Prowincja Gombrowicz – Blog Tomasza Tyczyńskiego
Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 17 lipca 2012

Wakacje, czas form nowych, chwilowych, niepoważnych. Urlop od rutyny i przewidywalności. Więc i forma bloga dziś inna. Zamiast felietonu, dwa dialogi z tak zwanego życia wzięte. Realizm lekko przyprawiony puentą. Dialogi mogą wydać się zabawne, choć wcale nie muszą. Jak komu w życiu łatwiej.

Żart pierwszy
Wchodzimy do sklepu naszego codziennego. Żona ze złamaną ręką na temblaku, ja z żoną. Znajome sprzedawczynie, z plotkarską serdecznością:
– Co pani…?
– Kobieta upadła – wypalam bez namysłu.
– ???????? – uśmiech, nieuśmiech, blady jakiś.
– Znaczy, szła i upadła – tłumaczę się usłużnie. – Na prostej drodze.
Kupujemy. W ciszy.

Żart ostatni
Przed cmentarzem. Bywam tu ostatnio rzadko, więc na straganie kupuję dużo: świece, kwiaty. Zadowolona handlarka liczy powoli, mnie się nie chce. Trzydzieści siedem złotych wychodzi.
– Z rabatem trzydzieści pięć – oznajmia. – Może pan jeszcze tutaj wróci?…
– Kiedyś wrócę na pewno – odpowiadam.
– Kiedyś też dobrze – ucina.
Nie zrozumiała? A może właśnie zrozumiała?

Data dodania: 9 lipca 2012

Można jechać daleko, ale nie jest to konieczne. Ważne, by jechać uważnie. Widzieć patrząc i zapamiętywać. Niektórzy robią zdjęcia, kręcą filmy. Ja nie, pewnie z dobrze znanego i opisanego lęku, że fotografując miejsca, coś im odbieram. Jeśli nie duszę, bo w końcu nie jest pewne, czy miejsca mają duszę, to przynajmniej znaczenie. A podróżuje się przecież, by odkrywać znaczenia. Blisko, daleko, wszystko jedno, byle w głąb.

Do Chronowa z Mniszka jest ze dwa kilometry. Najpierw po dziurawej szosie, na której asfalt i jego brak osiągają harmonię, równoważą się, oczekując na ostateczne rozwiązanie. To przyjdzie wkrótce, bo kierowcy wielkich ciężarówek odkryli, iż tędy właśnie można skrócić drogę z północy na południe, omijając wyludniający się, ale wciąż zatłoczony Radom. Pędzą więc przez wsie poprzedzielane lasem, rozjeżdżając czarnożółte zaskrońce, dla których rozgrzana bezlitosnym słońcem jezdnia to raj. Pomniejszony raj dla pomniejszonych węży.

Spłaszczone, skórzane powłoki, z których koła wycisnęły życie, zanim oszołomione słońcem dostrzegło zagładę, znajduje się też na leśnej drodze tuż za granicą wsi. Na Chronów trzeba skręcić z dziurawej szosy w lewo, gdzie jak grzyby po deszczu – tak się mówi nawet, gdy nie pada od dawna – rosną nowe domy młodych ludzi, dorosłych nagle, by się ustatecznić. Te domy różnią się od ich domów rodzinnych – lżejszą, bardzie stylową architekturą i odważną kolorystyką elewacji, nie zawsze zamierzoną, bo biorącą się również z daru słowa, gdy niewydarzony fachowiec zarzeka się, że ten kolor, to panie kochany, to on zara wyblaknie. Nie blaknie, wręcz przeciwnie, choć słońce pali niemiłosiernie.

Więc różnią się te domy od rodzinnych, ale już nie ich otoczenie, nie pejzaż przydomowy z psem przyrośniętym do budy króciutkim łańcuchem, splątanym od prób pognania przed siebie. Pies musi być, by było jasne, że nawet jeśli Bóg rzeczywiście umarł i już nie strzeże, to pies przynajmniej zaszczeka ostrzegawczo, wniebogłosy. Nie w taki upał jednak, gdy leży bez ruchu jak tamte zaskrońce, nie widząc nawet, że cień uciekł na drugą stronę budy.

Trochę ochłody daje dopiero las. Leśny dukt, utwardzony szlaką i żwirem, nie jest długi, ale wyboiście prowadzi pod górę, więc usprawiedliwia wolniejszą jazdę. Wolniejszy ruch, aż do zatrzymania prawie. Trzeba uważać, by nie zwolnić zanadto, bo gdzieś w połowie drogi, w chaszczach leszczyny na bagnistym poboczu czai się trujący kopytnik, a raczej smród kopytnika, wabiący owadzich padlinożerców. Złakomione odorem, pozostaną nienażarte, ale zapylą przebiegłą roślinę i tak zapach śmiertelnego rozkładu stanie się wonią życiodajną.

Tu się przyspiesza odruchowo, i dobrze, bo już za chwilę lekko z górki, zakręt i znowu asfalt, jezdnia, z której las co roku zabiera kawałek, zasypując go igliwiem i liśćmi, gnijącym jesienią, przemieszanymi z ziemią, zagonioną tu przez deszcze. Nikt tego nie sprząta, bo nawet nie bardzo wiadomo, kto by miał sprzątać. Ruch tu niewielki, do Chronowa jeszcze spory kawałek, coraz to większy, bo wieś się cofa, kurczy i po kolejnych gospodarstwach zostają pokruszone cembrowiny studni, zabite okna chałup, chałup, które – dałbym głowę – cicho wciskają się w ziemię, jakby w ślad za ludźmi, którzy kiedyś je zamieszkiwali. Zawalone stodoły, nie pamiętające już smaku i zapachu dojrzałego ziarna, porzuconego przez spalone słońcem kłosy. Obory umilkłe nagle i na zawsze. A wokół łąki, dzikie podleśne i te użytkowane, pastwiska. Odcienie zieleni, ich zaskakująca wielość. Może tutejsi ludzie znają tak wiele nazw tych odcieni jak Eskimosi określeń śniegu?

Kiedyś na zielonym, falującym tle oślepiane słońcem oko rozpoznawało zarys jelenia, a drogę przebiegały spłoszone swoją odwagą młodziutkie sarny. Wzrok odruchowo kierował się w stronę ambony, ambony, z której nikt nie głosił kazań, ale strzały do ucztujących tuż przy granicy lasu i łąki zwierząt brzmiały równie gromko co potępienia grzeszników. To była jedyna chwila, gdy ład krajobrazu zamazywała bezsilna nienawiść. Od pewnego czasu – a właściwie niepewnego, bo trudno określić, od kiedy dokładnie – sarny zniknęły. Zniknęła też myśliwska ambona i było tak, jakby zwierzęta przeniosły się gdzie indziej, w ślad za swoimi prześladowcami. Gdzie indziej służyć za cel i spotkać swój los.

Ale żeby to wszystko zobaczyć, a także by zobaczyć wszystko to, czego już w tym opisie nie zmieszczę – choć taki na przykład świergotek, średnio czternaście centymetrów od dzioba do końca ogona, może by się wcisnął, ale zostawmy go w niewysokiej trawie, niech się nam przejeżdżającym przygląda – żeby więc to wszystko zobaczyć, trzeba przejechać przez mostek, przekroczyć niewielki, teraz prawie wyschnięty, strumyk. Przed kilku laty mostek był oznaczony, o jego istnieniu oraz o wątpliwym, nieciągłym istnieniu strumyka informowała podłużna tablica z czerwonymi kreskami. Ktoś na tej tablicy wymalował fantazyjnymi czarnymi literami jedno słowo: KOSMOS. I teraz każdy przekraczający strumień podróżny wiedział, na co się decyduje i nie miał prawa dziwić się potem, że ten niewielki wycinek kosmosu między Mniszkiem i Chronowem wessał go, wciągnął pejzażem, omamił barwami, zapachem i zmusił do powrotów.

Komu przeszkadzała obarczona nowym znaczeniem, pomazana nim tablica, nie wiadomo. Jeszcze przez kilka tygodni poniewierała się na poboczu drogi, potem na skraju łąki, aż wreszcie znikła któregoś tygodnia. Nowej nikt nie ustawił, bo przecież mostek jest dobrze widoczny, a strumyk płytki, więc bezpieczny.

Tylko czy ci, którzy mijają go po raz pierwszy, zorientują się, jaką granicę właśnie przekraczają?

Data dodania: 29 czerwca 2012

Gdyby nie cud-panienka w różach i jej scristianizowani żelem byczaści kolesie, wyśpiewujący mi pod balkonem nowy hymn polski, nie napisałbym już o Euro ani słowa. Ale ta operetkowa przyśpiewka składająca się wyłącznie z zajefajnego refrenu: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało, doprowadza mnie do furii. Jak każda przykra prawda dobitnie nagle uświadomiona.

Patrząc, jak mistrzostwa rozgrzewają nie tylko kibiców piłki kopanej, można pomyśleć, że futbolowe mistrzostwa są namiastką wojny, a polska reprezentacja emanacją ducha i mentalności narodowej. Jeżeli tak, to jednak się stało: okazało się, że my nie husaria, wodza sparaliżował strach, a rycerze mieli pióropusze z bibułki, które postrzępiły się przy pierwszym podmuchu przeciwnika niczym małe narodowe bandery przyczepiane do samochodów w patriotycznym szale; ducha walki gasili nasi po kwadransie bitwy, a potem już tylko bezsilność i marudzenie, groteskowe niczym białoczerwone nauszniki zakładane na lusterka samochodów. Jak zwykle za to liczyliśmy na cuda, z którymi doskonale rymowało się nazwisko selekcjonera, ale się nie wydarzyły. Nawet maskotka nasza, orzeł biały stadionowy, wygląda tak jakoś jak podskubany kurczak z wielkim dziobem.

I nie chodzi nawet o to, co świetnie ujął Krzysztof Materna: że w Polsce zwycięzców zwykle spotyka zawiść, zaś przegrani słyszą gromkie „dziękujemy”. Chodzi o to, że zbyt łatwo rozgrzeszamy się ze słabości i bylejakości, zbyt szybko znajdujemy zastępcze pocieszenie. Zataczamy się od płota do płota, od snów o potędze do opuszczonych rąk i głów na jawie. Chcielibyśmy być wielcy jak orły Górskiego, ale stać nas jedynie na nazwanie jego imieniem narodowej areny. Może da się zaczarować?

Rzeczywistości nie zaczarujemy. Ale o sobie, o „narodowym charakterze”, znów dowiedzieliśmy się dużo. Jesteśmy jak ambitne, lecz leniwe dzieci: co tam normalność i obowiązkowość, codzienny zapieprz, systematyczność i dokładność, to dobre dla kujonów. Nas muszą przede wszystkim lubić, a kto lubi kujonów? Musimy być fajni, zajefajni.

Media są pełne doniesień o zagranicznych kibicach i dziennikarzach, odkrywających, że w tej egzotycznej Polsce jeździmy po drogach i torach, samoloty startują z lotnisk, a nie pastwisk, ulice są oświetlone przez całą noc, w hotelach jest ciepła woda i pościel, a Polacy są uśmiechnięci i mili, aż do ostatniego euroklienta. Nawet policja nie ściga tych, co piją na ulicach alkohol, szczególnie gdy są Irlandczykami i tak pięknie śpiewają przegrywając. W medialnym obrazie jesteśmy fajni, niczym murzynek Bambo z pierwszej Polaków czytanki, może i niezbyt rozgarnięci (vide Sławek, kumpel Slavka, maskotka Euro, wykazujący na twarzy pewną ociężałość umysłową), może i kiepsko zorganizowani na co dzień, niezbyt solidni i sumienni, ale to wszystko dzisiaj nic. Jesteśmy fajni i niech się BBC wstydzi.

Nasze powszednie bylejakość i tumiwisizm, które wybaczyliśmy od ręki futbolowym reprezentantom, powrócą za chwilę wykruszającym się spod autostrad piaskiem, łuszczącą się farbą z malowanych w pośpiechu terminali i hoteli. Ale przez miesiąc mieliśmy trochę karnawału: przemalowani w narodowe barwy, przebrani w śmieszne nakrycia głów, owinięci flagami stanęliśmy na palce, by gościom wydać się wyższymi, piękniejszymi i lepszymi niż nasza rzeczywistość. By przypadkiem nie pomyśleli, że czymś się od nich różnimy, że bawimy się inaczej, mamy inne błyskotki albo -nie daj Bóg- inaczej myślimy. Że nie jesteśmy tacy, jak oni. Niech wiedzą, że nie uciekamy na drzewo, gdy mama każe napić się mleka, a gdy woła do kąpieli, nikt z nas nie boi się, że się wybieli. Teoretycy postkolonializmu pewnie zacierają ręce, widząc, jak chętnie oddajemy przybyszom z Zachodu nasze paciorki, nie chcąc nic w zamian, byle tylko potwierdzili, że jesteśmy swoi.

Jesteśmy zdziecinniali, powtarzali kolejni krytycy potocznej polskości: Norwid, Słowacki, Brzozowski, Gombrowicz i inni, przed nimi i po nich. To prawda, od dawna nie potrafimy dojrzeć albo ze swojej niedojrzałości uczynić siłę, zamiast małpio naśladować dojrzalszych. Dziś zresztą w tym zdziecinnieniu też nie różnimy się zbytnio od europejskiego tłumu. Bo wszystko jedno, czy zdziecinnienie wynika z niechęci do dorośnięcia czy ze starczej demencji. Skutek jest taki sam.

Coś jednak się zmieniło: nie jesteśmy już pawiem narodów i papugą. Jesteśmy krygującym się w zwierciadle Kopciuszkiem, wciąż przerażonym, że wybije północ i będzie po balu.

Data dodania: 25 czerwca 2012

Do Wsoli uciekłem z zawodu, aby potem zastanawiać się chwilami, czy muzeum nie pomyliło mi się z mauzoleum. Aż w końcu odnalazłem sens. Przepraszam za ton może zbyt osobisty i uroczysty, ale ani się obejrzałem, jak minął nie tylko kolejny sezon kulturalny w MWG, ale i pięć lat plenipotencji w domu Gombrowiczów.

Rocznicową nieuchronność uświadomiłem sobie przed miesiącem, w czasie Nocy Muzeów, którą świętowaliśmy przekornie, bo dzień wcześniej niż Europa. Moje miejsce jest w przeciągu – śpiewał Mariusz Lubomski, a ja zdałem sobie sprawę, że właśnie za chwilę minie pięć lat od momentu, gdy przeciąg popchnął mnie w stronę Wsoli. I że – może po raz pierwszy w życiu – nie czekam, by pojawił się nowy podmuch.

Do Wsoli uciekałem z zawodu. Z rozczarowania dziennikarską profesją, która mi spsiała jakoś i nie dawała już satysfakcji. Uciekałem od nowomowy nowej, która hulała w politycznym pustosłowiu szczelnie wypełniającym czaszki pożeraczy frazesów i nieświętych obrazków z gadającymi głowami. Od tych widzów, słuchaczy, czytelników, którym skutecznie wmówiono, że tylko jatka jest interesująca. Przez ponad dekadę próbowałem wpływać na rzeczywistość „społeczno-polityczną” Rzeczpospolitej powiatowej, tego fragmentu Polski, z której uciekał bohater Ferdydurke. Aż na koniec spostrzegłem, że cała Polska publiczna jest jednym wielkim powiatem, a ja sam dawno się upupiłem.

Więc z gębą w rękach uciekałem niczym Józio – bezładnie, przed siebie, byle gdzie indziej. Choć nie do końca tak, bo jednak na kierunek ucieczki, choć pojawił się przypadkiem, zdecydowałem się świadomie. Uciekałem do szacownego Muzeum, ale w jego formie peryferyjnej, jeszcze (sądziłem) niedookreślonej, do ulepienia. Zupełnie nieświadomy oporu materii, mówiąc wielce eufemistycznie. Zresztą wtedy uciekałem (a uciekając tak, właściwie wracałem) zdecydowanie bardziej do Literatury niż do Muzeum.

Trafiłem na budowę. Jeżeli uparcie trzymać się odniesień literackich (a wtedy upór był niezbędny), pierwsze dwa lata to Płatonow pomieszany z Siejakiem, Orłosiem i Mrożkiem. Ani słowa więcej, by nikogo nie obrazić. Kiedyś to może opiszę i będzie to horror metafizyczny, z elementami prozy zaangażowanej w krytykę wczesnego kapitalizmu. Z dodatkiem Dołęgi-Mostowicza i Reymonta. Na razie dość wyznać, że przez te dwa lata częściej zaglądałem do dzienników budowy niż dzienników Gombrowicza.

W końcu otwarcie, czyli Bareja wiecznie żywy: żwirowa droga utwardzana jeszcze godzinę przed przybyciem dostojnych gości, potem BWP (bardzo ważni politycy), mowy, pląsy i dąsy. Wspaniale życzliwa (do dziś) Rita Gombrowicz, której słowa o jedynym zachowanym domu Gombrowiczów wciąż dodają otuchy, mądrze ironiczny, nieodżałowany Tomasz Merta, który przestrzegał, byśmy muzealną nudą gęby Gombrowiczowi nie przydali. I wielu, wielu innych, a drugiego dnia mistrzowski Andrzej Seweryn – wtedy jeszcze, ho, ho, prosto z Paryża – i pół tysiąca cudownie upchanych w pałacu widzów.

Ten cud, nie chwaląc się, do dziś czasem ćwiczymy. I co jakiś czas tamta nadrealna rzeczywistość powraca atmosferą kolejnych wydarzeń. Nie tylko tłumami złaknionymi gwiazd, ale i skupieniem bardziej kameralnych spotkań i rozmów. I nas w tym wszystkim sześcioro, trochę już zmęczonych, rozedrganych i pokręconych niczym sekciarze. Bo wspaniałych ludzi, których miałem szczęście sam sobie do współpracy zaprosić, łączy z tym miejscem nie tylko umowa o pracę.

Co roku ćwierć setki ważkich zdarzeń kulturalnych, improwizowanych, bez długiego planowania, bo w biedzie. Wbrew biedzie. (Czy wyobrażacie sobie, drodzy Czytelnicy, że dotacja na wydarzenia w pierwszym roku działalności wynosiła całe dziesięć tysięcy złotych?). Musiałem odkryć w sobie powołanie do zakonu żebraczego, ale się nie żalę, bo znalazłem wspaniałych hojnych ludzi tam, gdzie się ich nie spodziewałem. A lekcja pokory i dar przyjaźni otrzymane przy okazji są nie do przecenienia.

Zresztą kwestie finansowe mogą być nawet dobrą okazją do ćwiczenia stylu, o czym przekonały mnie roczne mailowe negocjacje z J.C. Gomezem, argentyńskim przyjacielem Gombrowicza, jego samozwańczym duchowym spadkobiercą i kontynuatorem, postacią bardzo literacką i z lekka szaloną. Negocjacje zwieńczone równie szaloną wyprawą wysłanniczek Muzeum do Argentyny i przywiezieniem do kraju listów Gombrowicza. Przywiezieniem, znaczy ocaleniem.

Na kilka godzin przed koncertem Lubomskiego inny mail z Argentyny – młoda ekipa filmowa dzięki naszym zabiegom i łaskawości MSZ rozpoczyna rejestrację rozmów o Gombrowiczu z ostatnimi żyjącymi świadkami jego biografii, ludźmi bardzo sędziwymi. Więc znów wygrywamy wyścig z czasem, z przemijaniem, utratą pamięci. To właśnie jest sens, ten wyścig bez mety, i w tym sensie mogę być muzealnikiem: chroniąc słowa blaknące w czasie, wyżebrywać dla nich życie po życiu. Rękopisy nie płoną, gdy dostają azyl w muzeum.

Tak, w tym sensie jestem muzealnikiem. I wcale nie tęsknię, by jakiś kolejny przeciąg wywiał mnie z domu Gombrowiczów. Z domu literatury.

Co wyznaję świadomy, iż los szykuje mi już zapewne ironiczną zemstę.

Data dodania: 12 czerwca 2012

Scena z tych, co tkwią w pamięci i znaczą co innego, niż chciałby autor. Bezwiednie wypowiadają to, co przemilczane, bo nieświadome.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie – niesie się między blokami suplika procesji, kluczącej, jakby chciała zmylić prześladowców albo uciec od ogłuszającego bicia w dzwony. Boże Ciało wędruje po uliczkach osiedla, przystając przed polowymi ołtarzami, jak barykady powstałymi nagle wczesnym rankiem, z dyskretnym stukotem budzącym ospałych. Coraz mniej liczny chór starzejących się głosów wyśpiewuje chwałę pańską i własną lękliwą radość. Jeszcze raz, zanim zejdzie do katakumb.

Ksiądz w symbolicznej bieli gromko opowiada o mistycznej obecności, przywołując świadectwo świętej mistyczki. Edyta Stein, żydówka, która nawróciła się na chrześcijaństwo – mówi kapłan i, jakby sam zdziwiony, zawiesza głos w efektownej pauzie, by słuchacze docenili wagę tej informacji.

Niesieni przez ubrane w białe alby dzieci, oprawieni w złociste ramki Jezus i jego matka, oboje Żydzi, milczą. Ksiądz mówi jeszcze, że świętej przechrzty wyrzekli się żydowscy rodzice. A potem wybuchła wojna i świętą zamordowali hitlerowcy – kończy opowieść. O tym, że zamordowali, bo była Żydówką, nie wspomina.

Przedburzowy zaduch wisi nisko w powietrzu, mieszając się powoli z dymem kadzideł. Na asfalcie rozdeptane płatki kwiatów zacierają ślady.

Panie dobry jak chleb – intonują wierni i idą do domów z pogańskimi witkami w dłoniach. Potwierdzili obecność, umocnili się nieobecnymi.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas, Panie.

A co z nie-nami?

Data dodania: 6 czerwca 2012

Pani Szczuka w poprzednim wcieleniu miała ptaszka i wcale jej się to nie podobało – rzekł Szczęsny o Szczuce, co to Euro nie chciała. To jest samczy, infantylny i idiotyczny kult igrzysk, które nie mają żadnego celu poza tym, żeby ci mężczyźni mieli frajdę – stwierdziła pani Kazimiera, która oprócz celebryctwa i publicystyki, zajmuje się też literaturą. Czyli słowami, często otaczanymi kultem i pisanymi także po to, by czytający mieli estetyczną i intelektualną frajdę.

Tak na długo przed pierwszym gwizdkiem Euro 2012 zyskało należną intelektualną głębię. Bramkarza Szczęsnego oburzyła zapewne toporna nowomowa intelektualistki Szczuki, która piłkę kopaną zaatakowała z jedynie słusznych feministycznych pozycji ideologicznych: będzie pełno potłuczonych butelek, zdemolowanych przystanków, ludzi zarażonych chorobami wenerycznymi i kobiet przywiezionych do seksusług. (By – jak się domyślamy – zaspokoić inny samczy kult.) Przy tym po męsku twardym języku Szczuki psychoanalityczno-ornitologiczne rozważania Szczęsnego brzmią jak słowicze trele.

Zresztą Wojciech, syn Macieja, wykazał się umiarem i taktem nieczęstym wśród zawodowych kopaczy. Nie tylko nie użył w polemice owych trzech słów, które najczęściej padają w czasie meczu, ale ripostując potraktował doktor Szczukę z taką wyrozumiałością, z jaką traktuje się miłe, ale niezbyt rozgarnięte dziecko: to tak jakbym zapytał się pani Szczuki, jaki jest sens rozmawiania o książkach, które już przeczytała. Wykazałbym się ignorancją na podobnym [co ona] poziomie. Wzruszeni delikatnością Szczęsnego juniora, nie będziemy go pytać o książki, których nie przeczytał. W końcu jemu nie za czytanie płacą. Bez porównania zresztą lepiej niż nam za czytanie.

To Euro w ogóle wyczynia z ludźmi dziwne rzeczy. Kazimiera Szczuka wali swe uwagi prosto z mostu, a tymczasem ci, którym do tradycji prawicowego pisma pod takimże tytułem znacznie bliżej, milczą. Nie dają się sprowokować, choć to całe Euro to jedna wielka prowokacja. Czyż nie jest prowokacją grubymi nićmi szytą fakt, że Rosjanie trenują w Sulejówku, pod nosem Marszałka, który im tak pięknie niegdyś Budionnego pogonił? Mucha ministra im nawet nie straszna, choć odmawianym przez Kaczyńskiego prezesa różańcem ich straszyła.

Albo czy Niemcy, zamieszkując na czas Euro w polskim Gdańsku, nie chcieli sprowokować prawdziwych Polaków? Może jednak nie, bo pewnie by im się chciało, skoro na wycieczkę do Auschwitz pojechało ich zaledwie trzech i to tych o polskich korzeniach. Zaś reszta reprezentantów okazała się zbyt wrażliwa i wolała o obozach zagłady porozmawiać – jak zgrabnie wyraził się menedżer reprezentacji – przy kominku.

A z kolei Jan Tomaszewski, na co dzień kawał chłopa, przed mistrzostwami zamienił się w Wandę, co nie chciała Niemca. Powiedział głośno, że nie podobają mu się w polskiej reprezentacji farbowane lisy, co to Polakami będąc, wybierały młodzieżowe reprezentacje innych krajów, a gdy do dorosłych ich nie powołano, odkurzyli swą polskość. Za to partyjni koledzy Tomaszewskiego zawiesili go – znów ten samczy język – w prawach członka, być może dobrze odczytując nastroje elektoratu. Bo jeżeli polscy kibice śpiewają gromkie sto lat urodzonemu w Polsce reprezentantowi Niemiec Lukasowi Podolskiemu, to może zmienia się paradygmat polskości. I teraz dobry Polak to taki, który w Polsce się urodził i na czas stąd wyjechał.

Lektura artykułów o Euro 2012 nie pozostawia wątpliwości: jest to wydarzenie o ważkich skutkach intelektualnych w najróżniejszych dziedzinach. Istotnym wkładem w powszechną teorię poznania jest na przykład polskie odkrycie, że autostrady, dworce i lotniska buduje się nie dlatego, że są nam potrzebne, ale dlatego, że organizujemy Euro. Zaś nowa kategoria autostrady niegotowej, ale przejezdnej, to prawdziwy skok inżynierii w XXI wiek. Przykładów nie trzeba mnożyć, mnożą się – a fuj – same.

Ale nie narzekajmy, chcemy przecież dobrze. A jeśli wyjdzie jak zwykle, to najwyżej znów zagramy o honor. I zwolnimy trenera.

Data dodania: 31 maja 2012

Biją nas, gębą po gębie, słowami na odlew. Obrażają, czy chcą, czy nie chcą. Polskie obozy śmierci świszczą w polskich uszach jak pejcz. Więc kto krzyknie głośniej? Kto boleściwiej zajęczy? Stare polskie zawody. A po drugiej stronie tradycyjnie ci, którzy radzą rodakom, by skorzystali z okazji do zamknięcia się. I – jak to w Polsce – argumentem w dyskusji jest znów literatura.

Ignoranci – mówią o politykach amerykańskich polscy politycy, znani powszechnie z erudycji. Prezydent, premier, marszałek, opozycja i koalicja, redakcje i reakcje, lewica i ulica, partie i dziennikarskie harpie dyszą z oburzenia. W telewizji wypowiedział się nawet wójt Izbicy, polskiej gminy z byłym niemieckim obozem koncentracyjnym, akurat zresztą sprzątanym troskliwie przez gimnazjalistów, przypadkiem wprost przed kamerą. Wójt również gotów był prezydentowi USA przebaczyć, jeśli ten przeprosi.

Można by pomyśleć, że wciąż uwielbiamy gdy nas biją, bo możemy wtedy głośno krzyczeć o niezasłużonej krzywdzie. Jeśli biją nas wielcy i mocni, to i my możemy poczuć się wielcy. Trans–Atlantyk. Trans, w który wprawiły nas trzy słowa zza Atlantyku. Gombrowicz wiecznie żywy.

Żeby być dobrze zrozumianym: nie uważam, jak Sławomir Sierakowski, że nic się nie stało, a Obama nie tylko obrazy, ale nawet gafy nie popełnił. Argument Sierakowskiego, że Nałkowska również pisała w „Medalionach” o polskich obozach śmierci jest retorycznie sprytny, ale fałszywy, bo ahistoryczny. Kiedy Nałkowska publikowała „Medaliony”, nikt nie miał wątpliwości, kto fabryki śmierci w Polsce budował i kto kogo w nich mordował.

Współczesna ignorancja historyczna jest nieporównywalna z tym, co wiedziały intelektualne i polityczne elity pierwszych powojennych dekad. Dla opinii publicznej, dla zwykłych, nawet niewykształconych ludzi, historia wojennych okrucieństw to była biografia, historia rodzinna. Inaczej było w Ameryce, która w stosunku do odmienności i wrażliwości świata za oceanami była w sumie obojętna. A nawet w swojej niechęci do empatii prowincjonalna. Tyle, że to taka prowincja, która stała się centrum, ze swej młodości i niedojrzałości czyniąc siłę. Znów Gombrowicz.

Wpadki Obamy i gadania o „przejęzyczeniu” nie można przemilczeć tak samo, jak nie powinniśmy milczeć, gdy Holocaust wyrywany jest z kontekstu straszliwej wojny i cierpień innych narodów albo gdy historyczna odpowiedzialność Niemców eufemizowana jest określeniem „naziści”. Może to i niepoprawne politycznie, ale odpowiednie dać rzeczy słowo, nawet gdy ono boli, to warunek konieczny, by uniknąć zbiorowej sklerozy.

Krytykujmy więc błąd Obamy jasno i stanowczo, ale nie napinajmy się tak bardzo, nie krzyczmy histerycznie, bo histeria jest bronią słabych i winnych. Kto nie umie dyskutować, obraża. Nieuk, ignorant – takie (i mocniejsze) epitety pod adresem prezydenta ogromnego demokratycznego kraju zamiast spokojnej argumentacji nikogo za granicą nie wyedukują. Pisk myszy, której znudziło się siedzenie pod miotłą.

Był czas – i o nim też trzeba przypominać – gdy słowa zabijały. Zabijały nawet literówki, bo do obozu śmierci mógł trafić redaktor, który nie dostrzegł, że zecerowi „t” omsknęło się w „r” w nazwisku despoty. Tego samego zresztą, który z ówczesnym prezydentem USA narysował nam nowe granice. Jeżeli dziś reakcje na wypowiedzi przekraczać będą granice umiaru, to zanim się obejrzymy, znów będziemy zabijać się słowami i za słowa.

To nie jest literacka metafora.

Data dodania: 28 maja 2012

Orłoś napisał powieść nienowoczesną, obojętną na literackie mody i teorie, wręcz staroświecką. Recenzje zebrał świetne, ale jakby zawstydzone. Bo czytanie opowieści „o życiu” jest dziś wstydliwym nałogiem? Dlatego i ja chowam się za cudzysłowem?

„Dom pod Lutnią” Kazimierza Orłosia to historia bezwstydnie zwyczajna, „z życia wzięta”, opowiedziana klasycznymi środkami, z bezwstydną ufnością w moc literackiej fikcji, zanurzonej w bezwstydnie bogatym doświadczeniu pisarza, popartym bezwstydnie oczywistym talentem narracyjnym, zmysłem obserwacji, słuchem językowym. I to wszystko w czasach, kiedy nawet tak dobrzy opowiadacze, jak Jacek Dehnel czy Ignacy Karpowicz, snując swoje historie albo puszczają oko do czytelnika, że bawią się świetnie i wespół, albo też rozbijają tok opowieści erudycyjnymi popisami lub autoironią. Zaspokajanie wstydliwego dziś głodu fikcji tak prawdziwej, że czytelnik gotów w nią uwierzyć, staje się powoli specjalnością reportażu.

Bezwstydna w tym kontekście jest też wiara Orłosia w istnienie wiecznych tematów literackich, o których można pisać serio i w nieskończoność, choć wydają się zgrane do szczętu. Takich jak miłość, która nigdy nie jest spóźniona, pragnienie zwykłego szczęścia z dala od zbiorowych przeznaczeń i stawianych nam przez nie wymagań. O tym właśnie jest „Dom pod Lutnią”, powieść o późnym uczuciu i próbach spełnienia wbrew historii, polityce i społecznym schematom, a także o dojrzewaniu, które również jest niezależne od metryki. Nie jest to jednak książka tak oczywista i jednoznaczna jak jej pierwsze odczytania.

Wbrew pozorom świat przedstawiony powieści to nie mazurska jesień ułana ani kraina utraconej niewinności, to kraj świata, głusza, prawie odludzie, świetne miejsce na izolację od zbiorowości i jej historii. Miejsce, w którym jednostka przemielona przez młyny boże i ludzkie, jeszcze okrutniejsze, próbuje odzyskać elementarną osobność, indywidualność, podmiotowość. Pułkownik Józef Bronowicz, ułan jazłowiecki, więzień oflagu, a w końcu mazurski osadnik nie jest ani konformistą układającym się z nowym ustrojem, ani dezerterem uciekającym od historii, polityki i rodzinnych obowiązków, ani nawet samotnikiem, popadającym w depresję z powodu nadchodzącej starości. Jest człowiekiem, który próbuje okpić los, dając sobie zgodę na nowe pragnienia i spełnienia. Mazurska prowincja końca lat 40. okrutnego XX stulecia w powieście Orłosia nie jest jednak arkadią. Jest usiłowaniem arkadii.

Historia, polityka, tląca się jeszcze w podziemiu i gorejąca w ludziach wojna, są w „Domu pod Lutnią” obecne, ale przyczajone w oddali. W nieufności do obcych i swoich, którzy mogą okazać się jeszcze bardziej obcy. W lesie skrywającym ostatnich partyzantów, chorych na rozpacz i nienawiść, oraz kłusowników, ubeckie bydlęta upojone wódką i wszechwładzą. W porzuconej Warszawie, z której docierają wieści o rodzinie dotkniętej stalinowskim bezprawiem, a także wnuczek, skrywany na wszelki zły wypadek w mazurskiej głuszy. Masowe ideologie i obłędy minionego wieku są obecne w świecie powieści, ale nie na pierwszym planie, bo w tym świecie obowiązują przywrócone na nowo proporcje i hierarchie. Biografia jest ważniejsza od historii, polityka mniej porywająca niż letnia rozkosz zanurzenia się w zimnej rzece. Ludzkie losy są tu pokręcone i niejednoznaczne, ale jest nadzieja: wobec świata zewnętrznego wystarczy zachowywać się przyzwoicie, by otrzymać prawo do szczęścia. Wystarczy, oczywiście, do czasu.

To fragment lekcji, którą Bronowicz daje swemu wnukowi. Pokazuje mu, że zwykła przyzwoitość i proste pragnienie szczęścia mogą być ważniejsze niż wszystkie te abstrakty, w imię których XX wiek (a i inne również)tak łatwo odbierał ludziom szczęście, miłość, indywidualność, życie. Bohater Orłosia w imię własnej wolności i prawa do biografii odwraca się od historii, polityki, ról społecznych. Nie jest naiwny, wie, że za chwilę, miesiąc, rok mogą go znowu dopaść, więc przynajmniej tę chwilę, miesiąc, rok chce przeżyć po swojemu. Dojrzewa równie intensywnie jak jego wnuk.

Nowa powieść autora „Cudownej meliny” nie jest jednak szlachetną moralistyką ku pokrzepieniu serc ani baśnią z dobrym zakończeniem. Jest aktem w istocie dramatycznym. Oto stary pisarz, który literacką sławę zdobył przy pomocy realizmu socjologicznego – powieściami demaskującymi rzeczywistość historyczną i polityczną, pisarz, którego bohaterowie nie mogli być szczęśliwi, bo „szczęścia nie było w ojczyźnie”, odwraca nagle wektory. Mówi nam, że mięsista materia jego najbardziej znanej prozy z lat 70. i 80. to rzeczywistość mniej istotna, tło pchające się na plan pierwszy. Dom pod gwiazdozbiorem Lutni jest od ideologii i polityki odgrodzony, choć majaczą one na horyzoncie ubeckim gazikiem wzniecającym kurz na polnej drodze, niepokojącymi leśnymi echami wystrzałów z kałasznikowa. Wyparta, wypędzona z podwórka historia nie daje zapomnieć o kruchości szczęścia, które bohaterowie opowieści Orłosia próbują pozlepiać z obłomków świata, roztrzaskanego straszliwą wojną i okrutnym powojniem. Walczyć nie można przecież bez końca, w końcu trzeba żyć.

Nie sądzę, by Orłosiowi szło o to, byśmy ulegli rozmarzeniu. Po prostu z perspektywy długiego życia pisarz raz jeszcze ustala porządek świata, być może nawet wątpi w swoje (i nasze) zaangażowania sprzed lat. I przypomina, bez sentymentalizmu i naiwności, o prawie do szczęścia. Szczęścia mimo wszystko.

A wszedłszy w wiek mędrców wie, że z upływem lat owo wszystko staje się coraz większe i cięższe, ale i coraz łatwiej przejść mimo tego wszystkiego. Droga zaś biegnie opodal domu pod Lutnią.

Data dodania: 16 maja 2012

”Szatański zwierzchnik Woland przemierza już naszą Ojczyznę ze swoim kotem Behemotem, także o rysach szatańskich”. Więc jakże to tak, Andrzeju*, Woland w Ojczyźnie, a ty się nie zrywasz, pióra nie chwytasz, eseju nie piszesz, słów jego nie tłumaczysz?

Wolanda tu, w Polsce, widział kilka tygodni temu nie świszczypała żaden, nie wielbiciel pociągów z powieści Jerofiejewa, lecz człek poważny, w latach i funkcji stateczny, sakrą wyróżniony. Słowa jego cytowały gazety, ale wierzyć nie chciałem. Próżno jednak czekałem na sprostowanie jakieś, widać prostować nie ma czego. Ksiądz biskup postraszył Wolandem tysiące manifestantów broniących pewnego medialnego biznesu, który przegrał z innym medialnym biznesem w wyścigu o jeszcze lepszy biznes. Zebrani krzyczeli jednak nie o pieniądzach, ale o prześladowanej wolności słowa. Słowa, Andrzeju, mamy teraz tak wolne, że wolne są nawet od sensu. Ciebie, stylistę, pewnie by to zmartwiło, chyba że znowu chciałbyś tworzyć kabaret. Biskup-retor o Wolandzie opowiadał dobitnie, tak dobitnie, że wielu po jego słowach zacisnęły się pięści i szczęki.

Gdybyś był dzisiaj obecny, to po której stronie? Wcale to nie oczywiste, pamiętam, gdy nagle Ty, dysydent niewydawany i internowany, a potem minister u Mazowieckiego, doradzać zacząłeś prezydentowi, który czerwony był nie tylko od ukraińskiej gościnności wódczanej. Zapiekły wówczas politycznie chciałem tę „apostazję” Twoją jakoś usprawiedliwić, aż w końcu znalazłem wytłumaczenie w Barthesie: intelektualista musi zaskakiwać, kluczyć i zmieniać intelektualne pozycje, by nie wpaść w sidła władzy i języka. Wcisnąłem ten wykład Barthesa w popularny felieton, tak bardzo chciałem Ciebie publiczności wytłumaczyć. Tekst pochwaliłeś za dezynwolturę, ale koncept potraktowałeś wzruszeniem ramion. Rzecz była prostsza, wyjaśniłeś: tylko lewica pamiętała o Rosji, tylko lewica wtedy chciała z nią rozmawiać, więc jej zgodziłeś się doradzać.

Dziś spór ten wydaje się odległy jak Władywostok. Ruskimi straszyć jest w modzie, lęk zdominował stosunki z Putinem batiuszką i jego samodzierżawiem demokratycznym. Jedni się boją, więc piąstki zaciskają i jak dzieci wygrażają obudzonemu przedwcześnie niedźwiedziowi, drudzy też się boją i dlatego zbyt chętnie robią z misiem niedźwiadka. Nikt prawie Rosji nie rozumie i zrozumieć nie chce, a tych, co rozumieją, nikt już nie słucha. Wilk wiosny nie czyni, tym bardziej że zimę ukochał. Zimny pokój nastał między nami i żadne kuchenne rozmowy z braćmi Rosjanami tego nie zmienią, bo nie inteligencja dziś politykę robi, inteligenckich bajań o przyszłości nikt nie słucha. Już chętniej rżenia nasłuchują i wyglądają, czy Budionny nie nadciąga, bo cud by nam się przydał nad Wisłą i czapka z piór. Ale ani koni, ani osłów nie słychać. Tiszina.

A polityka obrzydliwa była i przed piętnastu laty. Pewnie nie pamiętasz, bo nagroda wiekuista musi polegać na odebraniu złych wspomnień, jak ci, co na siebie patrzeć dziś nie mogą, zlustrować Cię próbowali. Szeptali o przeszłości w czerwonym krawacie, o podróżach na wschód, do krainy szczęśliwości. Tyle że to, co naszeptywali, Ty dawno opowiedziałeś jawnie (i dwupłciowo, bo ta Twoja przeszłość i Rosja miała twarz ukochanej kobiety), we wspaniałym do dzisiaj „Pocałunku na mrozie”. Opisałeś i młodzieńcze zauroczenie komunizmem, i miłość do Rosji i -bardziej powściągliwie – jednej z Rosjanek. Miłość trudną, odwzajemnioną, choć Cię do Rosji przez kilkanaście długich lat nie wpuszczał ZSRR, a było to w czasach, gdy niejeden z późniejszych lustratorów cytatami z Lenina inkrustował swe naukowe rozprawy.

Niech im będzie na zdrowie. Dziś, Andrzeju, tacy czujni już nie są, nie zauważyli nawet, że zabór dokonał się bezkrwawy: Ruscy zabrali nam żubrówkę. Podkupili za rublowe srebrniki. Zdradzeni zostaliśmy wcale niepoetycznie, nie o świcie, a tuż przed lunchem pewnie, w klimatyzowanych korporacyjnych gabinetach. A kiedyś podział był jasny: oni bimber i stoliczna, my żubrówka i żytnia z kłoskiem. Choć Ty akurat koniak gruziński wolałeś – także do bruderszaftu. Nigdy chyba przejście z kimś na Ty nie dało mi tyle satysfakcji. Na ty przeszliśmy wszyscy, Twoim zarządzeniem i Twoim gruzińskim koniakiem, gdy ostatni rozdział Twojej monografii poszedł do wydawnictwa. Twojej, bo choć pisana zbiorowo, redagowana nader demokratycznie, była ta historia literatury rosyjskiej XX wieku Twoim dziełem. Zrealizowanym marzeniem, by napisać pierwszą w tej pechowej części Europy wolną od cenzury książkę o mimo wszystko wspaniałym stuleciu tej wielkiej literatury. Wygrałeś wyścig z chorobą: zdążyłeś jeszcze odebrać autorski egzemplarz w wydawnictwie.

Tak, jak chciałeś, w domu pogrzebowym na Powązkach zagrano jazzowe standardy. Pani prezydentowa spóźniała się już bardzo, odtwarzany ponownie Duke Ellington wyczyniał cuda. I wtedy, najpierw nieśmiało, a potem odważniej, stojące opodal mnie starsze panie, z których część zapewne kiedyś podkochiwała się w Tobie, zaczęły kołysać się w rytm muzyki, śmielej i śmielej, z uśmiechem. Tajemnicze cienie pląsały po posadzce.

Szatańskiego zwierzchnika z kotem Behemotem zobaczył w retorycznym zapale biskup ze Wschodu, z Drohiczyna. Bóg z nim. Bóg z Tobą. Pocałunek na mrozie – w tej Chlebnikowskiej formule zawarłeś swoją Rosję. Dzisiaj, Andrzeju, mróz jakby większy, a pocałunki chłodniejsze.

*15 maja minęła piętnasta rocznica śmierci Andrzeja Drawicza, wybitnego znawcy i tłumacza literatury rosyjskiej (szczególnie Bułhakowa), nauczyciela akademickiego, eseisty, uczestnika opozycji demokratycznej, współpracownika premiera Mazowieckiego i prezydenta Kwaśniewskiego. Kiedyś także współtwórcy STS-u.

Data dodania: 7 maja 2012

Więc pijcież, bracia Monopolanie, do Swojszczyzny swojej przepijajcie, nie pierwszy to raz będzie przecie. Pijcież do Onej, którą upijaliście się nieraz, grillujcież, zanim Ona was zacznie znowu grillować na ogniu świętym, narodowym. Karczki na Jej cześć podpiekajcie na brąz, swoje i świńskie. Dymem węglowym nad ruszty się unoszącym Ją okadzajcie, czadem siwym jak siwucha, co wam łby, podgolone po szlachecku albo na modłę kozacką do skóry strzyżone, tumani.

Tak naród świętuje, że aż strach. Szczególnie wieczorami, gdy jednostki spracowane, choć świętowaniem jeszcze nienasycone w odpowiednim procencie, snują się po uliczkach prowincjonalnych miast i miasteczek, los swój emigrancki krajowy lub zagraniczny wychwalając i przeklinając na przemian. Sąsiad z bloku naprzeciw, co z Iilandii na parę dni upojnych przyleciał, kolegom opowiada, że i w Londynie był, i Memłej nowe widział, piwa się na nim napił, cienkusza co prawda, gdzie mu tam do naszego. I nie wiadomo już, co sąsiadowi dykcję bardziej psuje: wada wymowy wrodzona czy też utracona bezpowrotnie odporność na trunki nasze tradycyjne. Kto zresztą ma głowę, by trzydniówkę narodową w upał taki bez szwanku znieść. W końcu i święto pracy uczcić trzeba, choćby się na bezrobociu było, i tę konstytucję, o której naród wie dużo, bo że trzeciego maja uchwalona była.

Więc naród świętuje, że aż miło. Trzeciego pedałuję sobie niespiesznie trójkołówką moją po wsiach i przysiółkach okolicznych. Słońce jak na zamówienie, skowronki wysoko, bez się bzi i ganki białe dworkowate domów nowych ocienia, pora przedobiednia, więc grille jeszcze nierozpalone, zmagania wczorajsze nieodespane. Flag przy domach jak na lekarstwo, ale naród już po kościele, więc za to pod każdym sklepem warty honorowe pozaciągane, z brązowymi i zielonymi flaszkami na prezentuj broń stoją, niektórzy już przysiedli, cień sobie znalazłszy i dyskutują statecznie. O czym, nie słyszę, bo z górki mam akurat, więc rozpędziłem się przed następnym podjazdem. Gorąco, duszno, czemu cieniu odjeżdżasz…

Raczej o Konstytucji 3 Maja nie dyskutują jednak, bo i o czym tu gadać. Do szkół chodziliśmy tych samych, a tam, pamiętam, wszystko już powiedziano: że ta konstytucja dużą literą pisana, bo własna, druga była taka na świecie, tylko Ameryka nas wyprzedziła; że przywary szlacheckie i magnackie – jak to: sarmatyzm, egoizm, warcholstwo i pijaństwo, jednym słowem istne liberum veto i poruta – likwidowała. A gdyby tę ustawę, co to podobno wszyscy nam jej w Europie zazdrościli i z niej ściągali, jeszcze w życie wprowadzić się dało, to byśmy nie musieli na towarzysza Gierka czekać, żeby znowu w dziesiątce potęg gospodarczych świata się znaleźć.

Pewnie też głów sobie nie zawracają dziwowiskiem wielkim, że taki wykwit ducha trzeciomajowy z siebie wydawszy, Rzeczypospolita ducha zaraz oddała na amen, czyli na wiek z okładem. Zresztą jakie to dziwowisko, wyjaśnienie dawno już dała pieśń znana, na akademiach kiedyś śpiewana chętnie: gdy naród zawołał umrzem lub zwyciężym, panowie w stolicy palili cygara. Niejednego nałóg zgubił, ci panowie to też byli bracia Monopolanie i za kołnierz nie wylewali, a brać na to skądś trzeba było. Konstytucję chwalebną, choć spóźnioną, fortelem uchwalono, gdy większość posłów jeszcze od stołów wielkanocnych odejść nie zdążyła. Inaczej się nie dało, skoro nawet wcześniejsze ostrożne reformy uchwalały sejmy – jak to delikatnie ujmuje prof. Ajnenkiel – opłacone, i to nie dietą poselską, ale dukatami od carycy Katarzyny. Kieszonkowe takowe nawet król światły w końcu dostawał, i wcale się przed nim nie wzbraniał.

Więc wszystko przez „onych” i obcych, jak to u nas bywa. Każdy czyn za wcześnie i każda książka za późno, jak mówi poeta. Poeta wsteczny zresztą, postęp za nic mający, głoszący na piśmie, że Rzeczypospolita wcale nie przez liberum veto upadła, bo to dobry koncept był, najbardziej demokratyczny akt polski, prawa jednostki chroniący przed terrorem większości, wolność gwarantujący. Tyle, że jak Konstytucja 3 Maja pojawiła się za późno, tak i złota wolność szlachecka niewczesna była. A o sile prawa nie przesądza jego uchwalenie, lecz skuteczne stosowanie. Idea republiki szlacheckiej, jak to ze szczytnymi ideami bywa, zaczęła karleć za przyczyną możnych cwaniaków i tych z braci szlachty, dla których Rzeczypospolita stała się cudowną meliną.

Gdybyście, o bracia Monopolanie, świętowaniem nie byli tak umęczeni, to może by wam się w tym momencie i analogie jakie nasunęły, i myśli czarne. Ale nie ma obawy, wszak Swojszczyzna nasza, białoczerwona, myślenia od dzieci swoich nigdy nie wymagała. Wystarczyło, byśmy na przemian to białą chorągwią machać, to krwi czerwonej sobie upuszczać dawali. „Lud ten dobry jest”, pisał Hugo Kołłątaj do obawiającego się rewolucyjnej ruchawki króla Stasia. I wszystko kupi – dodają dziś polityczni pijarowcy (nie mylić z pijarami). On, czyli my, naród, synowie uszlachconych chłopów i schłopiałej szlachty.

Bo kto by tam ciężkie Norwidy czytał, skoro nawet najbardziej znane powiedzenie przypisywane Piłsudskiemu dyskusji nie wzbudza. Może prawdziwe jest i rzeczywiście Naród u nas wspaniały, tylko ludzie ku*wy?

Strona 10 z 15« First...89101112...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury