoim dziełem. Zrealizowanym marzeniem, by napisać pierwszą w tej pechowej części Europy wolną od cenzury książkę o mimo wszystko wspaniałym stuleciu tej wielkiej literatury. Wygrałeś wyścig z chorobą: zdążyłeś jeszcze odebrać autorski egzemplarz w wydawnictwie.

Tak, jak chciałeś, w domu pogrzebowym na Powązkach zagrano jazzowe standardy. Pani prezydentowa spóźniała się już bardzo, odtwarzany ponownie Duke Ellington wyczyniał cuda. I wtedy, najpierw nieśmiało, a potem odważniej, stojące opodal mnie starsze panie, z których część zapewne kiedyś podkochiwała się w Tobie, zaczęły kołysać się w rytm muzyki, śmielej i śmielej, z uśmiechem. Tajemnicze cienie pląsały po posadzce.

Szatańskiego zwierzchnika z kotem Behemotem zobaczył w retorycznym zapale biskup ze Wschodu, z Drohiczyna. Bóg z nim. Bóg z Tobą. Pocałunek na mrozie – w tej Chlebnikowskiej formule zawarłeś swoją Rosję. Dzisiaj, Andrzeju, mróz jakby większy, a pocałunki chłodniejsze.

*15 maja minęła piętnasta rocznica śmierci Andrzeja Drawicza, wybitnego znawcy i tłumacza literatury rosyjskiej (szczególnie Bułhakowa), nauczyciela akademickiego, eseisty, uczestnika opozycji demokratycznej, współpracownika premiera Mazowieckiego i prezydenta Kwaśniewskiego. Kiedyś także współtwórcy STS-u.

Data dodania: 7 maja 2012

Więc pijcież, bracia Monopolanie, do Swojszczyzny swojej przepijajcie, nie pierwszy to raz będzie przecie. Pijcież do Onej, którą upijaliście się nieraz, grillujcież, zanim Ona was zacznie znowu grillować na ogniu świętym, narodowym. Karczki na Jej cześć podpiekajcie na brąz, swoje i świńskie. Dymem węglowym nad ruszty się unoszącym Ją okadzajcie, czadem siwym jak siwucha, co wam łby, podgolone po szlachecku albo na modłę kozacką do skóry strzyżone, tumani.

Tak naród świętuje, że aż strach. Szczególnie wieczorami, gdy jednostki spracowane, choć świętowaniem jeszcze nienasycone w odpowiednim procencie, snują się po uliczkach prowincjonalnych miast i miasteczek, los swój emigrancki krajowy lub zagraniczny wychwalając i przeklinając na przemian. Sąsiad z bloku naprzeciw, co z Iilandii na parę dni upojnych przyleciał, kolegom opowiada, że i w Londynie był, i Memłej nowe widział, piwa się na nim napił, cienkusza co prawda, gdzie mu tam do naszego. I nie wiadomo już, co sąsiadowi dykcję bardziej psuje: wada wymowy wrodzona czy też utracona bezpowrotnie odporność na trunki nasze tradycyjne. Kto zresztą ma głowę, by trzydniówkę narodową w upał taki bez szwanku znieść. W końcu i święto pracy uczcić trzeba, choćby się na bezrobociu było, i tę konstytucję, o której naród wie dużo, bo że trzeciego maja uchwalona była.

Więc naród świętuje, że aż miło. Trzeciego pedałuję sobie niespiesznie trójkołówką moją po wsiach i przysiółkach okolicznych. Słońce jak na zamówienie, skowronki wysoko, bez się bzi i ganki białe dworkowate domów nowych ocienia, pora przedobiednia, więc grille jeszcze nierozpalone, zmagania wczorajsze nieodespane. Flag przy domach jak na lekarstwo, ale naród już po kościele, więc za to pod każdym sklepem warty honorowe pozaciągane, z brązowymi i zielonymi flaszkami na prezentuj broń stoją, niektórzy już przysiedli, cień sobie znalazłszy i dyskutują statecznie. O czym, nie słyszę, bo z górki mam akurat, więc rozpędziłem się przed następnym podjazdem. Gorąco, duszno, czemu cieniu odjeżdżasz…

Raczej o Konstytucji 3 Maja nie dyskutują jednak, bo i o czym tu gadać. Do szkół chodziliśmy tych samych, a tam, pamiętam, wszystko już powiedziano: że ta konstytucja dużą literą pisana, bo własna, druga była taka na świecie, tylko Ameryka nas wyprzedziła; że przywary szlacheckie i magnackie – jak to: sarmatyzm, egoizm, warcholstwo i pijaństwo, jednym słowem istne liberum veto i poruta – likwidowała. A gdyby tę ustawę, co to podobno wszyscy nam jej w Europie zazdrościli i z niej ściągali, jeszcze w życie wprowadzić się dało, to byśmy nie musieli na towarzysza Gierka czekać, żeby znowu w dziesiątce potęg gospodarczych świata się znaleźć.

Pewnie też głów sobie nie zawracają dziwowiskiem wielkim, że taki wykwit ducha trzeciomajowy z siebie wydawszy, Rzeczypospolita ducha zaraz oddała na amen, czyli na wiek z okładem. Zresztą jakie to dziwowisko, wyjaśnienie dawno już dała pieśń znana, na akademiach kiedyś śpiewana chętnie: gdy naród zawołał umrzem lub zwyciężym, panowie w stolicy palili cygara. Niejednego nałóg zgubił, ci panowie to też byli bracia Monopolanie i za kołnierz nie wylewali, a brać na to skądś trzeba było. Konstytucję chwalebną, choć spóźnioną, fortelem uchwalono, gdy większość posłów jeszcze od stołów wielkanocnych odejść nie zdążyła. Inaczej się nie dało, skoro nawet wcześniejsze ostrożne reformy uchwalały sejmy – jak to delikatnie ujmuje prof. Ajnenkiel – opłacone, i to nie dietą poselską, ale dukatami od carycy Katarzyny. Kieszonkowe takowe nawet król światły w końcu dostawał, i wcale się przed nim nie wzbraniał.

Więc wszystko przez „onych” i obcych, jak to u nas bywa. Każdy czyn za wcześnie i każda książka za późno, jak mówi poeta. Poeta wsteczny zresztą, postęp za nic mający, głoszący na piśmie, że Rzeczypospolita wcale nie przez liberum veto upadła, bo to dobry koncept był, najbardziej demokratyczny akt polski, prawa jednostki chroniący przed terrorem większości, wolność gwarantujący. Tyle, że jak Konstytucja 3 Maja pojawiła się za późno, tak i złota wolność szlachecka niewczesna była. A o sile prawa nie przesądza jego uchwalenie, lecz skuteczne stosowanie. Idea republiki szlacheckiej, jak to ze szczytnymi ideami bywa, zaczęła karleć za przyczyną możnych cwaniaków i tych z braci szlachty, dla których Rzeczypospolita stała się cudowną meliną.

Gdybyście, o bracia Monopolanie, świętowaniem nie byli tak umęczeni, to może by wam się w tym momencie i analogie jakie nasunęły, i myśli czarne. Ale nie ma obawy, wszak Swojszczyzna nasza, białoczerwona, myślenia od dzieci swoich nigdy nie wymagała. Wystarczyło, byśmy na przemian to białą chorągwią machać, to krwi czerwonej sobie upuszczać dawali. „Lud ten dobry jest”, pisał Hugo Kołłątaj do obawiającego się rewolucyjnej ruchawki króla Stasia. I wszystko kupi – dodają dziś polityczni pijarowcy (nie mylić z pijarami). On, czyli my, naród, synowie uszlachconych chłopów i schłopiałej szlachty.

Bo kto by tam ciężkie Norwidy czytał, skoro nawet najbardziej znane powiedzenie przypisywane Piłsudskiemu dyskusji nie wzbudza. Może prawdziwe jest i rzeczywiście Naród u nas wspaniały, tylko ludzie ku*wy?

Data dodania: 27 kwietnia 2012

Nawet jeżeli czytam tę książkę niekoniecznie zgodnie z zamysłem autora, jeżeli używam jej do opowiedzenia o własnym życiu i własnym starzeniu się, to przecież ja, czytelnik, używam tego, co Stasiukowe – jego świata i jego języka. Czy może być większe zwycięstwo literatury? I większy dowód jej siły?

Jestem rówieśnikiem Stasiuka i pewnie dlatego „Grochów” – opowieść o przemijaniu i umieraniu, tren o nieobecnych, inwokacja do pamięci – to książka szczególnie mi bliska. Ale siła tej opowieści jest bardziej uniwersalna niż jednostkowa, warunkowana biografią i metryką, empatia. Niby Stasiuk nie napisał nic nowego: pięćdziesięciolatek odkrywa bliskość i sąsiedzką zażyłość śmierci, uznaje ich nieuchronność i staje po stronie naturalnego biegu życia wbrew pokusom współczesnej cywilizacji, która umieranie uznała za nieestetyczne i wstydliwe, więc spycha je do szpitali i przytułków, a nas wyręcza w towarzyszeniu ostatniemu etapowi życia bliskich. Kiedyś o życiu i jego końcu decydował los, ale to było kiedyś. „Nie będzie już losu. Na razie usuwamy go z naszej codziennej przestrzeni do szpitali i umieralni. Potem weźmiemy się za czas. Będziemy decydować, kiedy ma nadejść”. Stasiuk nie godzi się na to: nie usypiając konającej, śmierdzącej i zjadającej własne odchody ukochanej suki (Suka); odwiedzając sparaliżowanego pisarza, któremu nie może już pomóc, ale może z nim być i próbować przywracać mu pamięć i język, choćby z całego bogactwa leksyki zostało mu tylko niosące się po korytarzach domu pomocy: „Kurwa mać. Tragedia.” (Augustyn).

To wszystko zostało już opisane, przetrawione. Ale siła literatury polega na tym, że powszechne doświadczenie sprawdza w doświadczeniu pojedynczym, weryfikuje w jednostkowym stylu i języku. Stasiuk z tej siły potrafi korzystać, jak mało który ze współczesnych polskich pisarzy. Krytycy zauważyli i opisali kunszt stylistyczny Stasiuka, obecny także w nowym tomie opowiadań. Mam jednak wrażenie, że w „Grochowie” słów jest mniej, a na pewno mają większą wagę. Dotykają rzeczy ostatecznych, więc milkną, zanim pogrążą się w gadulstwie. Stasiuk wciąż pozostaje poetą „całego tego badziewnego cudu”, w rzeczach zwykłych dostrzega błyski znaczeń niepowszednich, pisze jakby słowami dotykał przedmiotów i krajobrazów, ale ten styl i język Stasiukowy służy już czemu innemu. W „Grochowie” tematem Stasiuka jest śmierć, a nie życie. Bezpieczniej mówiąc: bardziej śmierć niż życie.

I rozpacz. Bo odrzuciwszy tradycyjny ład naszych babek, w którym grzeszne dusze objawiały się żyjącym na miedzy albo pod figurką, nie budząc lęku, straciliśmy też język, w którym możemy o śmierci (i ze śmiercią) rozmawiać. A także pisać o niej literaturę. Jesteśmy ubożsi niż babka Stasiuka, bo „duchy, ociężałe od grzechu i przekleństwa dusze, śmierć towarzyszyły jej na co dzień” (Babka i duchy). Towarzyszyła jej metafizyka codzienności, w której przenikały się świat i zaświat, i w której „zwyczajność niezwyczajnych zdarzeń przydawała im wiarygodności”. Nam, niewidzącym z wyboru, pozostaje jedynie zwyczajność, fizjologia i autotematyzm. Co będzie, gdy umrą ostatnie babki, które na własne oczy oglądały świat duchów? „Gładka, wypolerowana powierzchnia codzienności usłużnie podsunie nam nasze własne, płaskie odbicie jak głębię.” To już się dzieje.

Te wszystkie wątpliwości pojawiały się u Stasiuka wcześniej, ale zagadywał je opowieściami o drodze, z drogi, chłopacką pogonią za przygodą, z której wysnuje się kolejna historia. Teraz stała się rzecz, myślę, ważąca na przyszłej twórczości autora „Grochowa”. Śmierć najbliższego przyjaciela zmusiła pisarza do postoju, zatrzymania, do zamarcia. Ruch dający dotychczas ratunek i historie, okazał się daremny. Znającego już wyrok nieuleczalnej choroby przyjaciela zabiera Stasiuk w podróż po znanych drogach i krajobrazach. Ta ucieczka przed wypowiedzeniem ostatecznego nie udaje się. „Jechaliśmy, żeby nie rozmawiać. Ta podróż nie była konieczna, można to było załatwić stacjonarnie.” Żeby nie rozmawiać, patrząc sobie w oczy. Przekornie, bez patosu przyznaje się Stasiuk, do czego? porażki? rezygnacji? pogodzenia z naturalnym biegiem życia?

Nie wiadomo, czy to zmiana trwała, ale w „Grochowie” żywiołem literatury jest pamięć, a nie wrażenie, podróż w czasie, a nie w przestrzeni. Ruch zresztą pozorny, bo wszystko jest równoczesnym teraz w starzejącej się pamięci. Albo inaczej: wszystko jest przeszłością, nawet gdy dzieje się teraz, gdy uświadomimy sobie, że nie jesteśmy bohaterami nie kończącej się nigdy opowieści, że przestaliśmy być nieśmiertelni. Gdy odkryjemy, przez śmierć innych i własne starzenie się, że życie jest terminalne jak nieuleczalna choroba.

O wspaniałym realizmie tytułowego opowiadania i opisanej w niej młodości napisali już inni. To naprawdę przejmujący tren prozą, zapisujący i ból utraty, i siłę wspomnień jako trwania, i zwątpienie w zmartwychwstanie. Stasiuk przywołuje dzieciństwo, by tym mocniej zapamiętać nieobecnego już w teraz, a obecnego w niegdyś, przyjaciela. Jak to robi, to temat na poważną analizę krytycznoliteracką. Dla mnie, starszego od Stasiuka ledwie o kilka miesięcy, ważniejsze jest to, że wreszcie się zatrzymał i to, co zamarłszy -z lęku? rozpaczy? – zobaczył. „Grochów” ukazał się tuż przed Wielkanocą, ale nie niesie on łatwych obietnic ani wiary. Lecz szorstką otuchę w nim znajdziemy. Uznanie naturalności naszej kondycji, biegu życia zostaje nagrodzone, choćby finałem opowiadania o suce, która żyje mimo wszystko, zredukowana do fizjologii. „Suka zjadła i znów zwinęła się w kłębek w swojej norze ze śpiworów i koców. Nasz młody bury kot wchodzi tam za nią i zwija się obok w cieple jej stygnącego ciała”. Życie zwycięża śmierć, jeśli nie przez zbawienie, to dzięki łańcuchowi istnień.

Wobec śmierci jesteśmy samotni, pisze Stasiuk. Jest jednak człowiekiem wystarczająco doświadczonym, by ustrzec swoją melancholię przed sentymentalizmem. Broni się szczerością, literacką, więc ironiczną. Jeszcze jedno zakończenie, finał trenu o zmarłym przyjacielu i całej książki: „Po trzech miesiącach rozsypaliśmy go w górach.(…)Była Wielkanoc, zimne słońce i wiatr rzeczywiście wiał. Przez ułamek chwili był jeszcze widzialny, a potem zniknął już na zawsze, nie do odnalezienia. Trochę wpadło mi do oka, ale łza zaraz wypłukała pył.”

Zniknął na zawsze? A literatura? Został w niej przecież i jestem przekonany, że został na dłużej niż jeden czytelniczy sezon.

Piszmy więc, to przetrwamy. Piszmy, nikt nie woła.

26 kwietnia 2012, pięćdziesiąt dwa lata później

Data dodania: 23 kwietnia 2012

Tydzień wyrwany rutynie. Zaległe lektury (a są niezaległe?). Czytanie poezji sanatoryjnych reklam. Odkrywanie znaków, na co dzień niezauważanych. Dzisiaj znikającego, iż czytane pędem.

KOCIOŚĆ

Chłodno, pusto, kuracjusze na zabiegach, zabiegani od rana. Nawet kotów nie ma – myślę. I wtedy, zza żywopłotu, bezgłośnie, ostrożnie, z namysłem, podchodzi do ławki, na której przysiadłem. Delikatnie ociera się o nogi, kreśląc ósemkę, koci znak przyjaźni. Wskakuje miękko, ale nie wsuwa się na kolana jak przed rokiem, lecz siada obok i bez ruchu patrzy tam, gdzie ja – w nieopisane przed siebie.

Siedzimy tak sobie z kotem na ławce, absurdalnie, bo ani słońca, żeby się wygrzewać, ani pieszczot powitalnych. Ani mru, mru. Siedzimy i myślę o tym, że kot siedzi obok. Czy kot też myśli o mnie? Myśli? Czy raczej jest wcieleniem absolutnie leniwego nie-myślenia? Nie myślenia bez potrzeby, bez konieczności. Esencją bycia. Idealnej kociości, niedostępnej człowiekowi. Chyba że za cenę zezwierzęcenia.

KRĘGI

Masaż gorącymi kamieniami. Masaż gorącą czekoladą. Masaż ciepłymi olejkami. Masaż bańką chińską. Masaż klasyczny. Masaż mechaniczny. Scrub masaż. Masaż Shantala. Chiński. Izometryczny lub rehabilitacyjny. Aromatoterapeutyczny. Segmentarny albo centryfugalny. Ludzkość jest bardzo pomysłowa w kojeniu bólu, także bólu zwyrodniałego kręgosłupa. Od wieków, we wszystkich cywilizacjach.

Jeszcze bardziej pomysłowa jest ludzkość w bólu zadawaniu. Wszystkie despotie, czyli jakieś trzy czwarte ludzkiej historii i geografii politycznej, lubowały się w naginaniu i łamaniu kręgosłupów: moralnych, ideowych, etycznych. Używały do tego – czasem bardzo wyrafinowanej – sztuki zadawania cierpienia.

Tu, w Busku, myśli się o tym jakoś naturalnie, tak wielu tu torturowanych bólem, zadawanym przez ślepą naturę, los, przypadek. Patrzę na tych wszystkich zgiętych i kulejących, poskręcanych i pokrzywionych, wspartych o laski, chodziki, wózki i wiem, że granica, za którą tortura i choroba, metoda i przypadek, metafora i fizjologia stają się jednym bólem-nie-do-wytrzymania, jest bliżej niż nam się wydaje. Chwała tym, którzy potrafią zachować metaforyczny kręgosłup, gdy zadawany przez ślepą i irracjonalną chorobę ból fizyczny rozwala mózg. Czy nie łatwiej jest wytrzymać ból wtedy, gdy bierze się z tortur, z prześladowania, nawet z sadyzmu, a więc z tego, co mimo wszystko potrafimy zrozumieć, ogarnąć rozumem? Kultura jako obrona przed naturą?

Byłbym zapomniał: w ofercie jest też okładanie błotem. Z Morza Martwego.

ODLICZANIE

Nie mogę zostać dłużej w willi na rogu Słonecznej i Spokojnej. Żegnam się z gospodarzami. Grzecznościowe „do zobaczenia za rok” nagle brzmi mi jak zaklęcie. Mające zapewnić nie tyle spotkanie za dwanaście miesięcy, ile że przez ten rok nic złego się nie wydarzy i nic dobrego nie skończy.

Drobny fortel, żeby przechytrzyć los. Zaczęło się więc odliczanie? Oszukujemy czas, by on nas nie odszukał?

PODEJRZLIWOŚĆ

W Busku zobaczyć moment powrotu wiosennej zieloności nietrudno. Wychodzi się na zewnątrz i nagle jest tak, jakby snujący się po parku ludzie w szarozielonkawych drelichach i kraciastych koszulach wzięli się na chwilę do roboty i porozwijali soczysto zielone dywany przysypane wzorem białych, żółtych i niebieskich kwietnych plamek, po czym znów spokojnie przysiedli na piętach lub brzegach klombów, by okadzić je dymem z papierosów. Jest czas, by to wszystko dostrzec i zapamiętać.

Ale w tym roku, tuż przed wyjazdem z domu, udała mi się rzecz trudniejsza: podejrzałem wreszcie ten moment, te kilka chwil, kiedy na kasztanowcu zaglądającym uparcie w okno w oblepionych kleistym sokiem zawiązkach liści pojawia się pierwsze pęknięcie. Wystarczyło być w domu i w odpowiednim momencie wyjrzeć przez okno, a potem już nie odchodzić z balkonu, aż wreszcie mocne słońce zmusi do ukazania się w tym pęknięciu wymęczonej zimowymi ciemnościami bladozieloności.

Jeszcze przed kilku laty nie przyszłoby mi do głowy zajmować się takimi dziwactwami, a co dopiero pisać o nich. Coś się zmieniło. Co? Leśny gołąb, szlachetny kuzyn miejskiej ptasiej wścibskości, podfrunął właśnie na drzewo, unosząc w dziobie jakiś delikatny fragment przyszłego gniazda. Przeciął moje zapatrzenie, nie zwracając na nie uwagi.

Stajemy się tym bardziej uważni wobec świata, im bardziej on przestaje nas zauważać. Znaczy: starzejemy się.

Data dodania: 10 kwietnia 2012

W Wielki Czwartek w Kalwarii Zebrzydowskiej, przy kaplicy „U Piłata”, metropolita krakowski kardynał Stanisław Dziwisz powiedział w kazaniu: „Bo podważanie misji i autorytetu Kościoła szkodzi człowiekowi, osłabia jego wiarę, odbiera mu nadzieję. Czasem mamy wrażenie, że ataki na wspólnotę Kościoła w naszej wolnej Ojczyźnie są bardziej przebiegłe i przewrotne niż w czasach komunizmu.”
(za chrześcijańskim portalem www.pch24.pl)

To komentarz do dyskusji o finansach Kościoła.

Pycha jest pierwszym z grzechów głównych. Ogłupia pamięć, osąd, język.

Na początku było Słowo.

Gadanina będzie końcem?

Data dodania: 4 kwietnia 2012

Plus minus tragedia: planowane jest zamknięcie co trzeciego sądu i co dwunastej szkoły. Powstaje kulturalna i gospodarcza pustynia – wieszczyła niedawno „Rzeczpospolita”. Polska powiatowa w likwidacji, wcale nie tylko ta na „ścianie wschodniej”. Pod ścianą stanęły nawet duże powiaty. Pod ścianą płaczu.

Alarm w gazecie nie jest przedwczesny, już raczej spóźniony. W samorządach czas wielkiego postu, a oszczędności zaczyna się od tego, co najbardziej bezbronne i najmniej namacalne – oświaty i kultury. Drogi jeszcze, jak Unia da, będą budować. By ludziom uciekało się lepiej, do metropolii. Ostatni zgasi światło, jeśli wcześniej nie odetną. I jeśli będzie umiał przeczytać instrukcję obsługi wyłącznika. Centrum wydrenuje najlepszych, najenergiczniejszych, najbardziej zdesperowanych. A nawet bagno drenowane zbyt mocno zamienia się w końcu w pustynię.

W tym roku samorządy zamkną blisko dwa i pół tysiąca szkół. Znikną małe sądy, zasną tysiące placówek kultury. Zlikwidowanych linii autobusowych, zamkniętych stacji, urzędów pocztowych, przychodni nikt już nie liczy. Nikt nie policzy też odebranych bibliotekom pieniędzy na kupno książek. Anegdota zasłyszana niedawno w Świętokrzyskiem. Bibliotekarce protestującej nieśmiało, że jeśli nie będzie kupować nowości, to na półkach zostanie wyłącznie klasyka, poirytowany wójt wypalił: no i co się stanie, to mało ma pani tu książek? niech najpierw przeczytają te, co som.

W moim rodzinnym Radomiu, dwustutysięcznym mieście- powiecie wydzielonym, od kilku lat reformuje się oświatę, likwidując szkoły. Przez to miasto staje się wydzielone coraz bardziej: cywilizacyjnie, intelektualnie, politycznie. Osiem lat temu władze chciały zlikwidować moją podstawówkę. Broniłem jej razem z pewnym politykiem, który teraz jest wiceprezydentem od edukacji i kultury. Byliśmy skuteczni, prezydent skuteczny pozostał do dziś. Właśnie zlikwidował tę szkołę, placówkę ze stuletnią tradycją, która przetrwała cara, dwie wojny i komunizm. Tym razem szkoły bronili ci, przed którymi osiem lat wcześniej broniliśmy jej z obecnym prezydentem-likwidatorem. Ot, polityczna dialektyka, choć chodzący ze mną do szkoły gitowcy takie zachowanie nazywali inaczej. Oni mieli jednak honor, bandycki, ale honor.

Co łączy świętokrzyskiego wójta z prezydentem dwustutysięcznego miasta powiatowego? Świętokrzyskie wbrew geografii już stanęło pod ścianą wschodnią, rządzący Radomiem o ścianie wschodniej marzą. Jeszcze kilka lat przycinania kultury i edukacji, a unijna jałmużna dla biedaków stanie się szczytem aspiracji trzech czwartych kraju. Podział na dwie Polski tak się pogłębi, że zachwiana zostanie elementarna komunikacja społeczna. Podział bynajmniej nie polityczny, lecz cywilizacyjny – na Polskę powiatową i metropolitalną. A potem znowu (który to już raz?) zbuntowany lud wejdzie do śródmieścia.

Prowincja wyludnia się we wszystkich bogatych krajach na Zachodzie. Ale tam już zauważono, ile na tym stracić mogą wszyscy, także ci z centrów. Dlatego trend próbuje się tam hamować, nawet sprowadzając na opustoszałe tereny biedniejszych cudzoziemców. My zmierzamy w innym kierunku, Ameryki Południowej, bo infrastruktura intelektualna i cywilizacyjna poza obszarami metropolitalnymi jest bezmyślnie likwidowana albo rozwala się bez sensownej redystrybucji dochodów bogatego centrum. Współtworzonych przecież przez prowincję: do pracy tylko w Warszawie dojeżdża 800 tysięcy osób spoza stolicy.

Rządzenie naszą codziennością jest rzeczą zbyt poważną, by pozostawić je politykom. Zostawiliśmy, to nas urządzili. Selekcja negatywna na lokalnych szczeblach władzy staje się faktem, fachowcy szukają pracy z dala od polityki. Twórcy naszej samorządności wierzyli w mądrość zbiorową, rzekomo świetnie rozpoznającą potrzeby lokalne. Dziś widać: tak lokalne, że aż wyłącznie własne.

W moim rodzinnym mieście likwidatorom tradycji paradoksalnie bębenka podbijają wykopki archeologiczne: znalezione mury i skorupy są dowodem, że miasto ma długaśną tradycję. Odkopując stary gród, samorządowi politycy zakopują jednak inne, mniej spektakularne tradycje – na przykład oświatowe.

Patrzę na mojego psa, który spuszczony ze smyczy na spacerze, zachowuje się euforycznie: kopie coraz nowe doły, zasypując te wcześniej wydrapane, i puenta tego felietonu nasuwa się sama. Samorządowcy – likwidatorzy są jak pies ogrodnika: sami nie mając większych aspiracji, nie pozwalają ich zaspokajać innym.

Więc Dobrych Świąt. I niech „dobrych” nie oznacza tylko pełnej miski.

Strona 10 z 14« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury