Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Luty 2014
Data dodania: 10 lutego 2014

Przerywając na chwilę poszukiwania straconego budżetu muzealnego, zabrałem się do lektury Nieba i ziemi, zapisków Sandora Marai’a, zaczynających się tak: „Szanuję już tylko tych, którzy śmią czuć się zbytecznymi. Którzy są dość odważni, aby myśleć zbytecznie. Wszyscy są już tacy celowi…”.

Książkę Marai’a kupiłem przed tygodniem w Składzie Tanich Książek „Dedalus” w Krakowie, który odwiedzam za każdym wyjazdem pod Wawel. Zakupy w nim robione są rzeczywiście mniej kosztowne, więc usprawiedliwiają te dwudniowe wypady, które z punktu widzenia budżetu (tym razem domowego) uznać trzeba za zupełnie zbyteczne, bo dzieciaki i tak często odwiedzają nas w R. Najwyraźniej nie mam jeszcze tyle odwagi, by porzucić praktyczność celu.

Wizyty w „Dedalusie” wymagają samozaparcia. Nie tylko z racji pokus, zalegających stosami te księgarskie sukiennice, ale także ze względu na temperaturę panującą w zatłoczonym zwykle wnętrzu. Pracujący tuż przy drzwiach subiekci obawiają się pewnie przeciągów, wpadających do sklepu z kolejnymi poszukiwaczami przecenionych skarbów. Ruch bowiem w „Dedalusie” niczym na dworcu kolejowym.

Gdy wyjeżdżaliśmy z R., tłoku w dworcowej poczekalni nie było. Pociągów stąd odjeżdża coraz mniej, omijają miasto dużym łukiem, grzebiąc go bezlitośnie na gubernianej prowincji. W hali dworcowej – świeżo zmodernizowanej, jak można przeczytać na okolicznościowej tablicy – ledwie kilkunastu pasażerów czekało na swoje odjazdy, chowając się tu przed lodowatym zimnem grasującym na nieosłoniętych peronach. Generalnie na kolejach bez zmian, nawet ta wyremontowana hala wygląda niemal tak, jak przed remontem, tylko gorzej.

Zima powoli schodziła z rozciągniętych między trakcyjnymi słupami drutów, więc i rozkład jazdy zrezygnował z ekstrawagancji, stał się punktualny do przewidzenia i zaziewania na śmierć. Ale wychodząc na peron lepiej nie wywoływać złego. W ogóle lepiej zmilczeć, żeby usłyszeć komunikat z trudem przeciskający się przez zachrypnięte megafony.

Jedynie pociąg z Warszawy, jadący niewiele dalej poza R., spóźniał się ze stołeczną wyższością: komuż tam może być spieszno do Kielc? Ciepły głos dyżurnej spikerki podróżnych oczekujących, którzy mogliby ulec zmianie, zapraszał na bezpłatną kawę i herbatę. Niby zima zaczynała odwrót, ale wciąż wiało lodem, wystarczyło pięć minut na peronie, by jęzor wiatru poczuć nawet na dobrze opatulonych plecach. Czy peron też był po remoncie, nie wiem, wyglądał tak samo jak od lat.

Dawno nieremontowany był na pewno nasz wagon, mimo niedomykających się okien nagrzany niczym ruska bania. Jest w kolejowej niezmienności jakiś urok rozpadu i zniszczenia, właściwy starówkom, które przetrwały dwudziestowieczne ofensywy i odwroty: obite bordowym materiałem siedzenia wykrzywiał starczy reumatyzm, bezlitośnie przypalany na grzejnikach kurz zeznawał, że każda jego drobina w przegrzanym przedziale skazana jest na wieczne trwanie.

Wciąż słyszeliśmy głosy, tym razem tenor konduktorski informował o przebiegu podróży. Kierownik pociągu tak bardzo starał się nadać powagę swojemu głosowi, że pożegnanie wysiadających (byle z niepozostawionym bagażem) brzmiało nader ostatecznie. Na dworcu w Krakowie było znacznie cieplej niż w R. przed trzema godzinami, co raz jeszcze potwierdziło historyczne różnice między dawnymi zaborami. U nas, w rosyjskim, lute bywają bardziej lute niż w dawnym cesarstwie dwojga narodów, wystarczy poczytać Dukaja.

Przed i po rodzinnych obowiązkach włóczęga po Krakowie, błotnym i niezbyt przyjaznym, jakby najeżonym nie tylko przeciw gołębiom, ani przysiąść. To miasto rzeczywiście zimą nie wygląda najlepiej, zmęczone smogiem i gruźliczą wilgocią roztopów. Ale Wisła, przynajmniej pierwszego dnia, trzymała się dzielnie, niemal cała skuta ośnieżonym lodem, okupowana przez szarobiałe stada łabędzi, mew i łysek, czerniejących niczym kropki na pogniecionej kartce nerwowo wyszarpniętej z psującej się drukarki.

Te obowiązki to wizyta w salonie ślubnym, skromnym saloniku, z właścicielką cierpiącą za ladą niczym pozbawiona sukcesów swatka. Ale i ona przeżywa metamorfozę, gdy córka – nagle dojrzałem: dojrzała przedziwnie – przymierza suknię, jakby stworzoną dla niej, mistrzostwem rzemieślnika i siłą obyczaju, i wzruszeń banalnych, no i co z tego, że banalnych.

Panno młoda, młoda panno, dziś co zechcesz, to się stanie …. Uciekam z salonu, paniom zostawiając część praktyczną, niesentymentalną, a tu w głębi Grodzkiej powóz jak z bajki, konie kare z białymi czubami roztapiają mokre powietrze, które obejmuje je z czułością, nagle rozedrgane.

Do R. wracamy następnego dnia, pospiesznym znów rozpalonym z gorączki, więc tym razem czytam na korytarzu, czytam Tworki Bieńczyka i wszystko jakoś tak się składa ku puencie o sile miłości, i że ta siła czasem nie wystarcza, że są takie czasy i takie szaleństwa, które potrafią zniszczyć wszystko, nawet miłość. I jeszcze: że dokoła widać już oznaki znużenia nienaturalnie długim pokojem, i że być może znowu szpital dla obłąkanych będzie najnormalniejszym miejscem na ziemi, choć nad Utratą.

Przed łatwizną puenty uciekam w widoki za oknem. O zimowym zmierzchu jelenie, nie bojąc się myśliwych i kiczu, porzucają leśną partyzantkę i wychodzą na pola. Wyskubują odtajałe kępy roślin, sterczące jak niedogolony zarost, co uciekł spod brzytwy i szpeci śnieżną gładź podbródków, w jakie układają się tu pofałdowane pola. Dużo tych podbródków, przecież nie odjechaliśmy jeszcze zbyt daleko od mieszczańskiego, sytego Krakowa.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury