Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Marzec 2013
Data dodania: 27 marca 2013

Spotkałem Franciszka. Papieżem nie był oczywiście, nie ten gest, nie ten szarm. Czy mógł być świętym? Pewnie mógł, ale czy chciał? Uśmiechnięty, żebrał dyskretnie, bez szarpania za rękaw i sumienie. Siedział na schodku, nie przed wejściem do katedry jednak, wręcz przeciwnie. Przed McDonald’sem, na ulicy Szewskiej, nieopodal krakowskiego rynku.

Przykuwał uwagę właśnie uśmiechem, uśmiechnięte oczy podnosił na twarze przechodniów. Małym kocem w kolorze mlecznej kawy przykrywał piaskowego kundelka, rozbrykanego szczeniaka, który co chwilę próbował wygrzebać się na mroźną wolność. Ale bez uporu, dla zabawy raczej, śmiesznie majtając uszami i ogonem. Franciszek mówił do niego cicho, łagodnie, jak do dziecka, niesfornego, bo zmuszonego do zbyt długiego bezruchu. Puszka stojąca obok nich napełniała się bez pośpiechu.

Nie on pierwszy uprawiał żebractwo „na zwierzaka”: podobno ludzie mają dla zwierząt więcej litości. Odróżniał się jednak, bo o datki prosił właściwie samą obecnością, aż wydawało się, że i on, i pies są częścią globalnego rytuału obżarstwa. I mają w nim ważną rolę: dają uwielbiającym szybkie jedzenie i szybkie życie możliwość przystanięcia, pozbycia się nadmiaru drobnych monet i grzeszków. Szczególnie w wigilię Wielkiego Tygodnia.

Tygodnia znaczonego przecież zwierzęcą metaforyką: osiołek, baranek, zajączki, kurczęta. Pies nie należy do tej Bożej menażerii, ale przybłąkał się jakoś swoją radosną szczenięcością. Zwierzęta przebłagalne, ofiarne, zwierzęta jałmużników, zwierzęta zwiastujące przebudzenie natury. Zwierzęta jako emblemat ludzkiego losu, jako symbol oswajający niepojęte. I jako chwyt marketingowy, obłaskawiający i nawracający ludzi, tak w handlu, jako i w religii.

Franciszka widziałem na Szewskiej w postny piątek i nazajutrz, w jarmarczną sobotę. Było diabelnie zimno, turyści i miejscowi spacerowicze odruchowo przyspieszali kroku. Nie rozmawiałem z nim, przystanąłem tylko po drugiej strony ulicy. Skąd więc wiem, jak ten uśmiechnięty jałmużnik, brat-łata radosnego szczeniaka, miał na imię? A jak miał mieć, jeśli nie Franciszek?

Gdy – mówiąc po miejscowemu – czeciego dnia wyjeżdżałem z Krakowa, nie było już tak wiecznie. Żebrak w pociągu na pewno nie był Franciszkiem. Opancerzony kilkoma warstwami nigdy nie zdejmowanych ubrań, wypełnił całe okno, zasłaniając słońce rozgrzewające poranek. Zbierał na chleb i tym swoim chlebem powszednim, fermentującym od tygodni, może miesięcy, śmierdział jak diabli. Agresywnie płaczliwy, spieszył się, bo pociąg odjeżdżał za chwilę.

Świat wracał w ramy. Tuż za Miechowem słońce zaczęło chować się i kluczyć między chmurami, jakby nie wierzyło, że czas nadchodzi.

Data dodania: 20 marca 2013

Gdy podczas gry w domino dobieram kamień, mówiąc, że idę „do Żyda”, to mimowolnie staję się antysemitą? Gdy znana aktorka używa publicznie potocznego powiedzenia, że ktoś tam „pożydził” na promocję, daje dowód wyssanej z mlekiem matki niechęci do Żydów? Nie poddając się ciotkom postępu, chcącym wytrzebić język w imię abstrakcyjnej poprawności politycznej, stajemy się bezwiednie zakładnikami mowy, która popycha nas do przemocy albo przynajmniej ją usprawiedliwia?

Od lat marcowy rytuał rocznicowy układa się w czarno-biały serial, złożony z samych powtórek: partyjny gnom zapluwający się na za wysokiej mównicy, studenci pałowani przez ubranych w jodełkowe jesionki osiłków z przodującej klasy, gaz wyciskający łzy i wyciskające łzy pożegnania na dworcu Warszawa Gdańska. Opatrzone obrazy, nużące jak czarnobiała zima za oknem, zamiast przebudzenia podsuwają banał, wygodny niczym poduszka wsunięta pod głowę zmęczoną obowiązkową lekturą.

Zdarza się jednak literacki przekaz, który drzemać nie pozwala. Zaskakuje niepoprawną oryginalnością i , jak to dobra literatura, nie wymyśla inaczej myślącym, lecz zmusza do myślenia, dydaktykę pozostawiając literackim ciotkom postępu. Nadrabiając ostatnio zaległości w lekturach wśród przednówkowej bidy natrafiłem na taką właśnie książkę.

Intrygująca, bo prowokacyjnie odpychająca jest już sama jej okładka: schematyczny rysunek jak z kiepskiego komiksu albo antysemickiej broszury i tytuł, kojarzący się w sposób oczywisty. Ryzykownie oczywisty i prosty, podobnie jak wiele fragmentów „Nocy żywych Żydów” Igora Ostachowicza. Sam pomysł na fabułę oparty jest na koncepcie ryzykownym w swej dosłowności: skoro Warszawę odbudowano na wielkim wojennym cmentarzysku, to co by się stało, gdyby obudzili się na przykład pomordowani w getcie, których szczątki leżą gdzieś w ziemi, wyparte z pamięci, zabetonowane infrastrukturą? Co by się stało, gdyby pamięć o nich obudziły wzywające do obrachunków trąby sądu ostatecznego? Pisanego z małej litery, bo traktowanego w tej powieści bez wielkiej powagi. Sądu na miarę wyobrażeń i możliwości czytacza literatury popularnej.

Ironiczna niechęć do martyrologicznego serio wypełnia całą powieść Ostachowicza, balansując na krawędzi dobrego smaku. Stereotypami z narodowego decorum i popkultury żongluje autor z iście wisielczym poczuciem humoru. Mamy więc wajdowskie kanały, w których ukrywają się niedobitki zamordowanych Żydów. Wszyscy „normalni” zabici poszli już w zaświaty, pod ziemią pałętają się jak w horrorze „same świry”, trupy, którym się pomieszało, co jest ludzkie, a co nie. Opętani nienawiścią i po śmierci, nie idą do nieba, bo boją się, że będą musieli wybaczyć, ale ożywieni zapominają nagle o przeszłości i włóczą się po galerii handlowej „Arkadia”, a nawet próbują robić interesy. Zgodnie ze stereotypem Żyda-geszefciarza.

Do kompletu mamy w powieści Niemców, którymi można straszyć dzieci – to butni „łowcy głów” wyjęci z filmów połowy XX wieku , sadyści tak pedantyczni, że nawet wybudowane przez nich domy, ratusze i świątynie zdaniem narratora przypominają rzeźnie. Zaciągają się oczywiście na służbę u szatana, który wcielił się w szczurowatego narodowca, nie mogącego odżałować, że właśnie wysechł mu flamaster i nie nabazgrze w tramwaju „Żydzi do gazu”. Ironia dopada też w powieści ideologię feministyczną, mitologie sukcesu, kulturę białych kołnierzyków i nowych strasznych mieszczan, a na dodatek kult proletariackiego fachowca. Wiecznie żywego.

Ostachowicz ma w nosie polityczną poprawność, nakazującą, co wypada mówić, a co nie. Obdarzony dobrym słuchem literackim, zapisuje cały ten mętlik, ów bigos, który w głowie współczesnego Polaka warzy się z musztry szkolnego nauczania, pacierza rodzinnych rozmów i wspominków, towarzyskich bełkotów przy butelce, odświeżanych reklam i seriali, z doprawionych polityką historyczną rekonstrukcji narodowych katastrof straszniejszych niż horrory, piracko ściągane z sieci. Mętlik, który wylewa się z telewizorów językiem serwisów informacyjnych i opowieści celebrytów. Groteskowi w świecie Ostachowicza są wszyscy, bez wyjątku, a od ofiar żałośniejsi są ich obrońcy.

Bohater powieści, tworząc groteskową neo-Żegotę, nie staje się kamieniem rzuconym na szaniec. To ktoś bliższy nam, krewniak Piszczyka i Miauczyńskiego. Pomaganie żydowskim zombie daje mu „masochistyczną przyjemność czynienia dobra”. Masochistyczną, bo poprzedzoną złamaniem „świętej doktryny niewpierdalania się” i wejściem w rolę romantycznego „bohatera z gołą dupą”: (…) „odbiorę bęcki i tyle w tym sensu , typowe romantyczne zachowanie, powinienem sobie biec do pustego domu lepiej (…), napić się zielonej herbaty. Jednego małego martwego Żydka nikt się nie doliczy – myślę trzeźwo”. Trzeźwo myślący Polak, nawet chwilowo heroiczny, nie ma złudzeń, pracowały na to pokolenia, wysiłek zapisując w języku: „Jak zwykle Żydzi wykiwali durnego Polaczka – mruczę pod nosem, wspominając mądrości ojca”…

„Noc żywych Żydów” nie oszczędza nikogo, więc ta nieznośnie przekorna wizja współczesnego polsko-żydowskiego zapętlenia prowokuje i oburza. Szczególnie gdy przypomina, jak łatwo poddajemy się językowym stwardnieniom, rozsianym w potoczności, w sytuacjach niewinnych i banalnych. „Żydowski łeb” to w potocznym języku nie epitet, a raczej kolokwialny wyraz uznania pomieszanego ze szlacheckim lekceważeniem, który nie musi przecież wyrażać rasowej nienawiści, dziedziczonej z mlekiem matki i z ojcowskimi mądrościami. A stwierdzenie, że ktoś „ma do gadania tyle, co Żyd za okupacji” to jeszcze nie nawoływanie do holocaustu. Ale bez złudzeń: język nie jest niewinny.

Przed miesiącem na turnieju kiboli ŁKS-u atrakcją było rzucanie gwiazdami ninja do kukły ubranej we wraże barwy klubowe. Dwa złote za „3 rzuty w Żyda”, taniocha. I przecież wcale nie chodziło o Żydów, a przynajmniej nie głównie o nich, lecz o kiboli Widzewa nazywanego „Żydzewem”. Tak do rymu. Gdzie więc granica?

W ironiczną prowokację „Nocy żywych Żydów” wpisane jest przerażenie. Pisujący marketingowe teksty i przemówienia dla polityków Igor Ostachowicz dobrze wie, jak łatwo ożywić demony ukryte w języku, uśpione potoczną gadaniną. Tę wiedzę ma też powieściowy szatan-faszysta: to jest moja droga do władzy, muszę zdemaskować te żydowskie trupy, pokazać je żywym(…). Uprzedzić, wyolbrzymić, przestraszyć, obronić, panować. Język nie jest niewinny, ale naprawdę winny jest ten, kto się nim posługuje. Kilka słów wypowiedzianych w odpowiednim momencie, tyle potrzeba, by czarnobiałe klisze znów zabarwiły się na brunatno i czerwono. W marcu, w lipcu, w każdym innym miesiącu.

Igor Ostachowicz, Noc żywych Żydów, WAB 2012

Data dodania: 6 marca 2013

Prawie jak Zuzanna, bo podglądaczami nie są wyłącznie śliniący się starcy. Najpierw były plotki, potem pogłoski, a wreszcie wybrańcy przeczytali „dziennik intymny” Gombrowicza i ogłosili, że dowiemy się nie tylko, co Gombrowicza bolało i co myślał o bliskich, ale nawet jak często sypiał z kobietami, a jak częste stosunki miewał z mężczyznami. Za kilka miesięcy ukaże się niepublikowany notatnik autora „Pornografii”, a kampania marketingowa Wydawnictwa Literackiego stanie się wzorem, jak wykorzystać podświadome ciągoty do podglądactwa do szlachetnych celów: promocji literatury i kumulacji zysku. W końcu zarobek to też cel szlachetny, szczególnie dla zarabiającego.

Trudno wyrokować, co o sterowanym zamieszaniu wokół swoich notatek sądzić by mógł sam autor. Przypuszczam, że Gombrowicz świetnie by się odnalazł w świecie kultury, w którym hierarchie ustalają celebryci i medialne dziwactwa. Odnalazł, to znaczy wykorzystał, jak artyści-celebryci, którzy wiedzą, że dobra sztuka to za mało, potrzeba jeszcze sztuczek, które atrakcyjnie wypadną w forszpanie i na okładce. Potrzeba szpanu. Celebrować swoją wielkość i uświadamiać ją otoczeniu potrafił Gombrowicz jeszcze przed epoką Internetu i mody na sukces. Mistrz autopromocji, zniewolił swoich czytelników i badaczy na długo. Może nawet na zawsze.

Dlatego oprócz podglądackiego oblizywania się w oczekiwaniu na intymne zapiski autora „Operetki” pojawia się i inne pragnienie, szlachetniejsze w wyrazie. W poważnych publikatorach literaccy krytycy wyrażają nadzieję, że oto już wkrótce zobaczymy prawdziwą twarz Gombrowicza. Nie artystycznie upudrowany wizerunek z „Dziennika”, nie gębę pojawiająca się w prozie i dramacie, ale prawdziwą twarz autora „Operetki”, zbolałą, przerażoną, postarzałą nagle od astmy, serca, bezsenności, walki o przetrwanie. Twarz, na której odmaluje się prawda. Naga prawda.

Jest w tym pragnieniu, tak naprawdę nie różniącym się wiele od pragnień podnieconych podglądaczy, rodzaj podświadomej mściwości: oto ten, który tak wiele razy nabierał nas na swoją niby-autobiograficzną łże-szczerość; ten, który zrywał z nas maski przyrośnięte do twarzy, a potem udowadniał, że pod nimi jest jedynie kolejna gęba; ten, który zwodził nas minami i grymasami, kpiarz i prowokator, ukaże nam się nagi i prawdziwy. Wreszcie się dowiemy…

Właśnie, czego się dowiemy? Przecież wiemy już wszystko: że jesteśmy skazani na samotność, ale nie z braku drugiego, lecz z jego winy. Bo to on, Inny, sprawia, że istniejemy, kiedy na nas patrzy i od jego spojrzenia zależymy. Widzi jednak nie nas, lecz gębę, którą nam właśnie dorabia, gdyż nie może widzieć czegoś, czego nie ma, co jest stawaniem się i nieustanną zmianą.

W przekonaniu, że zobaczymy w „Kronosie” (tak zatytułowane mają być te notatki WG) Gombrowicza nagiego i prawdziwego jest naiwność opowieści, zarejestrowanej przez twórców nowego filmu dokumentalnego o argentyńskim etapie Gombrowiczowskiej biografii. Jedna z wspominających twierdzi, że udało jej się – jeden jedyny raz – podejrzeć „prawdziwą twarz” Gombrowicza, gdy myślał, że nikt na niego nie patrzy. Nikt? A on sam?

Najbardziej uważnym obserwatorem twarzy Witolda Gombrowicza był Witold Gombrowicz. Uważnym i bezlitośnie analitycznym – dlatego w „Dzienniku” kluczył i gubił tropy, podrzucając nowe klucze i wskazówki. Dlaczego intymne zapiski mają być wolne od autokreacji? Rozróżnienie na literacką kreację i życiową rzeczywistość traci sens w przypadku pisarza, który uprawiał „życiopisanie”. A zapisywanie tylko dla siebie natężenia bólu i lęku sens ma niewielki, bo to akurat się pamięta.

Film „Zabijcie Gombrowicza” pokażemy we Wsoli w maju. Kilkanaście dni wcześniej będziemy gościć Ritę Gombrowicz. Chcę zapytać ją, czy sensacyjnej publikacji „Kronosa” jako prawdopodobnie ostatniego niepublikowanego utworu Gombrowicza, nie zaplanowali przypadkiem z Gombrowiczem wtedy, gdy czynił ją strażniczką swojego literackiego życia po życiu. Nie wiem, czy tak było, ale bardzo bym chciał, żeby było. Nawet jednak jeśli pani Rita zaprzeczy, to i tak – jeśli wierzyć publicznym relacjom osób dopuszczonych do lektury rękopisu – „Kronos” jest kolejną prowokacją Gombrowicza: mistrzowską obroną przed kanonizacją i zmarmurzeniem.

„Jeżeli szczerość nie jest mi dostępna, jedyna dostępna mi szczerość polega na wyznaniu, że szczerość jest mi niedostępna.” I tyle.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury