Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 22 maja 2018
                                                                    …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu…
(W. Gombrowicz, lat 58, gdy zapisywał to w „Dzienniku”)

MNISZEK

W maju mlecze tracą kwiaty. W Mniszku, wsi, w której spędzamy niemal dwie siódme naszego życia, w miejsce żółtych dywanów rozłożonych na rowach i pustych jeszcze pastwiskach pojawia się na chwilę mnóstwo białych, półprzezroczystych baniek, falujących na cienkich łodygach. Każdy mocniejszy podmuch wiatru podrywa je w niebo, pozostawiając łyse, postrzępione na końcach, zielone kikuty łodyg. Łąka wygląda wtedy jak nadpruty dywan, wywrócony spodem do wierzchu, ujawniający splot rzeczy, tajemny sens lub bezsens, o podejrzeniu którego marzyli romantycy.

W dzieciństwie nie wiedzieliśmy jeszcze nic o poezji, filozofii oraz romantycznym szaleństwie, a także o wielu innych zawiłych sprawach. Sztuka życia polegała na czym innym: tak urwać mlecz, by delikatna czasza pozostała na ułamanej łodydze tak długo, aż nie uwolnimy jej jednym mocnym dmuchnięciem. Trzeba było przy tym uważać, by nie pobrudzić rąk mleczkiem, wypływającym z rurkowatych łodyżek. Białe i lepkie, smakowało gorzko, gdy – nie wierząc dorosłym, że trujące – wyciskaliśmy je po kropli na wysunięty język. Bały się tylko dziewczyny, więc kusiło nas, by zawartością łodyżek mazać je po odsłoniętych ramionach albo po twarzach.

Był to czas bezmyślnej niewinności, bez natręctwa skojarzeń: ziemia nie przyciągała nas jeszcze swoimi sokami. Lekceważyliśmy prawo ciążenia, bardziej interesowały nas podniebne wędrówki mleczowego puchu, szybującego nie wiadomo dokąd i po co. Włóczęgi takie jak nasze, po polach i łąkach, bez celu, samopas. Czas roztajemniczania natury, jej soków i miąższu, był jeszcze przed nami. Na razie oszczędzano nam jej nieba i piekła.

Potem przeczytałem, że jedna z odmian wszędobylskich mleczy fachowo nazywa się mniszek lekarski. Obojętnie, sterylnie. Nie lubię tej nazwy, jest zimna jak spóźniona wiosna. Albo jak jesień, która nadciągnie, zanim się obejrzymy, za siebie.

 

ZAKRĘT

Na razie jednak ciepło, czas ruszać, pod słońce, pierwszy raz po przerwie długiej jak zimowe niedoczekanie, więc trasa krótka. Powtarzam ją co roku, dla rozgrzewki, sprawdzić, czy coś się zmieniło. Tak, ktoś kupił dom na zakręcie, przez trzy lata stał niewykończony, pewnie wykończył właściciela. Teraz gotowy, zamieszkany, samochód na podjeździe, kostka betonowa, kolorowa, ogrodzenie z metalowych prętów, modelowane nowocześnie. Dostatnio, dość.

Gapię się spode łba na podwórko obok, na kojec, chyba już bez psa, na szczęście. Nie odezwałem się nigdy, z lenistwa i niechęci do awantur, gdy biały kundel całe dnie spędzał w za małej klatce, zdrętwiały i osowiały. Spał w słońcu przed budą, w środku pewnie miał gorzej. Gdy otwierali kojec wieczorem, ożywiał się, dosłownie. Długo w noc słychać było jego dziwne szczekanie, jakby niemy uczył się mówić.

Psów w tych nowych domach za zakrętem coraz mniej, jeśli już, to yorki, przerośnięte wiewiórki, wiecznie w ruchu, dziwnie podskakujące. Bystre jak rozpieszczone dziecko, rządzą, kaprysząc i przymilając się na zmianę. Są tu nie na miejscu, w miejsce tych, które stróżowały.

Jeszcze niedawno obejście bez psa było rzadkością, wiejska tradycja, chłopski spryt, bo niech i pies popilnuje, na wszelki wypadek, gdyby Boga naprawdę nie było. Może teraz nie wierzą już nawet w psy? Puste, rozsychające się budy. Ucichłe łańcuchy, walające się po ziemi, wydeptanej wokół, do granic uwięzi.

 

CHRONÓW

Dalej prowadzi leśna droga. Utwardzona, z niewieloma jeszcze dziurami. Za to las poharatany, przerzedzony, taka gospodarka, leśna. Starsze wyrwy już zarastają młodymi iglakami, jeszcze nie dają cienia, ale zasłaniają od wiatru. Za kolejnym zakrętem asfaltowa jezdnia, znów węższa, deszcze nagoniły piasku z poboczy, przegniłe liście i igły przykryły postrzępione brzegi asfaltu. Nikt tego nie sprząta, już nie las, jeszcze nie wieś.

Do niej kawałek, bo Chronów odsuwa się coraz dalej. Sądząc po zrujnowanych studniach otoczonych dziś zielonymi łąkami i po szpalerach drzew pozbawionych płotów, których niegdyś trzymały się kurczowo, wieś podchodziła aż za strumyk, przepuszczony pod jezdnią. Pamiętam czas, gdy stała tu tablica z nazwą Chronów, udowadniającą, że rzeczywistość nazywa się sama, po imieniu. Ktoś na tej tablicy namazał czarną farbą: KOSMOS. By zrozumieć dlaczego, trzeba rozejrzeć się uważnie po tym pejzażu bez ludzi.

Wieś zaczyna się nową ruiną, opuszczona chałupa rozsypała się, przygniatając nie koszone chaszcze. Na kupce gruzu dziki bez, rozplenił się, pojedynczy, blady, poprzerastany gałęziami bez kwiatu. Pomyślałem kiedyś, że te rozwalające się domy, obory nie pamiętające już zwierzęcego ciepła i smrodu, stodoły puste jak kłosy w nieurodzaj, wypalone słońcem i suszą – wszystko to ciąży ku ziemi jakby tęskniło za zmarłymi. Osierocona materia, bezsilna bez człowieka. Memento na początek, do powtarzania co roku.

Chronów jest jak starczy zgryz, coraz więcej przerw w zabudowie, dziur szybko zabliźniających się na zielono. Pokruszone, spróchniałe pieńki starych domów. Te starsze, drewniane, rozpadają się o dziwo dłużej. Nikt tu nie budował z kamienia, drogo, choć do kamieniołomów tylko dwadzieścia kilometrów. Cegła z pokątnego wyrobu rozpada się łatwo, niedogrzana, odsłonięta przez zmurszały tynk. Nowe domy, letniaki, stawiają tu więc coraz częściej z drewnianych bali i desek. Ząb czasu, znak czasu.

W Chronowie takich implantów jest już kilka, dzieci umarłych budują sobie te letniaki z sentymentu, do przeszłości i do oszczędzania. Ziemia w spadku, a i daleko jeździć nie trzeba na wczasy. Wyrwali się kiedyś, żeby się dorobić i docenić, a teraz zagospodarowują gruzy i patrzą na zielone, od którego odwykli. Zieleń, szczególnie ta majowa, ma tu tyle odcieni, że miejscowi powinni nazywać je wieloma słowami, jak Eskimosi śnieg. Chronów jest jednak ubogi, także i w tym sensie. Ale to się zmienia: na przykład nowych domów nie zostawia się na pastwę, w tygodniu strzegą je, z braku ludzi, cerbery, goliaty, dragony i inne płatne kuratele.

Najlepiej mają ci na końcu wsi, za podjazdem, trochę im zazdroszczę. Mały dom z jasnych desek, z zadaszonym tarasem, postawili na wysokiej podmurówce. Dzięki temu sad po drugiej stronie szosy nie zasłania im widoku. W pogodne dni widać zarysy wzgórz zaczynających się tam dalej, zaraz za Szydłowcem.

Przestrzeń faluje już tu, niedaleko za Mniszkiem, znudzona płaską monotonią. Widać to choćby w nazwach, Chronów ma swoje Kolonie, Górną i Dolną. Dziś jednak żadnych kolonizacyjnych zapędów. Czas wracać, czuję w nogach podjazd, mocno, jak za pierwszym razem.

Wracam w majowy, chłodniejący przedwieczór. Nabożne babki obsiadły ławkę przy figurce Matki Boskiej. Stłoczone jak kury na grzędzie, dziobią ziarenka różańca.

 

CHAŁUPKI

Za pierwszym razem ruszyłem nie do Chronowa, a gdzie indziej. Może odstraszał mnie nazwą, pokojarzoną nie tylko z czasem, ale i chromością? Na końcu Mniszka pojechałem więc nie w lewo, a prosto, przez las, dwa zakręty, za którymi Chałupki. Znów miejsce nazwane po imieniu, małe zadbane domki, wykoszone trawniki, klomby, poprzycinane drzewka, ozdoby na fasadach i podwórkach: stary pług zamieniony w kwietnik, drewniane koło z metalowym obiciem, powieszone obok wyczyszczonej i pomalowanej podkowy. Letniaki, letnicy, emeryci wracający na swoje, uciekinierzy z miast, nawet odległych. Dwa gospodarstwa, jedno zadbane, drugie nie. Pozostali o ziemię już się nie troszczą, chyba że o plac na cmentarzu, na zaś.

Zawsze przejazdem, nie znam tu właściwie nikogo oprócz Srebrzystego, ale starym zwyczajem wszyscy mówimy sobie dzień dobry. Idylla. Trzeba tylko uważać na psy, wypadają z pierwszego podwórka, dwa, małe, zajadłe, głośne. Jakby przeganiały albo ostrzegały, pod każdą sielanką kotłuje się piekło.

Srebrzysty zostawia czasem rower u nas na podwórku, bo stąd do stacji już niedaleko. Brat ma samochód, jeździli kiedyś razem, ale pokłócili się, o podział maleńkiego domu i podwórka, schedy po rodzicach. (Czy wtedy tak osiwiał?) Teraz przyjeżdżają do Chałupek na zmianę. Gdy się unik nie udaje, ćwiczą trudną sztukę niewidzenia i niesłyszenia, koncentracji na swoim, dosłownie, mikrokosmosie. Małorolni wyznawcy zen.

 

ZABOROWIE

Chałupki mija się szybko, wystarczy zakręcić mocniej pedałami, trochę tu z górki. Zaraz za nimi zaczynają się podjazdy, pierwszy łagodny, do Leśniczego, zielonym tunelem z krzaków i chwastów. Potem zjazd w cień dużego starego lasu, chłodny i wilgotny, ale nieodpychający. Za lasem kolejny podjazd, droga – a jakże – na Zaborowie. Dość ostro pod górę, choć z każdym rokiem wydaje mi się mniej stromo.

Ale kiedy podjeżdżałem pierwszy raz, wydawało mi się to nie lada wyczynem. Pomyliłem przerzutki, więc ciężko, serce po raz pierwszy od dwóch lat pompowało tyle krwi. Też była ciepła wiosna, pierwsze upały, na szczęście cień dawały klony rosnące przy szosie, świeżo asfaltowanej, jednej z tych, po które wchodziliśmy do unii.

Pot szczypał w oczy, mrużyłem je, nie patrząc do góry. Pachniało mocno, jaskrawo. Cisza, niedzielne południe, wszyscy na mszy albo przy rosole. Znak w połowie drogi, od niego zaczyna się stromizna. Jeszcze mocniejsze depnięcie, za chwilę można wyprostować plecy.

Przystaje się tam przy kamiennym krzyżu, jak to na rozstajach. Na cokole błaganie, oszczędne, jakby kamieniarzowi nie chciało się dłubać dłuższego zdania. Zlekceważył nawet interpunkcję: Boże błogosław nam 1935. Jeśli nawet błogosławił, to niedługo, jak się wydaje. A może wszystko jest  błogosławieństwem, ale w porządku innym od naszego, pełnego przekleństw?

Po prawej miałem ogromne pole żółtego, słonecznego łubinu. Dalej jakieś zieloności, pogrodzone pasmami krzaków kwitnących na biało, opadające ku ścianie lasu, gęstej, pociemniałej zgniłą zielenią. Za plecami pole wznosiło się łagodnie. Słońce prześwietlało kępę drzew, spinająca krajobraz na horyzoncie. Po lewo kolejny cień i zjazd, z obietnicą rzeki, przybranej po niedawnych deszczach, odbijającej przechylone nad nią drzewa i niebo. Dziękowałem bez słów, nie zastanawiając się, komu. Dwa lata po zawale życie było, piękne.

Czasem wydaje mi się takie i dziś, choć na ten pagórek wjechałem już setki razy. Jakoś tak zawsze tu po drodze, mimo że zmieniałem trasy, odwiedzałem nowe, coraz mniej, miejsca. Wyruszałem z Mniszka i do niego wracałem, przejechaną przestrzeń zamykając w pętli, jakbym się bał, że nie zostanie przy mnie.

Łaska powtórzeń. Powtarzany setki razy ruch po okręgu staje się w końcu spiralny?

 

CZAS

Czas był najwyższy: przed czternastu laty, gdy pierwszy raz pojechałem rowerem, miałem czterdzieści cztery lata. Co nic nie znaczy, żadnych romantycznych mistycyzmów, raczej wstydliwa przypadłość: nigdy nie nauczyłem się utrzymywania równowagi na dwóch kołach. Teraz, gdy lekarz kazał się ruszać, by pożyć po zawale, M. wynalazła gdzieś trójkołówkę, solidny rower dla niemieckich emerytów albo dla niepełnosprawnych.

Pożyłem, inaczej niż drzewa na podjeździe, wytyczające kierunek. Jacyś idioci wycięli je, bo groziły  im rozrośniętymi konarami i bezczelnie sypały liście na nowiutką wtedy jezdnię. Dziś drogę wyznacza kruszejący asfalt, do czasu.

Znak z rozmazanym kosmosem też ktoś wyrwał i wrzucił do rowu. To nic, przecież znam tę drogę na pamięć, zapętlałem ją setki razy. Skurczyła się przez te lata. Czas, poruszony, zaciska ją coraz mocniej.

 

Data dodania: 4 maja 2018

W mięsnym „u Chochoła” już w piątkowe popołudnie półki puste jak w stan wojenny. Towar mają tu dobry i świeży, choć droższy niż gdzie indziej, ale też okazja nie byle jaka, weekend długaśny jak korki na wylotówkach, więc kto by na świętowanie skąpił. Jesceśmy nie lada jacy. Chochoł nawet ma wolne.

 

***

Cały naród rocznicę swojej pierwszej konstytucji grilluje. Chciałem napisać: miłuje, ale to w sumie na jedno wychodzi. Potomkowie pańszczyźnianych chłopów bawią się dziś po pańsku. Nic to, że z pańszczyzny uwolniła ich nie ta konstytucja, lecz inne akty prawne, narzucone później przez obcych.

Polska historia jest pokręcona, kto by tam pamiętał ją ze szczegółami. Łatwiej zapamiętać temat trzeciomajowej lekcji: pierwsza w Europie, druga na świecie. Nastroiłem pawich piór: postawie se pański dwór!

Co roku w maju poprawiamy sobie narodowy nastrój historyczną klasyfikacją. Znów miejsce na pudle, jak w niegdysiejszym Wyścigu Pokoju. W Europie byliśmy pierwsi, nikt nas nie będzie uczył jeść nożem i widelcem.

Nie wszystkim to jednak wystarcza. Społecznicy z mojego rodzinnego Radomia  ogłosili, że pierwszą polską konstytucją wcale nie była trzeciomajowa „Ustawa Rządowa”, lecz przyjęty w roku 1505, oczywiście w Radomiu, akt prawny znany jako Nihil Novi. Nic to, że w polskiej tradycji prawnej termin constitutiones zarezerwowany był dla wszelkich uchwał sejmowych, zaś współczesne znaczenie słowa konstytucja pojawiło się po uchwaleniu konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Nic moich krajan nie powstrzyma w dziele utrwalania konstytucyjnego pierwszeństwa. A także dziale, bo na skwerze obok nieistniejącego zamku historyczni przodownicy ustawili dwie kopie starych armat i nawet z nich już rocznicowo wystrzelili. A jeszcze Zagłobę posadzą w pobliżu, na pamiątkę dziury w czole, co mu ją szlachcic kuflem wybił na sejmiku w Radomiu.

Złośliwi powiadają, że Polska to Radom Europy. Nie cierpię zbyt łatwego dworowania sobie z rodzinnego miasta, ale w tym przypadku… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą!

 

***

I tak poprzez Gombrowicza wracamy znów do Grillowania konstytucji, które z Miłością Kochanej Ojczyzny tak nam się jakoś połączyło: kto wie, czy mielibyśmy co obchodzić, gdyby nie staropolski styl świętowania Wielkanocy i innych okazji, wedle którego świętujących poza obżarstwem, opilstwem i bywaniem niewiele obchodziło. Tygodniami, co tam nasze majówki.

Twórcy projektu konstytucji postanowili z tego obyczajowego rozmachu skorzystać i przyspieszyć jej uchwalenie tak, by konserwatywna  opozycja na poświąteczne obrady sejmu do Warszawy zjechać nie zdążyła. Udało się lepiej niż dieta cud.

Ostatecznie 3 maja 1791 roku zebrało się w stolicy 182 parlamentarzystów, z czego 101 było za projektem konstytucji. Potem jeszcze kilkunastu przyłączyło się, jak to bywa, do zdania większości. Tej większości, która obradowała, bo prawdziwą większość stanowili nieobecni. Sejm i senat składały się wówczas z pięciuset parlamentarzystów, ale też – podkreślmy za prof. Ajnenkielem – stu osiemdziesięciu dwóch obradujących wystarczyło do prawomocności głosowania.

Konstytucję uchwalono – jak byśmy to dziś powiedzieli – poza trybem. Została po prostu odczytana w sali obrad, deputaci nie dostali wydrukowanego projektu do regulaminowego „trzydniowego namyślania się”.

Burzliwe obrady trwały wiele godzin. Sam król był za, a nawet przeciw: miał pewne wątpliwości prawne i żądał, żeby sejm zwolnił go z przysięgi, którą potwierdził niegdyś pacta conventa, gwarantujące wolną elekcję i narzucone przez państwa zaborcze poprzednim sejmom.

W końcu zaczęto domagać się od króla, by przerwał dyskusje i konstytucję zaprzysiągł. Stanisław August podniósł rękę, by – jak potem tłumaczył we wspomnieniach – zabrać głos po raz czwarty. A to nasi wzięli za znak już mojej przysięgi. Rzucili się hurmem do tronu, a ja widząc, że rzecz się daje zrobić, zrobiłem – tak opisywał król wydarzenie rodem z komedii sytuacyjnej.  A brakiem sejmowego głosowania nikt się nie przejął.

 

***

Jeśli dodać do tego naciski, by mimo zgodnego z prawem protestu opozycji deputacja konstytucyjna ustawę podpisała, a także uchwalenie przez sejm, iż nieważne będą wszelkie wystąpienia wobec konstytucji, w tym legalne protesty wnoszone za pośrednictwem sądów, to można pomyśleć, iż wszelkie podobieństwa do konfliktów konstytucyjnych z najnowszej historii są nieprzypadkowe. I nieprzyjemne, jak pamięć o ręce króla.

Tak, tej samej ręce, która nieco przypadkiem o uchwaleniu jednego z najważniejszych polskich aktów prawnych przesądziła. I która – o czym sejmowa publika nie wiedziała – przez lata brała moskiewskie pieniądze.

O tym, że króla polskiego opłacały mniej lub bardziej hojnie zaborcze mocarstwa, pisał sporo Jarosław Marek Rymkiewicz, w „Wieszaniu”. Pisał jak zwykle: wspaniałą polszczyzną i z zamiłowaniem (niektórzy twierdzą, że chorobliwym) do polskich spraw i sprawek potocznych, mniej znanych, bo niejasnych albo i brudnych, powodu do świętowania nie dających.

Kłopot z Rymkiewiczem polega jednak na tym , że jego wizje i tezy bywają szalone, ale też okrutne, kompletnie nie przystające do naszego rzekomego zamiłowania do sielanki i fety narodowej. Więc i za bardzo czytany nie jest, bo nie wypada.

A na pewno nie czyta go lud święta narodowe grillujący. Bo przecież „lud ten dobry jest”, jak w insurekcję pisał do króla Stasia ksiądz Kołłątaj o tłumie, który na warszawskich ulicach ubijał szubienice, by tych, których miał za zdrajców, wieszać na nich bez sądowej zwłoki.

 

***

Nie da się wykluczyć, że niektóre rosyjskie dokumenty finansowe, które Rymkiewicz, w części za Tadeuszem Korzonem, przytacza, to carskie fałszywki, mające króla na gniew ludu narazić. Rosyjska tradycja dzielenia i skłócania niezależnych od Moskwy nie urodziła się, wbrew niektórym megalomanom, w kwietniu 2010 roku.

Są jednak inne papiery, wraże finansowanie potwierdzające. I królewskie wyjaśnienia, dlaczego te ruskie dukaty persony tak wyrafinowanej nie brzydziły:

…zajęte przez wszystkie trzy potencje wszystkie bez excepcji ekonomie żup i intraty moje przyprowadziły mnie i trzymały w tak zupełnym niedostatku, że exacte żyć nie miałem z czego, a zatem że konieczność wyciągała, aby mnie ci sami cóżkolwiek do życia użyczyli, którzy mnie ze wszystkiego obnażyli byli.

Tak pisał król do naczelnika Kościuszki, żądając sprostowania, gdy podczas insurekcji „Gazeta Rządowa” napisała, że Stanisław August brał dieńgi od wrogów, którzy Polskę rozebrali. Brzmi to tłumaczenie bardzo współcześnie.

Przecież do polityki nie idzie się dla pieniędzy, no ale żyć z czegoś trzeba = powiedzielibyśmy dzisiaj, gdyby nie to, że już inni to powiedzieli. I to dawno temu.

 

***

Te rosyjskie wpływy i pieniądze, ta uwalana królewska ręka, ten przewrót sejmowy, w imię wyższej konieczności za nic mający drobne dobra powszednie, jak porządek, procedury, zwyczaje; a także i fakt, że Kościuszko „Gazecie Rządowej” króla przepraszać kazał i publikowania list łapówkarskiej hańby faktycznie zakazał; i jeszcze inne ówczesne zdarzenia nader współcześnie wyglądające – wszystko to kusi, by uznać, iż w genach naszych albo w tym czymś nieokreślonym, niejasnym i wątpliwym, nazywanym charakterem narodowym, skrywa się perwersyjne zamiłowanie do autodestrukcji.

Towarzyszy mu przy tym skłonność do gestów egzaltowanych, efektownych, czasem nawet pięknych, ale niewczesnych, czynionych po szkodzie, a i nieskutecznych. Co na przykład z tego, że Sejm Wielki uchwalił utworzenie stutysięcznej armii, skoro szlacheccy i duchowni patrioci notorycznie zaniżali wartość swoich majątków, by płacić mniejsze podatki. Nazwane zresztą pięknie: ofiarą dziesiątego grosza.

Grosza zabrakło, więc zamiast stu wojsko polskie liczyło ostatecznie czterdzieści sześć tysięcy żołnierzy.

 

Analogii między tamtą historią a dziś znaleźć można rzeczywiście dużo, ale to jednak zbyt łatwe i złudne: takie usprawiedliwiające szukanie przyczyn dzisiejszych słabości i błędów w słabościach przodków, w ich zwycięstwach szukanie nadziei, bez pytania o cenę. Jeżeli historia rzeczywiście jest nauczycielką życia, to trzeba odebrać jej natychmiast prawa do wykonywania zawodu. Niczego nikogo nie uczy.

 

***

Ale mimo wszystko coś nam jednak ta historia polskiej „wielkości w upadku” o nas samych mówi i morał z niej wysnuć można niejeden. Na przykład taki, że zawsze istniała w Polsce mniejszość, która dla demokracji gotowa była poświęcić wiele, nie tylko krew, ale i rozum. Tęskniła za nią słowem i czynem, ale jak twierdził wieszcz, który na romantyczne podium się nie załapał, czyn tu każdy za wcześnie wschodzi, zaś książka każda za późno.

Tylko postrzelać sobie lubimy zawsze, najchętniej ślepakami, na wiwat. Niech się więc święci, skoro musi, skoro tak się boimy, że nas zjedzą. Gombrowicz nie pierwszy raz trafił w dziesiątkę, choć strzelać się wzbraniał.

O naszym zakompleksionym samochwalstwie napisał w „Dzienniku” tak: (…)nic własnego nie może człowiekowi imponować; jeżeli więc imponuje nam wielkość nasza lub nasza przeszłość, to dowód, że one w krew nam nie weszły.

 

Obawiam się, że i z demokracją naszą jest podobnie.

 

 

 

Data dodania: 18 kwietnia 2018

Katastrofa. Oszukał nas ten kwiecień, zdrajca. Wybuchł letnim upałem zamiast łagodnych pierwiosnków. O przedwiośniu można tylko pomarzyć, amputowana pora roku, kikut, pamiątka dawnego ładu, poszarpanego dziś, pogwałconego. I jak tu  literatury ojczystej nauczać, jak metafory objaśniać, tradycje kontynuować, dalejże, kanony utrwalać?

No jak, kiedy nagle żadnych chmur ołowianych, ocierających się o korony drzew, żadnych mgieł nad łąkami po nocnych chłodach? Na początku miesiąca, jakby szyderczo, jeszcze się ze dwie normalne noce trafiły, jak na przednówek przystało, sine niedobitki zimy na wschód wypędzonej. Ale po nich już tylko gorąc, palące słońce i przedburzowa duchota, osłabiająca podstępnie.

Zielono i niebiesko wokół, z dnia na dzień. Skowronki uzgadniają z ziemią lądowanie, szukając odpowiedniego pułapu. Samce wzlatują wysoko, nikną w słońcu. Samice wysiadują na ziemi, szaroziemiste, więc niełatwe do wypatrzenia. Skowronki są niestrudzone, śpiewają przez cały dzień, preludium do rozmnażania. Tylko we mgle milkną.

Kwiecień pachnie kwieciem, wiadomo. Zwykle całe to kwitnienie zaczyna się koło Wielkanocy, gdy nie wypadnie ona zbyt wcześnie. Jeśli śledzić przyrodę uważnie, to łatwo ustalić, że pierwsze otrząsają się z zimy forsycje. Kwitną na żółto i ładnie komponują się na wysprzątanych po zimie grobach.

To w mieście, bo na wsi, zawsze bardziej tradycyjnej, pierwsze kwitną ciernie. Drobne, byle jakie białe kwiatki wyrastają wprost z  cienkich gałązek, zakończonych ostro. Wystarczająco ostro, by pokłuć, do krwi. Z nich to wyplatano niegdyś korony, które ludowa, mściwa ironia wciskała podczas jasełek na skronie swoich zbawicieli.

Tarnina podobna jest do rzadszego u nas judaszowca, porastającego wraz z innymi cierniowcami okolice Jerozolimy. Skojarzenie odsyła wprost do eschatologii: to, co zwiastuje nowe życie, od ręki zapowiada też śmierć, żeby przypadkiem nikt wiosną się nie zachłysnął i się w niej nie zapomniał.

Krzaki tarniny chętnie wyrastają przy polskich drogach. Osłaniają pola, skrywając krajobraz po bitwie postu z karnawałem, odłamki naszej wspaniałej cywilizacji: butelki bez listów, kubki z plastiku, więc od spiżu trwalsze, chusteczki mocno już niehigieniczne, nieprzydatne do żegnania wychodźców, puszki z oderwanymi zawleczkami i inne konsumpcjonistyczne niewypały. Taki pejzaż, jakby odmarznięte pobocza wybebeszył ktoś, komu nie wystarczają już rozjechane na miazgę żmije i jeże, skuszone obietnicą ciepłego asfaltu.

Na polach, pod ścianą lasu nieśmiało zielenią się brzozy, drzewa wyklęte w polskim pejzażu, dziś rymujące się ze śmiercią i cierpieniem, częstochowsko. W wyobraźni rymopisów stoją dumnie, okaleczone, zawinięte w białe bandaże. W kwietniu pylą,  nie tylko uczulonych wzruszając do łez. Im więcej takich asocjacji, tym łatwiej o wawrzyny, przynajmniej od jakiegoś czasu. A może od zawsze?

Próbujmy więc, to łatwe. Choćby te drobne, zielone listki – czy nie wyglądają jak postrzępione supły na nahajkach, do których podobne są przecież cienkie brzozowe witki, zwieszające się smutno z konarów ku ziemi. Brzezinka, przecinka, stare drzewa umierają samotnie, stojąc, choć łamią się łatwo. Kora jak postrzępiony całun, wbite w pień odłamki, stygmaty kapiące żywicą, pozimowe błoto.

Kiedyś polskim symbolem był dąb, znak siły, zdrowia, trwania, ale kto by tam miał cierpliwość czekać, aż się rozrośnie i będzie cieszył oczy. Radość zostawmy zresztą innym, mniej od nas wybranym.

My mamy polskie kwietnie, z Wielką Nocą czy bez niej, ze zwykłymi nocami, stebnowanymi przymrozkiem, rozmazywanym przez poranne słońce. Mamy i inne miesiące, a wszystkie takie same: narodziny już podszyte śmiercią i rozpadem, nieustające dziady i szum pawich piór, radość zawsze nie w czas, więc zakazana. Nasze biedne imaginarium, kwiecień – plecień.

A wiosną niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę, marzyło się niektórym. Nic z tego, nie ma mowy, choć każdy polski miesiąc ma swoją opowieść, a jedna smutniejsza od drugiej, ciernie wysławiająca, koronowanie cierpiących całoroczne. I tylko język bywa niepodległy, bo jest jak czarna skrzynka, pamięta, co ślina przyniesie.

Może czasem lepiej nie odcyfrowywać jej do końca? Zapis kwietniowej opowieści, odczytany sumiennie, kończy się na „mać”. I tak po prawdzie, to tymi słowami, niezbyt nadającymi się na patetyczno-pedagogiczną puentę, kończy się większość opowieści z polskiego narodowego kanonu. Potem jest tylko huk, trzask i krzyk, którego nawet łase na sensację media nie odważają się emitować, przerażone.

Ćwiczeni jednak jesteśmy w stylu innym, podniosłym, acz mniej prawdziwym. I od jakiegoś czasu to już otwarcie styl polski narodowy. Pisany jak w tytule: bez przecinka lub choćby myślnika, dającego szansę na dystans i zrozumienie.

Data dodania: 3 kwietnia 2018

1.

Zbyt krótko byłem ministrantem, by dostąpić wtajemniczenia, jak przygotować kadzielnicę, by we właściwym momencie nabożeństwa podać ją celebransowi gotową do symbolicznych czynności. Do tego zadania wyznaczani byli starsi, doświadczeni, obdarzeni na dodatek kuglarską zręcznością. Młodszym i nieporadnym pozostawało asystowanie.

Lubiłem wpatrywać się w rozkołowaną kadzielnicę, uwięzioną na łańcuszku o regulowanej długości. Nabierała niebezpiecznej prędkości, wirując hipnotycznie. Cała sztuka polegała na podtrzymywaniu żaru tak, by dymił, wypalając się powoli, bez płomienia.

Kadzielnicy używa się między innymi podczas mszy pogrzebowych. Nigdy nie chciałem do nich służyć.

2.

Kilka lat później Bóg umarł w synu, któremu zabrał Ojca. Duch, osoba trzecia, więc i trochę postronna, jeśli przeżył, to i tak ledwo tchnący.

Trudne porachunki, niewiadome równanie bez rozwiązania, duszna buchalteria.

3.

Jak pokazuje opowieść o Hiobie, Bóg odmawia targu. Gdziekolwiek jest, jeśli jest, milczy, nie podejmując zakładu. Uczono nas tego nawet w szkole, na lekcjach martwego języka: ojciec polskiej literatury rymujący dramat ojca, który pogrzebał córkę. Treny kontra alleluja.

Cykl o przemyślnej konstrukcji: rozpacz, bluźnierczy bunt, a na koniec wykoncypowane pocieszenie – życie wieczne, jedyna nadzieja na jeszcze kiedyś spotkanie. Wiecznie wielka literatura. Kanon.

4.

Ta historia toczy się przez wieki. Mój przyjaciel niedawno stracił córkę. Chorowała długo, beznadziejnie. Umierała – opowiadał – trzy razy. Modlił się, błagał, wierzył w ratunek. Trzeciego cudu nie było, dziś są gorzkie żale i rachunki. I jeszcze pytanie, komu je wystawić?

5.

Pytania trudne jak rachunek sumienia lub prawdopodobieństwa:

Czy pragnę zmartwychwstania? Sam nie wiem. Myśl o nim wydaje się bardzo mecząca, a nawet trochę zawstydzająca. Podobno zmartwychwstaniemy „ze wszystkim, co uczyniliśmy”, a nie wedle „dobrych uczynków”… i co wtedy? Czy nie lepiej być całkiem zapomnianym, nie lepiej w ogóle zniknąć?

(…) Prawie nie życzę sobie zmartwychwstania, czy też lepiej powiedzieć: chciałbym zmartwychwstać i być z Bogiem sam na sam, bez „innych”… bez świadków i podglądaczy. Pragnąłbym zmartwychwstać nie „dla Boga” w sensie teologicznym, tylko po to, by móc pamiętać i dalej kochać tych, których znałem i kochałem na ziemi.

W ostatecznym rachunku „ziemia” jest dla mnie wszystkim: bez wspomnień „o ziemi”, bez ludzi, których na niej spotkałem, stanowczo nie życzę sobie zmartwychwstania. Nie mam żadnego interesu we wskrzeszaniu.

Tak myślę. Może nie najmądrzej, ale tak myślę.

6.

Powyższe oczywiście nie ja napisałem, choć to i moje pytania. Czekały na mnie od dawna w „Wiecznym temacie” Wasilija Rozanowa, pisarza nazywanego czasem rosyjskim Nietzschem, człowieka wierzącego, gwałtownie, niepokornie, z trudem.

Odpowiedzi, które daje Rozanow, są jakoś bliskie ludowym wyobrażeniom i pobożności, ale przecież filozoficzne. Wolne więc od tej oczywistości i bezwzględności ludowej wiary, dziecinnie ufnej i naiwnej.

7.

W pamięci: głośny, zdyszany szept babci, przekrzykujący telewizor, wieczorem, zza zamkniętych drzwi pokoju. Milknący nagle, zapadający w drzemkę, potem tym głośniejszy, z pośpiechu połykający głoski. Wyznanie wiary na bezdechu, adogmatycznym, wbrew intonacji i interpunkcji: Ukrzyżowan podponckimpiłatem, pogrzebion trzeciego dnia… Zmartwychwstał. Westchnienie ważniejsze pewnie od traktatów. Czemu tak mnie nieraz irytowało?

Czy zazdrościłem utraconej ufności? A może zbyt przypominało mi o dziecinnym lęku przed sądem, ostatecznym, bez odwołania. Bo jak mówili sumienni tłumacze Boga: przecież po to dano mi władzę sądzenia, co dobre a co złe, by mnie w końcu osądzić. Nagrodzić lub (częściej) ukarać.

8.

Jeszcze raz Rozanow:

Jestem taki malutki. Po co Bóg miałby mnie karać? Nie wiem. Walczyć ze mną, pokonać mnie, okaleczyć mnie, „spalić w ogniu”? Nie wiem, naprawdę nie wiem. Aż do chwili tego „nie wiem” nie boję się.

9.

Cytowane fragmenty, przetłumaczone przez Piotra Nowaka, pochodzą z eseju napisanego przed stu dwudziestu laty. Ten i inne teksty Rozanowa, choć mocno zanurzone w historię, nie są anachroniczne. Bywają za to narkotyczne, szczególnie wtedy, gdy rozpadają się na fragmenty, akapity. Rozlatują jak opadłe liście.

10.

Oryginalna notka na skrzydełku tomu zatytułowanego „Przez śmierć”:

„Pamflecista, dziennikarz, prowokator, immoralista. Jeden z najciekawszych pisarzy rosyjskich, wybitny myśliciel religijny nazywany rosyjskim Nietzschem. Do najważniejszych, zebranych w trzydziestu tomach prac Rozanowa należy zaliczyć książki o Chrystusie, Dostojewskim, Gogolu, seksie i apokalipsie. Stworzył niepowtarzalny styl literacki, w którym połączył plotkę i refleksję filozoficzną z niespotykaną błazenadą. Miał pięcioro dzieci.”

Był płodny. Zadawał pytania, nam i za nas.

11.

Wielu fascynował i uwodził. Choćby Czapskiego albo Wata, ich zresztą nie przypadkiem. Obaj przeżyli apokalipsę naszych czasów. Przeszli przez piekło i nie zamarzli.

Część myśli Rozanowa była dla nich nie do przyjęcia, choć dla każdego z odmiennych powodów. Ale forma, namiętna, krzycząco pytająca – ona ich pociągała. Wolność pisania i wolność myślenia. Radość ze zdań własnych, jeszcze nie napisanych, nie przemyślanych, a znajdowanych u innego.

12.

Takie zdania znalazłem niedawno u  Christine Lavant w „Zapiskach z domu wariatów”, przetłumaczonych przez Małgorzatę Łukasiewicz:

Dlaczego, jeśli istnieją aniołowie, żaden z nich nie ma za zadanie zapobiegać tu na ziemi rzeczom, którym wolno się zdarzać dopiero w najgorszym piekle.

Zapisuję to zwyczajnymi słowami, zapisuję, jakby to nie było nic szczególnego, a właściwie powinna bym rozwalić te ściany i kamień po kamieniu ciskać w niebo, ażeby sobie uprzytomniło, że ma jakieś obowiązki także tu, na dole.

13.

Na Siennej kadzielnicę rozpalało się tuż obok kaplicy. Małe wnętrze w świątecznym czasie nie mieściło wszystkich wiernych, wiernych od święta, więc stali na zewnątrz. Niektórzy przytuleni do ścian jakby chcieli się ogrzać.

Trzeba było więc uważać, by rozkręconym trybularzem nie trafić kogoś, gdyby nawinął się zbyt blisko.  A także, by z urządzenia obracającego się jak sputnik uwięziony na orbicie nie wyleciał żar. Mógłby wtedy okazać się jedynie małym, szybko dopalającym się okruchem.

14.

I po świętach. A tamtego żaru mi żal.

 

Data dodania: 21 marca 2018

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom…

 
4 marca, w nocy, w Udine, zmarł Davide Astorii, piłkarz i kapitan Fiorentiny. Miał ukrytą wadę serca, tak ukrytą, że nie znalazła jej nawet medycyna sportowa. Mecz ACF Fiorentina z Udinese Calcio oczywiście odwołano, podobnie jak wszystkie zaplanowane na tamten weekend.

Tydzień później Fiorentina zmierzyła się z Benevento, a mecz – jak twierdzili zgodnie komentatorzy – był emocjonujący głównie z powodu okoliczności, a nie gry w piłkę.

To oraz pozostałe spotkania dwudziestej ósmej kolejki Serie A poprzedziła minuta ciszy i inne gesty upamiętniające zmarłego piłkarza. Z tego powodu grę na stadionie florenckiej drużyny rozpoczęto nie o 12.30, lecz cztery minuty później. To ważne, liczby tego meczu domagają się uwagi.

Davide Astorii zmarł w wieku 31 lat. W Violi grał z numerem 13, dlatego mecz przerwano właśnie w trzynastej minucie, a na trybunach kibice ułożyli z kartoników żałobne puzzle z napisem „Davide 13”. W tej samej minucie lunął deszcz.

Jedyna bramka padła 13 minut później, w 26 minucie spotkania. Strzelił ją Victor Hugo, młody obrońca, który zagrał na pozycji wcześniej zajmowanej przez Astoriego. Na koszulce miał odwróconą trzynastkę, czyli 31. Ponieważ rozpoczęcie meczu się opóźniło, 26 minuta, w której Hugo zdobył zwycięskiego gola, wypadła punktualnie o 13.

Próbowałem opowiadać o tym splocie liczb i zdarzeń mężom biegłym w teologii, filozofii, literaturze, a nawet rachunku prawdopodobieństwa oraz jeszcze mądrzejszym niewiastom. Nawet nie mieli cierpliwości, by wysłuchać do końca. Wzruszali ramionami i patrzyli wymownie, a ja czułem się jak wiejska babka, wróżąca na dwoje i szukająca sensu w fusach wysychających na dnie szklanki wbitej w koszyczek z plastikowej plecionki. Musiałem radzić sobie sam, bo ów splot nie dawał mi spokoju.

I w końcu wymyśliłem: ta bramka wcale nie padła o trzynastej! Bo przecież w dniu meczu i wcześniej cała Europa odczuwała skutki konfliktu między Kosowem a Serbią. Gdzieś tak w połowie stycznia Kosowu zabrakło prądu. Według międzynarodowych umów brakujące megawaty powinna dostarczyć temu państewku sąsiadująca z nim Serbia. Nie zrobiła tego, więc z pomocą przyszły inne europejskie kraje.

Krótkie zaburzenie w przesyle energii elektrycznej miało jednak znacznie dłuższe skutki. Wkrótce prądu w sieci znów było dość, ale spadła jego częstotliwość. A wszystkie czerpiące energię z sieci zegary są uzależnione właśnie od częstotliwości prądu. I dlatego w całej Europie elektroniczne czasomierze zaczęły się spóźniać, nawet o sześć minut.

Prawdopodobnie więc w momencie, gdy Victor Hugo strzelał zwycięską bramkę dla Fiorentiny, była nie trzynasta, lecz kilka minut po. A skoro jedną liczbę z tego splotu okoliczności da się wypruć, to może da się rozbroić resztę?

Ulga to prawdziwa, bo za chwilę kolejne święta i znów nam, niedowiarkom i niewiarkom, przyjdzie zmierzyć się z jeszcze bardziej nieracjonalną historią.

Wynik tych zapasów jest z grubsza znany: pewnie po raz kolejny wykonamy gest Gombrowicza, zapisany w słynnym fragmencie „Dziennika”, opowiadającym o wigilii roku 1956 w Mar de Plata i słynnej burzy, którą autor Kosmosu „powstrzymał” wyciagnięciem ręki. A potem ponownie rozhulał, kolejnym gestem, „przez ciekawość”. Na trzecie uniesienie ręki już się jednak „nie odważył”:

Bardzo przepraszam. Po raz trzeci nie ośmieliłem się wyciągnąć ręki – i ręka moja do dziś pozostała „nie wyciągnięta”, skażona tą hańbą. Bez żartów, co za nędza! Jaka kompromitacja! Ja, który przecież nie jestem histeryk ani półgłówek! Więc jakże – żebym po tylu wiekach znaczonych rozwojem, postępem, nauką, żebym bynajmniej nie z żartobliwej, ale z poważnej, z solidnej obawy nie odważył się wyciągnąć po nocy ręki – podejrzewając, że „a nuż” ona rządzi burzą? Czy jestem człowiekiem trzeźwym, nowoczesnym? Tak. Czy jestem świadomy, wykształcony, zorientowany? Tak, tak. Czy znane mi są najnowsze osiągnięcia filozofii i wszystkie prawdy teraźniejszości? Tak, tak, tak. Czy jestem pozbawiony przesądów? Tak, na pewno! Ale, do diabła, skąd ja mogę wiedzieć – gdzie pewność, gdzie gwarancja, że ręka moja gestem magicznym nie zdoła wstrzymać albo uruchomić burzy?

I on tak serio, ten Gombrowicz? Z tymi pytaniami globalwioskowego głupka? Z tą dziecinną magią? No właśnie: naprawdę serio?

Gest zaniechania gestu, podszyty lękiem. Nawet jeśli żartował, to przecież bardzo, bardzo poważnie.

Data dodania: 13 marca 2018

 

Początek marca był wciąż luty. Mróz, spadający na ziemię nocami, rozbijał śnieg na drobne kryształki, rano chrzęszczące pod rozdeptującymi je butami. Ostre powietrze raniło załzawione oczy, zaskoczone nagle odzyskanym słońcem. Lodowate, kłuło w  mózg, jak telewizyjne wiadomości.

Lepiej nie patrzeć i nie słuchać? Znaleźć niszę? Albo jakieś zajęcie pochłaniające całą uwagę? Jak zdekonspirowana nocnym śniegiem wrona, czarno na białym dziobiąca zmarzlinę, szukająca czegoś w koleinach. W połowie stycznia wyżłobił je na trawniku ciężki samochód z piaskiem dla dozorców, przywiezionym w środku kalendarzowej zimy, bez sensu. Może właśnie sensu chce dodziobać się wrona? Nie czytała Cichego, a pozwala rzece płynąć?

***

Ja czytam. W „Pozwól rzece płynąć” najpierw świetne opisy miejskiego pejzażu, potem dydaktyka: „Przede wszystkim jak najmniej polityki. Jak najmniej kibicowania, jak najmniej tego nacisku za-czy-przeciw. (…) Histeria ekranów. Telewizyjne bielmo zasłaniające oczy. Delirium wyprowadzonych w pole zmysłów. Dziennikarze są pełni dobrych intencji, ale to, co sprzedają, to tylko elektromagnetyczna amfetamina gorszej albo lepszej jakości. Ten świat, który nam dilują i za którym albo przeciw któremu każą nam się opowiadać, nie jest światem. Jest złudzeniem optycznym.”

Nie jest. Można nie zajmować się polityką, ale ona i tak zajmie się nami, z butami i na odlew, przynajmniej pod tą szerokością geograficzną. Można nie słuchać polityków i usłużnych im dziennikarzy, ale nie znaczy to, że przestaną mówić. Sfałszowany, skorumpowany język i tak dopadnie nas czkawką. A najlepszy sposób na czkawkę – nastraszyć czkającego. Chętnych do straszenia nie brakuje.

***

Na naszym podwórku między blokami śnieg topnieje najpierw szerokim pasem, jakby pod trawnikiem rzeczywiście płynęła zakosami ciepła rzeka. Nieszczelne rury oddają nasze ciepło ziemi. Niech jej tam będzie, ale gdy przychodzi nagły mróz, rury pękają i marzniemy. W tym roku pękły na szczęście gdzie indziej. Dobrze, bo luty był jak niegdyś, zmroziło wszystko.

Zmroziło asfalt, który znów trzeba będzie łatać wiosną, bo rozsadzi go solny lód. Wodę pomiędzy krzywymi płytami, nie mającą w co wnikać, więc rozkruszającą chodnik. Zmroziło kasztanowiec śliniący się już pąkami do słońca. Jemiołę oplątaną na dopiero co okoronowanych drzewach, znów na jakiś czas odsłaniających lustrzany widok bloku naprzeciwko.

Zmroziło nawet podzwanianie ptasiego pierwiosnka, przedwczesnego jak nie w porę obudzone jeże i dzikie gęsi przywiane za wcześnie, o których pisało w internecie. Tuż obok doniesień o zamarzaniu bezdomnych oraz stosunków Polski ze światem.

Nie trzeba telewizora, wystarczy dwa zdania rzucone przez sąsiada na schodach. Słowa wypowiedziane publicznie, nawet nieproszone, wciskają się wszędzie, pod każdą warstwę ochronną, jak luty mróz. Dźwigają emocje, które mają mrozić lub rozżarzać. Lodem też można się poparzyć. Przekaz dnia. Żadnych umiarkowanych klimatów, temperatur i ciśnienia przyjaznych meteopatom. Nie pod tą szerokością.

***

W jednym Michał Cichy ma rację: nie warto stać się fanatycznym kibicem w meczu, którego reguły określają politycy, bo to pułapka. Zgiełk trybun otaczających arenę nie pozwala wsłuchać się uważnie w sens słów, po których zalewa nas krew. Albo lodowaty pot, szmalcownik denuncjujący przerażenie.

Słów coraz groźniejszych. Oto ważny polityk mówi, że prawda historyczna jest jedna i będziemy jej bronić, choćby przeciw wszystkim. To „-my”, jak lep na muchy.

Należąc do klasy ludzi zbędnych, bo wykształconych humanistycznie, mam nałóg -szkodliwy, jak każdy – czytania ze zrozumieniem. Więc: skoro „prawda jest jedna”, to wszystkie odmienne zdania muszą być kłamstwem. A kłamstwa w prawym państwie tolerować nie można. Rozpowszechnianie nie-prawdy najprościej udaremnić, zamykając usta jej głosicielom. Najłatwiej dopilnować, by trzymali gębę na kłódkę, ich samych trzymając pod kluczem. Logika władzy, chichot historii. Znacie? To nic, i tak posłuchacie.

***

Na razie do zamykania ust głosicielom opinii odmiennych od tych, które władza uznaje za prawdę jedyną, używa się prawa, nie pięści. Dopuszczając nawet dyskusję, ale koncesjonowaną: nie wszystkim wolno używać słów ustawowo zakazanych. Na razie indeks jest krótki. Na razie.

W myśl(?) prawa słowami zakazanymi wolno posługiwać się naukowcom i artystom, publicyści i cała reszta strzępiących języki tej wolności nie dostała. Łaska pańska jako system. Państwo jak panisko, prokuratorem rozpoznające przynależność gatunkową wypowiedzi. Sąd decydujący, co jest, a co nie jest literaturą.

– Wasz zawód? – zapytała sowiecka sędzia Josifa Brodskiego.

– Poeta – odpowiedział przyszły noblista.

– Poeta? Kto stwierdził, że jesteście poetą? Zaświadczenie jakieś macie?  – nie dawała za wygraną.

– Ja… ja myślałem, że to od Boga…

***

Ale…

W „Rzeczach, których nie wyrzuciłem”, głośnej książce będącej cichym pożegnaniem, Marcin Wicha ma za złe słowa, które w 1983 roku, w miasteczku K., umieszczono na tablicy poświęconej „pamięci trzech tysięcy obywateli polskich narodowości żydowskiej, byłych mieszkańców wymordowanych przez okupanta hitlerowskiego w okresie drugiej wojny światowej”.

Zdanie długie jak tyczka, pisze Wicha, byle utrzymać to słowo jak najdalej od siebie. Słowo wstydliwe jak kleks, na który kiedyś w potocznej polszczyźnie mówiło się przecież „żyd”. Niefortunna plama, którą trzeba wymazać, wywabić, więc lepiej go unikać. To zgrabny koncept literacki, ale czasem literackie tropy mogą mylić. Jak prognozy pogody w dobie ocieplenia klimatu.

Żydzi z K. i innych polskich miasteczek zostali przez hitlerowskie państwo niemieckie skazani na zagładę nie dlatego, że byli polskimi obywatelami, ale jedynie dlatego, że byli Żydami. To przerażający sens holokaustu, motywowanej rasizmem zagłady. Rozumiem więc tych, którzy boją się, żeby nie został on pozbawiony swej grozy, zagadany – „bo przecież wszyscy cierpieli, były inne zagłady”.

Ale jednak: czy rezygnując z przypominania, iż znaczna część pomordowanych Żydów to byli obywatele Rzeczpospolitej, nie dokonujemy innej redukcji? Czy nie wyrzekamy się ich powtórnie? Nie wypędzamy raz jeszcze? To byli nasi współobywatele i wszystko dobre czy złe im uczyniliśmy, uczyniliśmy sobie. Po prostu.

***

Przez wieki mieliśmy wspólną historię, mimo odrębności i obcości. Nie wszyscy Żydzi chcieli się asymilować, nie wszyscy Polacy chcieli takiej asymilacji. Ale inność, różnorodność była w Rzeczpospolitej przynajmniej tolerowana. I dawała jej siłę.

Wszelkie generalizowanie jest ryzykowne, czy jednak nie działo się tak, że gdy tolerancja się kończyła, gdy odrzucaliśmy inność i różnorodność, nadciągały katastrofy? Nacjonalizm zakładał mundur, wdowy czarne suknie, a heroiczne klęski stroiły się w pawie i kogucie pióra masochistycznego mesjanizmu.

Każdy, także polski, mesjanizm jest zazdrosny o swą wyjątkowość. Jak w złowieszczo dowcipnym memie po monachijskiej wypowiedzi polskiego premiera: Ziemia jest za mała na dwa narody wybrane.

***

Jakbyśmy byli zmęczeni. Znów prawie trzydzieści lat wolności, odzyskanej cudem, jakżeby inaczej. Śniliśmy o raju, który zbudują nam inżynierowie i ekonomiści. Doczekaliśmy się dumnych ze swego cynizmu inżynierów dusz i bankierów słów, wyspecjalizowanych w „zarządzaniu konfliktem”.

Może gdybyśmy nie lekceważyli tak humanistyki, choć nie znosi ona złotych jajek z niespodzianką? Nie, to tylko stare inteligenckie złudzenie, bo przecież nawet studia historyczne na porządnym uniwersytecie nie chronią przed głupstwem: przed zrównywaniem zbrodni katów ze złem czynionym przez ofiary ze strachu, dla ratowania życia.

Ale przecież nie o wiedzę, lecz o władzę toczy się ta gra.

***

Wrona na trawniku w końcu przebiła się przez zlodowaciałą skorupę, odkrywając brudnożółty piasek. Kiedyś piaskiem posypywano krew na arenie albo słowa spisane atramentem, żeby się nie rozmazały, nie straciły ostrości, nie brudziły.

Po kilku ledwie dniach lód odpuścił słońcu, ciepłemu już, wiosennemu. Śnieg też stopniał, ale na chodnikach i jezdniach pozostały białe plamy zaschniętego słonego błota. Wkrótce zmyją je pierwsze ciepławe deszcze. Ale wciąż można się przeziębić.

Wiadomo: marzec miesiąc niebezpieczny dla Polaków, jak wszystkie. Zdarzało się, że marcowa aura budziła zamrożone bestie. Teraz też słychać, jak ryczą i bluzgają. Są mniej malownicze niż lute z powieści Dukaja. Nie literackie, lecz rzeczywiste.

Groźne.

 

 

 

 

Data dodania: 19 lutego 2018

Rzadko kręcę się po centrum R., ale wreszcie ją obejrzałem, przechodząc. Dowód pamięci, a raczej jej poszlakę: ławeczkę Gombrowicza. Miejski mebel, pomnik stosowany.

Ławeczka to dwa krzesła i stolik, na nim szachownica. Część pionków leży obok, partia trwa od dawna, z kim gra Gombrowicz, nie wiadomo. Na tym polega chwytliwość takich niby-pomników: każdy może się dosiąść i udawać, że jest w grze. Kto pierwszy, ten lepszy. Tak mu się wydaje.

Przysiąść przy Gombrowiczu można na niby-krześle, z czymś dziwacznym zamiast oparcia: ni to tułów, ni pamiątkowa tablica, zwieńczona wydrążoną pół-czaszką, z niby-lornetkami zamiast oczu. Pusta foremka, do wypełnienia, dosłownie, jak w piaskownicy.

Gombrowicz też jest niby, bo nie wiadomo, do kogo podobny. Na konkursowych makietach przypominał papieża, Polaka oczywiście, inni się w branży pomnikowej nie liczą. Ale w normalnej skali już ten Gombrowicz jakby mniej święty, za to wciąż jakby. On, a jakby nie on, niedorobiony, niedokończony, uformowany z grubsza. Jak R., o którym mawiają czasem, że to niby-miasto.

Nie-miasto, miasto nieistniejące, forma czekająca na wypełnienie. To gdzie ja się, do cholery, urodziłem?

 

***

Metrykalna odpowiedź jest prosta: na Żakowicach, które od kilkudziesięciu lat są dzielnicą na obrzeżach R., dziś zagraconą dużym blokowiskiem i nową nazwą. Zanim zostały zadeptane przez miasto, były zwyczajną wsią, choć niegdyś należącą nawet do Kochanowskich. W końcu jednak miasto zaczęło puchnąć, rozłazić się w szwach, pazernie zagarniając przyległe tereny.

Ale nawet jako dzielnica R., Żakowice długo zachowywały swą wiejskość. Po staremu uprawiało się tu ziemię pokawałkowaną dziedziczeniem, dorabiając robotami miejskimi, w garbarniach, fabrykach broni i butów, przy rozwożeniu węgla. Chłoporobotnicy żyli tu jeszcze zanim realny socjalizm wymyślił, jak ich nazwać.

Urodziłem się w domu, którego już nie ma. Moje Żakowice istnieją więc dziś jedynie w zapisie czasu, w pamięci, a nie w przestrzeni. Krążę wokół tego miejsca, ale nie byłem tam od dawna. A wtedy, przed półwieczem, Żakowice były niemal jedyną daną mi realnością. Moim przed-miastem, tak w czasie, jak i przestrzeni, przez pierwszą dekadę życia, tę najdłuższą.

Odeszliśmy, zanim nienasycone miasto połknęło wieś, do dziś zresztą nie mogąc jej strawić. Wyprowadziliśmy się do mieszkania jak klatka, w nowym bloku, w niby-centrum R., które wówczas od innego przedmieścia oddzielały tylko tory kolejowe. Z balkonu na dziewiątym piętrze widać było wieżę kościoła, do niedawna parafialnego, więc mogłem zerkać w przeszłość.

W mniej pogodne dni widok się rozmazywał i traciłem orientację. Pozostawało  wgapiać się w okna sąsiedniego wieżowca, od którego dzieliło nas mniej niż nasz dawny dom od szosy. Przestrzeń skurczyła się, zamknęła, ale i wyciągnęła ku górze. Gdzieś, niekoniecznie w niebo.

 

***

Nasze miejsce na Żakowicach też było niedookreślone, nieostre: jako jedyni w okolicy mieszkaliśmy na nieogrodzonej posesji. Babci ledwo wystarczyło pieniędzy na sklecenie byle domku, na płot już nie, a prowizorki stawiać nie zamierzała. Miała swój honor. I niewiele więcej.

Mieszkaliśmy sto metrów od szosy, do której prowadziła wąska ścieżka między dwoma zagonami kartofli i małym warzywniakiem, ogrodzonym słonecznikami na wysokich, twardych łodygach. Z drugiej strony horyzont zamykały domy, ustawione na tyle gęsto, że zasłaniały odległy kolejowy nasyp, nie tłumiąc jednak gwizdu pociągów.

Żadnego drzewa przy domu, przestrzeń kusząco otwarta, na dziką gruszę w polu, wabiącą słodkimi ulęgałkami, na powiązane kąkolem i powojem zboża, jesienią skrócone do ściernisk, na pijane ścieżki między orankami, zimą zasypiające pod śniegiem. I na obietnicę podróży do dalekich stacji.

Zagony wyobraźni, kartoflana niby-landia. Mniej zresztą niewinna niż ją tu opowiadam.

 

***

Wyobraźnia wolała jednak krążyć wokół miejsc niewidocznych, ogrodzonych gęstymi żywopłotami, broniących wzrokowi wstępu. Tajemnicze ogrody, dwa, niedaleko domu, łaska nadmiaru. Każdy z nich oczywiście zamieszkały przez zagadkowe postaci, znane bardziej z rozmów dorosłych, widywane rzadko. Zgodnie z regułami gatunku.

W ogrodzie Kacałów, ale jeszcze przed nimi, mieszkały siostry Olszowskie, odgrodzone od świata reputacją dziwaczek. Widywali je ci, którzy przychodzili po jabłka. Sprzedawały je tanio, za bezcen, więc mało komu chciało się przełazić przez dziury w płocie albo przeskakiwać go na złodziejstwo. Może tak właśnie chroniły się przed intruzami, same wybierając czas spotkań?

Nowi właściciele zaczęli od porządków. Wycięli kilkanaście srebrzystych świerków, poprzycinali żywopłot, który teraz więcej odsłaniał niż zakrywał: stare jabłonie, kosztele i renety, pokrzywione, z gałęziami ledwo mogącymi udźwignąć owoce, więc podpartymi drągami. Zniknęły dziury w ogrodzeniu, po podwórku biegały dwa niemieckie owczarki. Porządek, wyzwanie dla odważnych.

 

***

Do końca tajemniczy pozostał natomiast ogród doktorostwa Szajowskich. Czasem przez uchyloną bramę można było zobaczyć piękny drewniany dom. Zdarzało się to rzadko, jeśli w ogóle zdarzyło się więcej niż raz, nie pamiętam. Ale wiem, że dom widziałem.

Pamiętam za to żywopłot, wielkie i gęste cisy, chyba. Krzewom wyrastały jagody, małe, podobno niejadalne, ale i nie trujące, cierpkie po rozgryzieniu i  wypluciu, natychmiastowym, na wszelki wypadek.

O Szajowskich wiedziało się, że byli dobrymi ludźmi, leczyli i pomagali, czasem za dziękuję. Babcia opowiadała wiele razy, jak matka doktora, nauczycielka, chciała zapłacić za jej książki i dalszą naukę po trzech klasach szkoły elementarnej. Zdolna jest, szkoda jej, przekonywała, ale pradziadek się zaparł i koniec.

Honorny, nie dziad przecież, pan chłop, w garbarni grosz niezły dorabiał, pomocy nie potrzebował. Podobno miewał gest, ale nie tym razem, ktoś musiał pasać krowy, jak u Konopnickiej czy innego Sienkiewicza, których babcia nie zdążyła przeczytać. Buntowała się potem przeciw ojcu, całe życie, była tak samo honorna i uparta. I też próbowała być panią.

Ogród Szajowskich otworzył się w końcu z drugiej strony, od szosy, już nie ich, bo część posesji ktoś odkupił. Paskudny letniak, rozbudowany z jednego boku, bez zachowania proporcji, tylko udawał dom. Przed nim bałagan, deski, wory z wiórami, ścinki na opał. Nie zamykali bramy wjazdowej, zepsuła się albo miała zapraszać do warsztatu.

Reklamowała go duża drewniana tabliczka z wypaloną góralską szarotką, taką samą, jak na moim piórniku, ciężkim i nieporęcznym. Wzór na piórniku wyrzeźbił mi ojciec, rozgrzanym gwoździem. Ojciec miał złote ręce i wiele potrafił. Potrafił też o tym przekonująco opowiadać.

 

***

Po przeprowadzce zaczęło się powolne zapominanie kartoflanej niby-landii, odwiedzanej coraz rzadziej. Zresztą babcię po kilku latach też wysiedlono do blokowiska. Pochłonęły mnie inne miejsca i sprawy.

Nowa szkoła, zarażona grypserą, ciasna i przepocona. Ogród za blokami, jak tamte porzucone, ale rozbebeszony koparkami, poprzebijany drutami zbrojeniowymi, przygnieciony betonowymi płytami. Stary park Kościuszki, od zawsze obfajdany przez kruki i wrony, mieszkające tu od pokoleń.

I plac Konstytucji, ten, na którym dziś przysiadł Gombrowicz. Kamienice wokół napoczęte już rozpadem, ale wówczas dla mnie wspaniałe. Wiecznie czynna apteka. Kościół pośrodku, jeszcze otwarty na plac i przechodniów, bez płotu, inny niż wszystkie, bo przerobiony z cerkwi. Ale nie zastanawiałem się wtedy, gdzie podział się prawosławny Bóg. Miałem przecież swoją historię.

Końcówka dzieciństwa, pewnie dość banalnego, ale mojego. Ojciec jak literacka klisza, wszechmogący, do czasu. Opowiadał, pewnie nie on jeden, jak gołymi rękoma polował na lwy w Afryce. Nic prostszego: trzeba zwierza rozdrażnić, a gdy rzuci się z rozwartą paszczą, wyciągnąć wyprostowaną rękę i zanim zaciśnie zębiska, chwycić od środka za ogon i wywrócić bestię na nice.

W pewnym, metaforycznym sensie ten fortel sprawdza się do dziś, czasem mi się udaje. Wtedy oczywiście rozumiałem opowieść dosłownie, naprawdę wierzyłem w taki sposób polowania na lwy i w niezniszczalność ojca. Był przecież niezwyciężony, dopóki tu właśnie, przy wspaniałym dla mnie tamtego placu Konstytucji, nie upokorzyła mnie jego klęska.

 

***

Stało się to w niezbyt epickiej scenografii, bo w zakładzie fryzjerskim. Co prawda nie byle jakim, działającym w budynku najlepszego hotelu w mieście, bardzo drogim i po ówczesnemu ekskluzywnym. Byliśmy w nim raz i nigdy więcej, ale nie z powodu cennika. Z powodu warcabów.

Ojciec grał w nie świetnie i świetnie grał w nie mistrz sztuki fryzjerskiej, jego nazwiska wykaligrafowanego na dyplomie nad lustrem nie zapamiętałem. Starszy od ojca, siwiejący, wydawał mi się całkiem stary. Wystylizowany zgodnie z profesją: baki, fala nad wysokim już czołem, dwie mniejsze na skroniach, policzki wyskrobane niemal do krwi i duszący zapach wody kolońskiej, obowiązkowy.

Też potrafiłem już grać, nauczyłem się wcześnie i wściekałem zawsze, gdy ojciec pozwalał mi wygrywać, królewskim gestem. Królował – choć w szachy nie grywaliśmy, to nie jest gra dla zagonionych – aż do pojedynku z fryzjerem. Że trafiliśmy do wyższej ligi, widać było od razu: na stoliku lakierowana drewniana szachownica, żadnej tektury i plastiku, pionki solidne, metalowe, z wierzchami z jakiejś nieznanej mi materii, może nawet kościanymi.

Pojedynek był długi. Kilka remisów jako uwertura. Fryzjerzy porzucili swoje fotele, klienci ich nie naglili, wszyscy ściśnięci wokół stolika i graczy. Zrobiło się duszno, zapach niby-lawendy i czegoś jeszcze, piżma albo ałunu, otumaniał. Jeszcze jeden remis, a potem trzy szybkie porażki, ostatnia z zablokowaną w narożniku – mówiło się: zakiblowaną – damką.

Fuj, śmierdzi, zażartował któryś golibroda, a ja, przysięgam, naprawdę to czułem, tę szaletową woń, smród klęski skropiony wodą kwiatową. We lwy wywracane na nice przestałem wierzyć już wcześniej.

 

***

Czy właśnie wtedy zrozumiałem, że damka to broń mordercza, piony przeciwnika wycina w pień, po kilka naraz, prawda, ale to jeszcze nie zwycięstwo? Że czasem lepiej, choć mniej efektownie, pilnować ustawienia pionków, by trzymały się w kupie i w odpowiednim momencie mogły zastawić pułapkę.

Bezsilność damki, która pozostaje przecież pionkiem, odwróconym jedynie do góry nogami, i przypomina sobie o tym, gdy wpada w pułapkę przymusowego bicia. Raz, dwa, trzy, poświęcone taktycznie kamienie spadają z szachownicy, ale czwarty, sprytnie przyczajony, wyrzuca z niej źle ustawioną damkę. Kto grał, ten wie.

Potem i ja wygrywałem z ojcem, coraz częściej, choć już bez radości. Ojciec wciąż stał na cokole, ale kruszący się, pochylony, poszarzały. Pomnik coraz bardziej cmentarny, choć wtedy jeszcze tego nie widziałem. Wierzgał na ościeniu, złapany w pułapkę choroby i nadziei, kolejnych wizyt, kuracji, operacji. Przymusowe bicie. W końcu zupełnie zarzuciliśmy warcaby.

Więcej czasu spędzałem teraz poza domem. Nawet wracając ze szkoły porzucałem szybki ruch po prostej, najkrótszą drogą, siedemnaście minut. Zacząłem krążyć, kluczyć po mieście już nawet nie na skos, ruchem warcabowego pionka, lecz jak szachowy skoczek, trochę do przodu i uskok, coraz więcej uskoków.

Wtedy przez plac przechodziłem codziennie, nie po drodze. Fryzjera już chyba nie było, nie pamiętam, nie zwracałem uwagi. Włóczyłem się, by dotrzeć do domu chociaż trochę później. Ojciec czekał w dusznym, szczelnie zasłoniętym przed słońcem i hałasem pokoju – na dotyk, słowo, obecność, odwracające uwagę od bólu martwiejących tkanek.

Bürger, choroba krążenia, nazwa twarda jak wyrok, na razie odroczony. Upał, kurz, prawie wakacje. Nawet opiaty były za słabe.

 

***

To też trzeba w końcu opowiedzieć, choćby tylko sobie. Pamięć stanie się kiedyś twarda i zimna jak kolana niby-Gombrowicza, na których właśnie przysiadła do fotografii roześmiana dziewczyna, zgarnąwszy z nich wilgotny, przybrudzony śnieg.

Data dodania: 5 lutego 2018

Nieufny wobec doniesień frontowych mediów, postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście fraza o „polskich obozach” zyskała w ostatnich dniach popularność idącą w miliony. Wpisałem w wyszukiwarkę słowa „ustawa, ipn, prokurator, polskie obozy”, coś jednak zrobiłem źle, bo wynik wyszukiwania był mętny i niezadowalający.

Za to już kilka minut później na moje konto pocztowe przyszedł e-mail z ofertą firmy, która zajmuje się taką internetową statystyką i chętnie pomoże. Więc jednak kto pyta, nie błądzi? Nie wiem. Ale dziś na pewno zostawia ślady. Dawne policje -jawne, tajne i dwupłciowe – mogłyby pozazdrościć Internetowi. Parafrazując stare gomułkowskie zawołanie: wolności raz oddanej, nie odzyskamy nigdy?

Tak więc znów trzeba uważać na słowa? Miarkować, co się mówi, do kogo i w jakim gatunku? Genologia jako wiedza prawnicza? Prokurator i sędzia definiujący, co jest, a co nie tekstem literackim? Wyznaczający granice działalności artystycznej? I naukowej? Rozsądzający sensy i znaczenia?

Prawda, na słowa trzeba uważać zawsze, to znaczy czytać je uważnie. W nich jest wszystko, dzisiejsze doświadczenia zostały już dawno zapisane. Słowa dają nie tylko wiedzę. Dają też władzę. Dlatego każda władza chce zawładnąć słowami, mieć klucz do słownika i gramatyki. Wziąć je we władanie lub pod but. Używając pieniędzy, haków albo prokuratora.

Aleksander Wat, polski Żyd i komunista, a potem pozbawiony złudzeń znawca sowieckiego systemu, także więziennego, wspomina gdzieś o człowieku, którego posadzono za literówkę w gazecie. Nie byle jaką, bo w nazwisku Stalin zmieniającą „t” na „r”. Więziono go jako wroga systemu, bynajmniej nie językowego. Srogi wyrok za słowa. Władza nad słowami doprowadzona do granic absurdu.

Nie pamiętam, czy ten nieszczęśnik był tylko zecerem, czy redaktorem wydania. A może posadzono obu? Zabrakło mi cierpliwości, by znaleźć ten fragment. Ale przeglądając pisma Wata trafiłem na inne, też mówiące o władzy i języku. O władzy nad językiem.

„A jeśli nie jest się panem swego języka – nie ma dyskusji, nie ma dialogu. Jest królestwo jednostajnego monologu, deklaratywnego wydawania werdyktów. Nie ma już pytań. Jest tylko królestwo odpowiedzi.”

I co wtedy? „To proste: 1. najpierw nie mówi się tego, co się myśli; 2. następnie mówi się to, czego się nie myśli, a myśli się to, czego się nie mówi; 3. jeszcze później zmusza się do myślenia tego, co się mówi – stadium trudne, lecz konieczne dla higieny moralnej i pomyślności kariery. Wreszcie: 4. nie myśli się wcale.”

 

Cytaty te pochodzą z tomu esejów Aleksandra Wata, wydanych przed trzydziestu laty poza cenzurą i opatrzonych wspólnym tytułem: „Świat na haku i pod kluczem”.

Data dodania: 17 stycznia 2018

Przeczytałem, że nie żyje profesor Zbigniew Osiński. Zmarł w styczniu, jak Jerzy  Grotowski, któremu poświęcił tyle uwagi, słów i czasu. Taki zbieg okoliczności. Przypadek.

Ta informacja przywołała wspomnienie, mówiące więcej o wspominającym niż wspominanym, jak wszystkie wspomnienia o zmarłych. Epizod, drobny i dawny, z czasów mojej polonistyki. Wtedy, przez chwilę, byłem studentem Profesora, który profesorem jeszcze wtedy nie był.

O ile dobrze pamiętam, właśnie wtedy wprowadzono przedmiot, który nazywał się teoria kultury. Z kilkoma profilami, do wyboru. Zbigniew Osiński prowadził jeden z nich. Do jego grupy studenci trafiali z dwóch powodów: albo byli zafascynowani teatralną awangardą, Grotowskim, kulturą Wschodu, albo też zagapili się i w innych grupach już nie było miejsc. O wymaganiach Osińskiego krążyły legendy, potwierdzane obszerną listą lektur obowiązkowych, więc jego zajęcia były dla większości ostatnim wyborem. Zapisywano się raczej do młodych magistrów i doktorów, bardziej wyrozumiałych i zajmujących się mniej hermetyczną tematyką.

Należałem do tych gapowatych. Grotowski, awangarda teatralna, wschodnie idee i praktyki niewiele mnie wtedy obchodziły. Były modne, a ja – zbuntowany i zakompleksiony prowincjusz – omijałem wszystko, czym ekscytowało się stołeczne centrum. Zresztą wcześniej, w liceum, też nie mazałem wykrzyknikami książek Stachury ani nie fałszowałem pod nosem Grechuty. Czytałem Norwida, coś tracąc i coś zyskując. Trafiłem na jego wiersze przypadkiem, po prostu spodobało mi się parę wersów przeczytanych w księgarni i biała, płócienna okładka książki.

 

Na zajęcia Zbigniewa Osińskiego chodziłem krótko, choć nawet wtedy rozumiałem, że jest on postacią oryginalną, wybitną stylem i osobowością. Onieśmielał wiedzą, ale także pewną aurą dziwności i nieobecności. I naprawdę wymagał.

Wymagał na przykład przeczytania „Idioty”, a potem obejrzenia adaptacji powieści Dostojewskiego w reżyserii Akiro Kurosawy, przypominanej właśnie w jednym z kilku warszawskich kin z ambitnym repertuarem. O obu dziełach mieliśmy rozmawiać na zajęciach, pewnie zastanawiając się nad przekładalnością, może także nad wielością form wschodniej duchowości. Nie pamiętam.

Pamiętam natomiast, jak przebiegała ta rozmowa, która się nie odbyła. Okazało się bowiem, że nie ma na zajęciach osoby, która znałaby oba utwory. Książka była gruba i niespecjalnie modna, film trudny i długi, nawet po skrótach wymuszonych przez producenta trwał 166 minut. A lektur obowiązkowych mnóstwo.

Skoro nie możemy rozmawiać, milczmy – zarządził Osiński. I milczeliśmy, chwilę, kilka minut, kwadrans, dłużej. W dusznej salce, której numeru już nie pamiętam, na parterze, zaraz na prawo od wejścia, siedzieliśmy w kilkanaście osób, mrużąc oczy, rozdrażnione mrugającą jarzeniówką, świetny pretekst, żeby opuścić wzrok i nie spotkać jego spojrzenia.

Było wietrzne, jesienne popołudnie, ściemniało się wcześnie, zresztą w tej salce i tak zwykle panował półmrok. Głośny deszcz próbował umyć szyby, chroniące wnętrze przed światłem. Drzewa na dziedzińcu ruszały się we wszystkie strony, widzieliśmy je rozmazane poprzez deszcz i rozmoczony kurz. Przypominały ludzkie sylwetki, ascetycznie wychudzone, machające rękami w jakimś rytuale albo ćwiczeniu gimnastycznym. Jakby przygotowywały się do spektaklu.

W środku spektakl już trwał. Dziwny, z początku groteskowy, potem coraz trudniejszy do zniesienia, seans bez słów i ruchu. Administracyjno-teatralne ćwiczenie, happening, który był i karą, i nagrodą. Pamiętam, że – czytelnik Norwida – zdałem sobie wtedy sprawę, jak niewiele rozumiem z jego koncepcji przemilczeń i wygłosów.

Możliwe zresztą, że dopisuję sobie to teraz, że próbuję nadać tamtemu zdarzeniu jakiś szerszy sens, wymyślone po latach usprawiedliwienie, którego wtedy nie było. Czasem wspomnienia są nieznośne, jeśli im czegoś nie nadpisać, nie dołożyć dramaturgii lub suspensu. Możliwe więc, że wtedy nie czułem niczego oprócz wstydu, upokorzenia i wściekłości. To też nie mało.

Ale jedno pamiętam ostro, bez ubarwień: kiedy po trzech kwadransach Profesor stwierdził, że możemy sobie pójść, że to koniec lekcji, nie czułem się tak, jak powinienem: sztubak uwolniony z kozy. Nie, czułem, że stało się coś ważniejszego, prawdziwa lekcja, w której nauczyciel pomagał uczniom znaleźć coś w sobie.

Zresztą nie wiem, może wtedy i o tym jeszcze nie wiedziałem.

 

Na zajęcia Zbigniewa Osińskiego już nie wróciłem. Uprosiłem któregoś z liberalnych młodych, dopisałem się do jego grupy. Film Kurosawy obejrzałem dopiero po wielu latach, nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia i niewiele mi z niego pozostało.

Dziwactwa pamięci: nie pamiętam arcydzieła, ale pamiętam wzrok człowieka, z którym o tym filmie milczałem. I z którym zupełnie się rozminąłem.

 

Nie pierwsze to i nie ostatnie w moim życiu niewykorzystane spotkanie. Na szczęście były też inne, których nie przegapiłem.

Data dodania: 2 stycznia 2018

Nie ma ucieczki przed wybuchem świątecznej radości. Kiedyś wystarczyło, że pojechaliśmy na wieś, trzydzieści kilometrów od R., pół godziny samochodem albo pociągiem. Teraz i tu kanonada zaczyna się długo przed północą. Z radości, że nadchodzi nowe, a każde nowe może być lepsze od starego? Z nienawiści do tego, co było i już w tym roku nie będzie, na szczęście? Na postrach, żeby nie wróciło w nowym?

Strzelają prosto w niebo. Race rozsypują się na odłamki, żeby choć na chwilę zaćmić gwiazdy, z hukiem. Wielki czarny pies, w dzień poszczekujący groźnie przy furtce, teraz chowa się w kącie sieni, drżący i spotulniały.
Inaczej niż w mieście, tu dobrze widać trajektorię świątecznych pocisków, rozpryskujących się wysoko. Wyglądają jak salwy baterii przeciwlotniczych, przeganiających obcych ze swojskiego nieba. Zawieszonego znacznie niżej niż niebo gwiazd, ale tego z dołu nie widać.
Rozgwieżdżone niebo w mieście jest nieostre, rozmazane jak brokatowy makijaż fordanserki złachanej całonocnym udawaniem radości, gdy nad ranem, po skończonej pracy, nie musi już przypudrowywać potu i wypitego alkoholu
A na wiejskim niebie gwiazd tak dużo, że gdy sylwestrowe toasty zmęczą wzrok, można w ogóle nie celować. Wystarczy salwa w niebo, odłamki załatwią resztę. Gwiazdy giną cicho, spadają w milczeniu. Światło jest szybsze od dźwięku. Ale nie znaczy to, że cicha jest noc.

Wiejska cisza to poetyzm wymyślony przez egzaltowanych letników. Tak naprawdę jest ona wcale głośna, przynajmniej za dnia. Składa się z wielu dźwięków. Szczeków, ryków, gdakania. Okrzyków i głośnej paplaniny. Pozdrowień – wywrzeszczanych, bo w pędzie, z szosy w głąb podwórka. Przekleństw donośnych, bo do odległych adresatów. Gwizdów i treli, zagłuszanych wizgiem krajzegi i tępym waleniem siekiery w słabo wysuszone drewno.
Mieszają się też w tę ciszę kościelne dzwony, władczo, nie patrząc na porę. I ostrzegawcze sygnały pociągów telepiących się zza zakrętu, buczki przy światłach na przejeździe, warkot motorów, pozostawiających oleistą mgłę nad drogą.

Ta głośna cisza różni się jednak od miejskiego zgiełku, bo wszystkie jej dźwięki są osobne, do rozpoznania. Znajomy jest dźwięk siekiery i znamy imię rąbiącego nią drewno, ba, wiemy nawet, gdzie ścięto drzewo, niezbyt legalnie. Słyszymy, czyja krajzega tak piszczy, że aż bolą zęby, bo przecież każda piszczy inaczej. Wiemy, u kogą pieją koguty i gdaczą perliczki, bo tam kupujemy świeżo zabite ptaki na świąteczny rosół. Wiemy, z której strony nadjeżdżają pociągi, bo jadą do nas z dwóch tylko kierunków, a dzwony biją w naszym kościele, bo innego tu nie ma.
Prawdziwa cisza przychodzi tu dopiero nocą, rzadziej niż w mieście budzą ją dźwięki, które zaspały albo nie zmieściły się w ciągu dnia. Czasem tylko prosto w ciszę zawyje pies albo bluzgnie Wuja, przetrzeźwiały na zimnie.

Wuja mieszka w sąsiedniej wsi, na Chałupkach. Do sklepu ma ze trzy kilometry, na starym, rzężącym romecie. Dojechać nietrudno, nawet zimą. Trudniej wrócić. Widzieliśmy to wiele razy.
Po kilku godzinach przesiedzianych przed sklepem nie pomagał nawet pijacki upór. Próbował pedałować, po kilkanaście metrów, zygzakiem kłócąc się z prawem ciążenia. W końcu przegrywał, zsiadał z roweru albo walił się w zarośnięty rów i zasypiał. Miał szczęście, też pijackie, nigdy niczego nawet nie zwichnął.
Budził się po godzinie, dwóch, otrząsał jak pies po kąpieli i ruszał dalej. Dziwiliśmy się, że nie mylił kierunków, sen był przecież zbyt krótki, by otrzeźwić go na dobre. Nigdy jednak nie zawracał, by się dopić, jakby te kilka godzin przed sklepem nie było nałogiem, lecz dobrze przepracowaną dniówką.

Gdy spadał śnieg, w styczniu i lutym, Wuja pojawiał się rzadziej. Najczęściej prowadził rower, było zbyt ślisko, by jechać nawet zygzakiem. Ale zimą też prawie nie trzeźwiał. Można było napić się przed sklepem, bo właściciel część ławek z letniego ogródka wstawiał pod zadaszenie, we wnękę między sklepem a wielkim domem, który sobie z tego sklepu postawił. Trzy ściany łącznika dawały osłonę przed wiatrem, jeśli akurat nie wiał z czwartej strony.
Wuja rzadko korzystał z tej wygody. Lubił posiedzieć przed sklepem, ale latem, gdy dni większe i można spotkać więcej ludzi. Nie żeby pogadać, nikt go zresztą nie słuchał i mało kto rozumiał. On też nie potrzebował rozmowy, wystarczyło, że pogapił się na znajomych i nieznajomych, od czasu do czasu rzucając cichym bluzgiem. Jednak gdy robiło się zbyt zimno, kupował tylko kilka piw na zapas i wracał.

Może pamiętał, że kiedyś zimą o mało nie zasnął na zawsze, pijany. Wpadł do rowu, ścięta chłodem powierzchnia wody pękła, a on przymarzł do kierownicy roweru, którego nie wypuścił z rąk. Piwo z rozbitych butelek zabrudziło śnieg na żółto i może dlatego śpiący pijak wywoływał u przejeżdżających obrzydzenie. Nawet nie zwalniali.
Ale znów miał szczęście, bo wywrócił się koło domu naszej sąsiadki, jakoś tam z nim spokrewnionej, która nawet i bez pokrewieństwa nie zostawiłaby nikogo w potrzebie. Zaciągnęli go z mężem do domu, rozebrali ze śmierdzących gałganów, nie zdejmowanych od lat, spalili je i dali czyste ubranie. Wcześniej półprzytomnego wsadzili do gorącej wody. Zapachu mydła nie mógł pozbyć się długo. Mdliło go jak po jakimś wynalazku.
– Przecież ta cholera nawet wiadra i łańcucha nie ma przy studni, wody chyba wcale nie używa – opowiadała potem sąsiadka. – Wuja się trochę stawiał, ale słaby jest, na samym alkoholu żyje, to w końcu nawet dał się ogolić. Tylko w lustro spojrzeć nie chciał.

Była ta zimowa kąpiel jak chrzest, dała mu nie tylko drugie życie, ale i imię – to po tamtym zdarzeniu został Wują. Wuja to, wuja tamto, opowiadała Danka i tak się przykleiło, mocniej niż niezdejmowane przez lata łachy. To wtedy odkryliśmy, że nawet nie wiemy, jak ma naprawdę na imię.
W ogóle wiedzieliśmy o nim niewiele. Tyle, że matka przysyła mu pieniądze z Ameryki, że chciała go zabrać ze sobą, gdy przyjechała do kraju kilka lat temu i wtedy Wuja nawet wytrzymał bez picia. Ale wyjechać nie chciał, wolał pić na miejscu.
Miał podobno jakieś mieszkanie w pobliskim Szydłowcu, które w końcu sprzedał, podobno pół darmo. W starą drewnianą chałupę, w której mieszkał, wstawił sobie wtedy plastikowe okna. Białe implanty, jak znak z innego świata, wpisany w podwórko zarośnięte po kolana trawą i chwastami, z rozwaloną stodołą odsłaniająca ugór, furtką wiszącą na jednym zawiasie obok bramy z zardzewiałą kłódką bez klucza, wrzuconego może do studni razem z wiadrem i łańcuchem.

Wuja jak każdy – miał jakąś przeszłość, życiorys, może jedynie cv nigdy nie posiadał. Nikt za wiele o nim nie wiedział, ale przecież i tak można tę jego historię jakoś opowiedzieć, jak każdą. Dodając trochę szczegółów, prawie prawdopodobnych, doprawiając soczystymi dialogami. Można, da się zrobić, wszyscy tak robią. Tylko po co, skoro sam Wuja swoją historię zapomniał, albo miał ją gdzieś? Żył w dziś, od drzemki do drzemki, od pragnienia do pragnienia.
Żył bez pamięci, ale nie potrafił żyć bez słuchacza, któremu mógłby bełkotać swoje ćwierćzdania i półbluzgi. Sam ich już pewnie nie rozumiał. Słuchacz też nie musiał, nie musiał być nawet człowiekiem. Na ludzi Wuja mógł liczyć, dopóki stawiał, czyli do połowy miesiąca.
Nie byli mu potrzebni, mógł zbluzgać rower, kępę trawy, dziurę w jezdni albo kamień w krzakach przy drodze. Tak to przynajmniej wyglądało z boku. Wykrzykiwał nienawiść albo cierpliwie coś tłumaczył, machając i wygrażając pięściami. Miał swoje porachunki, ale z kim, tego też nie można było zrozumieć. Ci jego niewidoczni dla innych słuchacze zawsze byli gdzieś obok, przy ziemi. Krzycząc, nigdy nie patrzył w niebo.

Skoro słuchacz nie musiał być człowiekiem, to mógł być na przykład psem: niedużym, niemłodym, z czarną sierścią skręconą w baranek, krótką siwiejąca bródką przy pysku. Ten pies mógł być nawet suką, może tak było lepiej, bo Wuja kobiet nie lubił. Nie wiadomo, krzywda jakaś w nim grała czy odrzucenie, fakt, że gdy na przykład spotykał dwie siostry często jeżdżące rowerami po okolicy, ożywiał się jak nigdy i wrzeszczał za nimi: lesby, nieoczekiwanie wyraźnie. Albo tylko mruczał pod nosem, jeśli siostry jechały akurat z tym grubym facetem, patrzącym spode łba.
Suka łaziła za nim ze trzy lata. Karmili ją zwykle sąsiedzi, pijany Wuja przeklinał, odganiał, udając, że schyla się po kamienie. Biegła pół kroku za rowerem albo dwa kroki przed nim, gdy wracał chybocząc się i rozjeżdżając na boki. Czasem, gdy zasiedział się przed sklepem albo zasnął po drodze, wracała na Chałupki sama, by po jakimś czasie znów przybiec, po niego. Nigdy nie widziałem, by Wuja psa zawołał albo pogłaskał, ale mówił do niej czasem jakoś inaczej, ciszej niż do świata.

Wierna, jak pies, nawet gdy przez miesiąc siedział za jazdę po pijaku – zimą, więc chwalił sobie ciepło i jedzenie, jakoś wytrzymał bez picia – suka nie odchodziła daleko od pustego domu, tyle tylko, by zajrzeć do misek, które ludzie wystawiali jej przy drodze.
Siwiała i usychała coraz bardziej, biegała za nim z trudem. Zostawała z tyłu, trochę nawet zwalniał, zatrzymywał się, może zresztą był zbyt pijany i musiał robić sobie przerwy. W końcu sierść czarnej suki stała się niemal srebrzysta. Gdy truchtała na sztywniejących łapach, wyglądała jak stworzenie nie z tej ziemi, jakby za chwilę miała odbić się od asfaltu po raz ostatni i zniknąć.

W końcu zniknęła naprawdę, ale nikt z sąsiadów nie widział jej martwej. Może Wuja zakopał ją na podwórku albo za stodołą, chociaż – czy miał jakiś szpadel i czy miałby siłę kopać? Możliwe, że czując swój czas, zaszyła się gdzieś w zaroślach, jak robią dzikie zwierzęta. Ale zdechła na pewno, bo żeby zostawić Wuję i pobiec gdzie indziej, nie miała już sił.
Zdałem sobie wtedy sprawę, że nigdy nie słyszałem, by szczekała, nawet wtedy, gdy wiejskie psy ujadały na jej widok jak wściekłe. Nikt nie słyszał jej szczeku. Była najcichszym fragmentem wiejskiej ciszy, zniknęła bezgłośnie, jak spadające gwiazdy.

Podobno dociera do nas także światło gwiazd dawno umarłych, wygasłych gdzieś we wszechświecie. Gdy widzimy ich blask, one już nie istnieją. Światło jest wtedy jak wiadomość, jak wola odczytana po śmierci. Czasem myślę, że Wuja bluźni tak wniebogłosy, bo już tę wiadomość zrozumiał. Zanim dotarła do nas, zbyt głośnych.

Strona 2 z 1512345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury