Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 22 grudnia 2014

Zima zwariowała na starość i zachowuje się jak wiosenna siksa, żałośnie. Więc święta bez śniegu, czas się przyzwyczajać. Cudów nie ma i nie będzie. Taki klimat, przynajmniej na zewnątrz.

Święty Boże też nie pomoże. Szóstego grudnia rzecznik praw dziecka napisał na swoim fejsbuku: „Dzieci mają prawo wierzyć w Świętego Mikołaja. Pomóżmy zatrzymać tę wiarę jak najdłużej. Mikołaj potrzebuje naszej pomocy.” Ten metaforyczny wpis wywołał wściekłość przeciwników złudzeń i marzeń nie do spełnienia. Mam wrażenie, że czas świąt ożywia ich jakoś tak szczególnie: wyruszają na krucjaty, goniąc być może za czymś, co sami utracili. Wygrali i tym razem, bo wpis wykasowano – ale czy to naprawdę zwycięstwo?

Rzecznika atakowali nie tylko wojujący bezbożnicy i wyznawcy political correctness. W komentarzach do fejsbukowego wpisu i pod artykułami wpis nagłaśniającymi pojawił się też spór osób zawodowo zajmujących się dzieciństwem. Spierali się, czy najmłodszym należy opowiadać o postaci, która przecież nie istnieje? Czy wolno ich okłamywać, podsuwając wiarę w Mikołaja, wiarę w legendę, w istnienie nienaukowej nierzeczywistości?

Pytanie godne filozofów. Nie filozofowi doświadczenie podsuwa odpowiedzi niejasne, dwuznaczne. I usprawiedliwiające, bo kłamstwo kultury – czyli zmyślenie, opowieść mieszająca fakty i fikcje, symbolizująca je – to przecież odpowiedź na kłamstwo inne, na kłamstwo natury: naturalne piękno maskujące przemoc, na zwierze mordujące inne zwierze, podstępem, z ukrycia, dla zaspokojenia głodu albo morderczego instynktu. Jeśli więc kulturę zredukujemy wyłącznie do „prawdziwości”, do realistycznego i racjonalnego, niezmyślonego, to czy nie staniemy bezradni wobec tego nienasyconego zwierzęcia, które czeka, zamaskowane i przyczajone? Stare pytanie, wiele odpowiedzi.

Nie filozofowi doświadczenie wyświetla też obrazy, trochę zatarte, ale powracające. Kilkuletni chłopiec w czasach, gdy Wigilia bez śniegu była czymś niewyobrażalnym, dopóki w końcu nie nadeszła. Oczekiwanie, z nosem przy wilgotnej szybie, nietkniętej mrozem i jego malunkami, smutne, rozmazane, marudne. Rodzice pewnie mieli dość pytań, bo ojciec namówił chłopca, by wyszedł na dwór i tam wypatrywał na niebie płatków śniegu. Spadną, zapewniał, niech tylko zaświeci pierwsza gwiazda.

Podwórko było niewielkie, ale, nieogrodzone, otwierało się na wszystkie strony świata. Wpatrywał się w niebo posłusznie, z nadzieją, zwyciężoną w końcu przez mrowienie w zdrętwiałym karku. Opuścił głowę i krajobraz wrócił na swoje miejsce. Było pusto i czarno. Odmarznięte skiby ledwo zieleniła wyłażąca z ziemi ozimina, wyglądająca jak sobotni zarost na twarzy ojca.

Oczy nie mogły przyzwyczaić się do dziwacznej o tej porze roku nagości świata, nawet wtedy, gdy patrzył daleko, aż po jego granice. Daleko w dzieciństwie jest całkiem bliskie, nigdy przecież nie zapuszczał się dalej niż do tej wielkiej gruszy, jak odludek osiadłej na miedzy dzielącej ziemię na kawałki według niejasnego wzoru. Wyprawiał się do niej rzadko, płosząc po drodze wrony i kuropatwy, właściwie tylko jesienią, bo wtedy grusza nie potrafiła znieść samotności, ulegała cierpkiej tęsknocie i wabiła przesłodzonymi ulęgałkami, gnijącymi potem dłużej niż jesień. W tamtym roku bez śniegu i mrozu gniły wyjątkowo długo.

Czas spływał resztkami dnia i pejzaż też w końcu zaczął się rozmazywać, szarzeć, jakby bure chmury roztapiały się od próbującego przebić je światła i powoli ściekały na ziemię. Znów zadarł głowę, nic, ani zachodzącego słońca, ani pierwszej gwiazdy. I wtedy poczuł, poczuł, zanim dostrzegł: zimna wilgoć, najpierw na czole i oczach, potem na ustach. Zawirowały, jeden za drugim, wielkie jak płatki kwiatów. Spadały i topiły się w uschniętej trawie, ale było ich coraz więcej, i więcej, w powietrzu i na ziemi. Pobiegł, żeby powiedzieć ojcu.

Obraz, zapomniany, wrócił po latach. Nie pamiętał już czemu, ale to pewnie wtedy, gdy zrozumiał, jak wiele ojciec ryzykował swoją obietnicą – zrozumiał i stał się mężczyzną. Potrafił już wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby śnieg nie spadł tamtego popołudnia, co stało by się z jego wiarą w ojca i w bezpieczny bieg rzeczy pod jego okiem.

A co najważniejsze, wyobraził sobie także, jak wyglądałoby jego życie bez wiary w tamtą obietnicę, nieuprawnioną, bez podstaw, będącą kłamstwem, przynajmniej w pewnym sensie. W tym sensie, w jakim kłamstwem nazywać można sentymentalną opowieść o starym Świętym Mikołaju, który przecież jest, chociaż go nie ma.

Głowy do góry, może znów między powiekami rozpuści się nam odrobina zimnej, białej wilgoci.

Data dodania: 8 grudnia 2014

Kilka zdań, zapisanych przy oknie. Ćwiczenie z przemijania:


Martwica  

Uschnięty świat odpadł liśćmi z kasztanowca. Znów patrzymy sąsiadom prosto w okna, odsłonięte znienacka.

Zgodnie udajemy dobrosąsiedzką ślepotę.

 

Prozą

O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny…

Do diabła z poetycznością: to świat dzwoni zębami, przeczuwając chłód, który nadciągnie w końcu z ciemnych przestrzeni.

Słońce przykryte brudną, zbutwiałą kołdrą. Czas przemokniętych nitek i zagubionych parasoli.

 

Już sikorki

Zieleniące się zastępstwo na wilgotnych konarach, którym noc amputowała liście. Kulki przeskakujące z gałęzi na gałąź, przekreślone czarnymi linijkami.

Pierzasta, szczebiotliwa radość, mimo wszystko.

 

Utrata

Ocalone przed dziećmi i wiewiórką, kurczą się kasztany na półce.  Marszczą się jabłka, w sieni czekające na dojrzałość. Nocami mróz wypełza z ziemi.

Tracimy ciepło, aż w końcu nie uratuje nas nawet późno wschodzące słońce.

 

W mieście

cisza przychodzi zimą. Opatulamy się oknami z plastiku: żaden mróz niczego nam nie zmaluje.

Nieme stają się auta, psy i wrony. Sroczejemy, gapiąc się przez szybę w szkielety drzew i czarno białą zmarzlinę.

Przypominamy sobie, że mówić trzeba ciszej. I milczeć uważniej.

Data dodania: 25 listopada 2014

Liczba książeczek, na których nieuważni czytelnicy postawili więcej niż jeden krzyżyk, omal nie wywróciła państwa do góry nogami. Ciekawe, że komentatorom, nawet uczonym, w głowie się nie mieści, iż głosujący mogli wpaść w analfabetyzm aż tak wtórny, że nie potrafią zrozumieć średnio skomplikowanej procedury dawania głosu. Jeżeli na co dzień traktuje się ludzi jak idiotów, to przychodzi dzień, że ci zaczynają tak właśnie się zachowywać.

Na – delikatnie mówiąc – zgłupienie powszechne składa się wiele przyczyn. Jedną z podstawowych jest system edukacji, kończący się maturą „dedykowaną” wielbicielom „Familiady”, bo jak ona nagradzającą przeciętniactwo, mimikrę, brak sądów własnych i uległość wobec stereotypu. System, w którym wiedzę się testuje zamiast przekazywać, testuje w kółko i krzyżyk, na chybił trafił i szczęśliwy los.

Prawda oczywista, ale warta przypomnienia: jeżeli ludzi nie inspiruje się na co dzień do logicznego i jasnego formułowania myśli, nie zachęca do czytania i pisania ze zrozumieniem, do precyzyjnego przedstawiania poglądów i oczekiwań, to jak potem ci ludzie mają wiedzieć, czego chcą? Jak mają to nazwać i sformułować? Więc przy urnie zachowują się jak w szkole albo przy telewizorze: kółko i krzyżyk, chybił trafił, na ślepy los.

Wyrzuca się dziś mediom, że nie wyedukowały wyborców, jak połapać się w pliku kartek z nazwiskami, nazwami i numerami. Zastanówmy się jednak, czego miały nauczyć? Że trzeba czytać, co się podpisuje, choćby krzyżykiem? Że można zapytać, jeśli się czegoś nie wie, bo wszystko to wiedzą tylko politycy i Duch Święty?

Pomyślmy, kto miałby dziś upowszechniać obywatelską wiedzę? Media komercyjne, w których czas antenowy to już wyłącznie pieniądz, reklamowy, zaś format publicystyki przypomina rzeźnię miejską z czasów przed ekologami? A może media publiczne, które misję uprawiają tańcząc na lodzie w piekielnej kuchni z gwiazdami, które mają talent, zaś do komentowania nawet poważnych i wysoce specjalistycznych tematów zapraszają niemal wyłącznie polityków i to najchętniej tych, którzy szybciej mówią niż myślą? To kto?

Moim zdaniem najważniejszym polskim problemem nie są dziś ani butni (od buty, a nie butwienia) „leśni dziadkowie”, jak sędziów z PKW nazwała duża część nagle bezkompromisowych komentatorów, ani bzdurna ustawa o zamówieniach publicznych, która uczy konformizmu i kombinowania, ani wreszcie układane przez ludzi bez wyobraźni instrukcje i przepisy wyborcze.

Jest nim natomiast ten fałszywy wstyd, który elitom, obarczonym historycznym kompleksem wobec „człowieka prostego”, nie pozwala uznać, że duża część wyborców to wtórni analfabeci, więc trzeba do nich dotrzeć choćby pismem obrazkowym, bo w takiej kulturze żyją na co dzień. Jak przypomniał ostatnio Wiktor Osiatyński, prawdziwie demokratyczne procedury powinny być dostosowane do poziomu najmniej rozgarniętego wyborcy. Ale profesora Osiatyńskiego widziałem w telewizorze po raz pierwszy od wielu lat. Innych naprawdę mądrych widuje się tam równie często.

Najistotniejszym zaś polskim problemem są owi decydenci od oświaty, ci wszyscy neofici nowoczesności, technofundamentaliści, którzy usiłują wmówić opinii publicznej, że nie potrzeba nam humanistów, że na nic wykształcenie ogólne, bo szczęśliwość powszechną i dobrobyt zapewnią nam wyłącznie spece od obrabiarek cyfrowych i – wypowiadając w złą godzinę – programiści komputerowi.

Dlatego postuluję, pół żartem, ale ponurym: niech w przyszłych wyborach każdy głosujący za głos dostanie książkę. I niech to nie będzie książka kucharska, ale przynajmniej poradnik krzyżówkowicza. Uczący, jak krzyżować litery, by wynikał z nich sens.

Ludzie rozumiejący stają się rozumniejsi, więc i bardziej odporni na manipulacje tych, dla których władza jest jedynym sensem.

Data dodania: 4 listopada 2014

Ale było to jakby śmierć nasza, nachylona nad taflą wody, wywołała w niej własne oblicze…

Jedno z tych wspaniałych zdań Gombrowicza, niezagadanych, nie wykoncypowanych, poetyckich przecież, ale nie poetycznością – lecz czym? Nie wiem, nie muszę wiedzieć, nie muszę wyczytać go (i ich, innych) do końca, zaczytać na śmierć. Niech żyją.

Zdanie otwierające listopadowe spacery po cmentarzach, krążenie między obowiązkiem a ciekawością. Przeglądanie się w nagrobkach, trochę wstydliwa, bo dziecinna, gra w liczby: kto ile przeżył, ten w moim wieku lub młodszy, ja jeszcze żyję i coraz bardziej mi się to podoba; o, ten tu pożył, to i ja może mogę, jeszcze długo albo przynajmniej dość. Zabawa śmiertelnie poważna, naprawdę zakorzeniona w dzieciństwie, wtedy jednak ograniczona zdziwieniem, że prawie wszyscy żyli tak długo, niewyobrażalnie. Abstrakcja starości, abstrakcyjność śmierci.

Potem realne odejścia, bliskie, przedwczesne (są inne?) zepchnęły cmentarną loterię w niepamięć, abstrakcja stała się ciałem, dotykając boleśnie, niech więc nie straszy mementem. Przynajmniej póki co, do czasu.

Aż w końcu pewnego dnia, albo raczej dnia, który utracił swą pewność, ten dziwny ból i strach, niepowtarzalne (tak, lepiej ich nigdy już nie powtarzać). Ból, który co znaczy, lepiej nie wiedzieć, lepiej nie myśleć, co oznajmia, nie przeglądać się w tafli wody. Wieczór, noc, poranek. Za długo, dłużej nie było można.

Zmierzchało się, gdy ruszyliśmy, więc podróż tym bardziej odrealniona, nieoczekiwana. Wycie syreny, tu w środku cichsze niż na zewnątrz karetki, która nie mogła wjechać w rozkopaną uliczkę, więc najpierw jazda noszami na kółkach, zabawne, zupełnie jak w dzieciństwie, którego jednak nie sposób aż tak pamiętać. Liściasty zapach jesieni, trochę już zziębnięty. Ale twarze w karetce troskliwe, zagadujące, będzie dobrze, dobrze, będzie.

Pielęgniarka na izbie przyjęć, profesjonalnie chłodna, przyjmująca z nawyku, zdziwiona: to na pewno to? tak dobrze pan wygląda? Stoję, przytomny, nie odpływam, widzę i słyszę, próbuję żartować. Żaden tam zwolniony film, klatka po klatce kadruję: tłok na korytarzu, w uchylonych drzwiach brudownika pijani, którym zlikwidowano właśnie izbę przetrzeźwień, leżą pokotem na drewnianych podkładach, kółko wózka, lewe, rozchybotane, piszczy przeraźliwie, jedziemy-na-ojom, słyszę, jedźmy…

Kolejna pielęgniarka, ta już bez wątpliwości, wierząca, diagnozie. Łóżko, ostrożnie, napomina i zaraz przypina elektrody, kroplówka sączy spokój prosto do żył. Serce zwolnione, ale nie do końca, na szczęście. Tak, chyba to jest szczęście – ten spokój, nigdy takiego nie zaznałem przedtem, spokój jak nie z tej ziemi, lepiej nie myśleć skąd.

Spokój nie wieczny, ale trwał jeszcze przez jakiś czas, już po szpitalu –  chodziłem uważny, ostrożny, z lękiem, jakbym nosił w sobie coś kruchego, co może pęknąć, roztrzaskać się, nie do sklejenia. Leki? Sentymentalizm? A może jednak coś innego? Dostrzeżonego źrenicami rozszerzonymi niedowierzaniem, radosnym, że aż strach. Każda witryna jak tafla wody, oczy przechodnia, umykająca szyba autobusu. Ja w nich. Ja, w nich, naprawdę. Odbicia.

Ten stan uważnej kruchości nie trwał długo, choć obiecywałem sobie, że teraz to każdy dzień będę przeżywał tak, jakby miał być ostatni. Szybko jednak zapomniałem – na szczęście, inaczej nie dałoby się żyć, kamieniejąc z przerażenia.

Wcześniejszy, szpitalny spokój też nie trwał wiecznie, ożywiłem się już trzeciego dnia leżakowania na ojomie. (Naprawdę.) Z nudy patrzyłem w monitor, najpierw tego, co leżał naprzeciwko, a potem i w swój, bo dobra siostra przesunęła go miłosiernie. Relacja live: wykres ciśnienia, tętno, serce na żywo, można gapić się bez końca, nie wiedziałem, jakie to interesujące. Pokusa, żeby coś zrobić, nie wolno wstać, ale kusi, żeby jakoś poruszyć rzeczywistość, odzyskać wpływ. Poruszyłem elektrody, linie na monitorze zaczęły wariować, więc jeszcze raz, mocniej. Alarm. Siostrzyczka już przy łóżku, wściekła, myślała, że… Głupio, a jednak się cieszę, uśmiecham się do niej, do siebie, dokoła.

A potem jeszcze jedna transmisja, tym razem i live, i exclusive. Kamera wędruje po mnie, żadne tam nasłuchiwanie, jest wewnątrz, na monitorze rzeki, system dopływów, dorzecze sinoniebieskie, rozgałęzione, drży i pulsuje, całkiem do rzeczy. Dziwne uczucie: znieczulony, ale czujny, uczestniczący. Czujący, że żyje, dosłownie. Sprężynka rozpycha przewężenie, rozszerza zawaloną tętnicę, koniec transmisji, odpocząć.

Znów w łóżku, dwie doby prawie bez ruchu, na plecach, wszystko da się wytrzymać, by wrócić. Po powrocie do sali zmiana: puste łóżko obok, nie ma parawanu, za którym, zanim mnie zabrali, odchodził mężczyzna, jeszcze nie stary, mógł żyć. Odchodził inaczej niż żył, tak mówiła córka, zawstydzona, nie umiejąca zachować się wobec tego odejścia – gwałtownego i wulgarnego. Chory bluźnił głośno, na nią i wszystkich dookoła, wyzywał jak jakąś najgorszą, zrywał wenflony, próbował wstawać, uciekać. Nie znała takiego ojca i pewnie zaczynała wątpić, który jest prawdziwy: przecież nigdy w życiu – mówiła – nie przeklinał, nie awanturował się, nigdy, w życiu. Spotkałem ją potem w Nałęczowie, trochę rozmawialiśmy, ale nie o tym, to było, widziałem, zbyt trudne.

W końcu, kur zapiał, pozwolono mi wstać. Dochodziłem do siebie, więc spacerowałem po wąskim korytarzu drugiego oddziału wewnętrznego albo stawałem przy oknie, w świetlicy, gdy nikt akurat nie włączył telewizora, chrypiącego i śnieżącego, ale pokazującego życie na zewnątrz, nie wewnętrzne. Wciąż była piękna jesień, zacząłem żałować grzybów, których nie zdążyłem zebrać. Ogromny klon zabarwiał się jesiennie i obiecywałem sobie, że kiedy stąd wyjdę, muszę dotknąć jego kory, zanim spowolni soki, na zimę.

Pierwszy raz, uwolniony od lodowego opatrunku i odparzających skórę plastrów, stanąłem przy tym oknie nad ranem. Niewiele było widać, parking, skąpo oświetlona ulica, a gdzieś na jej końcu majaczący jarzeniówkami prostokąt na słupkach, z napisem, którego nie mogłem odczytać. Rozmazywał się niczym tablica z nazwą stacji, widziana z okna jadącego pociągu, wydobywająca na moment z ciemności fragment peronu, przy którym nasz pociąg się nie zatrzyma.

Co napisane na tej tablicy, ciekaw byłem tak bardzo, że po wyjściu ze szpitala zapomniałem nawet o klonie, spieszno mi było rozwiązać zagadkę. Padało, krople rozmywały ostrość na szybach samochodu, ale litery były duże, wyraźne, choć ozdobne. AARON, przeczytałem, dwa a dobrze pozycjonują w ogłoszeniach i wyszukiwarkach. A niżej: zakład pogrzebowy, już mniejszymi literami, choć zasłużył na większe: pilniejszy od supermarketu, bo czynny całą dobę – gotowy teraz i zawsze, i w każdą godzinę śmierci, amen.

Tak właśnie, bezwstydnie kiczowato, nazywała się wydumana w szpitalne noce stacyjka? Ale czemu ta pornograficzna dosłowność śmierci nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia? Byłem zbyt oszołomiony? A może już wiedziałem – że co? Że obawiamy się śmierci wcale nie ze względu na jej dosłowność i wulgarność? Że to nie kiczu boimy się, pochylając nad taflą?

Trzydzieści dziewięć, czterdzieści sześć, pięćdziesiąt cztery. Cmentarna loteria, czerwone wygrywa, czarne bierze wszystko.

2 listopada 2014

Data dodania: 27 października 2014

No proszę, nawet nie wiedziałem, że mówię Gombrowiczem. Żebym to sobie uświadomił, trzeba było poważnej międzynarodowej konferencji naukowej we Wsoli, a także jej kuluarów i marginesów, na których odbyło się kilka istotnych rozmów.

Aż szkoda, że to już za nami: trzy dni jak ze snu, trochę schulzowskiego, a trochę gombrowiczowskiego – śniliście mi się wszyscy we Wsoli… Pascal tym razem się nie pojawił, byli za to inni, też mądrzy, rozumiejący i realni. Dwie dyskusje oraz referaty, mnóstwo referatów, mądre i mniej mądre, tych na szczęście mało. Niewiele też przemądrzałych, takich, co to hermetycznym żargonem i metodologiczną żarliwością usiłują przygwoździć Gombrowicza i – po wyrwaniu tajemnicy – upchnąć go w dębowej szufladzie z etykietą, jak w starej aptece; lek na ból, pustkę i własne lęki.

A Gombrowicz jak to Gombrowicz, choć obecny we wszystkich interpretacjach, to jednak kluczący między nimi, nie dający się przyłapać, przyszpilić. Wolny, może dzięki tym bardzo mądrym, którzy nie boją się przyznać, że czegoś nie rozumieją, że wiedzą, choć nie do końca pojmują, bo sens nie w pojęciach i definicjach, ale w dialogu. Mieliśmy więc w sumie Gombrowicza migotliwie żywego, niezanudzonego, mówiącego poprzez teksty i teksty o tekstach, Ja do Ty.

Nasłuchany, zapisywać zacząłem marginesy, ale przecież mówimy o Gombrowiczu, więc i na marginesie będąc, znalazłem się w końcu w centrum – w centrum biografii autora „Kronosu”, jego ostatnich lat i fascynującego mnie wciąż jego związku z Ritą Labrosse. Z którą to umówiliśmy się, że do muzealnego archiwum nagramy rozmowę – tym razem o niej, o jej biografii.

Oczywiście, Witold nie mógł na to pozwolić, więc co i rusz wyskakiwał spomiędzy pytań i odpowiedzi, zazdrośnik nieśmiertelny, bo tak po prawdzie trudno jest mówić o pani Gombrowicz, nie wspominając jej sławnego męża. Ale też czasem zapominamy, że opowiadając o Gombrowiczu, poddajemy się nieuchronnie nie tylko jego autokreacji, ale i temu, co z jego twórczością przez dziesięciolecia robiła jego żona.

Z Ritą Gombrowicz rozmawialiśmy w sumie o drobiazgach, szczegółach z jej i ich  codzienności, wspólnego i osobnego życia. Takie czytanie życiopisania z relacji świadka najbliższego podczas summy, w dni przedostatnie i ostatnie. Krążenie po marginesach, na których jednak znaleźć można przyczynki do odpowiedzi na pytania istotne, stawiane w naukowym dyskursie, jak na przykład to o podmiotowość natury u Gombrowicza.

Bo między innymi pytałem Ritę Gombrowicz o los ich domowych zwierząt, Psiny i Autostopa, które pojawiają się w biografii Gombrowicza, ale nie wiadomo, jak z niej znikają. Opowiedziała więc Rita, jak Witold zadecydował, że nie można młodego jeszcze kociaka więzić w mieszkaniu, wynieśli go zatem do ogrodu i ledwo postawili na ścieżce, a ten pomknął przed siebie i zniknął nieoczekiwanie, tak samo, jak pojawił się na ich drodze. Tęsknili, gdy nie wrócił, oboje i Psina, którą Autostop owinął sobie tak koło ogona, że służyła mu nawet za posłanie do snu. Kot wybrał wolność, bez sentymentów, a Rita spuentowała tę historię mówiąc, że to właśnie wolność była dla Gombrowicza zawsze najważniejsza, bez względu na cenę. Zaś zwierzęta traktował, jak ludzi, po prostu chciał, by były szczęśliwe.

Mnie też tak traktował, dodała pani Gombrowicz i jej opowieść znów zaczęła cieniować ironia. Rozmawialiśmy potem o ich związku, nawiązując do spektaklu Wojtyszki, pokazanego na Festiwalu Gombrowiczowskim przez Teatr Narodowy, w którym Kamila Baar przemyka przez scenę z gracją i wyrysowaną na twarzy depresją, jak ptak w klatce, szczebiocąc mimo cierpienia. W jednej ze scen klęka ona przed Gombrowiczem, oświadczając, że jest jego niewolnicą. Zapytałem więc Ritę, czy takie wyznanie było możliwe w ich relacjach, nawet w formie prowokacji albo żartu? I o jeszcze parę szczegółów ze spektaklu, wyczytanych lub wymyślonych przez autora. Czasem dobrze jest nie znać polskiego – brzmiała odpowiedź.

Ale o tej ich relacji rozmawialiśmy również poważnie. W listach Gombrowicza do rodziny, głównie do Janusza i Stanisławy, widać, jak zmienia się pozycja Rity, chyba nie tylko na użytek świata zewnętrznego. Najpierw jest „biedną dziewczyniną”, umęczoną opieką nad pisarzem, później pojawia się już jako część my – „my z Ritą”, a pod koniec jest tą, o którą Gombrowicz zabiega. Nie zapominając oczywiście swojemu lękowi przed utratą nadać ironiczną formę – jak wtedy, gdy pisze, że kupi swojej partnerce samochód, bo zimy w Vence są nudne i ponure, więc boi się, że Rita odejdzie. (A potem, gdy Rita prowadziła samochód nie tak, jak oczekiwał, groził jej, że sam zrobi prawo jazdy. Śmieszne? Tak sobie; to samo mówię czasem mojej żonie.)

Według pani Gombrowicz ta zapisana w korespondencji zmiana ról łączy się z jej pobytem w Polsce, po którym została zaakceptowana przez najbliższych Witolda. Z jej opowieści i z listów do rodziny wyłania się przy tym inna twarz Gombrowicza: inaczej niż w korespondencji z wydawcami czy młodymi przyjaciółmi jest on łagodny, troskliwy, momentami nawet ciepły i serdeczny. Oczywiście bez przesady – gdy Jerzy zażąda od niego dolarów na uporządkowanie rodzinnych grobów, odpisze, że dla niego mogiły te mogą nawet zarosnąć trawą, on musi i woli pomagać żywym.

Oczywiście, zapytałem też Ritę, czy jej rodzina zaakceptowała związek z dużo starszym i bardzo oryginalnym mężczyzną. – Na szczęście byli daleko, więc wiedzieli tyle, ile im napisałam – odpowiedziała żartem. – A poza tym byli zadowoleni, że zadaję się z polskim hrabią.

I tylko raz poczułem się rozczarowany podczas tej długiej rozmowy: gdy okazało się, że pani Gombrowicz nie pamięta, jak jej mąż skomentował pierwsze lądowanie człowieka na Księżycu. Być może nie powiedział nic, był już – na trzy dni przed śmiercią – bardzo słaby i żona namawiała go, by zasnął zamiast do późnej nocy oglądać telewizyjną transmisję. Postawił na swoim, uparł się jak niesforny chłopiec.

O tym też rozmawialiśmy: że Witold był dla Rity nie tylko kochankiem i mężem, ale także przyjacielem, bratem, łagodniejszą wersją ojca. A ona dla niego? W jakimś sensie matką – i wtedy, gdy opiekowała się schorowanym pisarzem, i wtedy, gdy przez dziesięciolecia odkrywała jego twórczość dla siebie, a także pilnowała jej literackich losów, tak, jak dba się o los własnego dziecka, dyskretnie polecając go światu i pilnując, by świat go nie oszukał.

Tak to właśnie rozmawialiśmy, uprawiając nieuczoną hermeneutykę na marginesie poważnej konferencji, o sprawach mniej poważnych, drobiazgach i anegdotach, które jednak rozjaśnić mogą choć trochę mniej oświetlone fragmenty biografii. Każdej biografii, także tych pomniejszych.

Wkrótce pewnie rozmowę spiszemy i opublikujemy. Na razie chwila oddechu, choć nie mogę uwolnić się od myślenia o tym dziwnym związku, poprzez który Gombrowicz uciekł nieżyciu, oszukał śmierć przynajmniej na kilkadziesiąt lat. Przypominałem więc sobie fragmenty opowieści Rity Gombrowicz nawet snując krótki urlop po słonecznym rynku Miasta Literatury, a potem po okolicznych uliczkach, gdzie trzeba było uciekać przed mroźnawym cieniem z jednej strony na drugą.

Dzień później wyjeżdżałem z Krakowa w mgle tak gęstej, że zasłoniła litery ustawione na rynku, ukrywając zapisane nimi znaczenia. Zasłoniła nawet Wisłę, wpływającą we mgłę jak rzeka zapomnienia i pomyślałem, jak wielkie to szczęście odebrać niepamięci te wszystkie drobiazgi, szczegóły, anegdoty, na które szkoda uczonych głów, a które jednak dopowiadają jakoś odchodzącego Witolda Gombrowicza i jego życiopisanie, świadome ceny nie do stargowania.

Mgła gęstniała i schodziła coraz niżej, a u końca powrotnej podróży wymieszała się z ciemnością, rozcieńczając jej czerń jak odrobina ciepłego mleka kawę.

Resztę można oddać kotu, niech chłepcze.

Data dodania: 9 października 2014

Pierwsza pięciolatka za nami. Plany skorygowane, wskaźniki przycięte do rzeczywistości, za to wydajność nielicznej załogi dużo wyższa od normy. Osiągnięcia i niedociągnięcia niechaj oceniają nasi goście, zwiedzający, słuchający, czytający i dyskutujący. Z pokorą (ale nieprzesadną) przyjmiemy wszystkie oceny.

Dziś parę obrazków z czasów, gdy wcale nie było takie pewne, że Muzeum Witolda Gombrowicza uda się w ogóle otworzyć. Do Wsoli przyszedłem dwa lata przed inauguracją działalności, dokładnie w momencie, gdy kończył się, niespiesznie przeciągając, remont pałacu. Bardziej generalny niż się to projektantowi wydawało. A że projektant imaginacyją miał nieco osłabioną, zaś przedmiot remontu stawiał wszystkim złośliwy opór, miałem przekonać się już wkrótce, zachowując to przekonanie do dziś.

Remont zdewastowanego pałacu toczył się w czasach dla polskiego budownictwa niełatwych, choć łaskawych dla polskich budowlańców, którzy po otwarciu unijnych rynków pracy dzielili się na tych, co to do Wielkiej Brytanii już wyjechali oraz tych, którzy dopiero mieli wyjechać.

Ci pierwsi zasuwali tak ciężko, że zupełnie nie mieli czasu na emigracyjne tęsknoty, więc tęsknotom oddawali się ci drudzy, gorliwiej niż pracy, z nawiązką, a właściwie z nalewką – należałoby powiedzieć. Gasili te swoje tęsknoty, czym się dało. A czym się dało, przekonaliśmy się już po ich odejściu, gdy z dachu budynku, w którym dzielni budowlańcy pomieszkiwali, zebraliśmy kilka worków szklanych dowodów na pluralizm gustów i szerokość horyzontów posocjalistycznej klasy robotniczej.

W końcu i ci tęskniący znaleźli swoje miejsce w tworzącym się właśnie nowym ładzie europejskim. Ponieważ umowa nie pozwalała wykonawcy na dłuższe zaprzestanie budowy, ściągał on pracowników skąd się dało, a najłatwiej się dało z najbliższej okolicy. Przypominało to trochę pierwszą pięciolatkę po drugiej wojnie światowej, gdy do odbudowy kraju zdatny był każdy, kto miał dwie ręce i nogi.

Tak więc fachowcy zajęli się poszukiwaniem złotego Graala na wyspach, a ich miejsce zajęli okoliczni chłoporobotnicy, w chwilach wolnych od zajęć gospodarskich odrabiający pańszczyznę przy remoncie pałacu. Do dziś podziwiamy ich twórcze podejście do rzemiosła budowlanego: choćby artystycznie nieugładzoną fakturę ścian zewnętrznych czy też genialny w swej oszczędnej prostocie skład osypującego się z nich tynku.

Już wtedy nie brakowało w naszej muzealnej pracy elementów literackich: inspektor nadzoru niczym wytrawny retor tłumaczył, że może i ściany nie osiągnęły wymaganej gładzi, może i są gdzie niegdzie niedomalowane, zaś równe tak, że by nie wygładzać historii. Więc i nasz budynek nie może wyglądać za dobrze, bo nigdy nie budowano idealnie. Przynajmniej pod tą szerokością geograficzną.

Poniekąd miał rację. Na zdjęciu, które prezentujemy w muzeum, widać, że już po kilkunastu latach od wybudowania pałacu obsypywały się tynki przy schodach, a ozdobne lwy pękały dokładnie w tych samych miejscach, co dziś, więc śmiało możemy tłumaczyć, iż konsekwentnie odtwarzamy stan historyczny budynku. A wszystko to przez wodę, z ziemi i z nieba, a być może nawet przez jakąś ukrytą głęboko rzekę  czy strumyk, przepływający pod naszym pałacem, który nazywamy czasem „pałacem na wodzie”.

Podejrzewać zaczynam, że woda niszcząca piwnicę i mury pałacu to kara za nieumiarkowanie w marzeniach: pewnie powtarzałem zbyt często, że musimy wypłynąć na szerokie wody. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę wypłyniemy. Najpierw na staw w parku, potem Strugą Wsolską do Radomki, i dalej, systemem wodnym aż do Bałtyku, a potem jeszcze tylko ocean i Gombrowiczowski pałac przybije do portu w Buenos Aires.

Wracajmy jednak na ziemię. Rychło przekonałem się, że zamiast „Dziennika” czytuję głównie dziennik budowy: tak nastał czas remontu po remoncie. Terminy szybko upływały (znów ta woda!), naprawy gwarancyjne za to przeciwnie, odkopane fundamenty okazywały się ulotne jak poetyczność, której Gombrowicz tak nie cierpiał. Użeraliśmy się z wykonawcami, drżąc o dotacje, niewygasające, więc bez widoków na wieczność.

Cierpliwość organów prowadzących muzeum była duża, ale też przecież nie wieczna. Rosło napięcie, wysokie. W końcu zacząłem unikać znajomych, bojąc się, że zamorduję  kolejną osobę, która powita mnie serdecznym „aleś sobie spokojne miejsce znalazł”.

Były też chwile jasne i twórcze. Z sympatyczną urzędniczką marszałkowską wymyślaliśmy nowe nazwy starych dotacji, żeby nie przepadły jak kamień w świeżo odkopaną studnię (wdzięczność moja, pani Aniu, nie ma granic). Wkrótce odkryliśmy też we Wsoli, że metafora kryje się nawet w określeniu „inwestor zastępczy” – nasz był zastępczy, bo we wszystkim musieliśmy go zastępować. Rzeczywistość gęstniała jak u Borgesa, czas akcji przestał pokrywać się z czasem biurokracji, ale o tym opowiem dopiero na emeryturze.

Czasu mieliśmy zresztą coraz mniej, więc opuszczała nas ponadklasowa solidarność wobec wykonawców remontu, którzy znielubili Annę i Piotra, z uporem patrzących im na ręce. Bogini ironia nie opuszczała nas do końca, nawet jowialny szef ekipy remontującej żartobliwie ostrzegł Piotra, by nie pochylał się tak bardzo nad dokonaniami budowlańców, dokumentując prace przy fundamentach, bo wypadki chodzą po ludziach i przechodząc, mogą wtrącić go do wykopu. Że był to żart, wnosimy z tego, iż szczęśliwie kolega administrator do dzisiaj nigdzie nie wpadł, nawet do stawu, który jest jego oczkiem w głowie.

Zdążyliśmy, w ostatniej chwili, ale jednak. Ekspozycja cieszyła oczy, choć koncepcja młodego zdolnego plastyka była nieco inna od tego, co zwiedzający mogą zobaczyć w muzeum. Onirycznie zwiewne fotogramy miało prześwietlać naturalne światło, rozmazując obraz jak we śnie opisanym przez Gombrowicza. Gdy jednak zawisły na drewnianej konstrukcji, okazało się, że wiszą … na krzyżach, bo przez materię przebijało nie tylko światło, ale i belki, na których rozpięto płótno.

Czasu na zmianę koncepcji nie było, chyba to nas by ukrzyżowali za kolejne spóźnienie, więc zastosowaliśmy rozwiązanie tymczasowe: zakleiliśmy okna czarnym papierem. Tym samym uzyskaliśmy wyciemnienie sali, a także pewność, że czas muzealny płynie wolniej niż ten potoczny, bo rozwiązanie tymczasowe trwa do dziś. I się sprawdza.

Że zdążyliśmy w ostatniej chwili, to nie przenośnia, a fakt. Dzielna brygada drogowa jeszcze na godzinę przed otwarciem utwardzała aleję prowadzącą do pałacu i sprzątała po sobie. Pogoda przeczyła prognozom, robiło się coraz zimniej. Namiot, w którym przygotowano poczęstunek dla gości, okazał się mało estetyczny, więc jego front „umailiśmy” świerkowymi gałązkami z pobliskiego drzewa (konserwator zabytków już nam wspaniałomyślnie wybaczył).

Ozdoba uczyniła naszą uroczystość bardziej ludyczną, a nawet ludową, niektórym jednak przypominała zbliżające się niewesołe święto listopadowe. My przeżyliśmy, udało się prawie wszystko, drugiego dnia otwarcie było otwarte dla publiczności i wtedy na monodram Andrzeja Seweryna w pałacu upchnęło się blisko pół tysiąca osób. Potem powtórzyliśmy taką „sytuację graniczną” jeszcze kilka razy, zawsze z duszą na ramieniu.

Duchy tego miejsca nawiedzają nas czasem do dziś, ale o działalności Muzeum i szczególnym genius loci Wsoli napiszę przy innej okazji, może po kolejnej pięciolatce, jeśli bogowie i przełożeni pozwolą. Zresztą przy jubileuszu nie wypada się żalić, a byłoby to nieuniknione, gdybym na przykład napisał, że na całą działalność merytoryczną w tym roku dostaliśmy 10 tysięcy złotych. Więc tego nie piszę. Radzimy sobie przecież dzięki fantastycznym sponsorom i przyjaciołom.

O jednym żalu muszę jednak powiedzieć: bardzo mi żal pięknych kaflowych pieców, które nie doczekały naszego muzeum. Widać je tylko na nielicznych zdjęciach sprzed wojny. Także na mojej ulubionej wsolskiej fotografii, zrobionej około roku 1930, do której Gombrowicze oraz ich znajomi pozują w malowniczej i zarazem dostojnej grupce.

Za każdym razem, gdy przypatruję się sfotografowanym, widzę w ich oczach jakieś szaleństwo, coś niepokojącego, co może popchnąć w twórczość albo w obłęd. Narażając się na banalną kategoryczność można jednak powiedzieć, że bez szaleństwa nie ma twórczości. A dokładniej: każdy akt twórczy jest w pewnym sensie szaleństwem, wszystko jedno, co tworzymy – kolejny akapit, muzyczną frazę czy epizod biografii.

Są takie dni – na koniec osobiste wyznanie – gdy naprawdę czuję, jak to szaleństwo czai się w pałacowych wnętrzach. Na szczęście.

I niechaj nas nie opuszcza.

Data dodania: 1 października 2014

„Wargi rozchylają się i uwalniają strumienie śmiercionośnych słów, słów, które budzą strach. To właśnie to. To jest wicher wojny.” Tak (niemal) zaczyna się „Wojna” Le Clezio. Tak (niemal) zaczyna się każda wojna?

***

Jakoś nie mogę zapomnieć tego obrazka: chłopiec w hełmie powstańczym na widowni, obok wymalowanego w barwy narodowe ojca, mecz z Ruskimi, mistrzostwa świata, nasi górą. Spirydionow (to już inny mecz) strzela w widownię składając ręce jak do karabinu, oddajcie Krym, woła do niego poseł-kibic.

Sierpień, wrzesień, wojenne rocznice, okrąglutkie, czas honoru i poloru. Inscenizacje zwane rekonstrukcjami, trup pada i wstaje jak w grze komputerowej, jutro znowu pogramy, tak tu na wojence ładnie. Tłum wcina grochówkę i cukrową watę, kończy rozwolnieniem, umysłowym.

Deszcze niespokojne potargały sad, a my na tej wojnie ładnych parę lat – to znów na trybunach, pieśń obowiązkowa i powszechna jak jeszcze niedawno pobór. Czterej, pancerni, jeden zginął, ale psu się nic nie stało i Marusi też nie. Nas na tym chowali w dzieciństwie, i co? znów się chować mamy? Grzmi co prawda daleko i błyska się za horyzontem, ale co będzie, gdy zmienią się prognozy i zapowiedzą zimny front ze wschodu? Do domu wrócimy, w piecu napalimy, tylko zwyciężymy, bo to ważna gra? Gra?

***

Jak mówić o wojnie, żeby o pamięci nie zapomnieć, ale też żeby się pamiętanie w groteskę i disco polo narodowe nie przemieniło, wszak nam się tak łatwo wszystko w groteskę wyradza. Jak o tym, co groźne i przerażające mówić po ludzku, cywilnie, kiedy metafora się militaryzuje i język zaciąga zaciężnie? Trylogię czytać narodowi, publicznie i pedagogicznie? Niech wie, że Królowa Matka nas, dzieci swoje, pod spódnice schowa i obroni, jako pod Częstochową, tak i nad Wisłą. Cudem.

Jedyna rada: szyki wojującym językom mieszać, słowom zaciężnym krok defiladowy mylić, by nie tupały, jak im surmy bojowe zagrają – inaczej to generałowie będą prawodawcami stylu i sensu. Precedensy już były i to wcale nie w dalekich krajach rządzonych przez wojskowych satrapów, wystarczy sobie we własną historię zajrzeć.

A w niej subtelna i liryczna poetka, na krótko przed wybuchem drugiej światowej rzezi za zmarłym Marszałkiem tęskniąca, za jego wolą, siłą, i za dobrocią siwych oczu, dobrocią, co „jak gotycki kościół piękna” była. Ojcowska ta dobroć, więc nic dziwnego, że „cała Polska modliła się do Marszałka chłopskim i babim lamentem”.

Mimo wszystko świadoma była Kazimiera Iłłakowiczówna, że chcąc się od krytyków Piłsudskiego odróżnić („nieznośnie wszystko tępe i agresywne”, więc jakże nie chcieć się odróżnić?), musi uważać, żeby w egzaltację nie popaść pisząc o ubóstwianym wodzu. Szukała odpowiedniej miary, by opowiadając wielkość Marszałka, ani odrobinę nie przesłonić go swoją osobą. Prawodawcę stylu godnego i wystarczająco przezroczystego znalazła w generale Składkowskim, ministrze spraw wewnętrznych i premierze:

najpiękniej wybrnął tu z trudności p. generał Składkowski, którego „Strzępy meldunków” są dla mnie wzorem postawy wobec zmarłego, tej postawy, która stanowi z punktu widzenia sztuki narracyjnej najtrudniejszy dylemat do rozwiązania. Książka (…) nie mająca w swym założeniu właściwie żadnych intencji literackich, w wykonaniu dała przykład, jak należy traktować podobny temat.

Dziś brzmi to zabawnie? Ale gdy przypomnimy sobie, że po sąsiedzku prawodawcami stylu i kultury byli Hitler i Stalin, możemy odetchnąć z niejaką ulgą, że my, Sławianie, naprawdę lubim sielanki. W końcu prawodawca naszej formy czyścił kraj budując sławojki, a nie obozy zagłady dla całych narodów.

***

Generalissimus Stalin lubił zajmować się literaturą okrutnie, dopisywał wszak całe rozdziały w jej historii, podpisując wyroki śmierci. Tak właśnie zakończył rozdział o Izaaku Bablu i wielu innych, wpisując się na wieki w historię literatury.

Wspominam o Bablu nie przypadkiem, bo sięgnąłem po jego „Dziennik 1920”, gdy przeraził mnie tytuł telewizyjnej relacji z defilady, zorganizowanej dla uczczenia 15 Sierpnia. Materiał wydawca zatytułował: zwarci i gotowi. Z kim zwarci albo przeciw komu? I do czego gotowi? Czy nie nazbyt łatwo chlapiemy jęzorem?

Tak więc właśnie w rocznicę mniemanego cudu nad Wisłą sięgnąłem na półkę po – o zgrozo! – Ruskiego, Żyda ruskiego na dodatek, co się do Krasnej Armii schował i jako widz świadectwo szaleństwu chciał dawać. Wszędzie nieznośny smutek, ludzie, ludzkie dusze, wszystko zdławione, przestrzegał Babel, ale podkusiło mnie, by czytać te niecudowne zapiski, by sprawdzić, co zanotował 15 sierpnia roku pamiętnego. Najpierw zanotował spokój w pejzażu podejrzanie łagodnym:

Chwila przed wkroczeniem do Komarowa; już po strzelaninie – pędzę konno, całkiem sam – teraz spokój, dzień upalny, pogoda, dziwaczna cisza, ćmienie w duszy, nikt mi zresztą nie wadzi, pola, lasy, okolica falista, steczki wśród trawy.

Perwersyjne, piekielne piękno, ale to wstęp tylko, bo potem już Komarów, niedawno jeszcze w polskich rękach – wczoraj byli tu Kozacy walczący po polskiej stronie:

Urządzili pogrom.(…) W mieszkaniu leży starzec o wyglądzie proroka, nagi, chrypiący astmatycznie, starucha z rozpłatanym gardłem, dziecko z odrąbanymi palcami, niektórzy jeszcze dyszą, słodkawy i mdlący odór krwi, wszystko splądrowane, chaos, matka nad zarżniętym synem, zgięta w kabłąk staruszka, cztery trupy w szopie, krew pod czarną brodą, pławią się we krwi.

Kto by dziś czytał Babla? Kto czytać chce o wojnie? Wystarczy migawka w telewizorze; najładniej wygląda defilada. Nasza dziarskość w rocznicę Cudu już co prawda bez wąsa, z wargą nagą, światowo wygoloną, ale ciągle zamaszysta i rozhukana, że hej, szable w dłoń. Więc zwarci i gotowi? Na pewno? Na wszystko? Na to, co u Babla w dzień cudu zapisane także: … ta sama nienawiść, ci sami Kozacy, ta sama srogość, a, prawda, wojska są przecież różne – ale to brednie.

***

Sens wojny i jej bezsens: są ofiary i są kaci, ale nie ma niewinnych, bo wojna ubabrze wszystkich. Wszyscy znajdziemy się w tym samym obozie, pochłonie nas i przetrawi ten sam system. Wybitny historyk Otto Dov Kulka, który po dziesięcioleciach dopiero wydusił z siebie fragmenty pamięci o obozie koncentracyjnym, nie karmi złudzeń:

… z Auschwitz jako takiego system ten może przenikać w każdą możliwą sytuację, jak gdyby był autonomiczny, całkowicie oderwany od wszelkiego uczucia litości, wstrętu, okrucieństwa, tak że zupełnie zaciera się w nim różnica między katem a ofiarą. Właśnie tak zapamiętałem tę scenę, scenę przemocy jako rytuału, jako część (…) systemu życia powszedniego.

Znaczące, że Kulka, który jako jedenastoletni chłopiec właśnie w obozie przeczytał „Zbrodnię i karę”, opisując codzienność Auschwitz woli odwoływać się do „Kolonii karnej” Kafki.

Wystarczy sytuacja graniczna, by absurdalne zło, które dotychczas wyobrażali sobie jedynie najodważniejsi artyści, stało się powszedniością.

***

Język wie więcej. Na pierwszym roku polonistyki ekscentryczna lektorka martwej łaciny wbijanie nam do głów łacińskich sentencji rozpoczęła od tej, która miłujących pokój wzywa do szykowania wojny. Pragmatyczny przekaz przodków.

To trwa: w walce o władzę powtarzają się rytuały przemocy. Bombardują nas, się bombardujemy – pociskami, słowami. Słowa bywają śmiercionośne, jak pociski. To ważne odkrycie literackie, ale nieprzydatne na nic.

Tak, teraz jest wojna. Wojna jest teraz, i zawsze. Powtórzenia nieuchronne jak lęk. Przedwczoraj padła Warszawa, pojutrze skapituluje Powstanie. Zostanie kamień obok kamienia, do odbudowy, raz jeszcze.

***

Pejzaż za oknem: czerwienieją sumaki, rozpanoszone jak najeźdźcy. Pola rozorane w skiby. Sad pachnie nieznośnie winną zgnilizną. Kwitną  wrzosy, smutne już przed uschnięciem. Na popiół, na wiór, na wiatr.

30 września 2014

Data dodania: 22 września 2014

Nie ma sensu powtarzać po raz kolejny słynnego zdania Gombrowicza o Radomiu, że nigdy nie jest poematem i tak dalej. Dalej zresztą każdy może zobaczyć, a radomianie znają na pamięć. Nawet jeśli generalnie nie zachwyca, to jednak zachwyca. Czasem. Bo zdarzają się tu wydarzenia cudowne, na przekór i na szczęście.

Doświadczenia Gombrowiczów z Radomiem rzeczywiście najlepsze nie były, owszem, Jerzy, brat Witolda, przystosował się do tego miasta i stał się ważną tu postacią, ale on przystosowywał się chyba w ogóle dość łatwo. Zresztą, jak wielu po wojnie, nie miał wyjścia.

Nie były najlepsze to nawet za mało powiedziane, skoro jednym z miejsc związanych z rodziną pisarza było radomskie więzienie. Siedzieli w nim i ojciec Witolda, za rewolucję 1905 roku, dosyć wygodnie – z własnymi meblami i obiadami z restauracji, i brat Janusz, z sadystycznymi kryminalistami w jednej celi, fałszywie oskarżony o kolaborację z hitlerowcami, on, więziony przez Niemców w obozie koncentracyjnym.

Były jednak i jaśniejsze momenty: wszak przedwojenna radomska palestra zasłużyła się dla polskiej literatury bardzo, odrzucając prośbę Gombrowicza o aplikację. Kto wie, co byłoby z jego pisarstwem, gdyby autor „Opętanych” zasmakował w prawniczej karierze?

Żarty żartami, ale kiedy na początku lat 90. ubiegłego stulecia Maciej Bargiełowski, Wojciech Kępczyński i Marek Szyjko wpadli na szalony pomysł, by w mieście, w którym lud wszedł do śródmieścia jak mało gdzie, zorganizować jedyny na świecie festiwal jednego z największych, ale i najtrudniejszych polskich pisarzy, był to akt naprawdę twórczy, bo ironiczny. A oni na dodatek pomysł ten oblekli w teatralne ciało, co wydawało się niemożliwe jak cud. Najcudowniejszy zaś, przynajmniej tak to zapamiętałem, był ten drugi festiwal, Gombra łączący z Schulzem i Witkacym, mimo nie najlepszych relacji za ich życia.

Zapamiętałem tę edycję nie tyle nawet ze względu na repertuar, wspaniały zresztą, ile na rozmach imprez towarzyszących. I na sceny, które w dekoracje zużytego, zmęczonego miasta wnosiły życie, to intelektualne, ale też i ludyczną witalność.

Oto po osypującej się w ruinę starówce, którą z literaturą łączyły tylko wymyślne nazwy spożywanych przez tubylców od świtu do rana tanich mikstur, kojących ból istnienia, snuli się odziani z eleganckim luzem okularnicy. Nieświadomi lokalnych strachów, prowadzący głośne rozmowy, egzotyczne nie tylko ze względu na języki, w których się odbywały.

W poświęconym Gombrowiczowi seminarium pod przewodnictwem profesora Jana Błońskiego uczestniczyli twórcy i badacze naprawdę wybitni, że przytoczę parę nazwisk dla przykładu:  Jerzy Jarzębski, Aleksander Fiut, Anders Bodegard, Francesco M. Cataluccio, Allen Kucharski, Olaf Kuhl, Jacques Rosner, Alejandro Russovich. Seminarium odbywało się m.in. we wnętrzach Muzeum im. Jacka Malczewskiego, gdzie za scenografię służyły fragmenty chłopomańskiej wystawy. Miało się chwilami wrażenie, że na koniec musi pojawić się Walek, i może nawet się zjawił, tylko w przebraniu, więc nikt go nie poznał.

Tych ludowych akcentów było więcej, bo i jeszcze biesiada w skansenie, fragmentami przypominającym wieś jaką oglądał Gombrowicz, odpoczywając we Wsoli. Biesiada nie tylko intelektualna, ale i dosłowna, po dwakroć więc upojna, aż niektórym wieczorem zmęczenie nie pozwalało skupić się na legendarnym „Ślubie” krakowskiego Teatru Starego.

I jeszcze postać główna tamtego festiwalu, Rita Gombrowicz, wożona w wielkiej, białej limuzynie, z wdziękiem i godnością znosząca ten hollywoodzki przepych. Patronka i animatorka pierwszych festiwali, ku naszej radości – po przerwie – także i dwóch ostatnich edycji. A we Wsoli gościmy ją co roku.

Festiwal wraca do tamtej, wysokiej formy (i Formy), choć w porze nie tak fotogenicznej, trochę nazbyt dla kultury jesiennej. Pora inna, więc biesiady pod strzechą nie będzie, ale będą pasjonujące debaty i pół setki referatów, i znów Gombrowicz będzie na językach uczonych. Pamiętających, mam nadzieję, o Gombrowiczowskiej przestrodze, że kto o nim zwyczajnie opowiada i nudzi, temu się na języku w trupa przemienia i trupem otwór gębowy wypełnia paskudnie. I tematy, i nazwiska uczestników gwarantują, że tak się u nas nie zdarzy. A że jeszcze młodość z doświadczeniem na konferencji pomieszamy, to będzie tym bardziej interesująco. U nas, to znaczy we Wsoli i w teatrze, miejscach oswojonych Gombrowiczem.

Wsola, od niedawna znów Gombrowiczowska, stara się dawać do myślenia, więc miejscem jest naturalnym. Dla historii literatury to miejsce znaczące, nigdy dość przypominać, bo tu Jerzy Witolda do wyruszenia w świat namawiał, siedemdziesiąt pięć lat temu dokładnie. I dobrze, że go przekonał, bo co to byłby za Gombrowicz, gdyby w kraju pozostał? Co by napisał, jeśli w ogóle by pisał, a nie stał się kolejnym martwym, młodym i zdolnym, którymi nasza kultura i historia z rozmachem szafowały. A tak żywy jest do dziś, o czym uczestnicy i konferencji, i festiwalu będą mogli przekonać się i innych.

Konferencja zagości też w teatrze, przez dzień cały aż po festiwalowy spektakl. Zagości oczywiście na scenie, w „Kotłowni” nieco przypominającej scenografię „Ślubu” wystawionego przed półwieczem przez Jorge Lavellego i Krystynę Zachwatowicz. Trochę więc ten Gombrowicz będzie jednak podziemny, offowy, i słusznie, bo przecież bronić go musimy wszyscy, by się nam w klasyka nie zmarmurzył, mchem nie porósł, słów i form okolicznościowych nadmiarem nie został przysypany.

A bronić Gombrowicza możemy jedynie wciąż na nowo go wystawiając i oglądając, czytając i interpretując, i rozmawiając, słowem i formą tyleż odświętnymi, co nie nudnymi. Więc kończę.

(Muzeum Witolda Gombrowicza wraz z radomskim Uniwersytetem Technologiczno-Humanistycznym zaprasza w dniach 20-22 października na międzynarodową konferencję poświęconą twórczości Gombrowicza. Współorganizatorem wydarzenia jest radomski Teatr powszechny, w którym od 18 do 25 października odbywał się będzie XI Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski.)

Data dodania: 9 września 2014

Nie było lata, jesień szła od wiosny, powtarzam za Grochowiakiem, patrząc jak żółć plami jesiony. To była kiedyś jedna z najważniejszych dla mnie fraz poetyckich, niosła tajemnicę, której wtedy nie potrafiłem rozgryźć. Dziś ma jedynie smak zbyt niecierpliwie zerwanego jabłka, cierpkość niedojrzałej zimówki.

Postarzałe w ciągu ledwie tygodnia słońce także coraz bardziej przypomina szarą renetę. Przyciśnięte ku ziemi, drepcze po coraz krótszym łuku, już przed czwartą zacieniając prawie całe podwórko. Na ścieżce za płotem przerośnięte trawy i plątanina chwastów obłapują nas za nogi, błagając już nie o kolejny pokos, ale o łaskę usychającej eutanazji.

Lato – jak zwykle od pewnego czasu – za krótkie, jakby go wcale nie było, kończy się wcześniej niż się spodziewamy, odsłaniając powoli ciemną podszewkę świata, jeszcze skuloną od letniego potu, ale już pęczniejącą, by pomieścić zimową pierzynę.

Czarny kot, w tamtą zimę uratowany przed śmiercią, która dopadła jego matkę, wspina się na bramę od strony pola z małą myszą w zębach. Pomyśleć, że trzeba było karmić go strzykawką, żeby przeżył, nie potrafił ani jeść, ani wydalać. Teraz chwyta po kilka ofiar dziennie, ogłupione łakomstwem wychodzą na odkrytą przestrzeń, szukając ziaren, którymi żniwa przyprószyły ziemię.

Kot też już pewnie czuje przyczajoną zimną porę, bo łapie więcej niż zjada, więc coraz częściej znajdujemy na ścieżce i podwórku szare mysie truchło, odłożone na później.

Dawno tu nie byłem, może zresztą nie zwracałem uwagi. Dziś po grzybobraniu krótkim a obfitym, choć zaczęliśmy wbrew sztuce grubo po południu, wracam ścieżką koło nowego cmentarza wciśniętego między iglaste zagajniki. Przez ozdobnie dziurkowany płot machinalnie liczę groby: dwadzieścia jeden. Ustawione pod sznurek, tłoczą się przy cmentarnej bramie, jakby zamierzały uciec którejś nocy na stary cmentarz, do krewniaków i znajomych.

Resztę nowej polnej nekropolii, niezagospodarowaną jeszcze przez grabarzy i żałobników, zarosły wysokie chwasty, kołyszące się w symetrycznym porządku, jakby ktoś rozsiał je tam z rozmysłem. Jeszcze jedno takie lato i dzikie, niepożądane ziele ostatecznie zagłuszy krzaki truskawek, uparcie trzymające się miejsca narodzin.

To były najsłodsze truskawki, jakie jadłem, przynajmniej tak pamiętam. Nie wiem, co to za odmiana, bo nie przyszło mi do głowy, żeby spytać o to truskawkarza.

Truskawkarzem nazwaliśmy mężczyznę, który na działce sąsiadującej z naszym lasem pojawił się nagle i bez żadnych wstępów wziął się do roboty. Się wziął dosłownie, cały, od świtu do ostatniego pociągu, a czasem tylko z przerwą na nocne ciemności. Orał, karczował, rozsadzał, wyrywał pierwsze chwasty, które pojawiły się, zanim było wiadomo, czy truskawkowe krzaki się przyjmą.

Przyjęły się, prawie bez podlewania, bo wodę mógł czerpać z daleka, a i to tylko wtedy, gdy strumyk na łące nie wysechł. Wiosny i lata były jednak deszczem łaskawe, przynajmniej dopóki krzaki nie zaczęły owocować. I wtedy, po pierwszym zbiorze, truskawkarz zniknął. Cicho, po prostu.

Widzieliśmy go jeszcze kilka razy, przyjeżdżał co jakiś czas, odległy i stał wtedy nieruchomo, patrząc na zielonożółte krzaki. Ale nie zrywał już owoców, nie pochylał się nad ziemią, by wyrwać jej uparte chwasty, ani razu nie został na noc w blaszanym barakowozie, który postawił na działce kilka miesięcy wcześniej. Zniknął ostatecznie, zanim zdążyły dojrzeć wszystkie truskawki.

Następnej wiosny już się nie pojawił, nie było go też latem. Krzaki rozrastały się zadziwiająco śmiało, bez pielęgnacji, dzikie, rozłożyste. Małym owocom nie przeszkadzały ani prażące słońce, ani ulewy przepłukujące ziemię z tego, co trzeba i nie trzeba, ani nawet chwasty, zabierające coraz bezwzględniej światło.

W końcu pojawiła się wiadomość, że truskawkarz choruje, poważnie i ciężko. Ktoś komuś powiedział, kto i komu? Wieść z tych, co to zabij, a nie wiadomo, skąd się wzięła. Była też inna wersja, wydedukowana pewnie przez miejscowego racjonalistę: że truskawkarzowi znudziła się zabawa w ogrodnika, gdy sława jego przesłodkich truskawek rozeszła się tak szeroko, że z nieogrodzonego pola znikało ich coraz więcej, wystarczyło, by nie przyjechał przez kilka dni.

Wszystkiego zerwać było jednak nie sposób, pleniły się truskawkowe krzaki przez lata, rodząc owoce coraz mniejsze, drobniutkie, wielkości poziomek raczej, ale i coraz słodsze, jakby osłodzić sobie chciały porzucenie. I znów ktoś rozpowiedział wieść o truskawkarzu, ostatnią, że umarł. Czas jakiś temu, dodawał ów ktoś dla powagi powiadomienia.

Ktoś inny jeszcze podpalił pewnej nocy barakowóz, pewnie dlatego, że czasem kotwasiło się w nim – jak mówiła sąsiadka – przeróżne tałatajstwo. Fragmenty blaszanych  ścian, drzwi, kilka kątowników, zawiasy i klamki ktoś zabrał, żeby się nie zmarnowały, reszta rdzewiała i kruszyła się na słońcu, sypiąc czasem czerwonym piaskiem po oczach tych, co zaglądali na opuszczone pole po truskawki, słodkie do końca.

Nie jestem zresztą pewien, co pojawiło się pierwsze: wiadomość o śmierci truskawkarza czy pożar barakowozu. Chronologia nie jest tu najważniejsza, bo i tak po kilkunastu latach czerwieniejące się poprzez zieleń pole wykoszono, zgrabiono i ogrodzono betonowym płotem. Z kamieni zbudowano bramę i ołtarz, odbyło się poświęcenie, ale drewniany krzyż zdążył dobrze się rozeschnąć, zanim pochowano tu pierwszego zmarłego, który widocznie miał za dużą rodzinę, więc nie zmieścił się do żadnego z grobów na starym cmentarzu.

Przed pojawieniem się tej pierwszej mogiły, uklepanej z piasku – wszędzie tu tylko szare piachy albo wyschnięty gliniany pył – zanim ksiądz, otrzepawszy zakurzoną sutannę, zaintonował w jesiennym chłodzie pierwsze wieczne odpoczywanie, latem co odważniejsi albo mniej przejmujący się obyczajem zaglądali na cmentarz, by zrywać niezmiennie słodkie owoce. Po pierwszym pogrzebie wyjadać truskawki z plantacji przemienionej w cmentarz wypadało jednak coraz mniej. Tym mniej, im więcej przybywało grobów.

Dziś nie wypada już wcale. Przez ozdobiony seryjnym ornamentem betonowy płot można tylko podglądać, jak na truskawkowym polu śmierć gra z nami w oko.

Data dodania: 19 sierpnia 2014

W „Salkach”, chyba najciekawszej książce o podróżowaniu, jaką zdarzyło mi się czytać, Wojciech Nowicki z bolesną szczerością (to nie frazes: naprawdę i bolesną, i szczerością) opowiada, co zmusza go do podróży. To potężne lęki: reisefieber, lęk własny oraz lęki cudze, dziedziczne – absolutna niechęć przodków do ruszania się ze swojego miejsca, która owładnięci byli od czasu, gdy wygnano ich z rodzinnych domów i rodzimych kresów.

Podróż, jak opisuje ją Nowicki, to zarazem pogoń i ucieczka, przekraczanie granic i ich rysowanie, próba odnalezienia i zarazem zgubienia przynajmniej części siebie. Ludzkie, arcyludzkie, prawie wszystkie podróże da się z tego wywieść.

***

Ale jest też inny sposób wędrowania w przestrzeni i czasie, bardziej koci niż ludzki. Koty, nawet te udomowione, wchodzą w dorosłość sporządzając mapę swojego świata. Krążą wokół miejsca, które wybrały na „dom”, zataczając coraz szersze kręgi, nawet w promieniu kilkunastu kilometrów. Zapamiętują szczegóły: ludzkie i zwierzęce ścieżki, zapach modrzewiowego lasu, wilgoć ciągnącą od strumienia, szum szuwarów, ujadanie psów i ptasi świergot w krzakach głogu, metaliczny stukot szyn na chwilę przed pociągiem, odgłosy polowania, wysokość traw, południowe słońce i grubość piasku pod poduszkami łap, a także opuszczone nory i rozpadające się zabudowania, z których wywietrzał zapach dawnych mieszkańców i teraz mogą dać schronienie, łatwo dostępne gniazda, w których można się pożywić, zacienione, wiecznie wilgotne łęgi, które zawsze dadzą parę kropli wody.

Taką właśnie mapę koty noszą w głowie do końca życia. Można powiedzieć, że to także rodzaj zmagań z lękami, ale bardziej naturalny, bez ludzkich sublimacji, dyktowany przez instynkt przetrwania: trzeba poznać swój świat, swoje okolice po to, by nie słuchać lęku, gdy dopadnie w chwili zagrożenia, ale ratować się, wybierając instynktownie właściwą ścieżkę. Wiedzieć, gdzie się schronić w razie czego. W każdym razie.

Swoją mapą po raz ostatni posługują się koty tuż przed śmiercią: przepadają gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie i umierają w samotności.

***

Tam, gdzie – choć blisko – jeszcze nas nie było, wyruszyliśmy w niedzielne przedpołudnie, nic więc dziwnego, że na pierwszym postoju w ośrodku nad Pilicą trafiliśmy na mszę i nie mogliśmy dobrze się rozejrzeć. Dawny ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy związku młodzieży socjalistycznej po śmierci socjalizmu popadł w ruinę, w końcu stał się ośrodkiem wypoczynkowo-rekolekcyjnym diecezji rzymskokatolickiej. Ewangelię postępu zastąpiła na powrót objawiona. Podkreśla to nazwa ośrodka: Emaus. Biblijne nazwy mają tu również domki campingowe: Betlejem, Nazaret i inne. Nie zapamiętałem, czy jest tu również Kana Galilejska?

A Golgota? Gdyby tak nazwać któryś z domków? Czy znalazłby się śmiałek, który chciałby zamieszkać w Golgocie? Człowiek bez lęku, bo wielkiej wiary? Czy może raczej wiary całkiem pozbawiony?

***

Naprawdę tego nie planowaliśmy: droga do Białej Góry tak właśnie prowadzi. Jedziemy przez Boże, kilka krętych kilometrów i za łukiem objawia się Boża Wola, ze dwadzieścia kominów, ani biednych, ani bogatych, pola daleko od zabudowań. Dalej semantyka bliższa już ziemi: następna wieś nazywa się (i słusznie) Budy Boskowolskie, nie ma o czym mówić.
Nawigacja internetowa, która dziś zastępuje podróżnym przeznaczenie, wyprowadza nas w pole, na polną drogę, dziurawą, całą w kępach traw, niech to diabli, można stracić zawieszenie. Można stracić, diabli nadali.

Więc pytamy o drogę, na szczęście jest kogo, choć pustkowie. Dom jeden, stary, drewniany, niszczejący, ale okazały. Stodoła, obora, komórki z pustym gołębnikiem, chyba wszystko to jeszcze używane, ale raczej nie przez staruszka, który siedzi, jak Bóg w niedzielę przykazał, na niskiej ławeczce przed wpółotwartą bramą. Prosto, tłumaczy, panie, jak asfalt prowadzi. Dziadek towarzyski jest albo wyglądam mu na niezbyt rozgarniętego, bo aż na drogę wychodzi kierunek pokazać, paluchem pokrzywionym, poczerniałym, oklejonym brudnym plastrem, chyba więc jeszcze w obejściu jest z niego jakiś pożytek.

To tam, panie, gdzie tańce kiedyś były, zabawy, tłumaczy i diabliki skrzą mu się w oczach pod zniszczoną bejsbolówką. Przytakuję, głupio jakoś, bo przecież skąd mogę wiedzieć, gdzie tu tańczono. – Tylko tej pani niech pan tam gdzie nie zgubi – żartuje i śmiejemy się wszyscy, jakby było z czego.

A zgubiliśmy się później, w Nowej Wsi, choć byłem pewien, że pamiętam drogę.

***

Biała Góra nie była nagrodą: tłok, śmietnisko, pastwisko zamiast plaży, tylko Pilica niezmiennie kręta i piękna. Uciekliśmy więc w sentyment, do Świerży, nad Wisłę. Woda naprawdę wielka, wylała jak prawie co roku. Betonowa opaska oddzielająca nurt i brzeg skruszała zupełnie już kilka lat temu, więc i spacerować nie ma po czym.

Siedzimy w łódce wyciągniętej na brzeg, przy takiej wodzie mało kto odważa się wypływać na rzekę. Ale prom kursuje, częściej niż rozkład każe, bo chętnych dużo. Nam ruszyć się nie chce, gorąco, nawet komary nie gryzą, poza tym czasu nie wystarczy na drugi brzeg, jak zwykle.

Przyglądam się czekającym na przeprawę, mimowolnie słuchając ich rozmów. Dwaj młodzi, oparci wystudiowanym gestem o maski starych, wychuchanych samochodów, nie wiem, jakie to marki, nie znam się, ale takimi resorkami bawił się już mój syn.

Dziewczyna na trawie, nijaka, nawet nie wiem, ładna czy brzydka. Gada głośno, przez telefon wielki jak pokład promu, który właśnie odbił od drugiego brzegu. Płyniesz? Czekam? Dobra. Tak, tutaj, no gdzie, na brzegu. Nara. Nara? Brzmi jak starohebrajskie imię. Tutaj?

Tak, trzeba tu wrócić na tygodniu, po ciszę, obiecujemy sobie bez przekonania, wiemy przecież, że ten tydzień zdarzy się może za kilka lat albo wcale. Jeszcze chwila postoju we wsi, piaszczystej łachy przed rozjazdem już nie ma, schowana pod kostką, trawnikiem, ławkami. Skwer, za unijne, jak wszędzie. Trzy sklepy, dwa czynne w dzień wolny, domy i bloki odnowione, wiadomo, elektrownia, energia.

Dwaj mężczyźni na rowerach, zsiedli, rozmawiają. …Na rybach byłeś teraz kiedyś?.. Dzisiaj nie, nie mas co, przybiera, to uciekają na środek… Ale coś może się trafić… Może, jutro, zobaczymy… Przystaje trzeci, młodszy, opalony, aż czarny. – Dobry, jak rzeka – pyta rytualnie, a oni znowu: przybrała, przybywa, jeszcze.

Rozmowa ludzi nadrzecznych. Przypływy, odpływy. Jesteśmy znów jak w domu, tym bardziej, że nad Zagożdżonką, leniwym dopływem Wisły, bez zmian: komary tną jak licho, zarośnięta rzeczka ledwo płynie, droga przesypuje piasek, pewnie ciągle ten sam.

***

Na szosę warszawską skręcamy w Nowej Wsi, nazywającej się tak, bo wybudowana została na miejscu starej, doszczętnie spalonej i teraz ciąży na niej przekleństwo młodości – nigdy już nie będzie stara. Drogę wskazał nam ręką wolną od butelki dobry człowiek, przed dobrym sklepem, dobrym, bo otwartym w niedzielę i sprzedającym piwo dobre, choć ciepłe. Każdy ma swoją miarkę dobra.

Po obu stronach szosy puszcza, las gęsty, z mchem rozmaicie zielonym, obfitym. Grzybny, tylko trzeba znać miejsca. Znać miejsce, podstawa.

Przed Kozienicami tablica: Uwaga! zaniżone pobocze. Niedawno do Krakowa jechałem wagonem pierwszej klasy, przekwalifikowanym na klasę drugą. Napis na drzwiach informował: wagon zdeklasowany. Pańskość i kompleksy wyłażą z naszego języka jak rozwalone worki ze śmieciami z zarośniętych rowów wzdłuż szosy.

***

W najbliższej okolicy na szczęście rzeczy wracają do ładu, także semantycznie. Znów można „jechać do łabędzi”, bo ptaki wróciły na jeziorko za Chałupkami po długim remoncie, ciągnącym się jak podjazd w Wysokiej. Zbiornik mocno przez remont zdeklasowany, na szczęście przyroda ma za nic ludzką zapobiegliwość i już wylewa swoje zielenie poza narzucone przez meliorantów formy.

Ptaki kryją się w odrośniętych szuwarach, teraz nie podpływają nawet po chleb, skupione, czujne, prowadzą swe młode, ucząc je wszystkiego przed nieuchronnym rozstaniem. Te cztery młode już niewiele mniejsze od starych, tylko jeszcze szare i przez to niepiękne, po kaczęcemu.

Wydarzenie, bo pojawia się czapla, pewnie przelotem, biała albo nadobna, z daleka nie widać dobrze.

***

Nadobna… Niedobitki starej polszczyzny kryją się jeszcze w nazwach, partyzanci na terytorium podbitym przez makaronizmy.

Gdzieś w trasie drogowskaz: Osiny Mokra Niwa. Niwa – czyli łąka granicząca z polem? A może tylko miara, kawałek pola, wczorajsza parcela, dzisiejsza działka. Trzeba by sprawdzić, kto jeszcze pamięta dawne znaczenia?

Następnego dnia w Ciepłej skręcamy na Bąków, przy kamieniu ku czci miejscowych oraz żołnierzy zwiadu dywersyjnego AK porucznika „Roberta”, zamordowanych za niepodległość w latach 1939-45 oraz 1946-56. Pełna pamięć wraca powoli.

***

W wigilię 15 Sierpnia rwę i pogryzam małe czerwonawe jabłka z przydrożnej dziczki. Słodko cierpkie, soczyste. Zjadam je jednak, obawiam się, wcale nie patriotycznie, nie komuś na złość, a po prostu, jak zawsze. Jabłonka ma gdzieś embarga, putinców i geopolitykę.

Spokój, cisza, słońce osusza załzawione rosą rowy. Chmury podniosły się wysoko, pod nimi stado bocianów. To już? Szykują się do odlotu, na razie ćwiczą, szybując bezładnie w poszukiwaniu dobrych wiatrów. Wracający co roku, kołujący nad głowami smutek.

Na tablicy z nazwą wsi CIEPŁA ktoś dopisał TASMANIA. Doprawiona ironią tęsknota? Mnie już nie dotyczy, dawno postanowiłem: zostaję tutejszy. Moje lęki i smutki pochodzą z innych okolic niż te zadekretowane geografią. Mam swoją własną mapę.

***

Mapopisanie można też, za Białoszewskim, nazwać obmapywaniem. Ten genialny neologizm brzmi trochę jak – obłapywanie. Podobieństwo nie tylko w fonetyce: w obmapywaniu rzeczywiście skrywa się żądza, wilczy apetyt na życie. I też bierze się z lęku. Bardziej jednak z lęku niesionego przez czas niż tego czającego się w przestrzeniach.

Strona 2 z 1412345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2017 Muzeum Literatury