Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Lipiec 2018
Data dodania: 27 lipca 2018

Morze może wiele. Zaszumieć w głowie, wejść w nogi, rozbujać krok i język. Zmusić do gimnastyki językowej, gdy próbujemy o nim pisać, wszystko jedno, czy chcemy być sarkastyczni, czy też sentymentalni, czy ochlapujemy opowieść lodowatą groteską, czy zalewamy ją słonawą falą czułości. Morze wiele może.

1.

Morze może być opowiedziane tak: upalna plaża, piasek wyschnięty na popiół, ledwo przestudzony. Jakby się uwzięli, wszyscy idą brzegiem, nogi chłodząc w wodzie, wpadając na siebie, nikt nie chce ustąpić, by nie zamoczyć plażowej bielizny. Drepczą pospiesznie, przecież trzeba się nachodzić za cały rok, nie wyrok, słono opłacony spacerniak. Spocony balet oglądany bezkarnie zza ciemnych okularów, pokraczny, potykający się w grajdołach wykopanych dla ochłody albo osłony, wpadający w fosy zamków z piasku rozdeptywanych z przekleństwem.

Co chwilę uskakują przed większymi falami, niezgrabnie, stawy i mięśnie dawno zwyrodniały w dorosłość. Ale wydaje im się, że wciąż poruszają się z gracją, rozkołysani krokiem niemal tanecznym. Przebierańcy i ekshibicjoniści: od dawna za małe kostiumy, za duże figury, pokręcone sylwetki, pamiętające lepsze, bo prostsze, czasy.

Mięśnie napompowane, już tylko ego, nie testosteronem, jak dziurawy materac do pływania, sflaczałe, niezdolne utrzymać się na  powierzchni. Kobiece uda usiane zgasłymi kraterami, dawno nie zwiedzanymi. Piersi po kolejnych ciążach ciążące naturalnie, ku ziemi, ostateczny dowód na  prawo grawitacji, przeklęty niech będzie Newton.

Na ich tle młodość, lanserska, pusząca się, bo jeszcze niepuszysta. Szkieletory, rzeźbione na siłce, na siłę, jednowymiarowe wieszaki odziane w skórę i anorektyczne kostiumy, odsłaniające nie co nieco, ale całkiem co, jakby miały. Defilują żwawo, energiczne, szastające spojrzeniami na lewo i prawo, niczym mewy na wieczornym piasku w poszukiwaniu resztek dnia. Samotne, czasem obok facetów, już odkładających tłuszcz na emeryturę, z tatuażami rozmazanymi suplementami i sterydami.

A wokół szum, wcale nie morza. Dziecięcy chór bez dyrygenta, bachory rozdarte, szkoda, że metaforycznie. Sapiące samce pociągowe zaprzęgnięte do grzęznących w piasku wózków, objuczone nomadycznym dobytkiem, służącym rodzinnej trzódce do wygrodzenia kawałka piachu o powierzchni jednorodzinnego grobowca i osłonięcia go wzorzystym sarkofagiem, żeby za szybko nie przeleciał piaskiem przez palce.

Wspólnota znów pierwotna, sklejona potem, namaszczona olejkami, z filtrem (dzięki za ogień, już nie palę), mości się gderliwie na swoim: leżaki, maty, piwo zakopane po szyjkę, kanapka, łopatka, wiaderko z wodą, pisk.

Oparawaniające teren samce mogą być rozdrażnione i agresywne, gdy chronią stado przed obcymi, rozkładającymi się jak zwykle za blisko, na oddech, nieświeży w tym skwarze. Wiadomo, wspólnota bez granic nie istnieje. I bez obcych, którzy przecież są wszędzie, przybywają z lądu i morza, gdy tylko uśpieni słońcem stracimy czujność.

Zwykle odchodzimy daleko, nadkładając piaszczystej drogi, dla spokoju. Ale dla ludzi-rzepów jesteśmy jak latarnia morska. Ci z zeszłego roku rozbijali się codziennie tak samo, ci sami: trzy metry od nas, gdziekolwiek nie przysiedliśmy. On, wysoki, szczupły, siwawy, krótko obcięty. Pewnie spóźniony ojciec, ale przedwczesny emeryt, wojskowy, sierżant, najwyżej chorąży, to jakoś widać, da się poznać, po czymś nieokreślonym.

Ona smaży się nieruchomo, z boku na bok, dietetyczna frytka, jeszcze nie napuchła od żaru i tłuszczu. On pilnuje chłopców, wymyślił zabawę: okłada ich mokrym ogniem z plastikowego karabinu, aż w końcu mają dość, chowają się za nas, padają w piasek, krzycząc już naprawdę, prawie naprawdę, jeśli pamięta się taki krzyk.

Wtedy przerywa wodną kanonadę, zauważając nasze istnienie. Patrzy z jakimś niesmakiem, na książki w naszych rękach, na parasol zasłaniający boskie słońce. Tak, wiemy, zupełnie nie zabawni, nadajemy się tylko na żywą barykadę, cholerni pacyfiści, balast w wojnie o pokój. Wielbiciele oksymoronów, sami obcy.

2.

Morze może jednak być opowiedziane inaczej, historią, na tyle ładną i wzruszającą, że dostąpiła internetu. To opowiastka znad innego akwenu, cieplejszego, więc i ona ciepła, podawana niemal sauté, w zalewie informacji lekkostrawnych, jak ta obok, zatytułowana: wiemy ile kosztowała sukienka Lewandowskiej.

Giorgio Moffa, restaurator z małego włoskiego miasteczka, wrzucił do sieci zdjęcie starego mężczyzny, siedzącego na betonowym nabrzeżu i patrzącego w pomarszczone lekko (a jakże!) lazurowe (oczywiście!) morze. Mężczyzna jest ubrany nieco niedbale: szorty, skarpetki i sandały, różowawy podkoszulek na ramiączka, spod którego wystaje drugi, w kolorze bieliźnianym. Obrazek na pewno nie nadający się do wakacyjnych numerów stajlowych magazynów dla mężczyzn.

Obok siedzącego jakiś przedmiot, oparte na nóżce lusterko? ramka na zdjęcie? To rzeczywiście fotografia, czytamy, odwrócone w stronę morza zdjęcie żony, zmarłej przed siedmiu laty. Kiedyś przychodzili w to miejsce razem, dwie połowy, dwa lustrzane odbicia, dryfujące w nieuchronną samotność, która przypadła jemu.

Restaurator nie zna staruszka, ale pisze o nim: to wspaniała osoba, bo widział, jak płacze z tęsknoty. „Myślę, że takich ludzi już nie ma. Ściskam cię mocno, drogi przyjacielu, jesteś wspaniałym człowiekiem” – wyznaje pod zdjęciem wrzuconym na społecznościowy portal. I podawanym dalej przez tysiące.

Nowoczesny styl, w jakim jesteśmy wytresowani, kocha takie emocje, ale jest też podejrzliwy. Od razu podrzuca pytanie: to czemu ten zachwycony podglądacz nie zaprosi samotnego staruszka na kawę i zamiast lajkować nie powie mu wprost, jak bardzo go podziwia, nie wesprze w jakiś inny sposób? Czemu nie przerwie jego samotności?

A czy powinien? Owszem, uspołecznieni już tylko wirtualnie, klikający, lajkujący, utłitowani po czubki włosów, jesteśmy zupełnie osobni i tę osobność zagadujemy w wirtualnym świecie, na śmierć, bo już nie potrafimy być samotni. Lecz przecież samotność to nie zawsze ból. Wypełnia ją melancholia, rozpacz, czasem żałoba, ale także dobre wspomnienia, myśli, słowa, które nie przemijają. Samotność to stan szczególnego skupienia, szczególnie w wieku, gdy już tak wiele za człowiekiem i gdy tak wiele fragmentów przeszłości wyrzuca wraz ze słowami słabnąca pamięć.

Samotność musi więc czasami być naprawdę samotna, bo bywają jeszcze łzy nie na pokaz, nie domagające się selfie. Włoski restaurator z Gaetty pewnie to ma na myśli, gdy pisze, że nie ma już takich ludzi. Może więc z rozmysłem, z niemodną dziś dyskrecją, nie przerywa samotności staruszka w różowym podkoszulku. Dając opowiastce dobrą puentę.

3.

Nareszcie, za kilka dni i my pojedziemy nad morze. Z której tym razem będzie opowieści? Pewnie jak zwykle, trochę z jednej, a trochę z drugiej. Ważne, że będzie nasze, tylko nasze, jak nasze będzie te kilkanaście dni, spokojnych i długich.

Nawet sierpniowe słońce ich nie zmorzy, po zmierzch, gdy czerwone ze zmęczenia spłynie do zatoki, rozmieniając się na połyskujące cekiny.

Reszty nie trzeba.

Data dodania: 9 lipca 2018

Wracałem nie mając pojęcia, że już czai się gdzieś, w moim pobliżu,
pies okropny, chwytający za gardło, przypierający do muru…

 (Witold Gombrowicz, Dziennik 1958)

 

Wrócił upał, więc podwórkowe gołębie ogłupiały bardziej niż zwykle. A i tak podobno mają mózg mniejszy niż oko. Tak mówią ci, którzy miejskich gołębi nie cierpią. Nazywają je szczurami ze skrzydłami i jest ich większość.

Więc upał i od razu dwa placki z krwi i pierza na uliczce za oknem. Jeden z rozjechanych ptaków wygląda tak, jakby koła samochodu przyłapały go, gdy rozkładał skrzydła do lotu. Nie zdążył, a teraz zadowolona sroka, połyskująca pogrzebową czernią, rozdziobuje to, co pomiędzy rozłożonymi skrzydłami, gołębie truchło, którego nikt nie sprząta przez kilka dni.

Stara kobieta znów karmi ptaki zmielonym suchym chlebem. Wyciąga foliowy worek z okruchami z wózka na zakupy i rozsypuje żółtawy proszek przy ścianie śmietnika. Ubrana w przypadkową elegancję z grzebalnika, handlującego zawartością opróżnianych na zawsze szaf, głowę trzyma wysoko, sztywno, aż nienaturalnie. Wygląda dostojnie jak stara czarodziejka sypiąca kosmiczny pył na brudny chodnik, ale to nie dostojeństwo ani czar, nie, musi uważać, by nie zsunęła się jej peruka. Tania, źle zrobiona, więc oczywista. Przykrywa nią zbyt rzadkie włosy, z drugiego piętra widziałem od dawna, jak rośnie jej plackowata łysina.

To moje okno, wysoko, ale nie na tyle, by rozmazywały się szczegóły, to świetny punkt obserwacyjny. Widok na śmietnik nie przeszkadza, przeciwnie, śmietnik to miejsce, którego nikt nie może pomijać, każdy pojawi się w nim wcześniej czy później. Nikt nie umknie mojemu patrzeniu.

Śmietnik wygląda schludnie, przynajmniej od zewnątrz, w części zbudowanej z brązowej cegły, przykrytej falistym, zielonym dachem. Jest jednak za mały, ciągle za mały, za każdą zmianą prawa narzucającego przebieranie w śmieciach. Wygląda naprawdę imponująco, jeśli przypomnieć sobie te kilka wysokich blaszanych kubłów, które nam, okolicznym, wystarczały zanim nadszedł kapitalizm. Teraz śmietnik rozpycha się jak brzuch w za ciasnych spodniach faceta, którego stać wreszcie na czeskie piwo.

***

Może to właśnie widoku z okna nie mogła znieść poprzednia lokatorka mieszkania, które nasze stało się pod koniec komuny. Zamieniliśmy się, towarowy obrót pierwotny, T. poszła do mniejszego, na nowszym, gierkowskim osiedlu. Tam pokój z kuchnią, tu trzy gomułkowskie klitki, w sumie niewiele większe. Ale w peerelu to liczba pokoi była oznaką statusu, miejsca w hierarchii, szczebla w karierze. Gdy się przeprowadzaliśmy, traciło to już znaczenie, ustrój stawał się miniony, słusznie.

Zanim uwiądł, zdążył jeszcze zabawić się życiem T., wynosząc ją na szczyt, by zaraz strącić na śmietnik, metaforyczny, historii. Została członkiem komitetu centralnego partii rządzącej, funkcja dekoracyjna, z rozdzielnika, może pasowała im w tej kadencji szwaczka w wieku po Balzaku, z wykształceniem średnim i to bardzo, skórzanym, ale z wystarczająco wielokrotnie ostemplowaną legitymacją partyjną.

Rządzili inni, ale członkowie KC mieli wiele przywilejów, ważnych, bo codziennych, większe kartki na mięso, większe mieszkania, przydziały na fiata dużego, a nie małego. I jeszcze ta waga osoby, osobista powaga z urzędu, znani towarzysze ściskający dłoń, siedzący na stołówce w domu partii trzy stoły dalej. A we własnym domu podniecająca zawiść sąsiadów, czerwone od gadania baby przed klatką, w poliestrowych kwiaciastych fartuchach. Ich łypiące naszepty.

Gdy przestała być ważna, ta zawiść, teraz już radosna, nie dawała jej żyć. Przestała przed końcem kadencji, za co, różnie o tym mówiono, że nie za kołnierz i takie tam, bardziej zresztą szeptano niż mówiono. Nagle mieszkanie stało się za duże, całe dnie nie wychodziła, obijała się od okna do okna, na przestrzał, zatrzymywała nagle w półkroku, nie czując przeciągu, niosącego smród od strony śmietnika, opróżnianego za rzadko.

Pocieszała się, jak mogła, wciąż miała wielu towarzyszy, innych już, bez legitymacji, ale wierniejszych, bo sprzedawała naprawdę tanio. Jeszcze kilka lat po zamianie mieszkania i ustroju, szukali jej towarzystwa. Pukali po nocy do już naszych drzwi, konspiracyjnym rytmem: słonina, rąbanka, bimbru szklanka. Skacowana wyliczanka, po ka-ce.

***

To właściwie mogłaby być ona, gdyby jeszcze żyła, ta stara kobieta z brudnym ptactwem u nóg. Święta gołębiara, z gównianą winą wobec świata. Gadająca do tych swoich gołębi, skaczących sobie po łbach, byle wcisnąć się bliżej okruchów, jak do bliskich, czule, mamrotliwie. Może przeklinając pod nosem nauczyciela z sąsiedniego bloku, po godzinach weselnego grajka, z którym pokłóciła się wczoraj, na wyzwiska. Siwy, ale niestary jeszcze, mógłby być jej synem, może, ale przecież ona ma, miała dzieci.

Nie tylko jego denerwuje biały od ptasich odchodów chodnik przed śmietnikiem, upstrzony odpadkami, porzuconymi przez ludzi albo wywleczonymi z pojemników przez ptaki i wiatr, a tu jeszcze to stare babsko przyzwyczaja zasrańce do karmienia, zlatują się z całego osiedla, wnuczki niech karmi albo chłopa, jak ma, wariatka.

Dudniło między blokami, nie przebierała w słowach, on odgryzał się, ale odchodząc, na wszelki wypadek, wariatka, chamisko, lecz się, spieprzaj dziadu. Poszła w końcu, on jednak wcześniej, machnąwszy ręką. Szczupły, wyprostowany, schludny do kantu. Rozglądał się po oknach, w których falowały firanki potrącane oddechem i niezgrabną ręką staruszków, jakby szukał poparcia. Zaskoczyło go, że tak wiele okien jest gołych i martwych.

To pewnie on na ścianie śmietnika przy gołębim paśniku powiesił w końcu kartkę, obwieszczenie z domowej drukarki, a w nim paragrafy: kto niszczy lub zanieczyszcza, podlega karze do wysokości albo, zabrania się, służby powiadomione zostaną, stosowne. Może się i przestraszyła, bo przestała przychodzić.

Gołębie zostały. Czekały, wciąż jeszcze zwabiał je jeszcze stukot wózka na zakupy, tłukącego się po nierównej kostce. Taki wózek, kawałek brezentu na metalowym stelażu zawiązany u góry na kokardkę albo ściśnięty troczkami z plastikową kulką na końcu, ma tu prawie każdy emeryt, nie tylko święta gołębiara. Gdy wychodzą po zakupy, wyglądają jak właściciele starych leniwych psów, zmuszający je do spaceru, powolnego, przy nodze.

***

Żeby ich upolować, zatrzymać w kadrze okna, darmowe bezkrwawe safari między ciasno ustawionymi blokami, trzeba wstać o świcie, bo wychodzą zanim słońce zatka aorty rozpaloną złocistą lawą, zanim pęcherzyki płucne zasypie drobnym przezroczystym piaskiem tak, że w końcu ołowiane nogi utkną w miejscu, jak kiedyś ołowiane żołnierzyki, które nie potrafiły maszerować bez pomocy ręki wprawiającej je w ruch, dzielącej się życiem.

Turkotali tymi wózkami cicho, za cicho, by zbudzić tych, co mogli jeszcze pospać. Dla muszących czuwać ten turkot był jak pobudka. Kiedyś, po innym turkocie można było nawet rozpoznawać dni tygodnia. Tamten był  głośniejszy, bo po betonowej kostce ciągnięto walizki, na twardych, kręcących się we wszystkie strony kółkach. Brzmiały jak werble, zbliżające się do okien i drzwi klatek schodowych, już wtedy zakodowanych dla obrony przed obcymi. Werble mijały blok pospiesznie, bojowa muzyka oddalała się, cichła, potem nadciągali następni. Ale to nie był szturm, lecz odwrót.

Kroki żwawe, pospieszne, choć walizki ciężkie, wyjeżdżali młodzi, na studia, do pracy. Wracali w piątkowe wieczory, coraz rzadziej i wolniej. Czekający na nich starzeli się od tego czekania, tygodnie spędzali byle jak, byle szybciej, jak bimber na sprzedaż w melinie. Piątkowy turkot brzmiał im jak marsz zwycięstwa, piękna osiedlowa oda do radości. Dostawca kostki, po której turkotały walizki, reklamował się hasłem: piękno zaklęte w betonie. Wątpliwe jednak, by miał na myśli te dwa dni wyrwane samotności.

Zaklęcia i modlitwy przestawały w końcu działać, powroty stawały się nieregularne, coraz rzadsze, o coraz dziwniejszych godzinach, po nocy lub świtem, szarym, wymęczonym. Rytm powrotów dyktowały tanie linie, wykreślające drogi do lepszego świata. Młodzi wyjeżdżali na stałe, które najpierw nazywało się kilka lat, do dorobienia, ale zawsze dorobić się można więcej, tylko potrzeba czasu, więc nie starczało go już na odwiedziny.

Zresztą podróże wcale nie kształcą, to bzdura, drogę do domu zna każdy głupi, zaś powroty kosztują. Nawet tanimi samolotami, które wylatują i przylatują wtedy, gdy zadomowieni w lepszym świecie śpią, odpoczywając po kolejnym dniu, który wpłynął na konto.

Wracali już tylko na święta, wyjeżdżali po paru dniach, czasem później – bo tani lekarz, tani alkohol, duża rodzina. O powrocie na stałe już nie mówili, wszystko jedno: z Austrii czy Australii, w głowie jednakowo daleko. Dusili się tu, w za ciasnych mieszkankach, za ciasnych świątecznych garniturach i tematach przy stole: schowaj, mamo, ten talerz, przecież i tak nikt nie przyjdzie, nie ma gdzie rozłożyć suwenirów, zdjęcia pokazać, filmik.

Potem nad wszystkim zapanował Internet, więc nie wracali nawet na święta, skajpowali się co tydzień, dwa, potem nie było już o czym gadać: rosną, tak, rosną, dzieci, konta, domy. Starzy prostowali się przed komputerem, zakładali bluzkę do wyjścia, choć nigdzie się nie wybierali, niedzielną koszulę, choć dzień był powszedni jak wszystkie. Sztywnieli, milkli, trudno tak mówić do obrazu, jak dziad. Ale słuchali, zawzięci, by jak najwięcej spamiętać. Nazajutrz turkotało mniej, wózki cierpliwie czekały na spacer, oparte o ścianę bloku, obok właścicieli, którzy napotkanym znajomym przekazywali wieści, świeże, choć już wczorajsze.

Turkot wyprowadzanych wózków cichł jednak nie tylko dlatego, że stali i gadali, bez końca. To tak się tylko mówi, bez końca, wszystko się kiedyś kończy, każda opowieść. Cichło więc dokoła, bo w końcu odchodzili, też po cichu, w szpitalach, hospicjach, na peryferiach. Czasem ktoś zdążył przylecieć, przytrzymać rękę, zamknąć powieki. Albo chociaż zadzwonić, najczęściej głuchym już telefonem: nie odchodź, kocham, przyjadę, będę, częściej, pomidor.

***

W końcu rzuciłem palenie, bo zdrowie, więc rzadziej wyglądałem za okno. Tym wyraźniej jednak widziałem, jak przed śmietnikiem przybywa mebli, wynoszonych z domów umarłych, i worków z nieznośnie staromodnymi ciuchami, prutymi lub zaszywanymi co roku, rzadziej z papierami, zdjęciami, książkami. Najrzadziej na śmietnik trafiały obrazy, święte z reguły.

Te kłopotliwe resztki biografii chyba jednak gdzieś wywożono, może palono, choć przecież nie były bardziej intymne niż kanapy pobrudzone wydzielinami, tymi dającymi życie, przemieniającymi w nie materię, i tymi kończącymi odchodzenie rozpisane na wiele dni, zwyrodnień, jaskr wbrew nazwie zaciemniających świat, miażdżyc zgniatających pamięć aż po najdroższe wspomnienia, teraz płacone bólem.

Rozkręcała się na dobre, czy na pewno?, wymiana, nie tylko mebli, ale i okien, drzwi, tapet tłumiących kiedyś odgłosy i samych odgłosów. Nowi lokatorzy wydawali nowe, głośni, warczący w jakimś dziwnym dialekcie, który nawet wśród ciszy nocnej nie przypominał polszczyzny. Wracali pewni swego, falą, trochę dorobieni, a trochę nie, trochę więc jakby nie wyjeżdżali. Zasiedlali sąsiedzkie mieszkania, coraz bardziej opuszczone, z lokatorów i z ceny.

Całymi tygodniami słychać było teraz, jak stukotem tłuczonej terakoty, piskiem wierteł i zgrzytem szlifierek czynią sobie poddanym raj przywrócony. Kurwy z otwartych okien latały w powietrzu głośne jak wrony i bardziej uparte od gołębi, w pojemniku z metalowej siatki odbijały słońce puszki po piwie o nieznanych tu markach. W końcu jednak wszystko wracało do powszedniości, deszcz i upały odkrywały dalej ciepły jeszcze styropian na ścianach bloków, samochody od dawna nie mające  gdzie się podziać rozjeżdżały już rozjeżdżone trawniki. Tylko bluzgi i ptaki nie cichły, strasząc się nawzajem.

***

A ona jednak się nie przestraszyła, wróciła w kolejny duszny dzień, patrząc hardo na boki. Wymęczone upałem gołębie zlatywały się wolniej, spokojniejsze, nawet nie próbowały walczyć z kawkami i sroką. Siwy choć niestary nauczyciel pewnie pojechał na wakacje, od paru dni nie widać jego wymuskanego samochodu. Przechodząca koło śmietnika sąsiadka spod siódemki może by się i odezwała, ale nie ma już sił na kłótnie z gołębiarą, zgarbiona coraz mocniej, w drodze do kościoła, dwa razy dziennie. Nikt jej już nie odwiedza, żadna z córek, z Austrii czy Australii, żadna różnica. Ubiera się tylko na czarno, jakby już nie na dzieci czekała.

Lunęło w końcu, nareszcie, pod wieczór, wicher, pewnie oberwała się chmura, coraz gorzej mocują je na wysokościach. Spłukało odchody i plamy po ptakach. Ludzie chowali się pod balkonami, na które wybiegali inni, chować pranie, pościel, pelargonie w plastikowych skrzynkach. Zatrzaskiwanie drzwi, zasuwanie firanek, ruch za nimi spływający po szybach wraz ze strugami wody.

W moje okno uderzył ptak, przerażony albo za słaby na wiatr. Na szybie  pozostawił mokry, tłusty ślad, kreska szeroko rozłożonych skrzydeł, nieregularny owal łebka, skręconego uderzeniem. Dobrze, że nie mieszkam na parterze, któraś z sąsiadek mogłaby w przekrzywionym śladzie na szybie dostrzec znak świętej gołębicy.

Trzeba to będzie umyć, bo wygląda jak tamte okna, których nikt nie zamyka nawet w deszcz, bo i od dawna nikt ich nie otwiera. Nieruchome i mokre, przypominają niezbyt ostre fotografie, ledwo co wyjęte z pojemnika z utrwalaczem. Może gdy wyschną, okaże się, że zapisały twarze odchodzących po cichu. Albo cień czarnego psa.

Odchodzących jest teraz więcej niż tych nowych, głośnych. Czernieją więc niezasunięte do końca firanki i złuszczone futryny, słońce nie potrafi przebić się przez szyby ściemniałe od kurzu. Opustoszałe wnętrza wsysa zaduch. W języku urzędników nazywa się je pustostanami.

Ci, co jeszcze zostali, wychodzą coraz rzadziej. Boją się już i słońca, i zmroku. Między blokami snuje się ciemna, gęstniejąca pustka, o której lepiej milczeć, może przytrafić się każdemu.

 

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury