Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Luty 2013
Data dodania: 19 lutego 2013

Czy Internet, to najmocniej alienujące narzędzie poszerzania kontaktów, może pomóc w podtrzymaniu kontaktu z naturą? Pytanie z pozoru absurdalne, ale leśnicy z Białowieży znaleźli sposób, by nowoczesnego mieszczucha uzależnionego od klikania, surfowania i czatowania przybliżyć do żywej przyrody. Surfując po necie, może wyklikać stronę, na której czatująca w gąszczu kamera rejestruje życie toczące się na puszczańskiej polanie.

Życie towarzyskie niemal, gdyż polana pełni rolę darmowej restauracji, do której leśnicy dokładają przez cała zimę smakołyki dla zwierzyny wszelakiej. Bo to nie tylko żubry żubrzą się tam statecznie: pogryzając, żując i podrzemując dla odpoczynku i podkreślenia, że przyprowadzić tak wielkie cielsko przez zaśnieżoną puszczę to nie lada wysiłek. Żubry są tak stateczne, że nawet nie próbują odganiać od przysmaków sarny, które pojawiają się rozbieganym nerwowo stadem i skubią po trochu to tu, to tam, póki nie staną na drodze starego jelenia przeganiającego, dla zasady pewnie, konkurenta jednoroczniaka. Bardziej niż żubrów sarny boją się dzików, niby obojętnych, wsobnych, nie zauważających otoczenia, ale potrafiących ofuknąć i szablą pogrozić tym, którzy podejdą za blisko i przeszkodzą ryć pod śniegiem. Z rzadka na polanę zagląda też lis, białowieski Witalis sprawdzający zawartość misy, ponoć zawsze pełnej.

Białowieska polana zmieniła się więc w ekologicznego big brothera, zwierzęta podglądać możemy nawet w nocy, bo rozświetlają ją reflektory podczerwieni, które – jak zapewniają leśnicy – dla zwierząt są niewidoczne, więc nie zakłócają ich rytmu biologicznego. Rzeczywiście, fauna odwiedzająca paśniki wydaje się wyluzowana niczym czatownik na naszej klasie, nawet szaraki rzadziej strzygą tu strachliwymi uszami, tak bardzo pochłania je darmowa kolacja. Taki trwający całą zimę nieoczekiwany bankiet, oświetlony białym, scenicznym światłem, układającym cienie do snu na śniegu udeptanym kopytami i racicami.

Sceptycy wątpić będą pewnie, czy takie podglądanie zwierzęcego mlaskania, ciamkania i przeżuwania przez szybę komputera jest autentycznym kontaktem z naturą, czy też raczej lizaniem ciastka przez szybę wystawy? Ale twórcom strony chodzi chyba o co innego, o promocję, o przypomnienie, że natura w ogóle istnieje, że jest jeszcze świat inny i inny porządek niż rzeczywistość zaklęta w bajty, pliki i łącza oraz scenariusze seriali, których następny odcinek zawsze można obejrzeć w Internecie szybciej, jeszcze przed premierą.

Nikt dziś nie ma czasu, by zaszywać się na leśnej, jasnej polanie i po tołstojowsku rozważać panteistyczne zagadki natury, dobra, piękna i sztuki, pogrążać się w mistycznych przerażeniach i ukojeniach, cieszyć istnieniem, po prostu albo mimo wszystko, szukać oświecenia. Kiedy jednak po dniu, poszatkowanym zmęczeniem i złymi emocjami, otwieramy na chwilę przed snem Internet, by przekonać się, kto dziś wpadł na polanę podjeść i podrzemać obok kopki siana, wyciszamy się trochę, łagodniejemy, uśmiechamy. Jakbyśmy dzięki tej chwili internetowego kontaktu z naturą stali się na chwilę lepsi, empatyczni i liryczni? Może tej nocy nie będą śnić się nam koszmary?

Taka Jasna Polana dla zagonionych, Jasna Polana bis. Dobre i to.

[ op.cit.: www.lasy.gov.pl/zubr]

Data dodania: 8 lutego 2013

… i leży w łóżeczku. Normalna kolej rzeczy: dziecięca rymowanka staje się rzeczywistością, już nie słodziutką, a słoną raczej. Guz na śledzionie, przerzuty, nowotwór pożarł jeden płat płuca. Termin niewiadomy, ale pewnie nieodległy.

Przypomina mi się Stasiuk, który w jednym z rozdziałów „Grochowa” opisywał konanie swojej suki, naturalnie pełne smrodu, odchodów, bezbronnego powarkiwania i strachu. Z tego konania wywiódł Stasiuk antropologiczną opowieść o tym, jak ludzkość coraz bardziej spycha śmierć we wstydliwe zakamarki szpitali i domów starców, jak, zniecierpliwiona, zaczyna akceptować eutanazję dla uspokojenia nerwów i sumienia. Odmowa uśpienia konającej suki miała być przywróceniem naturalnego porządku i godności umierania. Jeśli dobrze zrozumiałem.

Z terminalnej choroby zwierzęcia, które żyje z nami od prawie piętnastu lat, nie chcę wysnuwać ani filozoficznej dygresji, ani literackiego konceptu. Jest mniej więcej jasne, kiedy koty dowiadują, że czas nadchodzi: przestają wtedy jeść, szukają ciemnych zakamarków, włażą w zarośla albo pod meble. W naszym przypadku sygnały będą wcześniejsze i bardziej bolesne, a ja będę musiał podjąć decyzję za nas obu. Po to właśnie natura postawiła mnie wyżej w łańcuchu ewolucji lub na drabinie istnień, bym się jej mógł sprzeciwić w decydującym momencie. A mówiąc wprost: nie będę patrzył bezczynnie, jak kot będzie dusił się, na śmierć. Na razie jednak jest lepiej, choć trudno wierzyć w cud. Nie wiadomo zresztą, czy cuda przytrafiają się zwierzętom?

Przeczytałem gdzieś, nie pamiętam już u kogo, żartobliwą definicję różnicy między psem a kotem, która podobno krąży też w różnych wersjach w Internecie. W skrócie brzmi to tak:

Człowiek opiekuje się psem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim i szkoli, wyprowadza na spacer. – Człowiek musi być bogiem – myśli pies.

Człowiek opiekuje się też kotem: karmi go, głaszcze i czesze, mówi do niego czulej niż do ludzi, bawi się z nim, a czasem nawet wyprowadza na spacer. – Muszę być bogiem – myśli sobie kot.

Kiedyś ludzie wierzyli w boskość i nieśmiertelność kotów. Ta wiara przeminęła, jak inne. I wcale mi nie do śmiechu, kiedy myślę, ze nawet nie jest pewne, ile żyć ma kot: siedem? a może dziewięć?

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury