Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Maj 2012
Data dodania: 31 maja 2012

Biją nas, gębą po gębie, słowami na odlew. Obrażają, czy chcą, czy nie chcą. Polskie obozy śmierci świszczą w polskich uszach jak pejcz. Więc kto krzyknie głośniej? Kto boleściwiej zajęczy? Stare polskie zawody. A po drugiej stronie tradycyjnie ci, którzy radzą rodakom, by skorzystali z okazji do zamknięcia się. I – jak to w Polsce – argumentem w dyskusji jest znów literatura.

Ignoranci – mówią o politykach amerykańskich polscy politycy, znani powszechnie z erudycji. Prezydent, premier, marszałek, opozycja i koalicja, redakcje i reakcje, lewica i ulica, partie i dziennikarskie harpie dyszą z oburzenia. W telewizji wypowiedział się nawet wójt Izbicy, polskiej gminy z byłym niemieckim obozem koncentracyjnym, akurat zresztą sprzątanym troskliwie przez gimnazjalistów, przypadkiem wprost przed kamerą. Wójt również gotów był prezydentowi USA przebaczyć, jeśli ten przeprosi.

Można by pomyśleć, że wciąż uwielbiamy gdy nas biją, bo możemy wtedy głośno krzyczeć o niezasłużonej krzywdzie. Jeśli biją nas wielcy i mocni, to i my możemy poczuć się wielcy. Trans–Atlantyk. Trans, w który wprawiły nas trzy słowa zza Atlantyku. Gombrowicz wiecznie żywy.

Żeby być dobrze zrozumianym: nie uważam, jak Sławomir Sierakowski, że nic się nie stało, a Obama nie tylko obrazy, ale nawet gafy nie popełnił. Argument Sierakowskiego, że Nałkowska również pisała w „Medalionach” o polskich obozach śmierci jest retorycznie sprytny, ale fałszywy, bo ahistoryczny. Kiedy Nałkowska publikowała „Medaliony”, nikt nie miał wątpliwości, kto fabryki śmierci w Polsce budował i kto kogo w nich mordował.

Współczesna ignorancja historyczna jest nieporównywalna z tym, co wiedziały intelektualne i polityczne elity pierwszych powojennych dekad. Dla opinii publicznej, dla zwykłych, nawet niewykształconych ludzi, historia wojennych okrucieństw to była biografia, historia rodzinna. Inaczej było w Ameryce, która w stosunku do odmienności i wrażliwości świata za oceanami była w sumie obojętna. A nawet w swojej niechęci do empatii prowincjonalna. Tyle, że to taka prowincja, która stała się centrum, ze swej młodości i niedojrzałości czyniąc siłę. Znów Gombrowicz.

Wpadki Obamy i gadania o „przejęzyczeniu” nie można przemilczeć tak samo, jak nie powinniśmy milczeć, gdy Holocaust wyrywany jest z kontekstu straszliwej wojny i cierpień innych narodów albo gdy historyczna odpowiedzialność Niemców eufemizowana jest określeniem „naziści”. Może to i niepoprawne politycznie, ale odpowiednie dać rzeczy słowo, nawet gdy ono boli, to warunek konieczny, by uniknąć zbiorowej sklerozy.

Krytykujmy więc błąd Obamy jasno i stanowczo, ale nie napinajmy się tak bardzo, nie krzyczmy histerycznie, bo histeria jest bronią słabych i winnych. Kto nie umie dyskutować, obraża. Nieuk, ignorant – takie (i mocniejsze) epitety pod adresem prezydenta ogromnego demokratycznego kraju zamiast spokojnej argumentacji nikogo za granicą nie wyedukują. Pisk myszy, której znudziło się siedzenie pod miotłą.

Był czas – i o nim też trzeba przypominać – gdy słowa zabijały. Zabijały nawet literówki, bo do obozu śmierci mógł trafić redaktor, który nie dostrzegł, że zecerowi „t” omsknęło się w „r” w nazwisku despoty. Tego samego zresztą, który z ówczesnym prezydentem USA narysował nam nowe granice. Jeżeli dziś reakcje na wypowiedzi przekraczać będą granice umiaru, to zanim się obejrzymy, znów będziemy zabijać się słowami i za słowa.

To nie jest literacka metafora.

Data dodania: 28 maja 2012

Orłoś napisał powieść nienowoczesną, obojętną na literackie mody i teorie, wręcz staroświecką. Recenzje zebrał świetne, ale jakby zawstydzone. Bo czytanie opowieści „o życiu” jest dziś wstydliwym nałogiem? Dlatego i ja chowam się za cudzysłowem?

„Dom pod Lutnią” Kazimierza Orłosia to historia bezwstydnie zwyczajna, „z życia wzięta”, opowiedziana klasycznymi środkami, z bezwstydną ufnością w moc literackiej fikcji, zanurzonej w bezwstydnie bogatym doświadczeniu pisarza, popartym bezwstydnie oczywistym talentem narracyjnym, zmysłem obserwacji, słuchem językowym. I to wszystko w czasach, kiedy nawet tak dobrzy opowiadacze, jak Jacek Dehnel czy Ignacy Karpowicz, snując swoje historie albo puszczają oko do czytelnika, że bawią się świetnie i wespół, albo też rozbijają tok opowieści erudycyjnymi popisami lub autoironią. Zaspokajanie wstydliwego dziś głodu fikcji tak prawdziwej, że czytelnik gotów w nią uwierzyć, staje się powoli specjalnością reportażu.

Bezwstydna w tym kontekście jest też wiara Orłosia w istnienie wiecznych tematów literackich, o których można pisać serio i w nieskończoność, choć wydają się zgrane do szczętu. Takich jak miłość, która nigdy nie jest spóźniona, pragnienie zwykłego szczęścia z dala od zbiorowych przeznaczeń i stawianych nam przez nie wymagań. O tym właśnie jest „Dom pod Lutnią”, powieść o późnym uczuciu i próbach spełnienia wbrew historii, polityce i społecznym schematom, a także o dojrzewaniu, które również jest niezależne od metryki. Nie jest to jednak książka tak oczywista i jednoznaczna jak jej pierwsze odczytania.

Wbrew pozorom świat przedstawiony powieści to nie mazurska jesień ułana ani kraina utraconej niewinności, to kraj świata, głusza, prawie odludzie, świetne miejsce na izolację od zbiorowości i jej historii. Miejsce, w którym jednostka przemielona przez młyny boże i ludzkie, jeszcze okrutniejsze, próbuje odzyskać elementarną osobność, indywidualność, podmiotowość. Pułkownik Józef Bronowicz, ułan jazłowiecki, więzień oflagu, a w końcu mazurski osadnik nie jest ani konformistą układającym się z nowym ustrojem, ani dezerterem uciekającym od historii, polityki i rodzinnych obowiązków, ani nawet samotnikiem, popadającym w depresję z powodu nadchodzącej starości. Jest człowiekiem, który próbuje okpić los, dając sobie zgodę na nowe pragnienia i spełnienia. Mazurska prowincja końca lat 40. okrutnego XX stulecia w powieście Orłosia nie jest jednak arkadią. Jest usiłowaniem arkadii.

Historia, polityka, tląca się jeszcze w podziemiu i gorejąca w ludziach wojna, są w „Domu pod Lutnią” obecne, ale przyczajone w oddali. W nieufności do obcych i swoich, którzy mogą okazać się jeszcze bardziej obcy. W lesie skrywającym ostatnich partyzantów, chorych na rozpacz i nienawiść, oraz kłusowników, ubeckie bydlęta upojone wódką i wszechwładzą. W porzuconej Warszawie, z której docierają wieści o rodzinie dotkniętej stalinowskim bezprawiem, a także wnuczek, skrywany na wszelki zły wypadek w mazurskiej głuszy. Masowe ideologie i obłędy minionego wieku są obecne w świecie powieści, ale nie na pierwszym planie, bo w tym świecie obowiązują przywrócone na nowo proporcje i hierarchie. Biografia jest ważniejsza od historii, polityka mniej porywająca niż letnia rozkosz zanurzenia się w zimnej rzece. Ludzkie losy są tu pokręcone i niejednoznaczne, ale jest nadzieja: wobec świata zewnętrznego wystarczy zachowywać się przyzwoicie, by otrzymać prawo do szczęścia. Wystarczy, oczywiście, do czasu.

To fragment lekcji, którą Bronowicz daje swemu wnukowi. Pokazuje mu, że zwykła przyzwoitość i proste pragnienie szczęścia mogą być ważniejsze niż wszystkie te abstrakty, w imię których XX wiek (a i inne również)tak łatwo odbierał ludziom szczęście, miłość, indywidualność, życie. Bohater Orłosia w imię własnej wolności i prawa do biografii odwraca się od historii, polityki, ról społecznych. Nie jest naiwny, wie, że za chwilę, miesiąc, rok mogą go znowu dopaść, więc przynajmniej tę chwilę, miesiąc, rok chce przeżyć po swojemu. Dojrzewa równie intensywnie jak jego wnuk.

Nowa powieść autora „Cudownej meliny” nie jest jednak szlachetną moralistyką ku pokrzepieniu serc ani baśnią z dobrym zakończeniem. Jest aktem w istocie dramatycznym. Oto stary pisarz, który literacką sławę zdobył przy pomocy realizmu socjologicznego – powieściami demaskującymi rzeczywistość historyczną i polityczną, pisarz, którego bohaterowie nie mogli być szczęśliwi, bo „szczęścia nie było w ojczyźnie”, odwraca nagle wektory. Mówi nam, że mięsista materia jego najbardziej znanej prozy z lat 70. i 80. to rzeczywistość mniej istotna, tło pchające się na plan pierwszy. Dom pod gwiazdozbiorem Lutni jest od ideologii i polityki odgrodzony, choć majaczą one na horyzoncie ubeckim gazikiem wzniecającym kurz na polnej drodze, niepokojącymi leśnymi echami wystrzałów z kałasznikowa. Wyparta, wypędzona z podwórka historia nie daje zapomnieć o kruchości szczęścia, które bohaterowie opowieści Orłosia próbują pozlepiać z obłomków świata, roztrzaskanego straszliwą wojną i okrutnym powojniem. Walczyć nie można przecież bez końca, w końcu trzeba żyć.

Nie sądzę, by Orłosiowi szło o to, byśmy ulegli rozmarzeniu. Po prostu z perspektywy długiego życia pisarz raz jeszcze ustala porządek świata, być może nawet wątpi w swoje (i nasze) zaangażowania sprzed lat. I przypomina, bez sentymentalizmu i naiwności, o prawie do szczęścia. Szczęścia mimo wszystko.

A wszedłszy w wiek mędrców wie, że z upływem lat owo wszystko staje się coraz większe i cięższe, ale i coraz łatwiej przejść mimo tego wszystkiego. Droga zaś biegnie opodal domu pod Lutnią.

Data dodania: 16 maja 2012

”Szatański zwierzchnik Woland przemierza już naszą Ojczyznę ze swoim kotem Behemotem, także o rysach szatańskich”. Więc jakże to tak, Andrzeju*, Woland w Ojczyźnie, a ty się nie zrywasz, pióra nie chwytasz, eseju nie piszesz, słów jego nie tłumaczysz?

Wolanda tu, w Polsce, widział kilka tygodni temu nie świszczypała żaden, nie wielbiciel pociągów z powieści Jerofiejewa, lecz człek poważny, w latach i funkcji stateczny, sakrą wyróżniony. Słowa jego cytowały gazety, ale wierzyć nie chciałem. Próżno jednak czekałem na sprostowanie jakieś, widać prostować nie ma czego. Ksiądz biskup postraszył Wolandem tysiące manifestantów broniących pewnego medialnego biznesu, który przegrał z innym medialnym biznesem w wyścigu o jeszcze lepszy biznes. Zebrani krzyczeli jednak nie o pieniądzach, ale o prześladowanej wolności słowa. Słowa, Andrzeju, mamy teraz tak wolne, że wolne są nawet od sensu. Ciebie, stylistę, pewnie by to zmartwiło, chyba że znowu chciałbyś tworzyć kabaret. Biskup-retor o Wolandzie opowiadał dobitnie, tak dobitnie, że wielu po jego słowach zacisnęły się pięści i szczęki.

Gdybyś był dzisiaj obecny, to po której stronie? Wcale to nie oczywiste, pamiętam, gdy nagle Ty, dysydent niewydawany i internowany, a potem minister u Mazowieckiego, doradzać zacząłeś prezydentowi, który czerwony był nie tylko od ukraińskiej gościnności wódczanej. Zapiekły wówczas politycznie chciałem tę „apostazję” Twoją jakoś usprawiedliwić, aż w końcu znalazłem wytłumaczenie w Barthesie: intelektualista musi zaskakiwać, kluczyć i zmieniać intelektualne pozycje, by nie wpaść w sidła władzy i języka. Wcisnąłem ten wykład Barthesa w popularny felieton, tak bardzo chciałem Ciebie publiczności wytłumaczyć. Tekst pochwaliłeś za dezynwolturę, ale koncept potraktowałeś wzruszeniem ramion. Rzecz była prostsza, wyjaśniłeś: tylko lewica pamiętała o Rosji, tylko lewica wtedy chciała z nią rozmawiać, więc jej zgodziłeś się doradzać.

Dziś spór ten wydaje się odległy jak Władywostok. Ruskimi straszyć jest w modzie, lęk zdominował stosunki z Putinem batiuszką i jego samodzierżawiem demokratycznym. Jedni się boją, więc piąstki zaciskają i jak dzieci wygrażają obudzonemu przedwcześnie niedźwiedziowi, drudzy też się boją i dlatego zbyt chętnie robią z misiem niedźwiadka. Nikt prawie Rosji nie rozumie i zrozumieć nie chce, a tych, co rozumieją, nikt już nie słucha. Wilk wiosny nie czyni, tym bardziej że zimę ukochał. Zimny pokój nastał między nami i żadne kuchenne rozmowy z braćmi Rosjanami tego nie zmienią, bo nie inteligencja dziś politykę robi, inteligenckich bajań o przyszłości nikt nie słucha. Już chętniej rżenia nasłuchują i wyglądają, czy Budionny nie nadciąga, bo cud by nam się przydał nad Wisłą i czapka z piór. Ale ani koni, ani osłów nie słychać. Tiszina.

A polityka obrzydliwa była i przed piętnastu laty. Pewnie nie pamiętasz, bo nagroda wiekuista musi polegać na odebraniu złych wspomnień, jak ci, co na siebie patrzeć dziś nie mogą, zlustrować Cię próbowali. Szeptali o przeszłości w czerwonym krawacie, o podróżach na wschód, do krainy szczęśliwości. Tyle że to, co naszeptywali, Ty dawno opowiedziałeś jawnie (i dwupłciowo, bo ta Twoja przeszłość i Rosja miała twarz ukochanej kobiety), we wspaniałym do dzisiaj „Pocałunku na mrozie”. Opisałeś i młodzieńcze zauroczenie komunizmem, i miłość do Rosji i -bardziej powściągliwie – jednej z Rosjanek. Miłość trudną, odwzajemnioną, choć Cię do Rosji przez kilkanaście długich lat nie wpuszczał ZSRR, a było to w czasach, gdy niejeden z późniejszych lustratorów cytatami z Lenina inkrustował swe naukowe rozprawy.

Niech im będzie na zdrowie. Dziś, Andrzeju, tacy czujni już nie są, nie zauważyli nawet, że zabór dokonał się bezkrwawy: Ruscy zabrali nam żubrówkę. Podkupili za rublowe srebrniki. Zdradzeni zostaliśmy wcale niepoetycznie, nie o świcie, a tuż przed lunchem pewnie, w klimatyzowanych korporacyjnych gabinetach. A kiedyś podział był jasny: oni bimber i stoliczna, my żubrówka i żytnia z kłoskiem. Choć Ty akurat koniak gruziński wolałeś – także do bruderszaftu. Nigdy chyba przejście z kimś na Ty nie dało mi tyle satysfakcji. Na ty przeszliśmy wszyscy, Twoim zarządzeniem i Twoim gruzińskim koniakiem, gdy ostatni rozdział Twojej monografii poszedł do wydawnictwa. Twojej, bo choć pisana zbiorowo, redagowana nader demokratycznie, była ta historia literatury rosyjskiej XX wieku Twoim dziełem. Zrealizowanym marzeniem, by napisać pierwszą w tej pechowej części Europy wolną od cenzury książkę o mimo wszystko wspaniałym stuleciu tej wielkiej literatury. Wygrałeś wyścig z chorobą: zdążyłeś jeszcze odebrać autorski egzemplarz w wydawnictwie.

Tak, jak chciałeś, w domu pogrzebowym na Powązkach zagrano jazzowe standardy. Pani prezydentowa spóźniała się już bardzo, odtwarzany ponownie Duke Ellington wyczyniał cuda. I wtedy, najpierw nieśmiało, a potem odważniej, stojące opodal mnie starsze panie, z których część zapewne kiedyś podkochiwała się w Tobie, zaczęły kołysać się w rytm muzyki, śmielej i śmielej, z uśmiechem. Tajemnicze cienie pląsały po posadzce.

Szatańskiego zwierzchnika z kotem Behemotem zobaczył w retorycznym zapale biskup ze Wschodu, z Drohiczyna. Bóg z nim. Bóg z Tobą. Pocałunek na mrozie – w tej Chlebnikowskiej formule zawarłeś swoją Rosję. Dzisiaj, Andrzeju, mróz jakby większy, a pocałunki chłodniejsze.

*15 maja minęła piętnasta rocznica śmierci Andrzeja Drawicza, wybitnego znawcy i tłumacza literatury rosyjskiej (szczególnie Bułhakowa), nauczyciela akademickiego, eseisty, uczestnika opozycji demokratycznej, współpracownika premiera Mazowieckiego i prezydenta Kwaśniewskiego. Kiedyś także współtwórcy STS-u.

Data dodania: 7 maja 2012

Więc pijcież, bracia Monopolanie, do Swojszczyzny swojej przepijajcie, nie pierwszy to raz będzie przecie. Pijcież do Onej, którą upijaliście się nieraz, grillujcież, zanim Ona was zacznie znowu grillować na ogniu świętym, narodowym. Karczki na Jej cześć podpiekajcie na brąz, swoje i świńskie. Dymem węglowym nad ruszty się unoszącym Ją okadzajcie, czadem siwym jak siwucha, co wam łby, podgolone po szlachecku albo na modłę kozacką do skóry strzyżone, tumani.

Tak naród świętuje, że aż strach. Szczególnie wieczorami, gdy jednostki spracowane, choć świętowaniem jeszcze nienasycone w odpowiednim procencie, snują się po uliczkach prowincjonalnych miast i miasteczek, los swój emigrancki krajowy lub zagraniczny wychwalając i przeklinając na przemian. Sąsiad z bloku naprzeciw, co z Iilandii na parę dni upojnych przyleciał, kolegom opowiada, że i w Londynie był, i Memłej nowe widział, piwa się na nim napił, cienkusza co prawda, gdzie mu tam do naszego. I nie wiadomo już, co sąsiadowi dykcję bardziej psuje: wada wymowy wrodzona czy też utracona bezpowrotnie odporność na trunki nasze tradycyjne. Kto zresztą ma głowę, by trzydniówkę narodową w upał taki bez szwanku znieść. W końcu i święto pracy uczcić trzeba, choćby się na bezrobociu było, i tę konstytucję, o której naród wie dużo, bo że trzeciego maja uchwalona była.

Więc naród świętuje, że aż miło. Trzeciego pedałuję sobie niespiesznie trójkołówką moją po wsiach i przysiółkach okolicznych. Słońce jak na zamówienie, skowronki wysoko, bez się bzi i ganki białe dworkowate domów nowych ocienia, pora przedobiednia, więc grille jeszcze nierozpalone, zmagania wczorajsze nieodespane. Flag przy domach jak na lekarstwo, ale naród już po kościele, więc za to pod każdym sklepem warty honorowe pozaciągane, z brązowymi i zielonymi flaszkami na prezentuj broń stoją, niektórzy już przysiedli, cień sobie znalazłszy i dyskutują statecznie. O czym, nie słyszę, bo z górki mam akurat, więc rozpędziłem się przed następnym podjazdem. Gorąco, duszno, czemu cieniu odjeżdżasz…

Raczej o Konstytucji 3 Maja nie dyskutują jednak, bo i o czym tu gadać. Do szkół chodziliśmy tych samych, a tam, pamiętam, wszystko już powiedziano: że ta konstytucja dużą literą pisana, bo własna, druga była taka na świecie, tylko Ameryka nas wyprzedziła; że przywary szlacheckie i magnackie – jak to: sarmatyzm, egoizm, warcholstwo i pijaństwo, jednym słowem istne liberum veto i poruta – likwidowała. A gdyby tę ustawę, co to podobno wszyscy nam jej w Europie zazdrościli i z niej ściągali, jeszcze w życie wprowadzić się dało, to byśmy nie musieli na towarzysza Gierka czekać, żeby znowu w dziesiątce potęg gospodarczych świata się znaleźć.

Pewnie też głów sobie nie zawracają dziwowiskiem wielkim, że taki wykwit ducha trzeciomajowy z siebie wydawszy, Rzeczypospolita ducha zaraz oddała na amen, czyli na wiek z okładem. Zresztą jakie to dziwowisko, wyjaśnienie dawno już dała pieśń znana, na akademiach kiedyś śpiewana chętnie: gdy naród zawołał umrzem lub zwyciężym, panowie w stolicy palili cygara. Niejednego nałóg zgubił, ci panowie to też byli bracia Monopolanie i za kołnierz nie wylewali, a brać na to skądś trzeba było. Konstytucję chwalebną, choć spóźnioną, fortelem uchwalono, gdy większość posłów jeszcze od stołów wielkanocnych odejść nie zdążyła. Inaczej się nie dało, skoro nawet wcześniejsze ostrożne reformy uchwalały sejmy – jak to delikatnie ujmuje prof. Ajnenkiel – opłacone, i to nie dietą poselską, ale dukatami od carycy Katarzyny. Kieszonkowe takowe nawet król światły w końcu dostawał, i wcale się przed nim nie wzbraniał.

Więc wszystko przez „onych” i obcych, jak to u nas bywa. Każdy czyn za wcześnie i każda książka za późno, jak mówi poeta. Poeta wsteczny zresztą, postęp za nic mający, głoszący na piśmie, że Rzeczypospolita wcale nie przez liberum veto upadła, bo to dobry koncept był, najbardziej demokratyczny akt polski, prawa jednostki chroniący przed terrorem większości, wolność gwarantujący. Tyle, że jak Konstytucja 3 Maja pojawiła się za późno, tak i złota wolność szlachecka niewczesna była. A o sile prawa nie przesądza jego uchwalenie, lecz skuteczne stosowanie. Idea republiki szlacheckiej, jak to ze szczytnymi ideami bywa, zaczęła karleć za przyczyną możnych cwaniaków i tych z braci szlachty, dla których Rzeczypospolita stała się cudowną meliną.

Gdybyście, o bracia Monopolanie, świętowaniem nie byli tak umęczeni, to może by wam się w tym momencie i analogie jakie nasunęły, i myśli czarne. Ale nie ma obawy, wszak Swojszczyzna nasza, białoczerwona, myślenia od dzieci swoich nigdy nie wymagała. Wystarczyło, byśmy na przemian to białą chorągwią machać, to krwi czerwonej sobie upuszczać dawali. „Lud ten dobry jest”, pisał Hugo Kołłątaj do obawiającego się rewolucyjnej ruchawki króla Stasia. I wszystko kupi – dodają dziś polityczni pijarowcy (nie mylić z pijarami). On, czyli my, naród, synowie uszlachconych chłopów i schłopiałej szlachty.

Bo kto by tam ciężkie Norwidy czytał, skoro nawet najbardziej znane powiedzenie przypisywane Piłsudskiemu dyskusji nie wzbudza. Może prawdziwe jest i rzeczywiście Naród u nas wspaniały, tylko ludzie ku*wy?

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury