Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Wrzesień 2011
Data dodania: 23 września 2011

Nie zadałem go Kazimierzowi Głazowi, który gościł we Wsoli niedawno. Pewnie nie zadam go również Ricie Gombrowicz, która odwiedzi nas wkrótce. Bo pytanie jest niepoważne, może nawet śmieszne. Ale nic nie poradzę na to, że dręczy mnie od dawna. I kusi, by postawić je właśnie tu, na poważnej stronie dostojnego muzeum.

Jakimś usprawiedliwieniem może być dla mnie cytat z Andrzeja Stasiuka, który również na tej stronie się pojawia: „świat pełen jest szczegółów, od których zaczynają się historie”. Czy jakaś historia wysnuć się może z faktu, że spośród zwierząt Gombrowiczów z okresu Vence to pies Psina stał się sławny, spychając w cień kota o imieniu Autostop? Dlaczego tak się stało? Pies, jak wspominał pan Kazimierz, wystąpił nawet we francuskiej telewizji w audycji o Gombrowiczu. O kocie pan Głaz nawet się nie zająknął. Oczywiście można poprzestać na racjonalnym wytłumaczeniu, że kot Autostop mieszkał z Gombrowiczami krótko, krócej niż Psina, jeden sezon zaledwie. I że nie biegał po Vence jak Psina, podstawiając łeb do głaskania i machając rozradowanym ogonem. Ale mnie to wytłumaczenie nie wystarcza, bo kiedy słyszę jakąś kocią historię, mam wrażenie obcowania z tajemnicą. Mroczną jak opowieści o kotach.

Autostop był przybłędą, którego Gombrowiczowie po prostu znaleźli. Znaleźli? A może on ich znalazł? Może chodząc swoimi ścieżkami postanowił właśnie im zajść im drogę? Skrzyżować ich ścieżkę ze swoją. Niepoważne? Może i tak, ale znam podobne historie, o kotach, które przychodziły i odchodziły, kiedy chciały. Czasem ich przyjścia i odejścia miały sens, zbyt osobisty, by o nim tu opowiadać. Ale że koty wybierają ludzi, by korzystać z ich opieki, którą czasem wynagradzają, jestem przekonany. Jeden z przykładów mam w domu, od kilku lat. Ma szylkretowe umaszczenie, zielone oczy, białe, niesamowicie długie wąsy i sposób miauczenia, który brzmi jak najczarniejsza rozpacz i którym terroryzuje nas, wymuszając, co chce – kocie przysmaki i bezwzględną uwagę. Właściwie nie ma imienia, choć ma ich wiele. Gdy przyjęliśmy ją do domu, wyglądała jak siedem nieszczęść, nastroszony pstrokaty kłębek, który gdy nie spał, był w nieustającym ruchu, jakby zabiegać chciał nieszczęśliwy początek żywota. Nazwaliśmy ją Mała Mi, od sympatycznej postaci z Doliny Muminków, ale im dłużej u nas mieszkała, im czuła się bezpieczniejsza, tym mniej miała w sobie sympatycznej słodyczy, zaś więcej rozwrzeszczanej rudawej ruchliwości. niszczącej meble, tapety i ciszę. Aż w końcu przestaliśmy nazywać ją imieniem, które nie przystawało już do istoty. Zaczęliśmy mruczeć pod nosem: diablica.

Ona też nas znalazła i historia o tym, jak nas wybrała, to taka kocia „opowieść wigilijna”. W wigilię Wigilii, w bardzo mroźny wieczór po prostu zaszła drogę synowi, kiedy wracał do domu. Łaciate, wielobarwne maleństwo na zlodowaciałym śniegu, krzyczące tak przeraźliwie, jakby za chwilę miało zamarznąć albo oszaleć ze strachu. Najpierw miała być u nas kilka dni, ale została na zawsze. Właściwie nie wiadomo dlaczego? Nie chcieliśmy pozbywać się z domu dowodu naszej dobroci i wrażliwości na los braci mniejszych? Wzruszyła nas opiekuńczość starego kota, który zajął się maleństwem z troskliwością, którą szybko poddaliśmy antropomorfizacji, bo przecież cały świat jest skonstruowany na naszą miarę? A może bezbronne i przytulne stworzenie wyzwalało w nas tę delikatność, o której już wątpiliśmy, by kiedyś istniała?

Oczywiście mógł tym wszystkim porządzić przypadek. Zbieg okoliczności, los, zwierzęce fatum. Więc nie ma o czym mówić? Opowieść o Lessie, która pokonała setki mil, by udowodnić psią wierność, opowieści o bernardynach, wyciągających ludzi spod śniegu i ogrzewających ich własnym ciałem, opowieści o psach, które latami wyczekują na powrót pana w miejscu jego śmierci, a nawet opowieść o psie, który lubił jeździć koleją – te wszystkie historie mają jasny sens, wzruszają nas bez reszty i nikt się nie będzie zastanawiał, że i one mogą być dowodem na istnienie instynktu oraz gospodina Pawłowa. Tradycyjnych opowieści o kotach lepiej w tym miejscu nie powtarzać, bo jeszcze przypadkiem przeczytają dzieci… Koty z tych ludowych horrorów są wredne, bezwzględne, niezależne i przede wszystkim niepojęte. Są tak różne od bohaterów wzruszających czytanek o dobrych ludziach i jeszcze lepszych uczłowieczonych psich przyjaciołach, że budzą lęk, czasem obrzydzenie. Irracjonalne, inne.

W roku 1223 papież Grzegorz IX oficjalnym dekretem uznał kota za wspólnika czarownicy i diabła. Nienawiść do kotów sięgnęła szczytu po pierwszej krucjacie. Koty jako symbol Araba i Szatana, jako ich podstępne wcielenie, były torturowane i palone na stosach. Gdy czytam o tym, Mi, duża już i niezależna, przygląda mi się zielonymi szparami swoich oczu, z ponurą uwagą, znieruchomiała na skraju biurka. A ja zastanawiam, na ile te straszne, zachowane w tradycyjne kulturze i jej przekazach, opowieści o kotach są opowieściami o nas samych, takich jacy jesteśmy, a nie jakimi siebie sobie wyobrażamy?

Data dodania: 13 września 2011

Wiszą. Na parkietach i na mostach, na ścianach blokowisk, drzewach, płotach i opłotkach, oknach autobusów, słupach i latarniach. Weź mnie, jestem najlepszy, najatrakcyjniejszy – krzyczą niemo twarze kandydatów na wybrańców. Kolejna odsłona marketingowej demokracji, w której o wyborze gatunku kiełbasy i wyborze politycznym decydują te same sztuczki i złudzenia.

Kolejna kampania wrześniowa rozgrzewa graczy i ich polityczną publikę do czerwoności. Ale i w nas, zwykłych przechodniach, budzi emocje, choćbyśmy ich unikali. Tak ma być, na tym polega marketing. Sztuka ściemy. Język kampanii nie jest językiem debaty, nadaje się co najwyżej do debatowania o braku debaty. To, co debatami nazywają telewizyjni dziennikarze, to bijatyka na ringu, sędziowana przez zegarmistrzów. Pański czas się już skończył – krzyczą do przekrzykującego swojego przeciwnika polityka, który ma nadzieję, że jego czas dopiero się zaczyna. Widzowie słuchają, ale nie słyszą, bo i nie mają czego słyszeć. Wyłączają telewizor i wyłączają się z wyborów. Pozostali – widzący, a nie słyszący – głosują na tych, co krawat mają ślicznie zapięty. Koniec widowiska.

Jest jeszcze jedno wyjście: wyłączyć fonię, skupić się na obrazie, na twarzach, na minach i grymasach, uciekających lub łaszących się do kamery spojrzeniach, uśmiechach i zaciskaniu ust. Bo to „prywatna estetyka powołuje do życia postawę etyczną i rozumienie historii”. Taka kolejność rzeczy – twierdził Josif Brodski – czyni nas wolnymi i daje nam wybór. Gdy zaczyna się pora politycznych burz, wracam do esejów Brodskiego, by przypomnieć sobie właściwą miarę dystansu. W przestrzeni publicznej zaczął się wysyp twarzy klejonych na płótnie, tekturze i paździerzu, więc sięgnąłem po „Sprawić przyjemność cieniowi”, hołd poety dla poety i poezji, ale nie tylko.

Esej o Wystanie Audenie to także tekst o czytaniu twarzy. „Nie trzeba być Cyganem albo Lombroso, aby wierzyć w odpowiedniość pomiędzy zewnętrznym wyglądem jednostki a jej postępkami: ostatecznie na tym właśnie opiera się nasze poczucie piękna” – pisze Brodski o zależnościach estetyki i etyki. Wspomina, jak wyobrażał sobie twarz Audena i jak w tej twarzy rysują się zdania jego wierszy, a potem spędzał godziny nad wyszperanym gdzieś w końcu maleńkim portretem fotograficznym. „Ogromnie lubiłem proces wysnuwania domysłów z owej fotografii o rozmiarach znaczka pocztowego. Zawsze szuka się po omacku jakiejś twarzy, zawsze się pragnie, aby ideał oblókł się w ciało…”. Wie o tym nie tylko poeta, spece od politycznego marketingu również.

Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, by namawiać kogokolwiek do poetyckiego szukania znaczeń w retuszowanych komputerowo podobiznach porozwieszanych dokoła. Ani tym bardziej do czytania wierszy przed pójściem do urn. Przecież „społeczeństwo nie ma wobec poety żadnych zobowiązań. Będąc większością na mocy definicji, widzi przed sobą inne możliwości niż czytanie wierszy, choćby najlepiej napisanych. Ale nieczytanie wierszy sprawia, że społeczeństwo osuwa się na taki poziom wysłowienia, na którym staje się łatwym łupem demagoga lub tyrana”. Dlatego właśnie proponuję, by na chwilę wyłączyć fonię, zatrzymać stopklatkę, przystanąć przed latarnią i przyjrzeć się twarzom kandydatów na wybrańców. Z Brodskim w pamięci, by „nie pomylić demagoga z półbogiem”.

Pewnie nie sprawiam przyjemności cieniowi, wpychając go w kontekst mizernej kampanii politycznej. Nie miał złudzeń co do historii czy polityki, choć nie był też klerkiem. Nie wierzył, że estetyka kiedykolwiek będzie decydować o wyborach społecznych, a społeczeństwo zasłucha się w głos starego poety. Ale znał też cenę społecznej głuchoty. Ostrzegał: „…społeczeństwo będzie słuchać, co mówi polityk w podobnym czy nawet starszym wieku – ale nie, co mówi poeta. Kryje się za tym szereg przyczyn, od antropologicznych do lizusowskich. Lecz wniosek jest prosty i nieunikniony: społeczeństwo nie ma prawa się skarżyć, jeśli polityk je wykończy”.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury