Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Maj 2018
Data dodania: 22 maja 2018
                                                                    …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu…
(W. Gombrowicz, lat 58, gdy zapisywał to w „Dzienniku”)

MNISZEK

W maju mlecze tracą kwiaty. W Mniszku, wsi, w której spędzamy niemal dwie siódme naszego życia, w miejsce żółtych dywanów rozłożonych na rowach i pustych jeszcze pastwiskach pojawia się na chwilę mnóstwo białych, półprzezroczystych baniek, falujących na cienkich łodygach. Każdy mocniejszy podmuch wiatru podrywa je w niebo, pozostawiając łyse, postrzępione na końcach, zielone kikuty łodyg. Łąka wygląda wtedy jak nadpruty dywan, wywrócony spodem do wierzchu, ujawniający splot rzeczy, tajemny sens lub bezsens, o podejrzeniu którego marzyli romantycy.

W dzieciństwie nie wiedzieliśmy jeszcze nic o poezji, filozofii oraz romantycznym szaleństwie, a także o wielu innych zawiłych sprawach. Sztuka życia polegała na czym innym: tak urwać mlecz, by delikatna czasza pozostała na ułamanej łodydze tak długo, aż nie uwolnimy jej jednym mocnym dmuchnięciem. Trzeba było przy tym uważać, by nie pobrudzić rąk mleczkiem, wypływającym z rurkowatych łodyżek. Białe i lepkie, smakowało gorzko, gdy – nie wierząc dorosłym, że trujące – wyciskaliśmy je po kropli na wysunięty język. Bały się tylko dziewczyny, więc kusiło nas, by zawartością łodyżek mazać je po odsłoniętych ramionach albo po twarzach.

Był to czas bezmyślnej niewinności, bez natręctwa skojarzeń: ziemia nie przyciągała nas jeszcze swoimi sokami. Lekceważyliśmy prawo ciążenia, bardziej interesowały nas podniebne wędrówki mleczowego puchu, szybującego nie wiadomo dokąd i po co. Włóczęgi takie jak nasze, po polach i łąkach, bez celu, samopas. Czas roztajemniczania natury, jej soków i miąższu, był jeszcze przed nami. Na razie oszczędzano nam jej nieba i piekła.

Potem przeczytałem, że jedna z odmian wszędobylskich mleczy fachowo nazywa się mniszek lekarski. Obojętnie, sterylnie. Nie lubię tej nazwy, jest zimna jak spóźniona wiosna. Albo jak jesień, która nadciągnie, zanim się obejrzymy, za siebie.

 

ZAKRĘT

Na razie jednak ciepło, czas ruszać, pod słońce, pierwszy raz po przerwie długiej jak zimowe niedoczekanie, więc trasa krótka. Powtarzam ją co roku, dla rozgrzewki, sprawdzić, czy coś się zmieniło. Tak, ktoś kupił dom na zakręcie, przez trzy lata stał niewykończony, pewnie wykończył właściciela. Teraz gotowy, zamieszkany, samochód na podjeździe, kostka betonowa, kolorowa, ogrodzenie z metalowych prętów, modelowane nowocześnie. Dostatnio, dość.

Gapię się spode łba na podwórko obok, na kojec, chyba już bez psa, na szczęście. Nie odezwałem się nigdy, z lenistwa i niechęci do awantur, gdy biały kundel całe dnie spędzał w za małej klatce, zdrętwiały i osowiały. Spał w słońcu przed budą, w środku pewnie miał gorzej. Gdy otwierali kojec wieczorem, ożywiał się, dosłownie. Długo w noc słychać było jego dziwne szczekanie, jakby niemy uczył się mówić.

Psów w tych nowych domach za zakrętem coraz mniej, jeśli już, to yorki, przerośnięte wiewiórki, wiecznie w ruchu, dziwnie podskakujące. Bystre jak rozpieszczone dziecko, rządzą, kaprysząc i przymilając się na zmianę. Są tu nie na miejscu, w miejsce tych, które stróżowały.

Jeszcze niedawno obejście bez psa było rzadkością, wiejska tradycja, chłopski spryt, bo niech i pies popilnuje, na wszelki wypadek, gdyby Boga naprawdę nie było. Może teraz nie wierzą już nawet w psy? Puste, rozsychające się budy. Ucichłe łańcuchy, walające się po ziemi, wydeptanej wokół, do granic uwięzi.

 

CHRONÓW

Dalej prowadzi leśna droga. Utwardzona, z niewieloma jeszcze dziurami. Za to las poharatany, przerzedzony, taka gospodarka, leśna. Starsze wyrwy już zarastają młodymi iglakami, jeszcze nie dają cienia, ale zasłaniają od wiatru. Za kolejnym zakrętem asfaltowa jezdnia, znów węższa, deszcze nagoniły piasku z poboczy, przegniłe liście i igły przykryły postrzępione brzegi asfaltu. Nikt tego nie sprząta, już nie las, jeszcze nie wieś.

Do niej kawałek, bo Chronów odsuwa się coraz dalej. Sądząc po zrujnowanych studniach otoczonych dziś zielonymi łąkami i po szpalerach drzew pozbawionych płotów, których niegdyś trzymały się kurczowo, wieś podchodziła aż za strumyk, przepuszczony pod jezdnią. Pamiętam czas, gdy stała tu tablica z nazwą Chronów, udowadniającą, że rzeczywistość nazywa się sama, po imieniu. Ktoś na tej tablicy namazał czarną farbą: KOSMOS. By zrozumieć dlaczego, trzeba rozejrzeć się uważnie po tym pejzażu bez ludzi.

Wieś zaczyna się nową ruiną, opuszczona chałupa rozsypała się, przygniatając nie koszone chaszcze. Na kupce gruzu dziki bez, rozplenił się, pojedynczy, blady, poprzerastany gałęziami bez kwiatu. Pomyślałem kiedyś, że te rozwalające się domy, obory nie pamiętające już zwierzęcego ciepła i smrodu, stodoły puste jak kłosy w nieurodzaj, wypalone słońcem i suszą – wszystko to ciąży ku ziemi jakby tęskniło za zmarłymi. Osierocona materia, bezsilna bez człowieka. Memento na początek, do powtarzania co roku.

Chronów jest jak starczy zgryz, coraz więcej przerw w zabudowie, dziur szybko zabliźniających się na zielono. Pokruszone, spróchniałe pieńki starych domów. Te starsze, drewniane, rozpadają się o dziwo dłużej. Nikt tu nie budował z kamienia, drogo, choć do kamieniołomów tylko dwadzieścia kilometrów. Cegła z pokątnego wyrobu rozpada się łatwo, niedogrzana, odsłonięta przez zmurszały tynk. Nowe domy, letniaki, stawiają tu więc coraz częściej z drewnianych bali i desek. Ząb czasu, znak czasu.

W Chronowie takich implantów jest już kilka, dzieci umarłych budują sobie te letniaki z sentymentu, do przeszłości i do oszczędzania. Ziemia w spadku, a i daleko jeździć nie trzeba na wczasy. Wyrwali się kiedyś, żeby się dorobić i docenić, a teraz zagospodarowują gruzy i patrzą na zielone, od którego odwykli. Zieleń, szczególnie ta majowa, ma tu tyle odcieni, że miejscowi powinni nazywać je wieloma słowami, jak Eskimosi śnieg. Chronów jest jednak ubogi, także i w tym sensie. Ale to się zmienia: na przykład nowych domów nie zostawia się na pastwę, w tygodniu strzegą je, z braku ludzi, cerbery, goliaty, dragony i inne płatne kuratele.

Najlepiej mają ci na końcu wsi, za podjazdem, trochę im zazdroszczę. Mały dom z jasnych desek, z zadaszonym tarasem, postawili na wysokiej podmurówce. Dzięki temu sad po drugiej stronie szosy nie zasłania im widoku. W pogodne dni widać zarysy wzgórz zaczynających się tam dalej, zaraz za Szydłowcem.

Przestrzeń faluje już tu, niedaleko za Mniszkiem, znudzona płaską monotonią. Widać to choćby w nazwach, Chronów ma swoje Kolonie, Górną i Dolną. Dziś jednak żadnych kolonizacyjnych zapędów. Czas wracać, czuję w nogach podjazd, mocno, jak za pierwszym razem.

Wracam w majowy, chłodniejący przedwieczór. Nabożne babki obsiadły ławkę przy figurce Matki Boskiej. Stłoczone jak kury na grzędzie, dziobią ziarenka różańca.

 

CHAŁUPKI

Za pierwszym razem ruszyłem nie do Chronowa, a gdzie indziej. Może odstraszał mnie nazwą, pokojarzoną nie tylko z czasem, ale i chromością? Na końcu Mniszka pojechałem więc nie w lewo, a prosto, przez las, dwa zakręty, za którymi Chałupki. Znów miejsce nazwane po imieniu, małe zadbane domki, wykoszone trawniki, klomby, poprzycinane drzewka, ozdoby na fasadach i podwórkach: stary pług zamieniony w kwietnik, drewniane koło z metalowym obiciem, powieszone obok wyczyszczonej i pomalowanej podkowy. Letniaki, letnicy, emeryci wracający na swoje, uciekinierzy z miast, nawet odległych. Dwa gospodarstwa, jedno zadbane, drugie nie. Pozostali o ziemię już się nie troszczą, chyba że o plac na cmentarzu, na zaś.

Zawsze przejazdem, nie znam tu właściwie nikogo oprócz Srebrzystego, ale starym zwyczajem wszyscy mówimy sobie dzień dobry. Idylla. Trzeba tylko uważać na psy, wypadają z pierwszego podwórka, dwa, małe, zajadłe, głośne. Jakby przeganiały albo ostrzegały, pod każdą sielanką kotłuje się piekło.

Srebrzysty zostawia czasem rower u nas na podwórku, bo stąd do stacji już niedaleko. Brat ma samochód, jeździli kiedyś razem, ale pokłócili się, o podział maleńkiego domu i podwórka, schedy po rodzicach. (Czy wtedy tak osiwiał?) Teraz przyjeżdżają do Chałupek na zmianę. Gdy się unik nie udaje, ćwiczą trudną sztukę niewidzenia i niesłyszenia, koncentracji na swoim, dosłownie, mikrokosmosie. Małorolni wyznawcy zen.

 

ZABOROWIE

Chałupki mija się szybko, wystarczy zakręcić mocniej pedałami, trochę tu z górki. Zaraz za nimi zaczynają się podjazdy, pierwszy łagodny, do Leśniczego, zielonym tunelem z krzaków i chwastów. Potem zjazd w cień dużego starego lasu, chłodny i wilgotny, ale nieodpychający. Za lasem kolejny podjazd, droga – a jakże – na Zaborowie. Dość ostro pod górę, choć z każdym rokiem wydaje mi się mniej stromo.

Ale kiedy podjeżdżałem pierwszy raz, wydawało mi się to nie lada wyczynem. Pomyliłem przerzutki, więc ciężko, serce po raz pierwszy od dwóch lat pompowało tyle krwi. Też była ciepła wiosna, pierwsze upały, na szczęście cień dawały klony rosnące przy szosie, świeżo asfaltowanej, jednej z tych, po które wchodziliśmy do unii.

Pot szczypał w oczy, mrużyłem je, nie patrząc do góry. Pachniało mocno, jaskrawo. Cisza, niedzielne południe, wszyscy na mszy albo przy rosole. Znak w połowie drogi, od niego zaczyna się stromizna. Jeszcze mocniejsze depnięcie, za chwilę można wyprostować plecy.

Przystaje się tam przy kamiennym krzyżu, jak to na rozstajach. Na cokole błaganie, oszczędne, jakby kamieniarzowi nie chciało się dłubać dłuższego zdania. Zlekceważył nawet interpunkcję: Boże błogosław nam 1935. Jeśli nawet błogosławił, to niedługo, jak się wydaje. A może wszystko jest  błogosławieństwem, ale w porządku innym od naszego, pełnego przekleństw?

Po prawej miałem ogromne pole żółtego, słonecznego łubinu. Dalej jakieś zieloności, pogrodzone pasmami krzaków kwitnących na biało, opadające ku ścianie lasu, gęstej, pociemniałej zgniłą zielenią. Za plecami pole wznosiło się łagodnie. Słońce prześwietlało kępę drzew, spinająca krajobraz na horyzoncie. Po lewo kolejny cień i zjazd, z obietnicą rzeki, przybranej po niedawnych deszczach, odbijającej przechylone nad nią drzewa i niebo. Dziękowałem bez słów, nie zastanawiając się, komu. Dwa lata po zawale życie było, piękne.

Czasem wydaje mi się takie i dziś, choć na ten pagórek wjechałem już setki razy. Jakoś tak zawsze tu po drodze, mimo że zmieniałem trasy, odwiedzałem nowe, coraz mniej, miejsca. Wyruszałem z Mniszka i do niego wracałem, przejechaną przestrzeń zamykając w pętli, jakbym się bał, że nie zostanie przy mnie.

Łaska powtórzeń. Powtarzany setki razy ruch po okręgu staje się w końcu spiralny?

 

CZAS

Czas był najwyższy: przed czternastu laty, gdy pierwszy raz pojechałem rowerem, miałem czterdzieści cztery lata. Co nic nie znaczy, żadnych romantycznych mistycyzmów, raczej wstydliwa przypadłość: nigdy nie nauczyłem się utrzymywania równowagi na dwóch kołach. Teraz, gdy lekarz kazał się ruszać, by pożyć po zawale, M. wynalazła gdzieś trójkołówkę, solidny rower dla niemieckich emerytów albo dla niepełnosprawnych.

Pożyłem, inaczej niż drzewa na podjeździe, wytyczające kierunek. Jacyś idioci wycięli je, bo groziły  im rozrośniętymi konarami i bezczelnie sypały liście na nowiutką wtedy jezdnię. Dziś drogę wyznacza kruszejący asfalt, do czasu.

Znak z rozmazanym kosmosem też ktoś wyrwał i wrzucił do rowu. To nic, przecież znam tę drogę na pamięć, zapętlałem ją setki razy. Skurczyła się przez te lata. Czas, poruszony, zaciska ją coraz mocniej.

 

Data dodania: 4 maja 2018

W mięsnym „u Chochoła” już w piątkowe popołudnie półki puste jak w stan wojenny. Towar mają tu dobry i świeży, choć droższy niż gdzie indziej, ale też okazja nie byle jaka, weekend długaśny jak korki na wylotówkach, więc kto by na świętowanie skąpił. Jesceśmy nie lada jacy. Chochoł nawet ma wolne.

 

***

Cały naród rocznicę swojej pierwszej konstytucji grilluje. Chciałem napisać: miłuje, ale to w sumie na jedno wychodzi. Potomkowie pańszczyźnianych chłopów bawią się dziś po pańsku. Nic to, że z pańszczyzny uwolniła ich nie ta konstytucja, lecz inne akty prawne, narzucone później przez obcych.

Polska historia jest pokręcona, kto by tam pamiętał ją ze szczegółami. Łatwiej zapamiętać temat trzeciomajowej lekcji: pierwsza w Europie, druga na świecie. Nastroiłem pawich piór: postawie se pański dwór!

Co roku w maju poprawiamy sobie narodowy nastrój historyczną klasyfikacją. Znów miejsce na pudle, jak w niegdysiejszym Wyścigu Pokoju. W Europie byliśmy pierwsi, nikt nas nie będzie uczył jeść nożem i widelcem.

Nie wszystkim to jednak wystarcza. Społecznicy z mojego rodzinnego Radomia  ogłosili, że pierwszą polską konstytucją wcale nie była trzeciomajowa „Ustawa Rządowa”, lecz przyjęty w roku 1505, oczywiście w Radomiu, akt prawny znany jako Nihil Novi. Nic to, że w polskiej tradycji prawnej termin constitutiones zarezerwowany był dla wszelkich uchwał sejmowych, zaś współczesne znaczenie słowa konstytucja pojawiło się po uchwaleniu konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Nic moich krajan nie powstrzyma w dziele utrwalania konstytucyjnego pierwszeństwa. A także dziale, bo na skwerze obok nieistniejącego zamku historyczni przodownicy ustawili dwie kopie starych armat i nawet z nich już rocznicowo wystrzelili. A jeszcze Zagłobę posadzą w pobliżu, na pamiątkę dziury w czole, co mu ją szlachcic kuflem wybił na sejmiku w Radomiu.

Złośliwi powiadają, że Polska to Radom Europy. Nie cierpię zbyt łatwego dworowania sobie z rodzinnego miasta, ale w tym przypadku… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą!

 

***

I tak poprzez Gombrowicza wracamy znów do Grillowania konstytucji, które z Miłością Kochanej Ojczyzny tak nam się jakoś połączyło: kto wie, czy mielibyśmy co obchodzić, gdyby nie staropolski styl świętowania Wielkanocy i innych okazji, wedle którego świętujących poza obżarstwem, opilstwem i bywaniem niewiele obchodziło. Tygodniami, co tam nasze majówki.

Twórcy projektu konstytucji postanowili z tego obyczajowego rozmachu skorzystać i przyspieszyć jej uchwalenie tak, by konserwatywna  opozycja na poświąteczne obrady sejmu do Warszawy zjechać nie zdążyła. Udało się lepiej niż dieta cud.

Ostatecznie 3 maja 1791 roku zebrało się w stolicy 182 parlamentarzystów, z czego 101 było za projektem konstytucji. Potem jeszcze kilkunastu przyłączyło się, jak to bywa, do zdania większości. Tej większości, która obradowała, bo prawdziwą większość stanowili nieobecni. Sejm i senat składały się wówczas z pięciuset parlamentarzystów, ale też – podkreślmy za prof. Ajnenkielem – stu osiemdziesięciu dwóch obradujących wystarczyło do prawomocności głosowania.

Konstytucję uchwalono – jak byśmy to dziś powiedzieli – poza trybem. Została po prostu odczytana w sali obrad, deputaci nie dostali wydrukowanego projektu do regulaminowego „trzydniowego namyślania się”.

Burzliwe obrady trwały wiele godzin. Sam król był za, a nawet przeciw: miał pewne wątpliwości prawne i żądał, żeby sejm zwolnił go z przysięgi, którą potwierdził niegdyś pacta conventa, gwarantujące wolną elekcję i narzucone przez państwa zaborcze poprzednim sejmom.

W końcu zaczęto domagać się od króla, by przerwał dyskusje i konstytucję zaprzysiągł. Stanisław August podniósł rękę, by – jak potem tłumaczył we wspomnieniach – zabrać głos po raz czwarty. A to nasi wzięli za znak już mojej przysięgi. Rzucili się hurmem do tronu, a ja widząc, że rzecz się daje zrobić, zrobiłem – tak opisywał król wydarzenie rodem z komedii sytuacyjnej.  A brakiem sejmowego głosowania nikt się nie przejął.

 

***

Jeśli dodać do tego naciski, by mimo zgodnego z prawem protestu opozycji deputacja konstytucyjna ustawę podpisała, a także uchwalenie przez sejm, iż nieważne będą wszelkie wystąpienia wobec konstytucji, w tym legalne protesty wnoszone za pośrednictwem sądów, to można pomyśleć, iż wszelkie podobieństwa do konfliktów konstytucyjnych z najnowszej historii są nieprzypadkowe. I nieprzyjemne, jak pamięć o ręce króla.

Tak, tej samej ręce, która nieco przypadkiem o uchwaleniu jednego z najważniejszych polskich aktów prawnych przesądziła. I która – o czym sejmowa publika nie wiedziała – przez lata brała moskiewskie pieniądze.

O tym, że króla polskiego opłacały mniej lub bardziej hojnie zaborcze mocarstwa, pisał sporo Jarosław Marek Rymkiewicz, w „Wieszaniu”. Pisał jak zwykle: wspaniałą polszczyzną i z zamiłowaniem (niektórzy twierdzą, że chorobliwym) do polskich spraw i sprawek potocznych, mniej znanych, bo niejasnych albo i brudnych, powodu do świętowania nie dających.

Kłopot z Rymkiewiczem polega jednak na tym , że jego wizje i tezy bywają szalone, ale też okrutne, kompletnie nie przystające do naszego rzekomego zamiłowania do sielanki i fety narodowej. Więc i za bardzo czytany nie jest, bo nie wypada.

A na pewno nie czyta go lud święta narodowe grillujący. Bo przecież „lud ten dobry jest”, jak w insurekcję pisał do króla Stasia ksiądz Kołłątaj o tłumie, który na warszawskich ulicach ubijał szubienice, by tych, których miał za zdrajców, wieszać na nich bez sądowej zwłoki.

 

***

Nie da się wykluczyć, że niektóre rosyjskie dokumenty finansowe, które Rymkiewicz, w części za Tadeuszem Korzonem, przytacza, to carskie fałszywki, mające króla na gniew ludu narazić. Rosyjska tradycja dzielenia i skłócania niezależnych od Moskwy nie urodziła się, wbrew niektórym megalomanom, w kwietniu 2010 roku.

Są jednak inne papiery, wraże finansowanie potwierdzające. I królewskie wyjaśnienia, dlaczego te ruskie dukaty persony tak wyrafinowanej nie brzydziły:

…zajęte przez wszystkie trzy potencje wszystkie bez excepcji ekonomie żup i intraty moje przyprowadziły mnie i trzymały w tak zupełnym niedostatku, że exacte żyć nie miałem z czego, a zatem że konieczność wyciągała, aby mnie ci sami cóżkolwiek do życia użyczyli, którzy mnie ze wszystkiego obnażyli byli.

Tak pisał król do naczelnika Kościuszki, żądając sprostowania, gdy podczas insurekcji „Gazeta Rządowa” napisała, że Stanisław August brał dieńgi od wrogów, którzy Polskę rozebrali. Brzmi to tłumaczenie bardzo współcześnie.

Przecież do polityki nie idzie się dla pieniędzy, no ale żyć z czegoś trzeba = powiedzielibyśmy dzisiaj, gdyby nie to, że już inni to powiedzieli. I to dawno temu.

 

***

Te rosyjskie wpływy i pieniądze, ta uwalana królewska ręka, ten przewrót sejmowy, w imię wyższej konieczności za nic mający drobne dobra powszednie, jak porządek, procedury, zwyczaje; a także i fakt, że Kościuszko „Gazecie Rządowej” króla przepraszać kazał i publikowania list łapówkarskiej hańby faktycznie zakazał; i jeszcze inne ówczesne zdarzenia nader współcześnie wyglądające – wszystko to kusi, by uznać, iż w genach naszych albo w tym czymś nieokreślonym, niejasnym i wątpliwym, nazywanym charakterem narodowym, skrywa się perwersyjne zamiłowanie do autodestrukcji.

Towarzyszy mu przy tym skłonność do gestów egzaltowanych, efektownych, czasem nawet pięknych, ale niewczesnych, czynionych po szkodzie, a i nieskutecznych. Co na przykład z tego, że Sejm Wielki uchwalił utworzenie stutysięcznej armii, skoro szlacheccy i duchowni patrioci notorycznie zaniżali wartość swoich majątków, by płacić mniejsze podatki. Nazwane zresztą pięknie: ofiarą dziesiątego grosza.

Grosza zabrakło, więc zamiast stu wojsko polskie liczyło ostatecznie czterdzieści sześć tysięcy żołnierzy.

 

Analogii między tamtą historią a dziś znaleźć można rzeczywiście dużo, ale to jednak zbyt łatwe i złudne: takie usprawiedliwiające szukanie przyczyn dzisiejszych słabości i błędów w słabościach przodków, w ich zwycięstwach szukanie nadziei, bez pytania o cenę. Jeżeli historia rzeczywiście jest nauczycielką życia, to trzeba odebrać jej natychmiast prawa do wykonywania zawodu. Niczego nikogo nie uczy.

 

***

Ale mimo wszystko coś nam jednak ta historia polskiej „wielkości w upadku” o nas samych mówi i morał z niej wysnuć można niejeden. Na przykład taki, że zawsze istniała w Polsce mniejszość, która dla demokracji gotowa była poświęcić wiele, nie tylko krew, ale i rozum. Tęskniła za nią słowem i czynem, ale jak twierdził wieszcz, który na romantyczne podium się nie załapał, czyn tu każdy za wcześnie wschodzi, zaś książka każda za późno.

Tylko postrzelać sobie lubimy zawsze, najchętniej ślepakami, na wiwat. Niech się więc święci, skoro musi, skoro tak się boimy, że nas zjedzą. Gombrowicz nie pierwszy raz trafił w dziesiątkę, choć strzelać się wzbraniał.

O naszym zakompleksionym samochwalstwie napisał w „Dzienniku” tak: (…)nic własnego nie może człowiekowi imponować; jeżeli więc imponuje nam wielkość nasza lub nasza przeszłość, to dowód, że one w krew nam nie weszły.

 

Obawiam się, że i z demokracją naszą jest podobnie.

 

 

 

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury