Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Listopad 2017
Data dodania: 21 listopada 2017

(Niedorozwinięte w tym roku, pokawałkowane lato nie może zdecydować się na odejście. W pierwszy weekend listopada przez kilka godzin trwa w najlepsze, grzeje słońcem jak w sierpniu. Przemoczone kwiaty i wiązanki schną na grobach. Nie pierwsze to takie dziwne lato.)

W 1963, w kilka miesięcy po przybiciu do Europy, już w Berlinie, Witold Gombrowicz zanotował „koniec lata trwającego rok równy”. Z Argentyny uciekł przecież zanim zaczęła się jesień, a wracał na północną półkulę, już wiosennie rozbudzoną – w Barcelonie i Cannes właściwie zaczęła się już letnia pora. „Lato trwające rok równy”, kolejna Gombrowiczowska próba oszukania Kronosu.
Berliński rok pisarza zaczyna się ciepłym majem, ale okazuje rokiem nagłego chłodu, jesieni i zimy. W „Dzienniku” opisuje Gombrowicz słoneczny spacer w Tiergarten: „… wtedy zaleciały mnie pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, nie umiałbym powiedzieć z czego… tak, Polska, to było już polskie (…), dzieciństwo, tak, to samo, przecież już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura… którą ja porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć. Zamknął się cykl, powróciłem do tych zapachów, więc śmierć. Śmierć. (…) w Tiergartenie doznałem śmierci wprost – i od tej chwili ona mnie nie odstępuje”.

„(Śmierć.). (Śmierć).” – powtarza w tym samym czasie w „Kronosie”, zapisując ją właśnie tak, w nawiasach. Śmierć jeszcze w nawiasie, nawiasem oddzielona od biosu, słowo jeszcze nie ciało, na razie to tylko literackie próby. „Blaga? Frazes? Owszem, blaga i frazes, ale z tych co to nie popuszczają… gdy raz się uczepią…”
Parę miesięcy później zapisuje w „Kronosie” błagalnie: „żeby tylko przetrzymać zimę”. A mrozi coraz mocniej: Swinarska i esbecka prowokacja, ataki na „zdrajcę”, depresja, grypa, trupia bladość lekarskich gabinetów i szpitalnej pościeli. Otwiera się spis leków, wiernych mu do końca, dziś wart może analizy wcale nie filologicznej. Hipochondria? Tęsknota? Psychosomatyka.
Ciało zdradza go coraz bardziej, słabe i obce. Drażni i wpędza w depresję, więc choroba to azyl, tymczasowy. Chemiczny spokój: „drzemię oszołomiony luminalem”, aż w końcu: „już nie wiem, co kiedy było”. Nawiasy niczego nie porządkują, może trzeba środka mocniejszego niż luminal? „Dziwnie przyzwyczajam się do myśli o samobójstwie.”

***

W następnym maju jeszcze myśli o powrocie do Argentyny, choć już nazywa ją Porzuconą. Na razie trzeba jakoś urządzić się tu, w Europie. Gdzieś, gdzie cieplej, na Południu. W Berlinie zostawi ciepły koc podarowany przez Zuzannę Fels, ale tę śmierć w nawiasie zabierze ze sobą. Będzie z nim w Vence, a wcześniej w „Roy”, gdzie „studentki, starce, etc.”. Et cetera, Rita Labrosse, nadzieja, rozkosz i udręczenie. „Świat istnieje dla nas tylko jako możliwość bólu, lub rozkoszy.” Rita jako próba wymknięcia się poza nawias to temat wart powieści. Kto ją napisze?

(Tak jak obiecywałem sobie w ostatnim przed przerwą zapisku na blogu, sporo przez ten czas niepisania przeczytałem, pewnie ze dwieście próz pisanych po polsku. W pamięci zatrzymało się kilka, kilkanaście może bym z niej wygrzebał, z wysiłkiem. A „Kronos” przypomina się sam, nieproszony. I biografia Gombrowicza – a raczej autobiografia, bo kolejnych biografistów i czytelników uwodzi tak, że każda cudza opowieść o jego życiu jest i tak pisaną przezeń autobiografią – wydaje mi się teraz bliższa niż jego utwory. Więcej rozumiem, bo także wszedłem w wiek męski, wiek klęski? Trochę to za łatwe, ale niech starczy za tłumaczenie, lepiej za mocno nie grzebać, w tym wieku.)

Myślałem o tej nienapisanej powieści, gdy pod koniec kwietnia pojechałem do Vence, pierwszy raz w życiu, niespodziewanie. Południe: chłodne kamienne mury domów w ciasnych uliczkach, wyślizgane kamienie na chodnikach i jezdniach, rzeczywiście lazurowe niebo z rozmazanymi pasemkami bieli, posypane zielenią kamienne wzgórza, całkiem wysokie. Landszaft, palmowe ozdobniki, dla mnie nieodmiennie sztuczne, dziwaczne, plastikowe jak z wielkiej wtryskarki. Z okna hotelu widzę, jak na czubku jednej z nich przysiada sroka, taka sama ja u nas na kasztanowcu, wścibska i niespokojna. Jej ruch daje palmie alibi, ożywia ją, uzasadnia istnienie. Czarnobiały film w zupełnie innym gatunku.
W kotlinie duszno, więc świat trochę spocony, połyskliwy. Ale wino rześkie i tanie, choć w dzień wolę kir. Ponury żart, semantyczno-fonetyczny: orzeźwiający napój nazwany jak znak żałoby. Ale Vence piękne, gładkie, eleganckie, zadowolone z siebie, uśmiecha się i cmoka powietrze – przecież jednak ten cień, widziałem go tam nawet w południe. Piękno, może i nie śmiertelne, ale zmęczone, zamierające.
Pora roku nie ma tu znaczenia, bo i w kwietniu, i potem we wrześniu czułem się w Vence jak w efektownych dekoracjach Gombrowiczowskiego spektaklu umierania. Odchodzenia ze świata za szybą, świata podglądanego przez lornetkę, podsłuchiwanego, z krwią poganiającą serce i astmatycznym rzężeniem w tle. Jak na znanej fotografii: pokój prześwietlony letnim słońcem, upał za oknem, Gombrowicz na łóżku, siedzący w zimowym płaszczu, ciepłej, grubej kapocie.

(„No i kapota” – tak kiedyś mówiło się o śmierci jako klęsce, końcu wszystkiego. Żargonowo, chojracząc.)
Przyglądałem się więc tym wszystkim ludziom żyjącym w rajskiej kotlinie, dojrzałym i przejrzałym emerytom, rentierom, rezydentom, obserwowałem ich z zawiścią, bo wydawali się przekonani, że skoro są tu, w Vence, skoro żyją na Południu, to ciągle trwa południe ich czasu. Że mają czas. Uśmiechnięci, spokojni, podwójny pocałunek jak podwójny nelson, obezwładniający bez dotyku, żeby nie zostać dotkniętym, wycelowany w powietrze, w pustkę, w nic. Patrzyłem na nich, niedostrzegających cienia, a widziałem marznącego Gombrowicza, na zdjęciu prześwietlonym południowym słońcem.

***

(Nie pisałem tak długo, więc teraz trudno podomykać wspomnienia i skojarzenia – może ktoś jednak dobrnie do końca. Przed prawie trzema laty blogowe zapiski kończyłem przyszpitalnym pejzażem i okazuje się, że nie odszedłem daleko. Ledwie w okolice innego szpitala, wielkiego jak układ wojskowy, któremu miał służyć, jeszcze bardziej przerażającego.
Kronos jest bezwzględny. Zadowoleni z życia starzy ludzie drażnią go tak bardzo, że zagania ich w labirynty lecznic, ciasne poczekalnie i duszne sale z zamkniętymi na amen oknami, żeby nikomu nie przyszło do głowy wybrać takie właśnie wyjście, z siódmego piętra, korytarz na lewo od diagnozy.
Powoli łapiemy rytm: dwa kolejne poniedziałki, potem trzy tygodnie przerwy i z powrotem, do szpitala prawie za miastem, więc osoba, której towarzyszę, przeżywa, że tyle płacę za taksówki. Nigdy nie byłem dobry z matematyki – odpowiadam. Z chemii zresztą też nie, a teraz muszę. Bo to bardzo bliska mi osoba.)

Co niezapisane, nie istnieje. Szansę istnienia otrzymuje, gdy staje się zapisem. Szczegółowość zapisków w „Kronosie”, uważność na granicy hipochondrii i szaleństwa. Gorzkie żale, litanie objawów, bólu, nieskutecznych recept. Szczególna poetyka, pomieszany język: patos i wydzieliny. To tekst bardzo mi bliski.
(W kolejce przed gabinetem onkologa kobieta sporo młodsza ode mnie, opowiada. Walczy z tym cholerstwem od dwunastu lat – to dwa razy dłużej niż żył Gombrowicz po powrocie do Europy. Pociesza innych, mówiąc, jak wiele widziała przez te lata. Nie opowiada szczegółów, orzeka tylko, że ci tutaj nie mają najgorzej. – Dzieci, najgorzej gdy dzieci, takie malutkie – mówi. Innym razem mężczyzna, mój równolatek, szczupły, sportowy, chciałbym tak wyglądać. Mówi spokojnie, stara się brzmieć przekonująco: ja już swoje w życiu zrobiłem, wszystko zrobiłem – i drzewo, i dom, i syna, wiele drzew.
Hioby w jarzeniowym świetle poczekalni, nie zadające już pytań, na które nie będzie odpowiedzi. Pogodzone ze skandalem umierania, marznące w słonecznym cieniu. Nakazujące sobie dzielność, przynajmniej przed innymi, przynajmniej wtedy, kiedy nie boli. Ich bunt – minął albo się tylko przyczaił, jak ból.)

Skandal „Kronosu” jest inny, nieboski: żadnego hiobowego milczenia, ale i żadnych pytań o sens; przeciwnie – żenująca buchalteria, udająca ekshibicjonistyczną szczerość. Bezwstyd bólu, nie tylko fizycznego, prawo do bezwstydu i do bólu: „… ból jest bólem, gdziekolwiek by się pojawił, równie straszliwy w człowieku, jak w musze, wykształciło się w nas doznanie czystego cierpienia, piekło nasze stało się uniwersalne.” W pięknych dekoracjach Vence Gombrowicz myślał o napisaniu jeszcze jednego tekstu, dramatu z dwoma tylko postaciami: mężczyzną i cierpiącą muchą. I myślał też, jak zdobyć truciznę, żeby być przygotowanym.

***

Ale przecież – jak w dobrej powieści – i w tym ostatnim rozdziale biografii Gombrowicza zmienia się rytm: bywa szczęśliwy, albo przynajmniej mniej nieszczęśliwy, mniej samotny. Romans z „asystentką” rozwija się, przygasa, ale toczy – poza nawiasem i tym co w nim zapisane. Ten ostatni romans z młodością najmniej chyba był wampiryczny. Jeśli czytać uważnie, to w korespondencji Gombrowicza z tych lat można wyczytać nawet uczucia, o które sam siebie nie podejrzewał.
Te lata w Vence i ten romans ktoś naprawdę powinien opowiedzieć. Zapisać literacko. Nie zostawiać go ówczesnym i dzisiejszym ciotkom kulturalnym, zazdrosnym o Gombrowicza i zazdroszczącym Ricie. Traktującym więc ich przygodę jak wykalkulowany układ, interesowną relację, no bo przecież nie mogło być inaczej, w życiu.
I jakiż mają wspaniały argument: oto Gombrowicz wyjazd na południe Francji proponuje Ricie publicznie, podczas śniadania, przy innych rezydentach opactwa Royamount. Czyż tak proponuje się wspólne życie kochance? Nawet w najbardziej rozwiązłych czasach i towarzystwie?

Rita tłumaczy publiczność „oferty” nieśmiałością Gombrowicza, ale to chyba tylko część prawdy. (Tej prawdy ważniejszej, literackiej, której dochodzić może jedynie pisarz opowiadający historię ze świadomością, że wszystko filtruje przez własne doświadczenie, wszystko jedno: powieść pisze, dziennik czy popularną biografię.) Może to nie śmiałości zabrakło Gombrowiczowi, gdy zdecydował publicznie odegrać romansową, operetkową scenę w klasztornej jadalni? Może ten prawie sześćdziesięcioletni mężczyzna po prostu obawiał się śmieszności, bał się poniżającego odrzucenia i jego rekwizytów, znanych z drugorzędnej literatury, którą się fascynował: grymasu niechęci i zdziwienia, wzruszenia ramionami, zażenowanego przestrachu w oczach Wybranej. Wybranej na miejsce Porzuconej?
Więc wolał spektakl niż intymną rozmowę, jak zawsze, bezpieczną grę, w której serio można obrócić w prowokację lub eksperyment psychologiczny. Grał, by się nie odsłonić, nawet w „Kronosie” grał, choć bardziej już tylko ze sobą. Ale o czytelniku pamiętał zawsze: pozostawiał nam pole do interpretacji, domysłów, snucia własnej opowieści, byśmy opowiadając o nim, opowiadali również o sobie. Byli osobiści, wobec niego i wobec siebie.

***

(Te jego sentencje, niby od niechcenia, nazbyt łatwo zapadające w pamięć. „Tak piszcie, żeby było wiadomo po przeczytaniu, czy pisał blondyn czy brunet!” Proste? Niby proste. Tylko jak poznać, gdzie kończy się cudza historia, a zaczyna nasza? Gdzie cudze życie, a gdzie własne? A przede wszystkim: czyj to nawias i czy w dobrym miejscu postawiony?
Blaga? Frazes? Owszem, blaga i frazes, ale z tych co to nie popuszczają… gdy raz się uczepią…)

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury