Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Maj 2019
Data dodania: 21 maja 2019

Znalezione w sieci: dziwny dziennik kogoś nazywającego się Zdzisław Niewieski, trochę po gombrowiczowsku. Diariuszowe zapiski robione są w trzeciej osobie. Tak o sobie mówią dzieci albo schizofrenicy. I może jeszcze ktoś za wszelką cenę pożądający dystansu, do siebie i życia, które staje dęba.

Postanowiłem opublikować na swoim blogu, za zgodą tajemniczego autora, kilka opowiastek z tego dziennika, bo wydał mi się interesujący nie tylko literacko.

A skąd ta trzecia osoba, niech czytelnicy ocenią sami, w akcie lektury, który przecież przynajmniej na chwilę wyrywa z samotności i autora, i jego czytelnika:

 

1 kwietnia 

Na pytanie fb „co słychać?” Zdzisław mógłby odpowiedzieć dzisiaj, że na szczęście wyjątkowo nic. Miał dzień wolny, prawie, więc czytał to, co wymaga wolnego czasu. Czytał Haupta, raz jeszcze, między innymi genialne opowiadanie „Coup de grâce”, a w nim taki fragment, niespodziewanie bliski:

„Ona mówiła może do niego: Stachu – to nic, Stachu, Staaachu… Będę się modliła, żeby Bóg wziął to od nas, żebyśmy zapomnieli, Stachu… On nic nie mówił. Może zapatrzyli się w wieczorny zmrok – dwoje nieszczęsnych wybrańców losu do przeżycia. Może trzymali się za ręce, ale i tak nic nie mogło zwalić przegrody jaka między nimi wyrosła tego dnia, kiedy tu byli oni dwoje, a tu przychodzi chwila, jaka mogła być udziałem kogo innego, mogła ominąć ich, były wszystkie szanse na ominięcie jej i nie! właśnie oni mieli być w niej, i dlatego ta przegroda fatalna nie odstanie się i nie odstanie!”

 

10 kwietnia

Żyję właściwie z przyzwyczajenia – powtarza Imre Kertesz w „Ostatniej gospodzie”, co przypomniało się Zdzisławowi, gdy po dniu zakończonym ważnym i interesującym spotkaniem poszedł odetchnąć do ulubionej restauracji.
Usiadł przy tym co zwykle stoliku, też ulubionym, wbrew słowom i zdarzeniom których stolik ten był świadkiem.
Zaprzyjaźniony kelner tym razem tylko raz zadał mu fundamentalne jak zwykle pytanie: czy wszystko w porządku? wszystko dobrze?
Nic nie jest w porządku i nic nie jest dobrze, odpowiedział sobie Zdzisław.
I tak właśnie jest dobrze – dodał, a następnie poprosił o rachunek.

 

18 kwietnia

Czerwone wino zawsze w końcu wpędzało Zdzisława w melancholię, nawet w najbardziej słoneczny dzień. Tak było i tym razem.
Promienie przebijały się przez podwójną szybę kawiarnianej witryny i załamywały w grubym szkle kieliszka, a potem pełzły po drewnianym blacie czerwoną plamką. Wyglądała jak znaczek, którym celownik laserowy naznacza ofiarę.
Tak, możliwe, że ktoś wziął nas już na cel – pomyślał Zdzisław, pocieszając się jednak, że podobno nie słychać kuli, która ma nas trafić.
Zbliżały się właśnie kolejne święta poświęcone umieraniu. Zdrożały jajka i optymizm, więc mało kogo było nań stać.

 

20 kwietnia

Już nic nie mogło uchronić Zdzisława przed świętami. Nadciągały nieubłaganie. Postanowił przebyć je tak, jakby go nie było, a następnie zmartwychwstać we wtorek.

 

26 kwietnia o 00:01 

Tuż po północy Zdzisław rozpoczął sześćdziesiąty rok życia. Stało się to w ciszy, bo prawie wszyscy już spali.

Trzeba przyznać, że Zdzisław najpierw trochę się tym zdarzeniem wzruszył. A potem wzruszył ramionami i też poszedł spać.

 

27 kwietnia o 08:41

Ktoś ma tu Alzheimera? Ktoś pampersa? – dopytywała koleżanka lekarka, zmierzając błyskawicznie do budującej puenty: nikt? to cieszmy się, jeszcze nie jesteśmy skończeni.

Spotkanie w czterdziestolecie matury było głośne i pełne anegdot, których Zdzisław już od dawna nie pamiętał. Odmładzający botoks wysysany z zakamarków pamięci.

Zdzisław wyszedł ze spotkania pierwszy, tłumacząc się urodzinami. Nie był samotny, towarzyszyło mu przekonanie, że widzianych tego wieczoru powinien raczej pamiętać, a nie spotykać po latach. Wystarczyło, że nie mógł uniknąć spotkań ze sobą.

Wracał zaskakująco tłocznym deptakiem, noc ogrzewała się jeszcze całodziennym upałem, więc kawiarniane ogródki przepełniała rozpalona krzykiem i alkoholem młodość.

Jednak jest jakaś przyszłość, pomyślał Zdzisław, naturalnie biorąc oczywistość w ironiczny cudzysłów.

Nie miał Alzheimera ani pampersa, a na dodatek udzieliła mu się zgiełkliwa energia podbijana rytmami szlagieru o zielonych oczach. Zaczął myśleć o swoich planach i przyszłości.

Bezczelny.

 

2 maja o 07:50

Nie musiała nic mówić. Gdy Zdzisław bardziej niż zwykle potrzebował czyjejś bliskości, wystarczała mu sama jej obecność. Nawet w innym pokoju, nawet jeśli nie widział wtedy, jak nagle ciemnieją jej bursztynowo rozświetlone oczy,

jak jej proste, ciemne włosy rozsypują się wokół zgrabnej szyi i małych, lekko zaróżowionych uszu,

jak przerzuca ciężar drobnego ciała w miękkim, leniwym chodzie przypominającym skradanie się lub pierwsze kroki po długiej drzemce,

jak nerwowo zmienia miejsce w przestrzeni, nieoczekiwanie, gnana niejasnym niepokojem

albo jak przystaje nagle i patrzy przez długie rzęsy prosto w słońce, rozleniwiające ją na chwilę.

Lubił w niej wszystko, bezkrytycznie, nawet te niewielkie fałdki tłuszczu, pojawiające się czasem na jej szczupłych biodrach i brzuchu, gdy siedząc odwracała się ku niemu.

Najbardziej jednak lubił Zdzisław, gdy gładziła go po twardej, siwej brodzie, rozczesując ją delikatnie pazurkami. Mruczała wtedy, głośno, instynktownie i prężyła ogon, szylkretowy jak ona cała.

 

5 maja o 21:27

Żarty się skończyły: Zdzisław, jak każdy starzejący się facet, bał się własnej śmieszności. Niestety, choć coraz bardziej siwiał, to i tak czasem zachowywał się jak sentymentalny szczeniak.

Nie pocieszało Zdzisława, że te nieprzystające wiekowi sytuacje zdarzają się wbrew jego woli, niczym ilustracja biblijnego syndromu św. Pawła:

„Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię to zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka.”

Zdzisław nigdy nie miał cierpliwości ani do filozofii, ani do teologii, a zresztą jego słabość była nie biblijna, lecz pryszczata.

Bez trudu, a może nawet z ochotą, zaakceptowałby grzech, ale ze śmiesznością pogodzić się nie mógł.

I nawet nie miał komu się wyspowiadać. Nie wierzył bowiem ani w konfesjonał, ani w coaching.

 

7 maja o 15:47

Zdzisława nie dotknęła jeszcze łaska niepamięci, przeciwnie, miał pamięć słonia: pamiętał za dużo. Ale czasem bywało to całkiem przyjemne, choćby wtedy, gdy Zdzisław wspominał, bijąc się w piersi za seksizm, swoje relacje z kobietami.

Przypomniał sobie na przykład, jak pewna pani, obdarzona wieloma talentami, w tym także muzycznym, nuciła mu cicho refren znanej piosenki Krystyny Prońko: jesteś lekiem na całe zło.

Potem okazało się, że jednak nie na całe, a kiedy Zdzisław po latach spotkał tamtą panią, udała, że go nie poznaje. Może zresztą naprawdę nie poznała, gdyż, co tu dużo mówić, Zdzisław nie był już tamtym facetem dopiero mającym zamiar wchodzić w wiek średni. Przeciwnie, od pewnego czasu średnią wieku zawyżał.

Mógł więc wpaść w przygnębienie, ale nie wpadł. Ona cierpi, na niepamięć następczą – pomyślał Zdzisław – bo ostatnio, zresztą nie bez wpływu pewnej innej pani, znów zainteresował się psychologią i psychiatrią. Wiedział więc, że niepamięć następcza pojawić się może przez krótki czas po zażywaniu niektórych leków i „charakteryzuje się zachowaniem niestosownym do sytuacji”.

Jesteś lekiem na całe zło, zanucił Zdzisław refren, który znów się do niego przyczepił. Zanucił z radością, niezbyt stosowną do sytuacji, fałszował bowiem straszliwie.

 

9 maja o 17:17

Zdzisław był wampirem, ale raczej bezzębnym i bezkrwawym. Żył przecież w czasach mody na bezkrwawe łowy, na zwierzęta, nie ludzi, bo bezkrwawych wojen ludzkość jeszcze nie wymyśliła.

Wampiryzm Zdzisława polegał na tym, że jeśli już się z kimś przyjaźnił, byli to z reguły ludzie dużo od niego młodsi. Nie chodziło mu tylko o to, by żywić się ich energią i urodą. Przede wszystkim Zdzisław uwielbiał słuchać ich opowieści o życiu codziennym, dzieciach, małżonkach, teściowych, studiach i przedszkolach, karierach, o całej tej logistyce dnia powszedniego, powodującej chroniczny brak czasu.

Rozrzutność młodych w relacjach z czasem, wymuszana życiem toczącym się najczęściej mimo wyborów i pragnień, była cudowna. Odróżniała ich od rówieśników Zdzisława, zgorzkniałych, zapatrzonych w zadymioną niepamięcią przeszłość, powtarzających, że kiedyś było lepiej. A przecież kiedyś po prostu było, nic więcej.

Znajdował się Zdzisław w takim momencie życia, że miał czas: niewiele już musiał, ale wciąż dużo mógł. Był to moment tak cudowny, że aż czasem miał ochotę powtórzyć „chwilo trwaj”, nie za poetą, a za samym życiem, które – bywało – również wydawało mu się cudowne. Zapominał wtedy, że mija.

Potem jednak uświadamiał sobie, że jest w pułapce mściwego czasu: obecność młodych przyjaciół przypominała mu, kim już nigdy pewnie nie będzie i co mu się już prawdopodobnie nigdy nie przydarzy. Ale potem znów się przytrafiało i znów Zdzisław wpadał w euforię.

Był w pętli czasu i nawet nie zauważył, kiedy zaczęła się zaciskać.

 

10 maja o 18:04

Podczas porannej prasówki Zdzisław wyczytał na stronie opiniotwórczej gazety, że 10 maja obchodzony jest Dzień Pracownika Gospodarki Komunalnej oraz Światowy Dzień Przytulania. Przeczytał i wyraźnie się zasępił.

Pracowników gospodarki komunalnej spotykał Zdzisław niemal codziennie rano przy śmietniku. Czasem ucinał sobie z nimi krótką pogawędkę, głównie o ich życiu zafajdanym przez gołębie i urzędnicze zapędy do coraz wymyślniejszego segregowania odpadów.

Zdzisław nie bardzo jednak wiedział, jak powinien zachować się dziś, jeżeli znów spotka znajomych komunalnych. Czy z tej podwójnej okazji powinien przytulić ich na dzień dobry?

Miał poważne wątpliwości. Bo niby według gazety dzień przytulania był nie byle jaki, gdyż światowy, ale Zdzisław światowcem nigdy nie był, za to panowie śmieciarze byli bez wątpienia „prawdziwymi mężczyznami” i mogli gest Zdzisława zrozumieć opacznie.

Pomyślał, że na całe szczęście przeziębił się tak mocno, iż musiał wziąć wolne, by nie wychodzić dziś z domu.

Ale potem i tak przez cały dzień rozmyślał, kto w takim razie przytuli jego?

 

12 maja o 17:43 

Zdzisław uświadomił sobie, że jest jednym z chyba niewielu internautów, którzy ostatnio nie napisali ani słowa o tęczy.

 

Przypomniał sobie o tym, gdy wbrew prognozom burza nie nadeszła. Czekał na nią całe przedpołudnie w nadziei, że tęcza rozmaże choć na chwilę błękitne niebo za oknem, wyobłoczone dziś jak na odpust.

 

W końcu Zdzisław zasiadł do pisania, by nadrobić zaległości, ale zamiast zacząć, zamyślił się, jak zwykle nie bez konsekwencji.

 

Pomyślał, że minął już szmat czasu od kiedy odkrył, że przestał wierzyć w Boga, a wciąż nie potrafił powiedzieć, czy i Bóg przestał wierzyć w niego.

 

15 maja o 23:17  

Dziś Zdzisław miał położyć się wcześniej, ale się bał, od wczoraj. Wcześniej całymi tygodniami miał tylko dobre sny. Działo się w tych marzeniach sennych wszystko to, o czym Zdzisław nawet nie śmiał marzyć na jawie, bywał więc w nich szczęśliwy.

Teraz jednak wracała oniryczna rutyna i Zdzisław obawiał się, że znów męczyć go będą koszmary, te same co wszystkich.

Bo przecież wszystkim nam śnią się pomylone drogi, zagubione adresy, ciemne labirynty bez wyjścia, niekończące się ucieczki, ludzie pomyleni, z innymi i osobno, a także spóźnienia – na odjazdy, spotkania, na ratunek.

W końcu budzimy się w popłochu i wracamy na jawę, w której znów mylimy adresy, drogi i ludzi, w panice pakujemy się w labirynty bez wyjścia, spóźniamy na tramwaj, spotkanie, ratunek…

Przerażeni, czekamy więc końca dnia i powrotu w sen, jak odwróconego błogosławieństwa.

 

16 maja o 20:05 

Podobno Zdzisław odniósł sukces, kolejny, tak przynajmniej mówiono gdzieniegdzie. Ci bez zawiści składali nawet Zdzisławowi gratulacje.

On nie miał jednak czasu na radość. Przez dwa dni przemawiał, reprezentował, podpisywał, udzielał i rozmawiał, inkrustując poważne dyskusje ironią i dowcipem. Tego wymagała forma, przecież bohater całego tego zamieszania nie znosił, gdy mówiono o nim w sposób nudny.

W końcu jednak Zdzisław wyczerpał się niczym chińska podróbka długowiecznej baterii. Jak każdy komediant, posmutniał nagle i spochmurniał. Za każdym szczytem jest zjazd. Dół.

Wreszcie zamilkł, a po głowie pałętał mu się zapis snu z listu Gombrowicza o Wsoli: „każdy opowiadał swoje przeżycia, ale nikt nie mógł dosłyszeć, co mówią inni, po czym nagle zjawił się Pascal we własnej osobie i powiedział: żyje się samemu i samemu umiera”.

Gadanina, sentymentalne ferdydurki – pomyślał Zdzisław. Miał dość słów i literatury. Znów zatęsknił za bliskością, jakby przed sobą chciał schronić się w objęcia innego człowieka. Ale wokół nie było nikogo.

I nawet księżyc nie przypominał Gombrowiczowskiej pupy, lecz co najwyżej obyczajnie zachmurzony półdupek.

 

18 maja o 9:49

Zdzisław zastanawiał się, co kieruje ludźmi opuszczającymi w ciemną noc muzeów przytulne mieszkania lub knajpki, kosztem snu i ciszy. W końcu jednak i on postanowił wyjść ze strefy mroku. Zastanawiał się jedynie, dokąd ma się udać.

Nie chodziło mu o znalezienie drogi, z tym Zdzisław nie miał kłopotu, bo w ciemnościach widział wszystko, jak kot, lecz o miejsce, wystarczająco jasne, by warto było do niego dojść.

Prawdę powiedziawszy, Zdzisław znał niewiele takich miejsc. A i w tych nie bywał od tak dawna, że nie wiedział, czy i one nie znalazły się już po tej ciemniejszej stronie świata. Był więc nieco bezradny. A zwiedzać nie lubił.

I wtedy przypomniał sobie zaproszenie, które niedawno do jego skrzynki mailowej wrzucił robot filtrujący. A może nawet flirtujący, bo proponował Zdzisławowi przystąpienie do klubu o obiecującej nazwie Błękitna Strefa.

Zdzisław przestraszył się najpierw, że za tą pogodną nazwą kryją się sprawy ostateczne, ale uspokoiła go dokładniejsza lektura oferty.

Napisz o sobie coś ciekawego, jak lubisz spędzać wolny czas – zachęcano Zdzisława. U nas z pewnością znajdziesz osoby o zainteresowaniach podobnych do Twoich. Nie siedź w domu, umów się z nowo poznanymi przyjaciółmi – kuszono.

Zdzisław wiedział dobrze, że diabeł zawsze ukrywa się w szczegółach (i ubiera u Prady, przypomniało mu się głupawo). Wczytał się więc w ofertę jeszcze uważniej i wtedy odkrył, że klub, do którego go zapraszano, ma w nazwie drugi człon: nazywa się „Błękitna Strefa 50 plus 50”.

A więc to o to chodzi, olśniło Zdzisława, o sposób stary jak świat: pięćdziesiąt plus pięćdziesiąt to przecież setka.

Pomagało nie raz i nie dwa, więc może i tym razem…?

 

19 maja

Ten cytat, zapamiętany niedokładnie, tkwił w głowie Zdzisława przez dziesięciolecia. Uwierał.

„Za młodu żądałem od ludzi więcej, niż mogą dać: ciągłej przyjaźni, nieustannego wzruszenia.
Dziś umiem od nich żądać mniej, niż mogą dać: towarzystwa bez frazesów. I ich wzruszenia, ich przyjaźń, ich szlachetne gesty zachowują w moich oczach całą wartość cudu: są łaską.”

Odnalazłszy cytat, Zdzisław odkrył również, że pisząc to Albert Camus miał niewiele ponad dwadzieścia lat. Nic dziwnego, że teraz notatka autora „Obcego” wydała się Zdzisławowi szczeniackim rezonerstwem.

Miał niemal trzykrotnie więcej lat za sobą, ale wciąż żądał, by cud wydarzał się codziennie. Prawdę powiedziawszy, pragnął tego o wiele bardziej niż kiedyś, gdy był młody.

Nie miał już czasu ani na mądrość, ani na cierpliwość.

Przyznacie, że facet jest wkurzający w tym domaganiu się uwagi. Ale jeżeli nie będziecie mieli niczego lepszego do roboty, to czytajcie (https://www.facebook.com/profile.php?id=100002287807182). I koniecznie lajkujcie, w końcu życie to niekończący się hejt – że pozwolę sobie na  sentymentalny banał w stylu Zdzisława.

 

Data dodania: 3 maja 2019

Wybiegi, wybiegi, gdzie jest to wszystko, czym byłeś?

                                                                              Elias Canetti „Księga przeciwko śmierci”

 

Koniec kwietnia, imieniny Rity, świętej od spraw beznadziejnych, jej dzień czczą w Barcelonie czerwonymi różami i długą kolejką do kościoła pod jej wezwaniem. A inna Rita, ta od Gombrowicza – byłaż i ona prawie świętą, męczennicą? Żyję jak mniszka, notuje Gombrowicz w ”Kronosie” jej słowa, ale sama Rita mówi teraz, po latach, że nie, nic podobnego, nigdy tak się nie czuła. My mówimy o tym różnie i – na Gombrowicza! – nasze doświadczenia, nawet nieuświadamiane, nie są tu bez winy. Ale po kolei.

1.

Wracamy do Vence: w wieczór, gdy płonęła paryska katedra, rozgorzał też spór między E. a mną, właśnie o Ritę Labrosse i jej poświęcenie. Że rozgorzał, tak przynajmniej mogło wydawać się z boku, więc A. starała się jak mogła, by odwrócić naszą uwagę od gorącego tematu i zgasić zacietrzewienie. Ale nas już wciągnęło: więc poświęciła się dla Gombrowicza, poświęciła mu życie? czy raczej, choć już nie żył, dobrze przeżyła z nim i dzięki niemu swój czas? Nadawał jej życiu sens, jeden z możliwych sensów, czy jednak mogła wybrać inny? A może to on przeżył dzięki niej, dzięki jej swoistej wierności?

Klasyczna wizja kobiety zawsze oddanej, poświęconej czemuś poza nią, spełniającej się tak właśnie, taki los. Prawo mężczyzny do nadwrażliwości, nieakceptowalnej w stereotypie, bo niegodnej przecież tego, który powinien zawsze wiedzieć, czego chce. Powtarzamy się, kończąc jak zwykle, złośliwościami i machnięciem ręką, bo spór to nie nowy, toczymy go od dawna, zresztą nie tylko my. Powraca w różnych wariantach i z powodu różnych pretekstów, więc nie ma sensu powtarzanie argumentów.  Ciekawsze jest, o czym spierając się tak naprawdę rozmawiamy? I dlaczego?

2.

To chyba Aleksander Wat, a może ktoś inny, napisał, że spieramy się o cudze życie, żeby nie kłócić się ze swoim. Opowiadamy o innych, żeby nie opowiadać o sobie, pamiętamy cudze grzechy, żeby nie przypominały nam się nasze. I tak dalej, i dalej.

Brzmi to jak fragment gazetowej porady psychologicznej, ale nie musi być nieprawdą, psychologia zna takie mechanizmy, opisywała je na wiele sposobów. Prawda, nie jesteśmy mechanizmami, ale jest taki poziom ogólności, na którym da się jednak nasze życie sprowadzić do sentencji albo reguły. Słusznej tylko na tym poziomie, jak ta Gombrowiczowska, że mężczyzna postrzega kobietę zawsze poprzez innego mężczyznę.

3.

A on sam, Gombrowicz? Dawał mi wolność, byliśmy takim nowoczesnym związkiem, opowiada Rita, a ja zawsze wtedy zastanawiam się nad ceną, jaką on za tę wolność płacił. Jest o tym trochę w „Kronosie”, chyba chciał o tym opowiadać, albo nie potrafił tego przemilczeć.

„Kronos” to taka czarna skrzynka, czujny rejestrator słabości Gombrowicza, nie tylko tych fizycznych. Odkrywa więc i tłumioną zazdrość, wstydliwe cierpienie starzenia się, zmaganie z czasem i sobą wobec niej, jej młodości, a także wysiłek, by do końca prowadzić grę, być podmiotem, nie przedmiotem, na koniec także przedmiotem opieki, być subiektem, nie obiektem. Nikomu nie dawał do czytania swoich zapisków, zresztą Rita i tak nie czytała po polsku. … zdycham, z Ritą na ogół lepiej, ale nie zawsze… Boże, Boże, jak długo?

Można przytaczać wiele cytatów opowiadających niedopowiedzianą historię: Rita spotyka się albo wyjeżdża z przyjacielem, z przyjaciółmi, młodymi i pięknymi jak ona, wraca i wracają jej histerie, akupunktura, pomaga na czas jakiś, ale ślady pozostają. A poza tym: z Ritą nic, to też niełatwe do zniesienia.

Podobno był niezdolny do miłości, lubił tak o sobie mówić, ale przez te notatki, prawie szczere, na ile szczera może być literatura, wiele przebija: i pragnienie, nie tylko to erotyczne, ale także pragnienie prostej obecności, bliskości, i zazdrość, i tłumiona rezonerstwem potrzeba posiadania, przywiązania, maskowane w listach do rodziny grubymi żarcikami o dobrej dziewczyninie, i wreszcie słabość największa – żal za przyszłą utratą.

To wszystko tam jest, kotłuje się pod łże-lakonicznością Kronosowych zapisków. Tak to czytam, choć przecież nie mam pewności, co czytam. I kogo.

4.

Chyba potrafię już wyobrazić sobie ówczesną sytuację Gombrowicza, wczuć się w nią – sentymentalnie naiwna teoria wczucia spoczywa w lamusie teorii literatury, ale jako narzędzie biograficzne może się jeszcze przydać. Zaczynam go rozumieć, na swoje szczęście powoli, mężczyznę wyrwanego nagle z przedłużanej młodości, obezwładnianego nudą przemijania. Mam przecież tyle lat, co Gombrowicz w momencie powrotu do Europy, na statku, którym – jak pamiętamy – płynął ku śmierci. Poetyckie to określenie, bezwstydnie wręcz poetyczne, przynajmniej jak na Gombrowiczowską miarę.

Myślę o tym za każdym pobytem w Vence i okolicach. Nie uwolniła mnie od tej obsesji i Nicea, pochmurna i już zatłoczona. Tu, na tych lazurach, wszystko układa się w literaturę, więc i biograficzna buchalteria „Kronosu” współgrała z powodem jazdy do Nicei, czyli spotkaniem w kancelarii księgowej. Prawie w południe, duszne, przykryte chmurami, brudnawe i wygasłe, jakby pogodzone, świadome końca. I nudne, zwyczajnie.

Jeden z ostatnich zapisków w „Kronosie”: Monotonia. Nuda. Nic.

5.

Nicea, w której bywał, ale pisał o niej niewiele. A i my niewiele zdążyliśmy zobaczyć, więc do opisania raczej jakieś tylko wrażenia. Niby tu kolorowo, jednak bardziej kolorami skóry niż ubrań, stonowanych, zdominowanych czernią i szarością, dziwne, może mnie pamięć myli albo wtedy zmylił brak słońca. Sytuacji nie ratowały nawet fasady, wymalowane w stylu południowym, iluzjonistycznie, papuzio bezczelne, błękity i inne niebieskości, żółcie i beże, ale i one mdłe jakieś bez słońca.

Podobno można tu kupić włoskie buty i inne rzeczy, atrakcyjnie, ale nie wchodzę do sklepów, odmawiam, wolę posłuchać, jak młody chłopak gra na czerwonym pianinie, kolorowa plama ustawiona na szachownicy z białych i czarnych kamieni tworzącej Plac Massena. Stąd już całkiem blisko nad morze, jest zachmurzone, wciąż duszne, choć wbrew prognozom nie pada. Nic więcej mi na razie do szczęścia nie potrzeba, może prócz burzy, która jednak nie nadchodzi.

Przed wyjazdem z Nicei E. i A. robią jeszcze jakieś zakupy, słodycze, coś tam jeszcze, a ja czekam snując się po Placu Garibaldiego, brudnawym, niezamiatanym. W podcieniach zaschnięte ślady rewolucji żołądkowej, wieczory muszą być tu upojne. Dwa wielkie dęby, na ławkach wokół nich bezdomni, zlatują się jak ptaki do snu, ostatnia krzątanina. Niektórzy leżą już wokół rozłożystych drzew, jak żołędzie, jakoś tak na swoim miejscu, zadomowieni. Spokojni.

Właściwie można by zostać, to miejsce przygarnie każdego, ale trzeba wracać do Vence, na scenę ostatniego Gombrowiczowskiego aktu. Nie wolno wypaść z roli.

6.

Kto więc napisał, że opowiadamy o innych, żeby nie opowiadać o sobie?  Wat? A może raczej Brodski? Nieważne, to tak oczywiste, że nawet ja mogłem to napisać. Ale trzeba pamiętać, że paralele są niebezpieczne, nie tylko dlatego, że zmuszają do łamańców językowych – spróbujcie powtórzyć ten wyraz kilkanaście razy, szybko, bez przerw. Są niebezpieczne, bo spuszczają wyobraźnię z łańcucha, wymuszającego bezpieczny dystans. A wtedy wyobraźnia nasz los, naszą przygodę z życiem wkłada w schemat innej opowieści, wciska ją w formę łatwą i atrakcyjną, bo już raz dobrze opowiedzianą. I możemy zobaczyć coś, czego nie ma, bo jest tylko urojeniem.

Więc lepiej opowiadać tamtą historię, przygodę Rity i Gombrowicza jako wyłącznie ich historię, zakończoną, zamkniętą, nie do powtórzenia, nie do zdarzenia się innym. Tak jest bezpieczniej i rozsądniej. W naszym wieku – naszym, czyli moim – musimy być mądrzy i ostrożni, szczególnie pod słońcem południa. To nas, snujących się od dawna w smudze cienia, łączy.

I jeszcze łączy nas nieufność wobec uczuć, niewarta zresztą funta kłaków, i tak jesteśmy bezbronni, wbrew doświadczeniu. Żaden geniusz, talent ani cynizm tu nie pomogą, Gombrowicz dowodem. Tyle tylko, że niektórym jest dane wiek męski wiek klęski przemielić na literaturę. Co nie bez znaczenia w czasach, kiedy emotikony bierze się za emocje.

To tak na marginesie „Kronosu”. Wiem, nieładnie mazać po książkach.

7.

27 kwietnia 1969 roku Witold Gombrowicz zapisał: …miałem bardzo małe szanse na przeżycie. Polemika w „Wiadomościach”. Problem windy. Opieka Izy i Charlotte. Masaże. Właściwie nic. Jestem jeszcze oszołomiony pastylkami, które mi redukują. Monotonia. Nuda.

Uczepiony szczegółu, konkretu, nie poddawał się na tym Południu, które coraz bardziej stawało się Zmierzchem. Jeszcze czasem spacery, cóż, że samochodowe, nauka chodzenia, po zawale, duszności, ironia już bez hucpy. I gniew, bunt, już nie przeciw światu, a częściej przeciwko własnej kondycji, ciału, które bardziej niż kiedykolwiek ciążyło i cierpiało, przeciwko zanikającym siłom i pamięci, przeciw temu, co miało nadejść, od wypłynięcia z Buenos Aires oczywiste.

Znalazł nowy temat: ból. Coraz gorzej sypiał.

8.

To też przypadłość wieku, że sypia się coraz mniej. Po sporze o poświęcenie Rity nosi mnie, jednak emocje, więc jeszcze nocny spacer, nieodległy, bo tu wszędzie pod górę. Vence o tej porze prawie puste, jeśli nie liczyć trzech czarnoskórych odymionych marihuaną, cichych jak cienie, i nieszkodliwego wariata, któremu dnia za mało na pospieszne truchtanie w rytm półgłośnego monologu. Monotonnego jak cykady.

Wracam po godzinie, wciąż nie do spania, więc jeszcze trochę posiedzę. Recepcjonista o urodzie i sposobie bycia Jeana Reno sprząta po gościach, dziś po raz pierwszy hotel nie był pusty. Can you help me? – pytam retorycznie. Whiskey? – odpowiada równie retorycznym pytaniem. Nalewa alkohol do długiej, wąskiej szklanki, tak tu piją whisky, po francusku, i bardziej już stwierdza, niż pyta: double?

Jasne, że double. Wszystko jest tu literaturą, więc i ta rutynowa życzliwość Leona zawodowca, może nawet podszyta empatią, sprawia, iż czuję się tak, jakbym był jednym z bohaterów Ślubu, pomniejszym, ale przez moment jakże ważnym dla rozwoju akcji i jakbym tu, przy barze małego hotelu zbudowanego na skale uczestniczył w dziwnym obrzędzie, stwarzającym Gombrowiczowski kościół międzyludzki.

Double, podwójny, można powiedzieć. Wszystko można powiedzieć, żeby wszystko przemilczeć.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury