Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 3 października 2012

Zlizywana z księżowskich kolan piana tylko na chwilę ożywiła rytualną debatę o potrzebie/ zbyteczności gimnazjum, złudnej powszechności wyższego wykształcenia i tym podobnych supełkach gordyjskich polskiej oświaty. Takie bicie piany towarzyszy co roku inicjacji szkolnej, bolesnej jak każda inicjacja.

W tym roku do dyskusji o szkole włączona została – odświętnie, jubileuszowo – Gombrowiczowska „Ferdydurke”, rozmieniona na najbardziej znane fragmenty, czyli kpiny z Pimki, Bladaczki i całego ciała pedagogicznego. Aliści księżowskie kolana uświadomiły dobitnie, że jak „ciało pedagogiczne” nie jest wyłącznie metaforą, tak powieść Gombrowicza nie jest jedynie kpiną ze szkolnego systemu.

„Ferdydurke” nie jest przecież opowieścią o jakimś szczególnym rodzaju opresji wobec „ja”. Szkolna opresja jest opresją życiową – wchodzenie w dorosłość oznacza oddanie się tej opresji na zawsze: uzależnienie od ocen wystawianych przez otoczenie, poddanie się osądowi innych, często (najczęściej – powiada Gombrowicz) głupich i głupszych niż wydane im na interpretację „ja”. Oznacza też wystawienie niedojrzałego „ja” na podszczypywania kulturalnych ciotek, ciamkanie pedagogów, oddanie (gwałt raczej przypominające) schematom, stereotypom, normom obowiązującym i obwiązującym niczym wisielczy sznur. Komu obce jest to doświadczenie? Nawet najszczęśliwsze dzieciństwo podszyte jest zawsze ciotką i gogiem, dorosłym, któremu podświadomie staramy się przypodobać albo przynajmniej nie narazić.

Grzeczny, ale odmieniec – tak oceniały mnie osobiste ciotki, pewnie ze względu na skłonność do samotności, której oddawałem się nawet podczas osadzenia w przedszkolu. Zamiast słuchać, wolałem czytać i z literami wiąże się moje pierwsze zderzenie ze szkołą jako instytucją „uczącą życia”. Czytać uczyłem się dość wcześnie i niejako podwójnie, bo oprócz liter łacińskich znalazłem sobie cyrylicę. Tak, znalazłem, dosłownie, w sieni, na drewnianej podłodze, którą matka przykrywała po umyciu wielkimi płachtami radzieckiej „Prawdy”. Czyniła tak nie z zamiłowania do wschodniego ustroju czy kultury, ale z racji darmowego dostępu do organu KC KPZR w zakładzie pracy. „Trybuna” zresztą też była za darmo, ale „Prawdę” drukowano na znacznie lepszym, mocniejszym papierze, przez który wilgoć z umytej podłogi nie przebijała się tak łatwo, podobnie jak naniesione z dworu błoto, które nie kalało desek „prawdą” nakrytych.

Nie wiem, co ciągnęło mnie do tych obco zadrukowanych płacht. Niezwyczajna biel papieru? Satyryczne rysunki nakreślone śmiałą, rozpasaną kreską? Daruję czytelnikom opisy burżujów palących cygara, trzymających Trumana na smyczy i miotających bomby, których zdolniejsi ode mnie uwiecznili w ostatnich latach na tysiącach stron powieści o krajach dziecinnych i maleńkich ojczyznach. Dość powiedzieć, że gdy litery zacząłem nie tylko czytać, ale i rysować, bukwy wychodziły mi lepiej i dokładniej. Prawdę powiedziawszy, łacińskie (wtedy myślałem: polskie) litery bazgrałem z męką, jak kura pazurem.

Szkoły się nie bałem, bo nie mogłem się bać miejsca, gdzie – jak mi mówiono – będę pisał, ile dusza zapragnie. Obietnice były jednak na wyrost. Cierpłem z nudów i bólu ręki, za pomocą której w zeszycie w trzy linie więziłem w karnych szeregach litery, powtarzane setki razy, posuwające się po liniowanym papierze jak po fabrycznej taśmie. Z odrętwienia wyrywało mnie jedynie błogosławieństwo kleksa, który burzył liniowy porządek postępu w nauce. Najgorsze nie były jednak ani cierpkość, ani cierpienie trzeszczących ławek z wiecznie utytłanym kałamarzem. Rychło dowiedziałem się, a raczej domyśliłem, że nie będę pisał do woli, według mojej woli, bo istnieje program nauczania i nauczania porządek, przystosowany do średniej klasowej. I że pisać mam nie piękne, krągłe bukwy, których kształty uwodziły moją dłoń, lecz nasze, polskie litery, bom Polak, a nie ruski jakiś. Nikt tego nie powiedział mi wprost, ale system sam doskonale się tłumaczył i szczęśliwie uniknąłem zaprzaństwa. Litery łacińskie wychodziły mi coraz lepiej, a ponieważ czytałem płynnie, to w imię niepsucia średniej i za pisanie dostawałem piątki. Kiedy po latach zaczęto znów mnie uczyć cyrylicy i zapisanego w niej języka, uświadomiony już, na przymus odpowiedziałem solidarnym bezwiednym oporem.

Wszyscy mamy jakieś prywatne opowieści o końcu dzieciństwa. Ale kto czytał „Ferdydurke”, ten już wie, że to koniec pozorny, bo dzieciństwo nigdy się nie skończy. Genialny eksperyment Gombrowicza: wrzucenie w szkolną magmę osobnika dojrzałego i obserwacja, jak łatwo staje się na powrót sztubakiem, tak łatwo, że podejrzewać można, iż nigdy sztubakiem być nie przestał, że wyrwany do odpowiedzi w „dojrzałym” życiu kluczy, zwodzi, jąka się i czerwieni tak samo, jak wtedy, gdy opowiadać miał dlaczego Słowacki wielkim poetą był. Nigdy nie jesteśmy dość przygotowani do odpowiedzi, a ku końcowi lekcji, książki, życia poruszamy się jednako: przez rozpad świata i przemoc kumulującą się w kolejnych „kupach”. To lekcja „Ferdydurke” i Gombrowicza. Okrutna.

Skazaliśmy się na ten los już jako dzieci, gdy zapragnęliśmy wejść w świat dorosłych. Wtedy to porzuciliśmy samotność, do której czasem tęsknimy dojmująco. Wszelakie egzaminy dojrzałości to fikcja, nigdy nie skończymy szkoły życia, nie wyrwiemy się z opresji bycia ocenianym i nierozumianym. Od tej sztubackiej pupy, która z czasem staje się naszą gębą, nie ma ucieczki – mówi Gombrowicz.

Ja jestem mniej pesymistyczny: ucieczki nie ma, ale czasem zdarzają się wagary. Gorąco na nie namawiam, choćbyśmy potem za karę latami stali w kącie.

Data dodania: 21 września 2012

Mistrz taki, więc grał od pierwszego momentu, od ukłonu na dzień dobry po ostatni autograf i pamiątkowe zdjęcie. Grał tak, że krzesła pokasływać przestały, choć powietrze muzealnie zasuszone, widz żaden nie skrzypnął i nawet komórki, co to je uciszyć zapomniano, odmawiały połączeń. Wieczór zaczynał się wspaniale i ani pomyślałem, co za wyzwanie mnie czeka.

Mistrz nad mistrze czytał, więc czytał mistrzowsko nawet gestu pozbawiony mikrofonem w dłoń wciśniętym, by telewizja rzecz nagrała dla nieobecnych i potomnych. Grał więc głosem, spojrzeniem, krokiem stolik omijającym, krzesła przysunięciem, by przysiąść na nim dla późniejszego powstania. Skończył, i czytać przestał, choć wszystkim się zdawało, że gra jeszcze…

Słusznie się zdawało, bo gra tak naprawdę dopiero się zaczynała. Więc zamieszanie, karty, z których Gombrowicza fragmenty czytał, składa, ja krzesła odstawiam, na miejsce, ale już jakby inne, nie-miejsce raczej. Woda wpadając do szklanki bulgocze, pytaniem pierwszym ją zagłuszam, a wpierw jeszcze anegdotą z poprzedniej wizyty aktora we Wsoli, by sobie i rozmowie śmiałości dodać. Pytanie pierwsze o Gombrowicza nieustającą atrakcyjność, a jakże, u niego przecież jesteśmy. „Nie wiem właściwie”, słyszę w odpowiedzi i słusznie wiary nie daję, bo potem co „nie wie”, mistrz Andrzej wyjaśnia długo i przejrzyście, w rozmowie raczej niż przemowie, chociaż ze sobą najpierw bardziej niż z publiką.

Mowa toczy się wolno, rozpędu szukając po sali, jakby mistrz możliwość porozumienia sondował spojrzeniem. Pauzami słowa do myśli nagania, szykiem wiąże i coraz dobitniej zdanie ze zdania wywodzi, zamyśleniami wywód rytmizując dla lepszego efektu. Uspokojony, na krześle za niskim się obsuwam, łyk wody przeciw oschłości muzealnej upijam, słucham uważnie. A tu nagle mistrz na równe nogi się podrywa, ku ostatnim rzędom wzrok kieruje, do mnie nie-tyłem, ale pół-bokiem raczej, krok w lewo, krok do przodu. Wstaje mówienia nie przerywając, ale teraz to do nich mówi, nie do mnie, choć co jakiś czas twarz do porzuconego odwraca i słowem zawadza.

Więc i ja wstaję, bo jakże siedzieć mam i rozmowę prowadzić, skoro On stoi i staniem tym do powstania mnie zmusza, bym usiadł jednocześnie prosząc. Po prawdzie usłuchać nie powinienem, lecz stać z szacunku i dla symetrii, z grzeczności należnej także; ale czy grzeczne to będzie, w kadr włazić, gdy postać Jego ważniejsza, pierwszoplanowa? Wszak spektakl się zaczął i ja go już nie prowadzę, lecz on – Aktor i pan sytuacji, Reżyser.

Posłusznie na krzesło wracam, a w głowie już mętlik, dobrze, że pytania zanotowane. On kończy, podrywam się więc, by kolejne zadać, On siada, więc siadam i ja, w pół zdania, półgębkiem. I tak pląs ten powtarza się jeszcze, i jeszcze, aż w końcu ład jakiś się ustala sam z siebie i harmonia spektaklu, rozmowa się toczy poprzez przysiady i powstania, rozmowa, a może i dialog. Pytań wszystkich nie zadam, bo głupie mi się wydały, zresztą po co przerywać, skoro tak mówi i publiczność we władanie obejmuje. Publiczność, dla której stojący odpowiada, by lepiej go widziała.

A ja, słuchając uważnie, zastanawiam się jednak, dlaczego to zrobił, tę psychodramę gimnastyczną z Gombrowicza rodem. Z rozmysłem to zrobił czy mimo woli? I komu to zrobił – mi? Publice? Czy sobie raczej? Sobie, nam wszystkim, bezwiednie prawie, z wiedzy głębokiej i talentu, po latach sztuki uprawiania nieuchronność i nieustanność gry powodujących. Aktorstwo mistrzowskie porządek spotkania ustaliło, ustawiło hierarchie i plany sceniczne, teatr z międzyludzkiego wywodząc. Sztuka zawsze jest dramatem, zajęciem tragicznym – pointę z mistrza Gombrowicza mistrz Seweryn przytacza jak armatę, słowa patetyczne, które przed banałem obronić może tylko artystyczna biografia. Dlatego trudno nie wierzyć na słowo i cytowanemu, i cytującemu.

Tak, tego wieczora Gombra na wsolskiej scence odprawialiśmy bardziej niż kiedykolwiek i był on wśród nas nie tylko w słowach jego i o nim, ale i w tym, co między ludźmi wydarzać się zwykło. Niezwykłe.

fot. Piotr Pudzianowski

Data dodania: 6 września 2012

Kultura się liczy. Nie ma wyjścia, skoro z nią się nie liczą. Upodabnia się do innych gałęzi biznesu, chwali frekwencją i wpływami. Skoro więcej turystów odwiedziło Warszawę z okazji Roku Chopina niż EURO 2012, to może na kulturze da się zrobić biznes, nisze zostawiając eremitom?

Przysporzyłem ostatnio bólu głowy pewnej dostojnej instytucji, zasłużonej i szacownie stołecznej. Poszło o sposób wyliczenia należnych tantiem, które Instytucja liczyła dotychczas od przychodu za bilety. Kłopot polegał na tym, że my w Muzeum Gombrowicza nie biletujemy. Nie biletujecie? Ano nie biletujemy! To jak się obliczacie? Problem zaiste ontologiczny.

Wyliczamy się po prostu, może trochę naiwnie: z dobroci i kieszeni naszych sponsorów. Biznesowych, instytucjonalnych, ale i indywidualnych, całkiem nieraz pomniejszych, anonimowych. Dotacji budżetowej wystarcza ledwo na najpilniejsze potrzeby, ale nie narzekamy – na artystyczne i intelektualne ekstrawagancje znajdujemy pieniądze gdzie indziej. Chodzimy „po sponsorach” z kwestarską pokorą, prosimy zwiedzających o anonimowe mikrodotacje do skarbonki, oszczędzamy pozyskując pomoc w towarach i usługach. Ostro negocjujemy też z artystami, tantiemowym apetytom przeciwstawiając przyjemność obcowania również z widzem niezamożnym, ale złaknionym kultury. Najczęściej dosyć skutecznie.

Czemu tak właśnie postępujemy? Z prostych powodów. Najważniejszy to misja, choć odkąd telewizja za przeproszeniem publiczna uznała, że misyjny jest także konkurs celebrytów tańczących na lodzie, z terminem tym trzeba ostrożnie. Więc wyjaśniam: traktujemy niezwykle serio konstytucyjny zapis o równym dostępie do kultury, który w naszym rozumieniu odnosi się również do tych, których na bilet wstępu do kultury nie stać. A jest ich całkiem sporo. Nie odrzucamy więc na przykład emerytów, tak łatwo lekceważonych w owładniętym kultem młodości dziś. To ludzie, dla których kiedyś kultura była luksusem z braku wolnego czasu, a dziś staje się luksusem z braku pieniędzy, bo czasu mają już co najmniej tyle, ile wydatków na drożejące wciąż leki. Darmowym wstępem próbujemy też przyciągnąć młodych, niezarabiających, zdanych na łaskę rodziców, dla których wydatki na kulturę bywają ekstrawagancją. Niekoniecznie z niewiedzy czy złej woli – u nas, na prowincji, równie często z biedy. Tak rozumiemy misję instytucji publicznej utrzymywanej z pieniędzy podatników.

Nie oznacza to jednak, że jesteśmy pięknoduchami nie liczącymi się z groszem. Przeciwnie: my ten grosz liczymy niczym dickensowskie sknery. Ale wolny wstęp na wszystkie imprezy to świetny argument w negocjowaniu honorariów i w zabiegach o sponsorów. Nasi goście mogą poczuć się mecenasami kultury, a nam łatwiej znosić żebracze peregrynacje. A także skuteczniej je kończyć. Jest więc w tym wszystkim ekonomiczna kalkulacja. Na przykład: nie określając ceny za wstęp do muzeum, każdego odwiedzającego prosimy o dobrowolne wsparcie. I za tych, których na wstęp nie stać, płacą ci zamożniejsi lub hojniejsi. Świadczą o tym nominały banknotów, które można zobaczyć w naszej transparentnej skarbonce.

W kultywowaniu kulturalnej darmochy jest jeszcze jeden zamysł, marketingowy: chcemy przyciągać również osoby, które kuszą wszelkie okazje i przeceny. Nie potrafię powiedzieć, ilu z tych, którzy uczestniczyli w naszych wydarzeniach kulturalnych, bo „było za darmo”, odwiedziło nas ponownie. Ale nawet jeśli nie wrócili, to zetknęliśmy ich z kulturą inną niż ta oferowana przez galerie handlowe lub telewizję, w której króluje chała i gała. (Choć to ostatnie już raczej nie, bo TVP nie stać nawet na transmitowanie reprezentacyjnych „orłów” w gałę haratających.) Taka jest nasza strategia marketingowa w realizowaniu misji, może zabawna ze stołecznej perspektywy, ale dojmująco realna z punktu widzenia zapomnianego w kącie Mazowsza powiatu, dla którego szczytem marzeń stało się zdobycie dotacji wspierających biedę na polskiej „ścianie wschodniej”.

Tylko skąd ta nagła potrzeba, by się tłumaczyć? Sam sobie wydałem się dziwaczny i śmieszny? Dlatego tłumacząc się używam języka właściwego systemowi , z którego chciałbym się wyrwać – systemowi kultury „sformatowanej” i „urynkowionej”? To wszystko pewnie z lęku, że w świecie sformatowanych marketingowo przemysłów kultury, stanowiących atrakcyjny towar promocyjny i turystyczny, w kulturze, która się liczy i oblicza, nasza wiara w „misję” może okazać się anachronicznym złudzeniem, które wkrótce opadnie jak jesienne liście.

Albo jak wykres, pokazujący znów okrojoną dotację na działalność i kurczącą się hojność sponsorów, przerażonych kryzysem wieszczonym w sformatowanych mediach.

Data dodania: 28 sierpnia 2012

Sierpień miesiąc niebezpieczny dla Polaków. Rocznice Cudu, Powstania, Solidarności. Można i bez przecinków: Cudu Powstania Solidarności, albo Powstania Cudu Solidarności, albo jeszcze inaczej – Solidarności Cudu Powstania. Miesiąc cudownego przerabiania klęski na zwycięstwo, zwycięstwa na klęskę. Teraz aż do grudnia świętować będziemy bohaterów i ofiary. A właściwie bohaterów-ofiary, bo u nas każdy bohater to jednocześnie ofiara, najlepiej tragicznie przegrana albo i daremna. Kto ofiarą się nie stał, nie ostanie się w zbiorowej pamięci jako bohater.

Nie to, żebym nie był wdzięczny bohaterom naszym. Jestem, ale konkretnie i pojedynczo. W sierpniu na przykład wdzięczny im jestem za dostęp do morza. Wdzięczny im jestem, że nad tym morzem mogę spacerować, chroniąc się przed historyczną histerią, przed celebrą, wreszcie przed polskim poczuciem winy, że nie dość ukochałem rany nasze rozdrapywane i patriotyczny obrządek.

Przed tekstylnym patriotyzmem nie ma jednak ucieczki. Przybierający groteskowe, odpustowe formy, żywiący się tanim symbolizmem i zbiorową egzaltacją, uwielbiający marsze i skandowanie, kochający kicz i marketingowe sztuczki, nie dopuszczający dyskusji, wrogów widzący w tych, co nie w karnym tłumie, a narodowe zwycięstwa nawet w straszliwych klęskach. Tekstylny patriotyzm opanował zarówno przyozdobione narodowymi znakami kibolskie sektory stadionów, jak i polityczno-państwowe uroczystości. Stał się też biznesem: niedawno producent higienicznego żwirku dla kotów przysłał mi wraz z zamówionym towarem biało czerwoną koszulkę z orłem na piersi i swoim logo, która została mu pewnie po zakończonym klęską Euro.

Nie zdziwiłem się więc nawet, gdy następnego dnia po przyjeździe nad morze zobaczyłem młodego człowieka maszerującego na plażę w białym t-shircie z tragicznym nadrukiem: wielka litera P, osuwająca się ku ziemi, rozszczepiona u podstawy w kotwicę, znak Polski Walczącej. Taki sam, jak na pudełku na cukierki oferowanym w sklepie Muzeum Powstania Warszawskiego („cukierki wzór 1, cena: 6, 00 zł”). Ach, to nic, że tak bolały rany, bo jakże słodko teraz iść na te niebiańskie polany.

Nie mam ochoty wracać do dyskusji o przedstawianiu tragicznej rzezi w poetyce gry komputerowej albo imprezy rekreacyjnej. Moim zdaniem ponad 200 tysięcy przerwanych istnień ludzkich zasługuje na ciszę i poważny namysł. Złudzeń jednak nie mam: i tak najgłośniejszy będzie tupot uczestników Biegu Powstania Warszawskiego, ścigających się wokół mogił, albo wystrzały kolejnych „rekonstrukcji”, których jest już tak wiele, że w końcu ktoś wpadnie na pomysł, by dla przyciągnięcia widzów rekonstruować egzekucję. Złudzeń nie mam, ale mam za to wrażenie, że historyczne przebieranki dają ich uczestnikom dziwnie perwersyjną przyjemność. Tekstylny patriotyzm jest bardziej perwersyjny niż plaża w Chałupach przed laty.

Fałszywe znaki przekłamują znaczenia. Rozpoczęcie Powstania Warszawskiego już świętowane jest tak, jakby zakończyło się ono zwycięstwem, a nie śmiercią pomnożoną przez dwieście tysięcy. „Na kompanię – 170 ludzi – mieliśmy 7 pistoletów, 3 karabiny, 40 granatów i jedną pepeszę, która nie strzelała ogniem ciągłym” – wspomina w „Newsweeku” prof. Jan M. Ciechanowski. Na każdego zabitego w powstaniu Niemca przypadało 130 Polaków, zdecydowana większość to byli cywile: również dzieci i kobiety. To także z tych liczb polityka historyczna zrobiła zwycięstwo polskiego ducha. Tragiczną klęskę przerobiła na zwycięstwo, a wszystkich, których takie „zwycięstwo” nie cieszy, skreśliła jako odszczepieńców. „Oczywiście, że było bohaterstwo. Ale była też rzeź” – powtarza prof. Ciechanowski. Ci, którzy o tym pamiętają, muszą się dziś tłumaczyć. Lęk przed etykietką „złegotoptaka” tkwi w pamięci jak drzazga. Albo jak ślady bohaterskich klęsk.

Ślady takie jak bunkry na plaży w Jastarni, fragment systemu obrony, który nikogo nie obronił. Jakiś kilometr przed Ośrodkiem Obrony Jastarnia trafiamy na wielki napis na piasku, tak wielki, że chwilę trwa odczytywanie.” Świętej pamięci major Ignacy Skowron, 1915 – 2012” – czytam na głos inskrypcję, którą ktoś w nieoczekiwanym miejscu pożegnał ostatniego z obrońców Westerplatte. Ta klepsydra musi być tu od niedawna, bo nie naruszyły jej jeszcze fale przypływu. Nie przetrwa pewnie długo, ale zapisana na brzegu, którego major Skowron bronił, zmusza do przystanięcia.

Gest prosty i cichy. Poetycka siła wyrazu zamiast marketingowej indoktrynacji. Namysł, a nie historyczny przemysł. Pamięć, nie pamiątkarstwo. Tyle jesteśmy winni i bohaterom, i ofiarom naszej historii. Tylko tyle, aż tyle.

Data dodania: 31 lipca 2012

Zdążyć z opowieścią

Czytam kolejną prozę przepisującą dzieciństwo. Następny autor odkrył z przerażeniem, że tracić zaczyna pamięć długotrwałą. Więc zapisał.

Banalny lęk, który ogarnia nie tylko pisarzy: każdy ma historię do opowiedzenia. Ja też boję się, że odejdę, zanim opowiem swoją. Nie że zabiorę ją do grobu, bo do grobu nie zabiera się niczego. Boję się, że nieopowiedziane opowieści błąkają się jak dusze czyścowe i wsączają się w sny obcych ludzi. Niezrozumiane, nie mogą istnieć i nie mogą odejść.

Dręczy mnie też, czy przypadkiem tego gdzieś nie wyczytałem? A może mi się śniło?

Podejrzenie

Stare małżeństwo na przystanku. Przyłapani w kadrze przyciętym otwartymi drzwiami autobusu. Siedzą na ławce, blisko, ale bez dotyku. Zapatrzeni, w co nie widać. Milczą zgodnie. Już dawno wszystko sobie powiedzieli. I dawno zdążyli to zapomnieć.

Teraz nawet nie mogą sobie przypomnieć, o czym to nie potrafili pamiętać.

Nowy przewrót kopernikański

Ziemia nie jest okrągła. Nie jest nawet owalna. Jest ukośna: wystarczy odpowiednio przyłożyć głowę do piasku, by odkryć, że horyzont, nieziszczalny kraniec Ziemi, biegnie na spotkanie z plażą po skosie.

Kopernik najwyraźniej o tym nie wiedział, choć z Fromborka nad Bałtyk nie jest daleko.

Nie da się zakazać corridy

Obrazek z telewizora: byk wskakujący na trybuny i raniący litościwych widzów modnej, bezkrwawej corridy. Instynkt walki skazujący go na śmierć z rąk zaatakowanych gapiów i torreros. Przywracający zmodyfikowanemu spektaklowi tradycyjny, krwisty, sens: zabójstwo. Taki sam instynkt napędza życie, raniąc i rozrywając trwanie.

Atlas przyrodniczy: dwie kanie

Pierwsza: krzyk przejmujący, podniebne łkanie, którym drapieżnik paraliżuje ofiarę, próbującą się ukryć wśród zeschłych traw. Dziób, skrzydła, szpony, lot pewnie koszący zdobycz. Instynkt przetrwania i głód.

Druga: grzyb skopiowany z grozy sromotnika. Pomylony z nim, staje się smakowitą pułapką: śmierć moczona w mleku, podana w tartej bułce i jajku.

Światło sierpniowe

Chwila w sierpniu tamtego roku, po żniwach i zwózce, kiedy już wiadomo, że zbiory mizerne, więc i owocobranie lepsze nie będzie. Bo najpierw susza, a potem za dużo wilgoci. Więc ulga, że już i tak nic zrobić nie można, nic robić nie trzeba. Można odpocząć.

Chwila ta sama, dwa miesiące później, gdy lekarz odłącza elektrody, ale już nie pozwala wstać. Rozszerzające się źrenice żony, naprawdę, za dużo wilgoci. I ulga: taka sama, ta sama.

Żeleźce kosy błyska tuż obok i chybia. Otwierają się oczy, przez chwilę oślepione jaskrawością. Banał, nie-banał. Żniwa odłożone, na później.

******

Następny wpis na blogu pojawi się pod koniec sierpnia. Urlop!

Data dodania: 24 lipca 2012

Zanim doszliśmy do Brackiej, przestało padać. To bez wątpienia był znak, że jednak nie wszystko jest w porządku, że być może w ustalony porządek świata wdziera się nieład i świat ten – jak zbyt rozpędzony wagon tramwajowy – wyskakuje z szyn.

Krakowskie tramwaje mają dziwny, niepowtarzalny zapach, szczególnie, gdy pada albo tuż po deszczu. Taki zaduch schludnej starości. Krakowska starówka też jest inna niż na przykład warszawska. Nieudawana, naprawdę wiekowa i naturalnie zaniedbana, niszczejąca ze starości, a nie ze współczesnego niedbalstwa budowniczych, naprawiających stołeczną replikę.

Rynek krakowski też większy, bardziej strzelisty, ale i przyziemny, bo gdy wiatr zawieje, witający zapachem końskiego łajna. Wieża Babel kawiarnianych ogródków, a w nich, jak tu wszędzie, gołębie, irytujące, aroganckie i ogłupiałe, rozlazłe jakieś i brudne. Choć jednak nie wszędzie: przy Gołębiej, na dziedzińcu Polonistyki gołębi prawie nie ma. Odstraszają je skutecznie siatki, którymi owinięto drewniane balkony. Gdy mocniej powieje wiatr, można mieć wrażenie, że tuż za oknem suszą się rybackie sieci, odpoczywające po udanym połowie.

Połów to udany, bo prace naprawdę dobre, jedne z najlepszych. Przynajmniej tako rzecze poeta-doktor Bronisław Maj, pewnie z wrodzonej dobroci i łagodności, które szacunek, ba, uwielbienie wśród studentów i (przede wszystkim) studentek dają mu ogromne. Kiedy więc ów promotor idealny znika w gabinecie, skutecznie przyszłe licencjatki (licencjatczynie? licencje?) pocieszywszy, żartujemy złośliwie, że siatki za oknami porozwieszano po to, by polonistyczne orły nie wyfrunęły. Żart mało wyszukany, ale wszystko lepsze od nerwowej ciszy, lękiem bielącej niewyspane twarze.

Reszta jednak nie jest milczeniem, przeciwnie, jest grupą energicznych Koreańczyków, którzy pomiędzy pocieszane a pocieszyciela wdarli się z azjatycką krzątaniną, ale bez aparatów na szyi, bo nie turyści to, a konferencjusze, choć tak samo zabiegani, zwyczajowo ciekawi świata i uśmiechnięci. W tym samym wąskim korytarzu, w sali obok, węgierski profesor będzie opowiadał azjatyckim slawistom o Czechowie czy też czeskiej poezji proletariackiej. Wieża Babel z dubbingem. W tym globalnym pomieszaniu, w tym transkontynentalnym ożywieniu i rwetesie, w tej karuzeli kultur i tradycji czuje się niemal fizycznie chaos dzisiejszego świata, dla którego stareńkie mury UJotu, zawsze wymagające remontu, stanowią świetne, bo ironiczne, tło.

I gdy świat już zaczyna wirować nieznośnie, wywołując mdłości (czy bardziej intelektualne la nausee), znów pojawia się on, doktor-poeta, i grzecznie tłumaczy subtelności europejskich oznaczeń pomieszczonych na drzwiach toalety Koreańczykowi, który wie, co żeńskie, a co męskie, ale kolor czerwony męskiego znaczka za zakaz poczytał. Uspokojony wykładem azjatycki znawca literatur słowiańskich znika dyskretnie za drzwiami, a Bronisław Maj spogląda na świadków tej sceny i zagryza wargi, by nie parsknąć śmiechem. Zdarzenie rzeczywiście zabawne, ale i nieoczekiwanie ważkie, zawracające świat z granicy chaosu, przypominające, że różnica czyni porządek. Oto siła poezji.

Więc szukamy jej wieczorem w Prowincji, uroczo i twórczo przybrudzonej piwnicy, imitującej smutek i spokój peryferii. Nie ma Mickiewicza, i nie ma Miłosza, Turnau też rzadko w swojej knajpce bywa. Cicho-sza też nie ma, bo tuż obok młodzi, głośni i piwni, i prozaiczni. Więc wychodzimy, znów jest po deszczu, na mokrym asfalcie lśnią światła głośnego klubu z naprzeciwka. Trochę dalej na środku chodnika trzy brudno brunatne gołębie rozdziobują wypadłe z gniazda, martwe pisklę. Odwracamy się ze wstrętem, bezwiednie zawstydzeni. Poetyczność znika jak deszczowe bąble w kałuży. Czas wracać, z centrum, które nie przestaje być prowincją, na prowincję, która bywa centrum.

Nazajutrz, pociągiem o czynastej czydzieści czy.

Data dodania: 17 lipca 2012

Wakacje, czas form nowych, chwilowych, niepoważnych. Urlop od rutyny i przewidywalności. Więc i forma bloga dziś inna. Zamiast felietonu, dwa dialogi z tak zwanego życia wzięte. Realizm lekko przyprawiony puentą. Dialogi mogą wydać się zabawne, choć wcale nie muszą. Jak komu w życiu łatwiej.

Żart pierwszy
Wchodzimy do sklepu naszego codziennego. Żona ze złamaną ręką na temblaku, ja z żoną. Znajome sprzedawczynie, z plotkarską serdecznością:
– Co pani…?
– Kobieta upadła – wypalam bez namysłu.
– ???????? – uśmiech, nieuśmiech, blady jakiś.
– Znaczy, szła i upadła – tłumaczę się usłużnie. – Na prostej drodze.
Kupujemy. W ciszy.

Żart ostatni
Przed cmentarzem. Bywam tu ostatnio rzadko, więc na straganie kupuję dużo: świece, kwiaty. Zadowolona handlarka liczy powoli, mnie się nie chce. Trzydzieści siedem złotych wychodzi.
– Z rabatem trzydzieści pięć – oznajmia. – Może pan jeszcze tutaj wróci?…
– Kiedyś wrócę na pewno – odpowiadam.
– Kiedyś też dobrze – ucina.
Nie zrozumiała? A może właśnie zrozumiała?

Data dodania: 9 lipca 2012

Można jechać daleko, ale nie jest to konieczne. Ważne, by jechać uważnie. Widzieć patrząc i zapamiętywać. Niektórzy robią zdjęcia, kręcą filmy. Ja nie, pewnie z dobrze znanego i opisanego lęku, że fotografując miejsca, coś im odbieram. Jeśli nie duszę, bo w końcu nie jest pewne, czy miejsca mają duszę, to przynajmniej znaczenie. A podróżuje się przecież, by odkrywać znaczenia. Blisko, daleko, wszystko jedno, byle w głąb.

Do Chronowa z Mniszka jest ze dwa kilometry. Najpierw po dziurawej szosie, na której asfalt i jego brak osiągają harmonię, równoważą się, oczekując na ostateczne rozwiązanie. To przyjdzie wkrótce, bo kierowcy wielkich ciężarówek odkryli, iż tędy właśnie można skrócić drogę z północy na południe, omijając wyludniający się, ale wciąż zatłoczony Radom. Pędzą więc przez wsie poprzedzielane lasem, rozjeżdżając czarnożółte zaskrońce, dla których rozgrzana bezlitosnym słońcem jezdnia to raj. Pomniejszony raj dla pomniejszonych węży.

Spłaszczone, skórzane powłoki, z których koła wycisnęły życie, zanim oszołomione słońcem dostrzegło zagładę, znajduje się też na leśnej drodze tuż za granicą wsi. Na Chronów trzeba skręcić z dziurawej szosy w lewo, gdzie jak grzyby po deszczu – tak się mówi nawet, gdy nie pada od dawna – rosną nowe domy młodych ludzi, dorosłych nagle, by się ustatecznić. Te domy różnią się od ich domów rodzinnych – lżejszą, bardzie stylową architekturą i odważną kolorystyką elewacji, nie zawsze zamierzoną, bo biorącą się również z daru słowa, gdy niewydarzony fachowiec zarzeka się, że ten kolor, to panie kochany, to on zara wyblaknie. Nie blaknie, wręcz przeciwnie, choć słońce pali niemiłosiernie.

Więc różnią się te domy od rodzinnych, ale już nie ich otoczenie, nie pejzaż przydomowy z psem przyrośniętym do budy króciutkim łańcuchem, splątanym od prób pognania przed siebie. Pies musi być, by było jasne, że nawet jeśli Bóg rzeczywiście umarł i już nie strzeże, to pies przynajmniej zaszczeka ostrzegawczo, wniebogłosy. Nie w taki upał jednak, gdy leży bez ruchu jak tamte zaskrońce, nie widząc nawet, że cień uciekł na drugą stronę budy.

Trochę ochłody daje dopiero las. Leśny dukt, utwardzony szlaką i żwirem, nie jest długi, ale wyboiście prowadzi pod górę, więc usprawiedliwia wolniejszą jazdę. Wolniejszy ruch, aż do zatrzymania prawie. Trzeba uważać, by nie zwolnić zanadto, bo gdzieś w połowie drogi, w chaszczach leszczyny na bagnistym poboczu czai się trujący kopytnik, a raczej smród kopytnika, wabiący owadzich padlinożerców. Złakomione odorem, pozostaną nienażarte, ale zapylą przebiegłą roślinę i tak zapach śmiertelnego rozkładu stanie się wonią życiodajną.

Tu się przyspiesza odruchowo, i dobrze, bo już za chwilę lekko z górki, zakręt i znowu asfalt, jezdnia, z której las co roku zabiera kawałek, zasypując go igliwiem i liśćmi, gnijącym jesienią, przemieszanymi z ziemią, zagonioną tu przez deszcze. Nikt tego nie sprząta, bo nawet nie bardzo wiadomo, kto by miał sprzątać. Ruch tu niewielki, do Chronowa jeszcze spory kawałek, coraz to większy, bo wieś się cofa, kurczy i po kolejnych gospodarstwach zostają pokruszone cembrowiny studni, zabite okna chałup, chałup, które – dałbym głowę – cicho wciskają się w ziemię, jakby w ślad za ludźmi, którzy kiedyś je zamieszkiwali. Zawalone stodoły, nie pamiętające już smaku i zapachu dojrzałego ziarna, porzuconego przez spalone słońcem kłosy. Obory umilkłe nagle i na zawsze. A wokół łąki, dzikie podleśne i te użytkowane, pastwiska. Odcienie zieleni, ich zaskakująca wielość. Może tutejsi ludzie znają tak wiele nazw tych odcieni jak Eskimosi określeń śniegu?

Kiedyś na zielonym, falującym tle oślepiane słońcem oko rozpoznawało zarys jelenia, a drogę przebiegały spłoszone swoją odwagą młodziutkie sarny. Wzrok odruchowo kierował się w stronę ambony, ambony, z której nikt nie głosił kazań, ale strzały do ucztujących tuż przy granicy lasu i łąki zwierząt brzmiały równie gromko co potępienia grzeszników. To była jedyna chwila, gdy ład krajobrazu zamazywała bezsilna nienawiść. Od pewnego czasu – a właściwie niepewnego, bo trudno określić, od kiedy dokładnie – sarny zniknęły. Zniknęła też myśliwska ambona i było tak, jakby zwierzęta przeniosły się gdzie indziej, w ślad za swoimi prześladowcami. Gdzie indziej służyć za cel i spotkać swój los.

Ale żeby to wszystko zobaczyć, a także by zobaczyć wszystko to, czego już w tym opisie nie zmieszczę – choć taki na przykład świergotek, średnio czternaście centymetrów od dzioba do końca ogona, może by się wcisnął, ale zostawmy go w niewysokiej trawie, niech się nam przejeżdżającym przygląda – żeby więc to wszystko zobaczyć, trzeba przejechać przez mostek, przekroczyć niewielki, teraz prawie wyschnięty, strumyk. Przed kilku laty mostek był oznaczony, o jego istnieniu oraz o wątpliwym, nieciągłym istnieniu strumyka informowała podłużna tablica z czerwonymi kreskami. Ktoś na tej tablicy wymalował fantazyjnymi czarnymi literami jedno słowo: KOSMOS. I teraz każdy przekraczający strumień podróżny wiedział, na co się decyduje i nie miał prawa dziwić się potem, że ten niewielki wycinek kosmosu między Mniszkiem i Chronowem wessał go, wciągnął pejzażem, omamił barwami, zapachem i zmusił do powrotów.

Komu przeszkadzała obarczona nowym znaczeniem, pomazana nim tablica, nie wiadomo. Jeszcze przez kilka tygodni poniewierała się na poboczu drogi, potem na skraju łąki, aż wreszcie znikła któregoś tygodnia. Nowej nikt nie ustawił, bo przecież mostek jest dobrze widoczny, a strumyk płytki, więc bezpieczny.

Tylko czy ci, którzy mijają go po raz pierwszy, zorientują się, jaką granicę właśnie przekraczają?

Data dodania: 29 czerwca 2012

Gdyby nie cud-panienka w różach i jej scristianizowani żelem byczaści kolesie, wyśpiewujący mi pod balkonem nowy hymn polski, nie napisałbym już o Euro ani słowa. Ale ta operetkowa przyśpiewka składająca się wyłącznie z zajefajnego refrenu: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało, doprowadza mnie do furii. Jak każda przykra prawda dobitnie nagle uświadomiona.

Patrząc, jak mistrzostwa rozgrzewają nie tylko kibiców piłki kopanej, można pomyśleć, że futbolowe mistrzostwa są namiastką wojny, a polska reprezentacja emanacją ducha i mentalności narodowej. Jeżeli tak, to jednak się stało: okazało się, że my nie husaria, wodza sparaliżował strach, a rycerze mieli pióropusze z bibułki, które postrzępiły się przy pierwszym podmuchu przeciwnika niczym małe narodowe bandery przyczepiane do samochodów w patriotycznym szale; ducha walki gasili nasi po kwadransie bitwy, a potem już tylko bezsilność i marudzenie, groteskowe niczym białoczerwone nauszniki zakładane na lusterka samochodów. Jak zwykle za to liczyliśmy na cuda, z którymi doskonale rymowało się nazwisko selekcjonera, ale się nie wydarzyły. Nawet maskotka nasza, orzeł biały stadionowy, wygląda tak jakoś jak podskubany kurczak z wielkim dziobem.

I nie chodzi nawet o to, co świetnie ujął Krzysztof Materna: że w Polsce zwycięzców zwykle spotyka zawiść, zaś przegrani słyszą gromkie „dziękujemy”. Chodzi o to, że zbyt łatwo rozgrzeszamy się ze słabości i bylejakości, zbyt szybko znajdujemy zastępcze pocieszenie. Zataczamy się od płota do płota, od snów o potędze do opuszczonych rąk i głów na jawie. Chcielibyśmy być wielcy jak orły Górskiego, ale stać nas jedynie na nazwanie jego imieniem narodowej areny. Może da się zaczarować?

Rzeczywistości nie zaczarujemy. Ale o sobie, o „narodowym charakterze”, znów dowiedzieliśmy się dużo. Jesteśmy jak ambitne, lecz leniwe dzieci: co tam normalność i obowiązkowość, codzienny zapieprz, systematyczność i dokładność, to dobre dla kujonów. Nas muszą przede wszystkim lubić, a kto lubi kujonów? Musimy być fajni, zajefajni.

Media są pełne doniesień o zagranicznych kibicach i dziennikarzach, odkrywających, że w tej egzotycznej Polsce jeździmy po drogach i torach, samoloty startują z lotnisk, a nie pastwisk, ulice są oświetlone przez całą noc, w hotelach jest ciepła woda i pościel, a Polacy są uśmiechnięci i mili, aż do ostatniego euroklienta. Nawet policja nie ściga tych, co piją na ulicach alkohol, szczególnie gdy są Irlandczykami i tak pięknie śpiewają przegrywając. W medialnym obrazie jesteśmy fajni, niczym murzynek Bambo z pierwszej Polaków czytanki, może i niezbyt rozgarnięci (vide Sławek, kumpel Slavka, maskotka Euro, wykazujący na twarzy pewną ociężałość umysłową), może i kiepsko zorganizowani na co dzień, niezbyt solidni i sumienni, ale to wszystko dzisiaj nic. Jesteśmy fajni i niech się BBC wstydzi.

Nasze powszednie bylejakość i tumiwisizm, które wybaczyliśmy od ręki futbolowym reprezentantom, powrócą za chwilę wykruszającym się spod autostrad piaskiem, łuszczącą się farbą z malowanych w pośpiechu terminali i hoteli. Ale przez miesiąc mieliśmy trochę karnawału: przemalowani w narodowe barwy, przebrani w śmieszne nakrycia głów, owinięci flagami stanęliśmy na palce, by gościom wydać się wyższymi, piękniejszymi i lepszymi niż nasza rzeczywistość. By przypadkiem nie pomyśleli, że czymś się od nich różnimy, że bawimy się inaczej, mamy inne błyskotki albo -nie daj Bóg- inaczej myślimy. Że nie jesteśmy tacy, jak oni. Niech wiedzą, że nie uciekamy na drzewo, gdy mama każe napić się mleka, a gdy woła do kąpieli, nikt z nas nie boi się, że się wybieli. Teoretycy postkolonializmu pewnie zacierają ręce, widząc, jak chętnie oddajemy przybyszom z Zachodu nasze paciorki, nie chcąc nic w zamian, byle tylko potwierdzili, że jesteśmy swoi.

Jesteśmy zdziecinniali, powtarzali kolejni krytycy potocznej polskości: Norwid, Słowacki, Brzozowski, Gombrowicz i inni, przed nimi i po nich. To prawda, od dawna nie potrafimy dojrzeć albo ze swojej niedojrzałości uczynić siłę, zamiast małpio naśladować dojrzalszych. Dziś zresztą w tym zdziecinnieniu też nie różnimy się zbytnio od europejskiego tłumu. Bo wszystko jedno, czy zdziecinnienie wynika z niechęci do dorośnięcia czy ze starczej demencji. Skutek jest taki sam.

Coś jednak się zmieniło: nie jesteśmy już pawiem narodów i papugą. Jesteśmy krygującym się w zwierciadle Kopciuszkiem, wciąż przerażonym, że wybije północ i będzie po balu.

Data dodania: 25 czerwca 2012

Do Wsoli uciekłem z zawodu, aby potem zastanawiać się chwilami, czy muzeum nie pomyliło mi się z mauzoleum. Aż w końcu odnalazłem sens. Przepraszam za ton może zbyt osobisty i uroczysty, ale ani się obejrzałem, jak minął nie tylko kolejny sezon kulturalny w MWG, ale i pięć lat plenipotencji w domu Gombrowiczów.

Rocznicową nieuchronność uświadomiłem sobie przed miesiącem, w czasie Nocy Muzeów, którą świętowaliśmy przekornie, bo dzień wcześniej niż Europa. Moje miejsce jest w przeciągu – śpiewał Mariusz Lubomski, a ja zdałem sobie sprawę, że właśnie za chwilę minie pięć lat od momentu, gdy przeciąg popchnął mnie w stronę Wsoli. I że – może po raz pierwszy w życiu – nie czekam, by pojawił się nowy podmuch.

Do Wsoli uciekałem z zawodu. Z rozczarowania dziennikarską profesją, która mi spsiała jakoś i nie dawała już satysfakcji. Uciekałem od nowomowy nowej, która hulała w politycznym pustosłowiu szczelnie wypełniającym czaszki pożeraczy frazesów i nieświętych obrazków z gadającymi głowami. Od tych widzów, słuchaczy, czytelników, którym skutecznie wmówiono, że tylko jatka jest interesująca. Przez ponad dekadę próbowałem wpływać na rzeczywistość „społeczno-polityczną” Rzeczpospolitej powiatowej, tego fragmentu Polski, z której uciekał bohater Ferdydurke. Aż na koniec spostrzegłem, że cała Polska publiczna jest jednym wielkim powiatem, a ja sam dawno się upupiłem.

Więc z gębą w rękach uciekałem niczym Józio – bezładnie, przed siebie, byle gdzie indziej. Choć nie do końca tak, bo jednak na kierunek ucieczki, choć pojawił się przypadkiem, zdecydowałem się świadomie. Uciekałem do szacownego Muzeum, ale w jego formie peryferyjnej, jeszcze (sądziłem) niedookreślonej, do ulepienia. Zupełnie nieświadomy oporu materii, mówiąc wielce eufemistycznie. Zresztą wtedy uciekałem (a uciekając tak, właściwie wracałem) zdecydowanie bardziej do Literatury niż do Muzeum.

Trafiłem na budowę. Jeżeli uparcie trzymać się odniesień literackich (a wtedy upór był niezbędny), pierwsze dwa lata to Płatonow pomieszany z Siejakiem, Orłosiem i Mrożkiem. Ani słowa więcej, by nikogo nie obrazić. Kiedyś to może opiszę i będzie to horror metafizyczny, z elementami prozy zaangażowanej w krytykę wczesnego kapitalizmu. Z dodatkiem Dołęgi-Mostowicza i Reymonta. Na razie dość wyznać, że przez te dwa lata częściej zaglądałem do dzienników budowy niż dzienników Gombrowicza.

W końcu otwarcie, czyli Bareja wiecznie żywy: żwirowa droga utwardzana jeszcze godzinę przed przybyciem dostojnych gości, potem BWP (bardzo ważni politycy), mowy, pląsy i dąsy. Wspaniale życzliwa (do dziś) Rita Gombrowicz, której słowa o jedynym zachowanym domu Gombrowiczów wciąż dodają otuchy, mądrze ironiczny, nieodżałowany Tomasz Merta, który przestrzegał, byśmy muzealną nudą gęby Gombrowiczowi nie przydali. I wielu, wielu innych, a drugiego dnia mistrzowski Andrzej Seweryn – wtedy jeszcze, ho, ho, prosto z Paryża – i pół tysiąca cudownie upchanych w pałacu widzów.

Ten cud, nie chwaląc się, do dziś czasem ćwiczymy. I co jakiś czas tamta nadrealna rzeczywistość powraca atmosferą kolejnych wydarzeń. Nie tylko tłumami złaknionymi gwiazd, ale i skupieniem bardziej kameralnych spotkań i rozmów. I nas w tym wszystkim sześcioro, trochę już zmęczonych, rozedrganych i pokręconych niczym sekciarze. Bo wspaniałych ludzi, których miałem szczęście sam sobie do współpracy zaprosić, łączy z tym miejscem nie tylko umowa o pracę.

Co roku ćwierć setki ważkich zdarzeń kulturalnych, improwizowanych, bez długiego planowania, bo w biedzie. Wbrew biedzie. (Czy wyobrażacie sobie, drodzy Czytelnicy, że dotacja na wydarzenia w pierwszym roku działalności wynosiła całe dziesięć tysięcy złotych?). Musiałem odkryć w sobie powołanie do zakonu żebraczego, ale się nie żalę, bo znalazłem wspaniałych hojnych ludzi tam, gdzie się ich nie spodziewałem. A lekcja pokory i dar przyjaźni otrzymane przy okazji są nie do przecenienia.

Zresztą kwestie finansowe mogą być nawet dobrą okazją do ćwiczenia stylu, o czym przekonały mnie roczne mailowe negocjacje z J.C. Gomezem, argentyńskim przyjacielem Gombrowicza, jego samozwańczym duchowym spadkobiercą i kontynuatorem, postacią bardzo literacką i z lekka szaloną. Negocjacje zwieńczone równie szaloną wyprawą wysłanniczek Muzeum do Argentyny i przywiezieniem do kraju listów Gombrowicza. Przywiezieniem, znaczy ocaleniem.

Na kilka godzin przed koncertem Lubomskiego inny mail z Argentyny – młoda ekipa filmowa dzięki naszym zabiegom i łaskawości MSZ rozpoczyna rejestrację rozmów o Gombrowiczu z ostatnimi żyjącymi świadkami jego biografii, ludźmi bardzo sędziwymi. Więc znów wygrywamy wyścig z czasem, z przemijaniem, utratą pamięci. To właśnie jest sens, ten wyścig bez mety, i w tym sensie mogę być muzealnikiem: chroniąc słowa blaknące w czasie, wyżebrywać dla nich życie po życiu. Rękopisy nie płoną, gdy dostają azyl w muzeum.

Tak, w tym sensie jestem muzealnikiem. I wcale nie tęsknię, by jakiś kolejny przeciąg wywiał mnie z domu Gombrowiczów. Z domu literatury.

Co wyznaję świadomy, iż los szykuje mi już zapewne ironiczną zemstę.

Strona 10 z 15« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury