Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Grudzień 2012
Data dodania: 20 grudnia 2012

Reszta nie jest poezją. Świat ugrzązł w miejscu, od kilku tygodni uwięziony pod ledwo przetartym szmatą mlecznoszarym kloszem lampy, w której nagle przepaliła się żarówka. Dni pojawiają się i mijają coraz bardziej umownie, z nawyku kalendarzowego raczej, bo słońce ani wschodzi, ani zapada. Nawet jeżeli nie zrezygnowało ze swej misji, nie urwało się szpiclującemu go kosmicznemu rytmowi, to robi swoje w cichociemnej konspiracji, niezauważone.

Czasem, przerażone rutyną, na moment przedziera się przez liszajowaty sufit nieba, wybucha pożółkłym światłem, zimnym, bo pomieszanym z arktycznym podmuchem. Kiedy indziej przez szczeliny w oknach wciska się rozćtapana odwilż, gnana astmatycznym wiatrem, który przygina drzewa i przechodniów do ziemi ubabranej błockiem, ale nie robi żadnego wrażenia na posiniaczonej zasłonie chmur. W takie dni nietrudno uwierzyć, że za chwilę niebo zwali się na głowę, przydusi i rozgniecie świat, aż nie będzie niczego, prócz brunatniejącej breji. Nadejdzie koniec końców i rozerwie zasłonę.

Na ludzka miarę koniec świata, czyli koniec wszystkiego, łatwy do wyobrażenia nie jest. Koniec na ludzką miarę to raczej brak, nieobecność, zubożenie, pustka po kimś lub po czymś. Może nawet pozostać niezauważony, jak u Miłosza w „Piosence o końcu świata”. Może nie starcza nam wyobraźni, a może koniec świata jest w nas i tylko w nas. Albo dostrzec go mogą jedynie wybrani. Innego końca świata nie będzie?

Karmiąca się mitem wyobraźnia taką hipotezę odrzuca. Podpowiada, przepowiada, że koniec będzie nadmiarem, eksplozją światła oślepiającego nienawykłe oczy, przepełnionym grozą pięknem, które, znudzone wodzeniem na pokuszenie, tym razem powiedzie na zatratę. Oślepniemy, zanim ciemności skryją ziemię, można mieć nadzieję.

Apokaliptyczne obrazy przez tysiące lat obezwładniały obdarzonych oczami do patrzenia, nawet jeśli nie zostali obdarzeni wiarą. Jednym odbierały wolę oporu wobec nieuchronnego, innych popychały do ucieczki lub do szaleństwa, albo do ucieczki w szaleństwo. Zawsze byli też tacy, którzy budowali schrony – w myśli, w betonie – by przetrwać i ten koniec końców. Wszystko jedno, czy o nim opowiadała biblia w obrazkach na ścianach świątyni, czy przepowiednie Majów rozsiewane przez internetowe fora i wypasające się na nich media.

Mam swoją ulubioną wizję ostatecznego unieważnienia codzienności i jej realności, ludzką i nadludzką zarazem. Ulubioną, znaczy powracającą. Po kolejnych lekturach kiepsko sklejone „Podróże do piekieł” rozsypują się uwalnianymi kartkami:

„Utrwalona w pamięci i ujęta w prawa regularność przemian świata czasoprzestrzennego jest jedyną gwarancją jego realności. Gdyby dwa słońca wypłynęły na niebo, gdyby drzewa zerwały się do lotu, łopocąc skrzydłami gałęzi i gubiąc zielone pióra liści, przestalibyśmy wierzyć w rzeczywistość. Rzeczywistość zrównałaby się ze snem. Byłby to dzień Sądu Ostatecznego, w którym zerwane zostaną prawa rządzące światem. W dniu tym, jak nas zapewnia Apokalipsa, niebo ustąpi jak księgi zwinione, spłyną wyspy, a konie urągając prawu ciążenia cwałować będą wśród obłoków.”

I na kolejnej kartce: „W dniu Sądu Ostatecznego ręka Boża skruszy wszelki szkielet substancji. Wrażenia zmysłowe pozbawione trwałego substratu spłyną strumieniem psychicznym, jak połyskująca ławica ryb, jak chmura motyli nad łąką, a świat zerwany z kotwicy, która wbiła drapieżne szpony w mocne, skaliste dno rzeczywistości, zakręci się na mętnych nurtach iluzji.”

Świat zerwany z kotwicy, spływający połyskującą ławicą wrażeń i wspomnień, motyla chmura przekonań i przesądów nad zielonością łąki, a nade wszystko drzewa podrywające się do lotu i wspaniale umaszczone konie szybujące w przestworzach – jeżeli koniec świata jednak się wydarzy (w ten piątek, albo za tydzień, za rok czy stulecie), to niech wygląda tak, jak opisuje go Bolesław Miciński. Opisuje zapewne prawdziwie, bo (to też Miciński) prawda jest kwestią decyzji.

Jeżeli byście Państwo zdecydowali, że końca świata jednak nie będzie, życzę Spokojnych Świąt. I dobrych lektur w Nowym Roku.

Data dodania: 14 grudnia 2012

Maszerują chłopcy, maszerują… I niech im będzie na zdrowie, jeśli się nie przeziębią. Mamy wolność, więc mogą maszerować także w obronie wolności. Dziś nic za to nie grozi, odwaga staniała. A gdy tanieje odwaga, w cenie jest rozum. Myśl wcale nie nowa, ale dziś nie oczywista. Przytłumiona paplaniną, zapaćkana śliną i błotem. Jedna z tych wartych powtarzania, trzynastego grudnia i w każdy inny dzień przeklętego polskiego kalendarza.

Powtarzać więc warto, że łzy i krew nie są policzalne i nawet jedna kropla, i jedna łza to za wiele. Że mniejsze zło nie przestaje być złem, a wybór – choć tragiczny – złoczyńcy w zbawcę nie przeaniela.

Że w wojnie domowej, nawet prawie bezkrwawej, nie ma zwycięzców, są tylko pokonani. Ale nie znaczy to, że bezbronni przestają być ofiarami zbrojnych.

Że słabość pozostaje słabością, lęk lękiem, a kapitulacja kapitulacją i nie pomoże żadna sofistyka, żadne gadanie, że ci na wolności mieli gorzej niż ci uwięzieni. Nie jest bez różnicy, czy przez kraty zagląda się do celi, czy też z niej wygląda na świat.

Że historia daje się interpretować, ale nie jest z gumy: naginana do politycznej propagandy może, niczym policyjna pała, odwinąć się bolesnym ciosem.

Że łącząc zbrodnię katyńską z katastrofą prezydenckiego samolotu w obłędny narodowy kompleks, wcale nie podnosi się rangi dziewięćdziesięciu sześciu absolutnie niepotrzebnych ofiar, lecz przysłania śmierć tamtych wojennych tysięcy. Mord strzałem w tył głowy nie jest tym samym, co śmiertelny finał lądowania tupolewa, który w ogóle nie powinien wystartować.

Że nawet po tysiąckroć powtórzony obrazek lądowania samolotu z dziesiątkami trumien na pokładzie, żadne metafory i transgresje odsyłające w inne wymiary nie przysłonią przyziemnego faktu, że polski prezydent nie powinien lądować na udającym lotnisko pastwisku.

Ani we mgle, ani w śnieżycy, ani w oślepiającym słońcu. W kwietniu, w grudniu, ani w żadnym innym miesiącu przeklętego polskiego kalendarza.

To tak na marginesie kolejnej rocznicy. Kilka myśli, co nie nowe. Za czasów Norwida ścigały je „policje jawne, tajne i dwupłciowe”. Czasy się zmieniły, dziś dopaść je może jedynie głupota. Odwaga staniała, rozum rośnie w cenę.

Data dodania: 3 grudnia 2012

3 grudnia przed dwudziestu laty nie mialem komputera, komorki, a nawet zwykłego telefonu. Zeby zadzwonic, chodzilem na pobliska poczte, pisalem i czytalem listy, spotykalem przyjaciol twarza w twarz, gadalem bez umiaru i ograniczen.

Najgorsze, ze nie mialem nawet pojecia, co przez to trace. Dzis wiem: stracilem polskie znaki*.

*Za wikipedią: nowsze telefony pracują na kodowaniu 7/16 bit (starsze pracowały na 7/8 bit), co oznacza że jeżeli w takim telefonie w wiadomości SMS umieścimy przynajmniej jeden polski znak, długość wiadomości zmniejszy się ze 160 do zaledwie 70 znaków. Wynika to ze zmiany systemu kodowania znaków z 7 na 16 bitowy (w tych telefonach kodowanie 8 bitowe zostało zastąpione kodowaniem 16 bitowym).

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury