Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Styczeń 2014
Data dodania: 30 stycznia 2014

Takie czasy

Dwa czasy: rewolucji i demokracji. Przed kamerą rozmawiają młodzi ludzie: ukraiński buntownik i polski dziennikarz. Niezmiennie od wieków to młodych wysyłają na pierwszą linię. Dziennikarz ma za mało lat, by pamiętać naszą rewolucję, z niecierpliwością dopytuje więc buntownika: ale co dalej, ile to potrwa, przecież nie będziecie tu tak stać w nieskończoność. Buntownik jest bezradny, odpowiada po polsku: nie wiem, nie potrafię powiedzieć, musimy zwyciężyć, ale ważni ludzie od was, co tworzyli Solidarność, mówili, słyszałem tu dzisiaj, że to nie będzie łatwe, że trzeba czekać, może nawet latami. Musimy być i czekać.

Dwa czasy: rewolucji i demokracji. Młody Polak, nie pamiętający buntu, zdziwiony. Zna tylko demokrację i jej najwyższe, ekonomiczne wcielenie. Jest więc nastawiony na zysk, efekt, niecierpliwe działanie z pragmatycznym celem i nagrodą za szybki sukces. Buntownik, wymarznięty i przerażony, wie tylko, że musi czekać. A nagroda wcale nie jest pewna.

Czas rewolucji okazuje się cierpliwszy. Paradoksalnie, biegnie wolniej.

Retorzy

Dwaj retorzy po próbie negocjacji przemawiają do tłumu. Prezydent-dyktator, mający za sobą pozory demokracji, tarczę i pałę Birkutu, a także Wielkiego Brata, wie, że może zwodzić i grać na zwłokę. Buntownicy nie są na tyle mocni, żeby obalić go siłą, a w nic innego niż siła nie wierzy. Panuje więc nad czasem, także nad czasem ich, majdańców.

Kliczko rozumie już, że przegrał, że choć chciałby może zaryzykować i przystać na wątpliwy kompromis, byle tylko dyktator cofnął rozkaz strzelania, to ludzie tu na majdanie, tłum, który zrobił go przywódcą, a teraz zaczyna w to przywództwo wątpić, ci ludzie nie chcą się cofnąć. Nie mają gdzie. Więc przygaszony, okopcony zmęczeniem mówi tylko, że zostaje tu z nimi, bo ich rozumie, a jedyne, czego się boi, to tego, że przyjdzie do niego ktoś i powie, że stracił właśnie brata, męża, syna.

Tiahnybok jest radykałem i na pewno cofać się nie chce. Wie jednak, że część towarzystwa na wiecującym majdanie z przerażeniem myśli o losie tych, których władza złapała i w każdej chwili może zamordować rękami nieznanych sprawców. Wie, że lęk tej mniejszości może być zaraźliwy i powszechny, więc postanawia ów lęk nazwać i nazywając, oswoić.

Mówi zebranym, że jeśli obietnic prezydenta nie odrzucą, jeżeli uznają go za człowieka, któremu można uwierzyć i walkę na ten czas przerwać, to być może ocalą z rąk oprawców swoich przyjaciół i współtowarzyszy. I nikt już może nie zginie.

A jeżeli niepewny kompromis odrzucą, jeżeli nie potrafią zapomnieć, że dyktator jest kłamcą z natury, to nie tylko pozostawią w rękach oprawców swoich przyjaciół, ale i sami pewnie trafią do więzień. Zwyciężą, lecz zwycięstwem słabych, zwycięstwem wyłącznie moralnym, honorową klęską, którą być może historia zapisze w rubryce gloria victis.

Wykrzyczawszy alternatywę, każe zebranym podjąć decyzję, głosować jak na wiecu kozackim, przez podniesienie ręki za walką lub rozejmem. Chce z buntowników zrobić obywateli, dając im wybór i odpowiedzialność. Pokazując, że ich głos się liczy, a każde słowo waży jak ołów.

Wieloznaczność, o której nie wolno zapomnieć: demokracja tworzona tym gestem to demokracja kozacka, wojenna. Tiahnybok przemawia ze sceny, widząc już zapewne, jak historia obsadza go w roli hetmana.

Tarczą bywa poeta

Kul już od dawna nie robi się z ołowiu. Czasem wyrabia się je ze słów, szybkich i celnych, niosących wolność lub śmierć, albo jedno i drugie. Dyktatorzy boją się słów, bo nigdy przecież nie zamkną wszystkich ust, wszystkim nie amputują pamięci i zapisanego w niej słownika, w którym są też słowa rzadko używane, bo zbyt patetyczne dla mowy codziennej. Przywoływane w czas szczególny, miewają straszliwą siłę rażenia.

Była premier apeluje z więzienia do milicjantów i żołnierzy: nie bierzcie krwi rodaków na swoje sumienie. „Ani praca, ani pensja, ani pagony nie są warte śmierci waszej duszy” – pisze. „Nie strzelajcie do tych, którzy czytają wiersze Szewczenki.” Tak na majdanie pojawia się literatura.

Jednym z pierwszych zabitych majdańców był dwudziestoletni poeta. Nie wiemy, co pisał i czy pisał dobrze. Może nie, a może za pół wieku uczeni krytycy będą spierać się o cenę, jaką dla literatury była jego śmierć. Jak my spieramy się dzisiaj o sens śmierci Baczyńskiego i innych piszących powstańców.

Teraz jednak poległy poeta jak nikt nadaje się na symbol ukraińskiej rewolucji. Siła słowa nie jest może ogromna, ale jednak historia pokazuje, że dyktatorzy zabobonnie boją się tych, co świetnie językiem władają. Dlatego najpierw strzelają do poetów i innych tragarzy wolnego słowa.

Przeklęte doświadczenie

Fotografia zastrzelonego poety obiegła świat. Jak z narodowej ikony-landszaftu: z rozwianym włosem i ogniem w spojrzeniu stoi na jakimś podwyższeniu, trzymając transparent z krótkim hasłem ustami ludu mówi Bóg.

Doświadczeni, wiemy, jak bardzo się myli. Jak bardzo pokrętne są ścieżki Boga, historii i polityki. Jak bardzo odległe od siebie. Ale im, majdańcom, bardziej niż pałki i tarcze potrzebna jest wiara. Więc wierzą, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem nie zamienią jednej bandy na drugą. Że bandu pogonią.

Nie pogonią. Dobrze, jeśli sami nie staną się bandą, bo czerwona linia oddzielająca pokojowy protest od słusznej, samoobronnej, ale jednak przemocy, została przekroczona. A na Gruszewskiego najostrzej walczą ci, którzy swą wiarę budują na wrogości do innych.

I kto wie, co się jeszcze okaże, gdy opadną dymne zasłony z palonych opon, z  unoszących się nad nimi śpiewów i haseł.

Gdy narrację zastąpi interpretacja.

Na językach

Gdy stało się jasne, że dyktator używa rozdwojonego języka, że dobiera słowa zależne od okoliczności, a nie prawdy, ubiera je raz w europejski garnitur, a raz w berkutowski pancerz, Witalij Kliczko na majdanie zaczął mówić wyłącznie po rosyjsku. – Nie podzielą nas na tych, co mówią po ukraińsku, i na tych co używają rosyjskiego. Rozumiemy się i nie damy podzielić – krzyczał. Kliczko dobrze rozumie rosyjski: rosyjski język i rosyjski imperializm. Janukowycz zaś świetnie się nim posługuje, jak mową ojczystą.

Nie wiadomo, co na majdanie przeważy: euroentuzjazm czy też nacjonalizm. Wydaje się, że bez przywiązania do narodowej niezależności majdanu by już nie było, a Europa nie jest celem, lecz raczej kierunkiem ucieczki przed Rosją. Co z tego rozumiemy? Co z tego rozumieją wynajęci przez nas politycy? Z tego, co mówią, wynika niewiele. Używają słów, by nic nie powiedzieć.

Schowani w spódnice sklerotycznej Europy, udajemy, że rosyjskiego nie znamy. Że zapomnieliśmy: i języka, i imperializmu. Za to wciąż przypominamy sobie, że mordercy z Wołynia mówili po ukraińsku. Ta wybiórcza pamięć, historyczna afazja, może kosztować dużo. Historia znów zastanie nas szepczących pacierze nienawiści i niemocy. Niezdolnych do nazywania rzeczy po imieniu i niezdolnych do czynu.

 A banda nie śpi. Nigdy.

Data dodania: 23 stycznia 2014

Ta zima nie składa się w sensowną całość. Nie dość, że bezczelnie spóźniona, to zaczęła się deszczem. Zbyt ociężały, by zamienić się w śnieg, spadał zamarzniętymi kroplami wprost pod nogi miejskiego gołębia, szaroburego dachowca, który lądował koło śmietnika, wpadając w niezgrabny poślizg. Zatrzymał się w końcu i zawzięcie próbował wydziobać spod lodu piasek, który pewnie wypadł spod powiek zaspanemu dozorcy, o czarnej godzinie odkuwającemu dzień z mroźnej nocy.

Zwykle w tym miejscu staruszki wysypują ptakom okruchy, ciesząc się później ich radosną dziobaniną. Ale tej zimy nic nie jest takie, jak się wydaje, więc i starsze panie na wszelki wypadek nie wychodzą z domów, by przeczekać lodowy bezsens. Nawet tekst, zupełnie jak ta rozwodniona zima, nie chce się skleić w porządną całość, z trudem przerywając milczenie.

***

W czas nie sprzyjający podróżom zamierzałem napisać o Paszporcie „Polityki”, przepustce do literackiej sławy. Ale o czym tu pisać? Zmroziło mnie nieco uzasadnienie nagrodzenia gonzoreportażu „Przyjdzie Mordor i nas zje”, bo przecież tak wybitni arbitrzy nie musieli czekać na książkę Ziemowita Szczerka, by dowiedzieć się, „że żadna podróż, a zwłaszcza podróż na Wschód, nie jest niewinna”. Uzasadnienie zgrabne, jak piruet na zdradliwie oblodzonym trotuarze.

Szczerek oparł swą epigońską „opowieść drogi” na schemacie trzech „p”: pijmy, palmy, przeklinajmy. Ukraiński odlot pogłębił refleksjami na temat nadętej i zakompleksionej polskości, wywyższającej się na tle gorszego Wschodu, a także innych przywar, celnie wytykanych nam – a jakże – przez niemiecką turystkę, szukającą egzotyki i mocnych wrażeń. Ale – wrażenie nieodparte jak zima w polskich kolejach – tak o polskości i o Wschodzie pisało już naprawdę wielu. I na trzeźwo, i po pijaku.

Cóż, „nie można przecież brać na serio faceta, który jeszcze nie zdążył się zaprawić! Za to wieczorem – jakież są we mnie głębie! – jeżeli, oczywiście, nawalę się dobrze w ciągu dnia – jakież przepastne głębie rozwierają się we mnie wieczorami!” To oczywiście nie Szczerek, lecz Wieniedikt Jerofiejew, który miał to szczęście, że by poznawać i opowiadać Wschód, nie musiał jeździć daleko, ot, zaledwie z Moskwy do Pietuszek.

Szczęście wątpliwe jak literackie mody albo tegoroczna zima.

***

Koniec żartów. Minęło kilka tygodni, a ta historia nie daje mi spokoju. Przykleiła się do pamięci jak lód do wyziębionej nad ranem szyby. Historia prawie wigilijna, którą (te zbyt literackie przypadki!) przeczytałem tuż przed Świętami, niemal w 170 rocznicę ukazania się opowieści Dickensa. Kusząco medialna, pojawiła się nawet w poważnych publikatorach. (Poważnych niczym dzisiejsze prognozy pogody, choć trochę bardziej przewidywalnych.)

Chora na białaczkę ośmioletnia dziewczynka opowiedziała na społecznościowym portalu o swoim wielkim marzeniu: by raz jeszcze za oknem zobaczyć i usłyszeć kolędników. Rzecz działa się w Ameryce, krainie ludzi z europejskiego punktu widzenia zbyt infantylnie sentymentalnych, więc na kilka dni przed Wigilią pod domem dziewczynki zjawiło się i zaśpiewało dziesięć tysięcy wzruszonych kolędników.

Dziecko zmarło nad ranem w Boże Narodzenie, puentując historię tak dosadnie i patetycznie zarazem, że żaden szanujący się pisarz po nią pewnie nie sięgnie, obawiając się zsyłki na głęboką półkę z grafomanami. Nie wypada już przecież w literaturze zadawać Wielkich Pytań, zresztą od czasów Hioba wiadomo, że pytanie Boga o sens takich historii jest zajęciem daremnym.

W końcu wraz z ogłoszeniem  „śmierci Boga” zrezygnowaliśmy z sentymentów i irracjonalnej nadziei, godząc się na przeprowadzką do zimnego pałacu Królowej Lodu.

***

Nie wszyscy, na szczęście nie wszyscy. Nie da się amputować wyobraźni. Ani zadekretować zakazu jej używania. Chociaż? – jeżeli można zadekretować nadanie elfom prawa weta w sprawach administracyjnych, jak uczyniono w Islandii? Na zagrożone interesy elfów powołał się sędzia, który niedawno przerwał budowę drogi z Rejkjaviku na Półwysep Alftanes aż do czasu, gdy elfy przeniosą się na inne tereny.

Wyrok stał się oczywiście głośny, a media komentowały go przytaczając wyniki badań, według których jedna czwarta Islandczyków jest święcie (święcie?) przekonana o istnieniu swoich mitycznych współobywateli, a osiemdziesiąt procent mieszkańców kraju, w którym jednego dnia można doświadczyć wszystkich pór roku, uznaje istnienie elfów za prawdopodobne.

Być może ta anegdota to tylko część dobrze wymyślonej kampanii  promocyjnej stawiającej na turystykę wyspy. Może, ale na wszelki wypadek (i z dziwną przyjemnością) próbuję zapamiętać nazwę elfiej stolicy: Haf-nar-fjor-dur… Hafnar-fjordur… Hafnarfjordur.

Bo zamiast gapić się na poprzecierane, cienkie płachty śniegu za oknem i łatać kolejny tekst ze zbyt długo milczącego cyklu, czas ruszyć w nową podróż. Podróż-lekturę, w opowieść ważną i poruszającą, która nie musi być ani modna, ani nagradzana.

Data dodania: 3 stycznia 2014

Jak to było u Tuwima, którego rok właśnie przeminął? „A tancerzy w hucznej sali/ Jeszcze ciągle diabli brali/ diabli brali/ diabli brali.” No właśnie.

Dla tych, którzy widzieć je chcieli, niepokojące znaki pokazały się już wczesnym przedpołudniem. Ludzie wybiegali ze sklepów z siatami pełnymi zakupów, jakby spodziewali się najgorszego. Z foliowych toreb wystawały wyzywająco szyjki butelek wypełnionych łatwopalnymi płynami. Materiał na lonty, przezornie wyciągnięty z garderobianych głębin, błyszczał i mienił się wyzywająco na wieszakach. Wystarczyło pociąć, odpowiednio połączyć i koktajl gotowy.

Pierwsze wystrzały rozległy się jeszcze za dnia, na kilka godzin przed historyczną nocą. Może dlatego właśnie nie widać było dymu i błysków, detonacje rozlegały się jednak rozgłośnie, aż szyby drżały w oknach ze strachu i podniecenia. Takie tam rozpoznanie walką, czyli gry wstępne harcowników. Prawdziwa bitwa rozpoczęła się jednak ze trzy godziny później, kolorowymi seriami między budynkami rozcinając zmierzch jak papier skrywający prezenty. Zagubieni, nieliczni już cywile przemykali cicho chodnikami, jezdnią sunęły jeszcze nieświadome zagrożenia auta.

Po godzinie kanonada przycichła, ale nas, z pokolenia wychowanego na wojennych filmach i serialach, taka cisza zmylić nie mogła. Wiedzieliśmy: po niej nastąpi szturm frontalny i ostateczny. Trwały przygotowania i przegrupowania, przeciwnik bronił się widocznie silniej niż zwykle, bo z okolicznych dzielnic zawezwano posiłki. Ochotnicy zbliżali się z dzikim wrzaskiem, bezładnie strzelając na vivat, a może i postrach. Im bliżej północy, tym bardziej nasilała się kanonada. Piski, okrzyki i przekleństwa nacierających stawały się coraz bardziej radosne i bełkotliwe, co dawało nadzieję, że wróg jednak w odwrocie. Radość wzmagały też zapewne płynne endorfiny, które bojownicy wlewali w siebie z pełnym poświęceniem.

Kilkanaście minut przed północą zwycięstwo wydało się oczywiste. Pokonany chyba nie od razu pogodził się z klęską, bo zmuszony do ucieczki, okopał się jeszcze gdzieś wysoko, nad dachami wieżowców, w nisko zawieszonych chmurach. Szans nie miał jednak żadnych, bo do walki weszła artyleria dalekiego zasięgu. Żółte, czerwone, pomarańczowe, złociste i jakie tam jeszcze rozpryski pokazywały, jak wysoko sięgają pociski z opanowanej przez popleczników Nowego ziemi. Wystrzeliwane z różnych punktów wyzwalanego miasta tworzyły na niebie nową granicę: zimny blask ogni zaporowych. Stare, wycieńczone obroną, nie miało sił na kontratak.

Kanonada trwała jeszcze nieprzerwanie przez następna godzinę albo i dłużej. Psy, alarmy i karetki wyły w podobnych tonacjach. Ci, którzy nie tak łatwo upijali się zwycięstwem, walczyli z cieniami do rana. Zwolennicy Starego, dla których wcale nie był taki zły, więc nie pragnęli jego odejścia, skryli się pod pierzynami albo pragmatycznie pogodzili z nadejściem Nowego. Walczyć więc nie było z kim, toteż nieliczni bojownicy, których nie zmorzył sen i przywołujące go środki, bili się między sobą, a zmagania z pustoszejących ulic przeniosły się do mieszkań. Małe wojny domowe nie były już tak spektakularne, więc jako materiał do opisu zainteresować mogły jedynie wyznawców małego realizmu. Ci jednak odeszli już dawno, z jeszcze starszym Starym, lub też przeszli na modny autotematyzm albo nawet reportażyzm.

Rano, inaczej niż u Tuwima, słońce nie kwapiło się do wstawania, więc pobojowisko wyłaniało się z mroku powoli. W końcu jednak nikt nie miał wątpliwości: stary rok odszedł na zawsze. Nie żyje król, niech żyje król! Tego nowego lud też przegoni za dwanaście miesięcy.

Więc wszystkiego dobrego. Wszystkiego. Spodziewać się można.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury