Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Sierpień 2014
Data dodania: 19 sierpnia 2014

W „Salkach”, chyba najciekawszej książce o podróżowaniu, jaką zdarzyło mi się czytać, Wojciech Nowicki z bolesną szczerością (to nie frazes: naprawdę i bolesną, i szczerością) opowiada, co zmusza go do podróży. To potężne lęki: reisefieber, lęk własny oraz lęki cudze, dziedziczne – absolutna niechęć przodków do ruszania się ze swojego miejsca, która owładnięci byli od czasu, gdy wygnano ich z rodzinnych domów i rodzimych kresów.

Podróż, jak opisuje ją Nowicki, to zarazem pogoń i ucieczka, przekraczanie granic i ich rysowanie, próba odnalezienia i zarazem zgubienia przynajmniej części siebie. Ludzkie, arcyludzkie, prawie wszystkie podróże da się z tego wywieść.

***

Ale jest też inny sposób wędrowania w przestrzeni i czasie, bardziej koci niż ludzki. Koty, nawet te udomowione, wchodzą w dorosłość sporządzając mapę swojego świata. Krążą wokół miejsca, które wybrały na „dom”, zataczając coraz szersze kręgi, nawet w promieniu kilkunastu kilometrów. Zapamiętują szczegóły: ludzkie i zwierzęce ścieżki, zapach modrzewiowego lasu, wilgoć ciągnącą od strumienia, szum szuwarów, ujadanie psów i ptasi świergot w krzakach głogu, metaliczny stukot szyn na chwilę przed pociągiem, odgłosy polowania, wysokość traw, południowe słońce i grubość piasku pod poduszkami łap, a także opuszczone nory i rozpadające się zabudowania, z których wywietrzał zapach dawnych mieszkańców i teraz mogą dać schronienie, łatwo dostępne gniazda, w których można się pożywić, zacienione, wiecznie wilgotne łęgi, które zawsze dadzą parę kropli wody.

Taką właśnie mapę koty noszą w głowie do końca życia. Można powiedzieć, że to także rodzaj zmagań z lękami, ale bardziej naturalny, bez ludzkich sublimacji, dyktowany przez instynkt przetrwania: trzeba poznać swój świat, swoje okolice po to, by nie słuchać lęku, gdy dopadnie w chwili zagrożenia, ale ratować się, wybierając instynktownie właściwą ścieżkę. Wiedzieć, gdzie się schronić w razie czego. W każdym razie.

Swoją mapą po raz ostatni posługują się koty tuż przed śmiercią: przepadają gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie i umierają w samotności.

***

Tam, gdzie – choć blisko – jeszcze nas nie było, wyruszyliśmy w niedzielne przedpołudnie, nic więc dziwnego, że na pierwszym postoju w ośrodku nad Pilicą trafiliśmy na mszę i nie mogliśmy dobrze się rozejrzeć. Dawny ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy związku młodzieży socjalistycznej po śmierci socjalizmu popadł w ruinę, w końcu stał się ośrodkiem wypoczynkowo-rekolekcyjnym diecezji rzymskokatolickiej. Ewangelię postępu zastąpiła na powrót objawiona. Podkreśla to nazwa ośrodka: Emaus. Biblijne nazwy mają tu również domki campingowe: Betlejem, Nazaret i inne. Nie zapamiętałem, czy jest tu również Kana Galilejska?

A Golgota? Gdyby tak nazwać któryś z domków? Czy znalazłby się śmiałek, który chciałby zamieszkać w Golgocie? Człowiek bez lęku, bo wielkiej wiary? Czy może raczej wiary całkiem pozbawiony?

***

Naprawdę tego nie planowaliśmy: droga do Białej Góry tak właśnie prowadzi. Jedziemy przez Boże, kilka krętych kilometrów i za łukiem objawia się Boża Wola, ze dwadzieścia kominów, ani biednych, ani bogatych, pola daleko od zabudowań. Dalej semantyka bliższa już ziemi: następna wieś nazywa się (i słusznie) Budy Boskowolskie, nie ma o czym mówić.
Nawigacja internetowa, która dziś zastępuje podróżnym przeznaczenie, wyprowadza nas w pole, na polną drogę, dziurawą, całą w kępach traw, niech to diabli, można stracić zawieszenie. Można stracić, diabli nadali.

Więc pytamy o drogę, na szczęście jest kogo, choć pustkowie. Dom jeden, stary, drewniany, niszczejący, ale okazały. Stodoła, obora, komórki z pustym gołębnikiem, chyba wszystko to jeszcze używane, ale raczej nie przez staruszka, który siedzi, jak Bóg w niedzielę przykazał, na niskiej ławeczce przed wpółotwartą bramą. Prosto, tłumaczy, panie, jak asfalt prowadzi. Dziadek towarzyski jest albo wyglądam mu na niezbyt rozgarniętego, bo aż na drogę wychodzi kierunek pokazać, paluchem pokrzywionym, poczerniałym, oklejonym brudnym plastrem, chyba więc jeszcze w obejściu jest z niego jakiś pożytek.

To tam, panie, gdzie tańce kiedyś były, zabawy, tłumaczy i diabliki skrzą mu się w oczach pod zniszczoną bejsbolówką. Przytakuję, głupio jakoś, bo przecież skąd mogę wiedzieć, gdzie tu tańczono. – Tylko tej pani niech pan tam gdzie nie zgubi – żartuje i śmiejemy się wszyscy, jakby było z czego.

A zgubiliśmy się później, w Nowej Wsi, choć byłem pewien, że pamiętam drogę.

***

Biała Góra nie była nagrodą: tłok, śmietnisko, pastwisko zamiast plaży, tylko Pilica niezmiennie kręta i piękna. Uciekliśmy więc w sentyment, do Świerży, nad Wisłę. Woda naprawdę wielka, wylała jak prawie co roku. Betonowa opaska oddzielająca nurt i brzeg skruszała zupełnie już kilka lat temu, więc i spacerować nie ma po czym.

Siedzimy w łódce wyciągniętej na brzeg, przy takiej wodzie mało kto odważa się wypływać na rzekę. Ale prom kursuje, częściej niż rozkład każe, bo chętnych dużo. Nam ruszyć się nie chce, gorąco, nawet komary nie gryzą, poza tym czasu nie wystarczy na drugi brzeg, jak zwykle.

Przyglądam się czekającym na przeprawę, mimowolnie słuchając ich rozmów. Dwaj młodzi, oparci wystudiowanym gestem o maski starych, wychuchanych samochodów, nie wiem, jakie to marki, nie znam się, ale takimi resorkami bawił się już mój syn.

Dziewczyna na trawie, nijaka, nawet nie wiem, ładna czy brzydka. Gada głośno, przez telefon wielki jak pokład promu, który właśnie odbił od drugiego brzegu. Płyniesz? Czekam? Dobra. Tak, tutaj, no gdzie, na brzegu. Nara. Nara? Brzmi jak starohebrajskie imię. Tutaj?

Tak, trzeba tu wrócić na tygodniu, po ciszę, obiecujemy sobie bez przekonania, wiemy przecież, że ten tydzień zdarzy się może za kilka lat albo wcale. Jeszcze chwila postoju we wsi, piaszczystej łachy przed rozjazdem już nie ma, schowana pod kostką, trawnikiem, ławkami. Skwer, za unijne, jak wszędzie. Trzy sklepy, dwa czynne w dzień wolny, domy i bloki odnowione, wiadomo, elektrownia, energia.

Dwaj mężczyźni na rowerach, zsiedli, rozmawiają. …Na rybach byłeś teraz kiedyś?.. Dzisiaj nie, nie mas co, przybiera, to uciekają na środek… Ale coś może się trafić… Może, jutro, zobaczymy… Przystaje trzeci, młodszy, opalony, aż czarny. – Dobry, jak rzeka – pyta rytualnie, a oni znowu: przybrała, przybywa, jeszcze.

Rozmowa ludzi nadrzecznych. Przypływy, odpływy. Jesteśmy znów jak w domu, tym bardziej, że nad Zagożdżonką, leniwym dopływem Wisły, bez zmian: komary tną jak licho, zarośnięta rzeczka ledwo płynie, droga przesypuje piasek, pewnie ciągle ten sam.

***

Na szosę warszawską skręcamy w Nowej Wsi, nazywającej się tak, bo wybudowana została na miejscu starej, doszczętnie spalonej i teraz ciąży na niej przekleństwo młodości – nigdy już nie będzie stara. Drogę wskazał nam ręką wolną od butelki dobry człowiek, przed dobrym sklepem, dobrym, bo otwartym w niedzielę i sprzedającym piwo dobre, choć ciepłe. Każdy ma swoją miarkę dobra.

Po obu stronach szosy puszcza, las gęsty, z mchem rozmaicie zielonym, obfitym. Grzybny, tylko trzeba znać miejsca. Znać miejsce, podstawa.

Przed Kozienicami tablica: Uwaga! zaniżone pobocze. Niedawno do Krakowa jechałem wagonem pierwszej klasy, przekwalifikowanym na klasę drugą. Napis na drzwiach informował: wagon zdeklasowany. Pańskość i kompleksy wyłażą z naszego języka jak rozwalone worki ze śmieciami z zarośniętych rowów wzdłuż szosy.

***

W najbliższej okolicy na szczęście rzeczy wracają do ładu, także semantycznie. Znów można „jechać do łabędzi”, bo ptaki wróciły na jeziorko za Chałupkami po długim remoncie, ciągnącym się jak podjazd w Wysokiej. Zbiornik mocno przez remont zdeklasowany, na szczęście przyroda ma za nic ludzką zapobiegliwość i już wylewa swoje zielenie poza narzucone przez meliorantów formy.

Ptaki kryją się w odrośniętych szuwarach, teraz nie podpływają nawet po chleb, skupione, czujne, prowadzą swe młode, ucząc je wszystkiego przed nieuchronnym rozstaniem. Te cztery młode już niewiele mniejsze od starych, tylko jeszcze szare i przez to niepiękne, po kaczęcemu.

Wydarzenie, bo pojawia się czapla, pewnie przelotem, biała albo nadobna, z daleka nie widać dobrze.

***

Nadobna… Niedobitki starej polszczyzny kryją się jeszcze w nazwach, partyzanci na terytorium podbitym przez makaronizmy.

Gdzieś w trasie drogowskaz: Osiny Mokra Niwa. Niwa – czyli łąka granicząca z polem? A może tylko miara, kawałek pola, wczorajsza parcela, dzisiejsza działka. Trzeba by sprawdzić, kto jeszcze pamięta dawne znaczenia?

Następnego dnia w Ciepłej skręcamy na Bąków, przy kamieniu ku czci miejscowych oraz żołnierzy zwiadu dywersyjnego AK porucznika „Roberta”, zamordowanych za niepodległość w latach 1939-45 oraz 1946-56. Pełna pamięć wraca powoli.

***

W wigilię 15 Sierpnia rwę i pogryzam małe czerwonawe jabłka z przydrożnej dziczki. Słodko cierpkie, soczyste. Zjadam je jednak, obawiam się, wcale nie patriotycznie, nie komuś na złość, a po prostu, jak zawsze. Jabłonka ma gdzieś embarga, putinców i geopolitykę.

Spokój, cisza, słońce osusza załzawione rosą rowy. Chmury podniosły się wysoko, pod nimi stado bocianów. To już? Szykują się do odlotu, na razie ćwiczą, szybując bezładnie w poszukiwaniu dobrych wiatrów. Wracający co roku, kołujący nad głowami smutek.

Na tablicy z nazwą wsi CIEPŁA ktoś dopisał TASMANIA. Doprawiona ironią tęsknota? Mnie już nie dotyczy, dawno postanowiłem: zostaję tutejszy. Moje lęki i smutki pochodzą z innych okolic niż te zadekretowane geografią. Mam swoją własną mapę.

***

Mapopisanie można też, za Białoszewskim, nazwać obmapywaniem. Ten genialny neologizm brzmi trochę jak – obłapywanie. Podobieństwo nie tylko w fonetyce: w obmapywaniu rzeczywiście skrywa się żądza, wilczy apetyt na życie. I też bierze się z lęku. Bardziej jednak z lęku niesionego przez czas niż tego czającego się w przestrzeniach.

Data dodania: 7 sierpnia 2014

To zdanie przejdzie do klasyki debat o sztuce: „Nieco współczujemy wszystkim miśkom, które zdążyły już podsumować i zrecenzować nieskończony film, mimo usilnych naszych próśb by tego jeszcze nie robić”. Tak na facebooku napisał Jan Komasa, reżyser „Miasta 44”, krytykując krytyków krytycznie oceniających jego film, którego tak naprawdę w momencie przedpremierowego pokazu na Stadionie Narodowym jeszcze nie było.

To znaczy film w ogóle był, ale inny, bo ten, którego premiera planowana jest na wrzesień od przedpremierowego będzie się różnił paroma drobiazgami: „inna końcówka, inne ujęcia, inne prowadzenie scen, inna muza, inny kolor” – podsumowuje reżyser różnice między ostatecznym, kinowym kształtem filmu a jego „wersją stadionową”.

„…spodziewajcie się jeszcze większych zmian i innych filmowych akcentów niż te, które można było wychwycić (jeśli w ogóle coś można było wychwycić!) na Stadionie Narodowym” – przestrzega publiczność reżyser „Miasta 44”, dystansując się „nieco” od boiskowego seansu. Więc po kiego diabła było film na stadionie pokazywać?

Pytanie może nazbyt zdroworozsądkowe jak na nowoczesne formy życia artystycznego, ale nasuwa się przecież samo. A za nim inne, natrętne. Czyżby film Komasy pokazano w tak, delikatnie mówiąc, niecodziennym miejscu bez zgody reżysera? Bo przecież jeśliby twórca zgodę taką dał, oznaczało by to, że godzi się pokazać dziesięciu tysiącom widzów (w tym stojącym nad grobem uczestnikom powstania) jakiś półprodukt, niewykończoną „wersję stadionową”? Byłbyż więc reżyser aż tak szacunku dla widza pozbawiony? Uwierzyć trudno, acz z drugiej strony – gdyby niedokończone dzieło wbrew jego woli pokazywano, to czyż larum by nie podnosił, świadectw medialnych oburzeniu nie dawał, w konformizmie się ukrywał? Więc jeśli rzeczywiście za jego zgodą film w tej formie zaprezentowano, to czemu teraz nad stadionową projekcją wydziwia?

Dajmy jednak pokój artyście, kolejnemu zresztą, który słów własnych się przelękłszy, zasłania się prywatnością obcą internetowej agorze. Przecież nie nim jednym merkantylny duch współczesności zawładnął. „Miasto 44” reklamowane jest jako produkcja prawie hollywoodzka, więc i marketing ktoś wymyślił hollywoodzki, prawie. Tyle tylko, że nadwiślański duch wolnego rynku ma swoją specyfikę, niezniszczalne genius loci Stadionu X-lecia, na Bazar Europa przerobionego.

Tamtego bazaru już nie ma, zamiast niego postawiono wielgachny plastikowy koszyk w narodowych barwach, wypisz wymaluj taki, w jakim na stołówce zakładowego ośrodka wypoczynkowego w Świerżach Górnych koło Kozienic podawano chleb. (Od razu się zastrzegam, że do tamtych wywczasów sentyment mam ogromny, a i Wisła pod Świerżami piękniejsza niż w stolicy.) Bazaru nie ma, ale duch bazarowego kapitalizmu wciąż unosi się nad Narodowym, zarządzanym jak stragan z mydłem i powidłem.

Skoro nie mamy piłki nożnej, to stadionowy biznes robić trzeba, na czym się da. I dlatego nasz narodowy trawnik najmniej jest boiskiem piłkarskim, a pełnić zaczyna rolę Pałacu Kultury – a to koncert pop gwiazdy na nim organizują, a to targi książki albo właśnie ważną premierę(?) filmową, chwaląc się przy tym, że to niezwykłe wydarzenie nie tylko w historii polskiej, ale i europejskiej kinematografii. Prawda, projekcje filmowe zdarzały się w fabrykach i koszarach, a nawet w kosmosie, ale na piłkarskim stadionie chyba jeszcze nie. Więc rzeczywiście to niecodzienne, niczym cielę z dwoma głowami.

Doświadczenie podpowiada, że z tym pokazem było jak to zwykle u nas: ktoś chciał komuś zrobić dobrze, więc datę okolicznościową wyznaczył i w cudzym imieniu produkcyjne zobowiązanie podjął, ktoś inny wybrał miejsce i listę gości, aż w końcu następny ktoś na czas nie zdążył, produkcji nie skończył, ale pokazać ją przecież trzeba, zainaugurować, wstęgę przeciąć, walnąć mowę, resztę najwyżej potem się poprawi. Nieważne co: drogę, most, szkołę albo film czy spektakl. I wszystko jedno kiedy: w czasach gomułkowskiej siermiężności, gierkowskiego pościgu za Zachodem czy dzisiaj, w epoce realnego kapitalizmu. Duch improwizacji nie ginie w narodzie.

To jednak ciągle nie wyjaśnia, dlaczego artysta miśkami swoich oponentów nazwał, jakby jego ulubioną audycją były nocne rozmowy tirowców przez cb radio. Cóż, z salonów narodowego gimnazjonu do warszawskiego zwierzyńca daleko nie jest, więc może i kudłata metaforka nawinęła się panu reżyserowi sama.

Polskie ZOO. Kanał.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury