Blogi Muzeum Literatury
Archiwum Listopad 2014
Data dodania: 25 listopada 2014

Liczba książeczek, na których nieuważni czytelnicy postawili więcej niż jeden krzyżyk, omal nie wywróciła państwa do góry nogami. Ciekawe, że komentatorom, nawet uczonym, w głowie się nie mieści, iż głosujący mogli wpaść w analfabetyzm aż tak wtórny, że nie potrafią zrozumieć średnio skomplikowanej procedury dawania głosu. Jeżeli na co dzień traktuje się ludzi jak idiotów, to przychodzi dzień, że ci zaczynają tak właśnie się zachowywać.

Na – delikatnie mówiąc – zgłupienie powszechne składa się wiele przyczyn. Jedną z podstawowych jest system edukacji, kończący się maturą „dedykowaną” wielbicielom „Familiady”, bo jak ona nagradzającą przeciętniactwo, mimikrę, brak sądów własnych i uległość wobec stereotypu. System, w którym wiedzę się testuje zamiast przekazywać, testuje w kółko i krzyżyk, na chybił trafił i szczęśliwy los.

Prawda oczywista, ale warta przypomnienia: jeżeli ludzi nie inspiruje się na co dzień do logicznego i jasnego formułowania myśli, nie zachęca do czytania i pisania ze zrozumieniem, do precyzyjnego przedstawiania poglądów i oczekiwań, to jak potem ci ludzie mają wiedzieć, czego chcą? Jak mają to nazwać i sformułować? Więc przy urnie zachowują się jak w szkole albo przy telewizorze: kółko i krzyżyk, chybił trafił, na ślepy los.

Wyrzuca się dziś mediom, że nie wyedukowały wyborców, jak połapać się w pliku kartek z nazwiskami, nazwami i numerami. Zastanówmy się jednak, czego miały nauczyć? Że trzeba czytać, co się podpisuje, choćby krzyżykiem? Że można zapytać, jeśli się czegoś nie wie, bo wszystko to wiedzą tylko politycy i Duch Święty?

Pomyślmy, kto miałby dziś upowszechniać obywatelską wiedzę? Media komercyjne, w których czas antenowy to już wyłącznie pieniądz, reklamowy, zaś format publicystyki przypomina rzeźnię miejską z czasów przed ekologami? A może media publiczne, które misję uprawiają tańcząc na lodzie w piekielnej kuchni z gwiazdami, które mają talent, zaś do komentowania nawet poważnych i wysoce specjalistycznych tematów zapraszają niemal wyłącznie polityków i to najchętniej tych, którzy szybciej mówią niż myślą? To kto?

Moim zdaniem najważniejszym polskim problemem nie są dziś ani butni (od buty, a nie butwienia) „leśni dziadkowie”, jak sędziów z PKW nazwała duża część nagle bezkompromisowych komentatorów, ani bzdurna ustawa o zamówieniach publicznych, która uczy konformizmu i kombinowania, ani wreszcie układane przez ludzi bez wyobraźni instrukcje i przepisy wyborcze.

Jest nim natomiast ten fałszywy wstyd, który elitom, obarczonym historycznym kompleksem wobec „człowieka prostego”, nie pozwala uznać, że duża część wyborców to wtórni analfabeci, więc trzeba do nich dotrzeć choćby pismem obrazkowym, bo w takiej kulturze żyją na co dzień. Jak przypomniał ostatnio Wiktor Osiatyński, prawdziwie demokratyczne procedury powinny być dostosowane do poziomu najmniej rozgarniętego wyborcy. Ale profesora Osiatyńskiego widziałem w telewizorze po raz pierwszy od wielu lat. Innych naprawdę mądrych widuje się tam równie często.

Najistotniejszym zaś polskim problemem są owi decydenci od oświaty, ci wszyscy neofici nowoczesności, technofundamentaliści, którzy usiłują wmówić opinii publicznej, że nie potrzeba nam humanistów, że na nic wykształcenie ogólne, bo szczęśliwość powszechną i dobrobyt zapewnią nam wyłącznie spece od obrabiarek cyfrowych i – wypowiadając w złą godzinę – programiści komputerowi.

Dlatego postuluję, pół żartem, ale ponurym: niech w przyszłych wyborach każdy głosujący za głos dostanie książkę. I niech to nie będzie książka kucharska, ale przynajmniej poradnik krzyżówkowicza. Uczący, jak krzyżować litery, by wynikał z nich sens.

Ludzie rozumiejący stają się rozumniejsi, więc i bardziej odporni na manipulacje tych, dla których władza jest jedynym sensem.

Data dodania: 4 listopada 2014

Ale było to jakby śmierć nasza, nachylona nad taflą wody, wywołała w niej własne oblicze…

Jedno z tych wspaniałych zdań Gombrowicza, niezagadanych, nie wykoncypowanych, poetyckich przecież, ale nie poetycznością – lecz czym? Nie wiem, nie muszę wiedzieć, nie muszę wyczytać go (i ich, innych) do końca, zaczytać na śmierć. Niech żyją.

Zdanie otwierające listopadowe spacery po cmentarzach, krążenie między obowiązkiem a ciekawością. Przeglądanie się w nagrobkach, trochę wstydliwa, bo dziecinna, gra w liczby: kto ile przeżył, ten w moim wieku lub młodszy, ja jeszcze żyję i coraz bardziej mi się to podoba; o, ten tu pożył, to i ja może mogę, jeszcze długo albo przynajmniej dość. Zabawa śmiertelnie poważna, naprawdę zakorzeniona w dzieciństwie, wtedy jednak ograniczona zdziwieniem, że prawie wszyscy żyli tak długo, niewyobrażalnie. Abstrakcja starości, abstrakcyjność śmierci.

Potem realne odejścia, bliskie, przedwczesne (są inne?) zepchnęły cmentarną loterię w niepamięć, abstrakcja stała się ciałem, dotykając boleśnie, niech więc nie straszy mementem. Przynajmniej póki co, do czasu.

Aż w końcu pewnego dnia, albo raczej dnia, który utracił swą pewność, ten dziwny ból i strach, niepowtarzalne (tak, lepiej ich nigdy już nie powtarzać). Ból, który co znaczy, lepiej nie wiedzieć, lepiej nie myśleć, co oznajmia, nie przeglądać się w tafli wody. Wieczór, noc, poranek. Za długo, dłużej nie było można.

Zmierzchało się, gdy ruszyliśmy, więc podróż tym bardziej odrealniona, nieoczekiwana. Wycie syreny, tu w środku cichsze niż na zewnątrz karetki, która nie mogła wjechać w rozkopaną uliczkę, więc najpierw jazda noszami na kółkach, zabawne, zupełnie jak w dzieciństwie, którego jednak nie sposób aż tak pamiętać. Liściasty zapach jesieni, trochę już zziębnięty. Ale twarze w karetce troskliwe, zagadujące, będzie dobrze, dobrze, będzie.

Pielęgniarka na izbie przyjęć, profesjonalnie chłodna, przyjmująca z nawyku, zdziwiona: to na pewno to? tak dobrze pan wygląda? Stoję, przytomny, nie odpływam, widzę i słyszę, próbuję żartować. Żaden tam zwolniony film, klatka po klatce kadruję: tłok na korytarzu, w uchylonych drzwiach brudownika pijani, którym zlikwidowano właśnie izbę przetrzeźwień, leżą pokotem na drewnianych podkładach, kółko wózka, lewe, rozchybotane, piszczy przeraźliwie, jedziemy-na-ojom, słyszę, jedźmy…

Kolejna pielęgniarka, ta już bez wątpliwości, wierząca, diagnozie. Łóżko, ostrożnie, napomina i zaraz przypina elektrody, kroplówka sączy spokój prosto do żył. Serce zwolnione, ale nie do końca, na szczęście. Tak, chyba to jest szczęście – ten spokój, nigdy takiego nie zaznałem przedtem, spokój jak nie z tej ziemi, lepiej nie myśleć skąd.

Spokój nie wieczny, ale trwał jeszcze przez jakiś czas, już po szpitalu –  chodziłem uważny, ostrożny, z lękiem, jakbym nosił w sobie coś kruchego, co może pęknąć, roztrzaskać się, nie do sklejenia. Leki? Sentymentalizm? A może jednak coś innego? Dostrzeżonego źrenicami rozszerzonymi niedowierzaniem, radosnym, że aż strach. Każda witryna jak tafla wody, oczy przechodnia, umykająca szyba autobusu. Ja w nich. Ja, w nich, naprawdę. Odbicia.

Ten stan uważnej kruchości nie trwał długo, choć obiecywałem sobie, że teraz to każdy dzień będę przeżywał tak, jakby miał być ostatni. Szybko jednak zapomniałem – na szczęście, inaczej nie dałoby się żyć, kamieniejąc z przerażenia.

Wcześniejszy, szpitalny spokój też nie trwał wiecznie, ożywiłem się już trzeciego dnia leżakowania na ojomie. (Naprawdę.) Z nudy patrzyłem w monitor, najpierw tego, co leżał naprzeciwko, a potem i w swój, bo dobra siostra przesunęła go miłosiernie. Relacja live: wykres ciśnienia, tętno, serce na żywo, można gapić się bez końca, nie wiedziałem, jakie to interesujące. Pokusa, żeby coś zrobić, nie wolno wstać, ale kusi, żeby jakoś poruszyć rzeczywistość, odzyskać wpływ. Poruszyłem elektrody, linie na monitorze zaczęły wariować, więc jeszcze raz, mocniej. Alarm. Siostrzyczka już przy łóżku, wściekła, myślała, że… Głupio, a jednak się cieszę, uśmiecham się do niej, do siebie, dokoła.

A potem jeszcze jedna transmisja, tym razem i live, i exclusive. Kamera wędruje po mnie, żadne tam nasłuchiwanie, jest wewnątrz, na monitorze rzeki, system dopływów, dorzecze sinoniebieskie, rozgałęzione, drży i pulsuje, całkiem do rzeczy. Dziwne uczucie: znieczulony, ale czujny, uczestniczący. Czujący, że żyje, dosłownie. Sprężynka rozpycha przewężenie, rozszerza zawaloną tętnicę, koniec transmisji, odpocząć.

Znów w łóżku, dwie doby prawie bez ruchu, na plecach, wszystko da się wytrzymać, by wrócić. Po powrocie do sali zmiana: puste łóżko obok, nie ma parawanu, za którym, zanim mnie zabrali, odchodził mężczyzna, jeszcze nie stary, mógł żyć. Odchodził inaczej niż żył, tak mówiła córka, zawstydzona, nie umiejąca zachować się wobec tego odejścia – gwałtownego i wulgarnego. Chory bluźnił głośno, na nią i wszystkich dookoła, wyzywał jak jakąś najgorszą, zrywał wenflony, próbował wstawać, uciekać. Nie znała takiego ojca i pewnie zaczynała wątpić, który jest prawdziwy: przecież nigdy w życiu – mówiła – nie przeklinał, nie awanturował się, nigdy, w życiu. Spotkałem ją potem w Nałęczowie, trochę rozmawialiśmy, ale nie o tym, to było, widziałem, zbyt trudne.

W końcu, kur zapiał, pozwolono mi wstać. Dochodziłem do siebie, więc spacerowałem po wąskim korytarzu drugiego oddziału wewnętrznego albo stawałem przy oknie, w świetlicy, gdy nikt akurat nie włączył telewizora, chrypiącego i śnieżącego, ale pokazującego życie na zewnątrz, nie wewnętrzne. Wciąż była piękna jesień, zacząłem żałować grzybów, których nie zdążyłem zebrać. Ogromny klon zabarwiał się jesiennie i obiecywałem sobie, że kiedy stąd wyjdę, muszę dotknąć jego kory, zanim spowolni soki, na zimę.

Pierwszy raz, uwolniony od lodowego opatrunku i odparzających skórę plastrów, stanąłem przy tym oknie nad ranem. Niewiele było widać, parking, skąpo oświetlona ulica, a gdzieś na jej końcu majaczący jarzeniówkami prostokąt na słupkach, z napisem, którego nie mogłem odczytać. Rozmazywał się niczym tablica z nazwą stacji, widziana z okna jadącego pociągu, wydobywająca na moment z ciemności fragment peronu, przy którym nasz pociąg się nie zatrzyma.

Co napisane na tej tablicy, ciekaw byłem tak bardzo, że po wyjściu ze szpitala zapomniałem nawet o klonie, spieszno mi było rozwiązać zagadkę. Padało, krople rozmywały ostrość na szybach samochodu, ale litery były duże, wyraźne, choć ozdobne. AARON, przeczytałem, dwa a dobrze pozycjonują w ogłoszeniach i wyszukiwarkach. A niżej: zakład pogrzebowy, już mniejszymi literami, choć zasłużył na większe: pilniejszy od supermarketu, bo czynny całą dobę – gotowy teraz i zawsze, i w każdą godzinę śmierci, amen.

Tak właśnie, bezwstydnie kiczowato, nazywała się wydumana w szpitalne noce stacyjka? Ale czemu ta pornograficzna dosłowność śmierci nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia? Byłem zbyt oszołomiony? A może już wiedziałem – że co? Że obawiamy się śmierci wcale nie ze względu na jej dosłowność i wulgarność? Że to nie kiczu boimy się, pochylając nad taflą?

Trzydzieści dziewięć, czterdzieści sześć, pięćdziesiąt cztery. Cmentarna loteria, czerwone wygrywa, czarne bierze wszystko.

2 listopada 2014

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury