Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 11 marca 2020

Opowiadał mu dziadek, to działo się, gdy jeszcze nie było tu autobusu, nie było niczego, a on musiał dojść na randkę, nie, wtedy jeszcze nie z babcią, ale z inną, której zresztą było mu żal do końca, musiał i chciał, to drugie pewnie bardziej, więc ruszył z tej wsi, na której mieszkał, bo w mieście nie dał rady się utrzymać i musiał uciec znów na wieś, więc jeszcze raz: teraz ruszył do tego miasta, przeklętego, ale kuszącego obietnicą powrotu, ruszył szybko, ale nie za bardzo, na tyle, żeby nie zmęczyć się zanim dojdzie, po blisko trzech godzinach marszu, bez przerw, jak bez przerw były zdania, którymi teraz mu to opowiadał.

Później robił tak już zawsze, gdy było mu po prostu źle na świecie. A właściwie nie po prostu, bo nigdy nie wiedział, dlaczego jest mu źle, więc nagle wstawał, z łóżka albo od stołu, wychodził i szedł przed siebie, daleko i długo, jakby myślał, że tam gdzieś znajdzie powód, przyczynę tego, że jest mu źle, nawet nie znał słowa melancholia. Nie znajdował, więc wracał.

Robił tak do końca swoich dni, wielu, wydawało mu się czasem, że zbyt wielu. Wychodził przez wypaczoną bramę od strony pola, nigdy nie zrobił tu łatwiejszej w użytku furtki, chociaż zamierzał. Za bramą zaczynała się krzywa ścieżka, z roku na rok mniej widoczna, pozarastana wysoką trawą i badylami chwastów. W końcu stała się niewidoczna, istniała tylko w pamięci, automatycznej, zmagazynowanej w mięśniach.

Ale za to wokół, na pustym kiedyś ugorze, porosły brzozy samosiejki, całkiem spore, choć cienkie, bo wysiały się gęsto, za gęsto, by stanąć mocno na ziemi. Wyglądały malowniczo, szczególnie jesienią, jakby ucharakteryzowane do filmowej sceny, symbolicznej, owinięte ni to zwojami papirusu czekającego na zapisanie, ni to bandażami, ale takimi jak na starym filmie, jeszcze nie nasiąkniętymi czerwienią, bo kiedyś widzom oszczędzano widoku krwi.

Podczas tych marszów najbardziej lubił, gdy ukośne światło zachodu, dla niego zawsze zbyt wczesnego, sprawiało, że trawy przed kępami brzóz robiły się pożółkłe jak stare listy lub książki, a kontury drzew wyostrzały się i nieruchomiały, zawsze w tym momencie, gdy wiatr porzucał dzień, wiedząc, że już nigdzie go nie wyciągnie przed nocą, na żadną włóczęgę przeciw czasowi.

A dalej, w miejscu, gdzie kończyła się istniejąca tylko w pamięci ścieżka, rosły modrzewie, za nimi iglaki, ciasno, potem znów ugór, pokryty trawą i odchodami saren, przeganianych czasem przez dziki, szukające pod darnią lepszego życia, którym według nich jest po prostu lepsze żarcie. Psy płoszyły sarny, goniąc je długo, ale zawsze tak, żeby nie złapać. Natomiast gdy czuły ostrą woń dzików, udawały, że nic nie widzą i nie słyszą, a potem nagle postanawiały zmienić tradycyjną trasę spaceru albo od razu zawrócić na podwórko. Czasem tęsknota jest instynktem samozachowawczym.

Więc chodził tam, na te nie kończące się o żadnej sensownej porze spacery, niespieszne włóczęgi bez marszruty, w poszukiwaniu sensu smutku albo dla zgubienia go, zachodzenia na śmierć, skołowaną od powtarzających się szlaków. Nie zaprzestał snucia się po polach także długo po tym, jak ortopeda zabronił mu łażenia po nierównym, z powodu kolan, w których wytarła się jakaś maź, bo wyciera się w końcu, na starość, jak wszystko. Nie porzucił włóczęgi nawet wtedy, gdy lekarz zakazał mu stanowczo jakiegokolwiek intensywnego ruchu, a potem nogi bezczelnie odmówiły posłuszeństwa, zaś w głowie przesunęła mu się jakaś zapadka i tracił równowagę, nawet gdy stał w miejscu, musiał łapać się krzeseł, stołu, ściany, żeby nie upaść. Trasy robiły się więc coraz krótsze, czasem znosiło go ze ścieżki na nierówności ugoru, niebezpiecznie, ale przecież nigdy nie ośmieszyłby się przed samym sobą, posługując się kijkami bez śniegu i nart.

Wydawało się, że chodzi nawet i wtedy, gdy już nie mógł o własnych siłach wstawać z fotela, w którym na koniec przesiadywał całymi dniami, w domu, którego pewnie nigdy nie było, w mieście, którego nigdy nie widział i do którego nigdy nie przyszedł ze wsi, która nawet jeśli istniała, to zupełnie gdzie indziej, a najpewniej jedynie jako składanka z obrazów schowanych w wyobraźni. Tylko w czyjej?

A on? On nadal słuchał opowieści dziadka, którego przecież właściwie nie miał, skoro tamten umarł jeszcze przed jego narodzinami. Słuchał, choć czy rzeczywiście mógł ich słuchać, skoro były opowiadane przez kogoś, kto nigdy właściwie nie istniał? A jeśli istniał, to umarł, zanim zaistniał.

Więc kogo słuchał tak naprawdę? Kim był ten, który opowiadał? I kim był słuchający? A także o czym była ta opowieść? Pytania, bez których nie ma literatury.

Data dodania: 25 lutego 2020

 

Wracał tak często, że choć minęło czterdzieści lat, właściwie nigdy nie wyszedł z tego korytarza. Długiego na dwanaście mieszkań, jednakowych, rozmieszczonych symetrycznie, jak cele w więzieniu, naprzeciw siebie. Z tym, że te narożne, na końcach, były większe, trzypokojowe, z kuchnią widną i z oknami na dwie strony bloku, więc z widokiem szerszym, raczej wieżyczki strażnicze niż cele.

Korytarz nie był miejscem zupełnie bezpiecznym. Lastrykowa podłoga,  śliska, bo pastowana co tydzień czujnym wzrokiem sąsiadów, co ludzie powiedzą, jak nie będzie się błyszczeć pod drzwiami, groziła upadkiem. Ale akurat im śliska podłoga nie przeszkadzała nigdy, jeździli po niej prawie jak po lodzie, grając w niby hokeja, pudełkiem zapałek albo odpustową miękkawą piłeczką, póki nie pękła i nie pogubiła tego czegoś, co wypełniało ją w środku. Nazywali sobie te niby drużyny, kanada kontra ruscy, mistrzostwa świata, jeden na jednego plus bramkarz.

Wszystko wtedy jeszcze było na niby i dlatego wydawało im się, że jeszcze wszystko jest możliwe.

Czasem, gdy emocji było za dużo, bo wynik pozostawał bezbramkowy, kłócili się wściekle o faule lub za wysoko uniesione niby kije, aż w końcu z korytarza przeganiali ich ci, którzy mieszkali za cienkimi drzwiami mozolnie, przez lata obijanymi boazerią, dermą albo blachą. Ludzie, którzy dorabiali się tych drzwi, zaradni i sprytni,  wtedy wydawali mu się bardzo starzy, normalne, choć pewnie byli młodsi niż on dzisiaj.

Ale to jest już nowe dzisiaj i tamci nie żyją, a wzdłuż korytarza starzeją się nowi młodzi, którzy nie grają w niby hokeja. Może podłoga już nie taka, choć ze starości powinna być jeszcze bardziej wyślizgana.

Chyba jako ostatnia z tamtych starych umierała Psiara, mieszkająca na końcu, w lokalu z oknami na dwie strony, czyli na pół świata. Zawsze miała psy, bo gdy jedne kończyły swój pieski żywot, całkiem zresztą niezły, rozpieszczała następne. Ale swoje przezwisko dostała nie dlatego. Została Psiarą, bo psy były dla niej ważniejsze niż ludzie, z ludźmi łączyły ją gorsze doświadczenia niż ze zwierzętami, które miała albo którym pomagała. Tak niektórym jest łatwiej.

Była sama, w trzech pokojach, wielkich w porównaniu z pozostałymi mieszkaniami w tym bloku, ale sama nie od zawsze, tylko od śmierci jej Jurka. To znaczy przed Jurkiem też była sama, mówili już nawet o niej stara panna, choć ciągle jeszcze za plecami. On podobno zostawił dla niej żonę i dzieci, jeszcze całkiem małe, ale długo razem też nie pożyli. Za grzechy kociej łapy, szeptała sąsiadkom Kowalska, naprawdę tak się nazywała, mrużąc oczy jak kotka w słońcu przedwiośnia. Możliwe, że wiedziała coś więcej, w końcu w kościele była codziennie, czasem nawet dwa razy, więc może i do wiedzy o przeznaczeniach miała łatwiejszy dostęp.

Gdy umarł jej facet, Psiara znowu zaczęła palić. Rzuciła przed laty, gdy poprosił, podobno, ale teraz paliła jeszcze więcej, jakby chciała zrobić mu na złość za to, że zrobił jej tą niewczesną śmierć. Nie wiadomo, czy czerniała od tych papierosów, czy z tęsknoty, i chudła, przeraźliwie, jakby papierosy podsycały w niej nigdy nie zagaszony pożar, który ją wypalał. Gdy zaciągała się jak mężczyzna, mocno i długo, końcówka extra mocnego rozżarzała się na czerwono, a potem na złoto, jakby ogień z jej płuc próbował wydostać się na zewnątrz i podpalić świat.

W końcu astma unieruchomiła ją na dobre, na dobre – tak mówiły sąsiadki, bezmyślnie, bez sensu, ale z troską, nie wiadomo tylko, czy nie udawaną. Bez wyciętego płuca męczyła się jeszcze bardziej, ale palenia nie rzuciła nawet wtedy, gdy musiała oddać tego ostatniego psa, z którym nie miała już siły wychodzić. Zatroskane nie były zatroskane aż tak bardzo, by zwierzaka wyprowadzać słota czy spiekota.

Zresztą niezbyt przypominał psa, na tych krótkich łapach, z czarno burą szczeciną, przetykaną w kilku miejscach jaśniejszymi plackami łysiny. I uszami jak radary, wielkimi nieproporcjonalnie, ciągle w ruchu, jedno sobie, drugie nie wiadomo komu.

Ciekawe, że Psiara nigdy nikomu nie powiedziała, czy oddała psa jakimś dobrym ludziom, czy też do schroniska, na zmarnowanie.

Zadusiła się tak, jak żyła, w samotności. Musiało dopaść ją nagle, tym razem nie zdążyła zapukać do nikogo z sąsiadów, a komórki nie nauczyła się obsługiwać, może z oszczędności, zresztą wtedy jeszcze nie wszyscy je mieli. Gdy po tygodniu wywalili drzwi, ktoś w końcu dostrzegł, że coś za długo Psiary nie widać, smród był tak wielki, że przez kilka dni nikt nie zamykał drzwi balkonowych na końcu korytarza.

Kowalska mówiła, że z mieszkania umarłej czuć było starym psem. Ale kiedy indziej przekonywała znowu, że zza drzwi śmierdziało raczej siarką. Nikt jej już wtedy nie słuchał, pukali się w czoła jeszcze zanim zwariowała i zabrało ją pogotowie. Napuchniętą, grubą, ledwo zmieściła się w kaftan i nie mogli jej ruszyć, zanim zastrzyk nie zaczął działać na dobre. Znów to dobre.

Krzyczała jakieś pomieszane modlitwy, tak głośno, że słychać je było jeszcze z windy, zza grubych metalowych drzwi szybu, przez który jęcząc i zgrzytając opuszczała się w dół poobijana kabina. Czarek mieszkający u sąsiadów wyjechał wtedy na rekolekcje z seminarium, więc nikt nie potrafił chwilowo orzec, czy krzyki te to bełkot wariatki, czy może bluźnierstwo, złe jakieś, opętane. Te, co to widziały, wolały przeżegnać się, na wszelki wypadek. Przecież księdza nie będą fatygować, woła się go tylko do umierających, a Kowalska żyła, teraz marnie i w wariatkowie, ale jednak.

Pamiętał, że kiedy ją zabierali, po korytarzu snuł się półmrok, pełen poruszonych cieni. Możliwe, że wszystko to działo się nad ranem, ciut świt, choć chyba jednak później, miał już wychodzić do szkoły. Może Śmietek znowu zaspał, bo korytarz co prawda zwykle oświetlały jarzeniówki, ale zapalane przez gospodarza domu, jak nazywało się wtedy dozorcę. Więc gdy ten się zagapił, szczególnie zimą, korytarz pozostawał zaciemniony, prawie całkowicie, przez pół dnia, do samego zmierzchu. Rozświetlała go wtedy tylko kabina windy, żółtym światłem przebijającym się przez zbrojone okienko w drzwiach do szybu, ale na krótko, dopóki ktoś nie ściągnął windy na inne piętro.

Gdy odjeżdżała, piszcząc i rzężąc, wtedy jedynym jasnym punktem, który przyciągał uwagę jak rekwizyt hipnotyzera, pozostawała jaśniejsza plama zamykających korytarz drzwi balkonowych, przez które wlewały się resztki świateł bezsennego miasta.

Te szklane drzwi, otwierające się na balkon, którego nie było, bo zaprojektowano za nimi ledwie jego atrapę, rozmazane, odbijające światło latarni i z rzadka przejeżdżających na dole samochodów, które ciepłe od spalin powietrze unosiło ku górze aż po dziesiąte piętro, te żółtawo pulsujące w ciemności drzwi wyglądały jak wyjście awaryjne. Szczególnie w tak wietrzne dni jak ten, w którym znaleziono martwą Psiarę.

W takie dni łatwo o literówkę, można pomylić wietrzne z wiecznym. Przecież wysoko zawsze wieje najmocniej, a w długim korytarzu przeciąg skomle i wyje pod drzwiami.

Data dodania: 22 stycznia 2020

Taki pomysł na opowieść, niech będzie, że na cześć babki. Dziadków nie znał. Ani tego jednego, co warto, bo był dobrym człowiekiem, ale umarł, zanim wnuk mu się urodził. Ani tamtych dwóch, co gdzieś tam żyli, ale znać ich nie było warto, choć w opowieści muszą się kiedyś pojawić. Pewnie się pojawia, ale na razie taki pomysł:

 

Na swoje sześćdziesiąte urodziny postanowił wybrać się w podróż sentymentalną, na Ziemie zwane niegdyś Odzyskanymi, a potem wyzyskanymi, już z małej litery, choć z wielkiej krzywdy. W nią, w krzywdę, były te ziemie urodzajne bardziej może niż w zboża, które rosły tu wielkie jak nigdzie, gęste jak chaszcze.

 

To miała być podróż w czas przeszły dokonany, ale jeszcze  nieopowiedziany, przynajmniej przez niego. Nie powinien w nią wyruszać, ostrzegała go rodzinna przestroga jak przekleństwo: tylko nigdzie nie jedź. Żadna podróż w tej rodzinie nie kończyła się dobrze, może dlatego, że każda była ucieczką.

 

Z tymi ziemiami na zachodzie, na które szlakiem Wielkiej Niedźwiedzicy wędrowali osadnicy – tak ich wtedy nazywano,  jakby tam przed nimi nie było cywilizacji starszej i wyższej, czego wówczas oczywiście nie można było głośno przyznawać, nawet jeśli naprawdę zadziwiała tych przepędzonych ze wschodu na miejsce innych popędzonych dalej, a nawet tych, co przyjeżdżali tu z centralnego kraju, wygnani nie polityką ani historią, tylko biedą i ciekawością lepszego życia – więc z tą ziemią odebraną jednym i obiecaną innym, na wieczne nieoddanie, wiązała go rodzinna historia o niewykorzystanej szansie. Barwna jak western, ale z gatunku tych mrocznych.

 

Ta historia była rodzinna, ale i jakoś uniwersalna, bo w tym kraju po wielekroć rżniętym przez historię i opowiadających ją zwycięzców wszyscy żyli nie na swoim miejscu, nie na swoim kawałku ziemi. To właśnie łączyło ich bardziej niż mowa i przynależność. Kraj w ruchu, gdzie nawet miedze i groby nie były na zawsze.

 

Te ziemie odzyskane, wyzyskane, utracone, zabrane, kresy nagle odwrócone twarzą do odchodzącego słońca, przeniesione o pół tysiąca kilometrów na zachód. A w centrum? Tu przecież nie inaczej, też przecież pola odbierane, tracone, zadeptywane, dzielone przez dzietność, o którą dziś lament, że jej nie ma i wtedy lament, że jest i jak tu wykarmić tyle gąb, gdy siły u kresu, utracone, nieodzyskane. A jeszcze co jakiś czas armie, toczące się i depczące to centrum, tędy im zawsze po drodze, rozjeżdżać błoto i drogi.

 

W tę i nazad, jak ciężki wóz węglarza, a potem cementowozy, aż w końcu pewnej nocy wozy bojowe, z odsieczą do sąsiadów, zawsze łatwiej porządków pilnować za płotem, na cudzym podwórku.

 

Więc i tam, na ziemiach pozyskanych, i tu, w centrum, w samym środku ruchomego kraju, ten sam lęk, że przyjdą, odbiorą, Niemcy, Żydzi, kołchoźnicy- bolszewicy, Ukraińcy z akcji Wisła, banderowcy z Majdanu. Tylko Czechów nikt się nie boi, zapomniane już Zaolzie, śmieszne przy tym, co stało się później.

 

I tak przez dziesięciolecia, niby sami tu swoi, obcy poszli z dymem albo za wodę, a naród mimo to nieswój jakiś, z obawą spoglądający za okno, na drogę, w przyszłość. I nie ma zmiłuj, dla nikogo, nawet dla tych centralnych nieruchawych, bo jednak wszyscyśmy jakoś zmiksowani, wymigrowani, żyjący nie na swoim miejscu, lecz na cudzym, nie u siebie, choć u siebie, nawet jak pięknie w nowym bloku spółdzielczym, to przecież stojącym na polu komuś zabranym za bezcen, a nawet jak i za pieniądze, to bez zgody, z wywłaszczenia, więc siłą.

 

Dlatego może i on postanowił w końcu się ruszyć, nie lubił, ale coś go gnało, więc postanowił pojechać za opowieścią, którą od dawna próbował poskładać. Znał jedynie jej fragmenty, zainteresowała go zbyt późno, by pytania doczekały się pełnych odpowiedzi. Zbierał więc strzępy, odłamki, obłomki, i teraz chciał je zawieźć do tamtych miejsc, przymierzyć, czy pasują, porównać z kilkoma fotografiami, które zostały, głównie cmentarnymi. Nie wiedział, czy znajdzie jakieś ślady ani czego ma szukać. Przeszłość przecież zaciera tropy i zabija świadków.

 

***

 

Tu, koło kciuka, mam jeszcze bliznę, od siekiery – pokazywała matka, chyba zadowolona, że on zagląda tak daleko w tył. – To było w B., próbowałam narąbać drewna, mamusia była w pracy, a ja miałam rozpalić pod kuchnią.

– Nie, nie, umiałam, byłam już całkiem duża, w drugiej klasie. Musiałam, przecież byliśmy wtedy sami, we trójkę, tamtego już nie było, uciekliśmy od niego, właśnie do B., wtedy nas nie szukał przez jakiś czas. –

 

– Blizna została, zobacz, ale te siniaki, które mi zrobił wcześniej, jeszcze w W., na całych plecach, poznikały szybko. Jak na psie, ale ja mu je zapamiętałam, bo bił też jak psa – opowiada,  jakby to było wczoraj albo przed miesiącem. – Dlatego potem już nie było życia, z nim, choć mamusia mu jeszcze wybaczała, ja nie mogłam, tamtego maleństwa nie mogłam. A ona mogła, słaba była, choć silna, wtedy jednak tego nie rozumiałam, potem dopiero w końcu zaczęła mnie słuchać i na pogrzeb chociaż nie pojechała.

 

Słuchał tych opowieści, układał szczegóły w narrację, ale czasem przestawał notować, słowa robiły się za ciasne albo puste, nie mógł się nadziwić, że po takim początku życia matka, urodzona cztery miesiące przed wojną, potrafiła normalnie żyć i jeszcze się uśmiechać. Więc to, co miał napisać, musiało być też opowieścią o sile życia, mimo wszystko.

Bo opowiadała o odległym jak drugi brzeg dzieciństwie i o tych ziemiach odzyskanych i porzuconych jak o raju utraconym, choć przecież  tyle w nim było diabłów, co i aniołów. A może nawet tych pierwszych więcej. Ale czas był przecież taki, ledwie powojenny i zło mieszało się z dobrem bardziej niż kiedykolwiek.

 

Więc to, o czym chciałby napisać, wreszcie opowiedzieć, to geografia i historia garbowane na skórze. Nic z tego nie mija, układa się tylko warstwami w pamięci, przygniata ją, toksyczny odpad, który może aktywować swoje trucizny w każdym momencie. Miał nadzieję, że może zapisując tę pamięć, znajdzie na nią antidotum.

 

Na razie pojedzie i zobaczy. Się.

Data dodania: 17 grudnia 2019

Rok był tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty i pierwszy. Zima. Napadało jakby było w zmowie, dużo, ciężko, grubo, wybielając wszystko. Może sprzyjało tamtemu, sztywnemu jak drewniana lalka z bajki o kłamczuchu generałowi, udającemu ślepca, czarnymi okularami zasłaniającego dziury po sumieniu. Zwykle taki śnieg, biały i puszysty, przedwigilijny, dawał radość. Nawet wtedy, gdy zimy były jeszcze czymś zwyczajnym, mroźne i kopne. Tym razem zasypało i radość.

Napadało i zostało, zmroziło na długo. Na takim śniegu, przyspawanym do ziemi słońcem, dobrze widać ślady, więc był on po stronie ścigających, a nie ściganych. Przeciwko nim był także mróz, uciekali zwykle jak stali, jeśli w ogóle zdążyli przed nadejściem tamtych, zwiastowanych przez zmilitaryzowane radio i telewizję. Dopiero później pomocni ludzie znajdowali im ciepłe swetry i jesionki, dogrzane domy i meliny, później, jeśli wcześniej nie znaleźli ich tropiciele, ludzie-psy.

W sumie czas grał jednak na korzyść uciekających, bo ileż można ganiać za nimi po mrozie, nawet jeśli zomowcom obiecano za to dodatkową premię. Nie tylko pieniężną, także i radochę, bo tamci luje tak śmiesznie wili się i podrygiwali, gdy wreszcie można było przypierdolić im zdrowo, pałą, od razu po zatrzymaniu, bez tego kurewskiego legitymowania i innych wymysłów.

Swoich ludzi generał opatulił dobrze, w ciepłe mundury, polowe, choć akcja działa się głównie w miastach, w szalokominiarki zasłaniające wszystkie znaki szczególne prócz oczu, w uszanki z barankiem i orzełkiem, małym i niewinnym niczemu, w kalesony z meszkiem, w bajowe podkoszulki z długim rękawem, na które mogli założyć ciepłe, zgniłozielone dresy. Nogawki spodni wpuszczało się w wełniane skarpety, a jeśli buty walonki były dobrze dobrane, przynajmniej rozmiar za duże, to wchodziły w nie i dwie pary skarpet, i jeszcze można było ruszać palcami, żeby nie zamarzały, oddzielając paluch od reszty w koślawą literę „V”.

Dbał o nich, bo tylko oni mu zostali. Więc na każdym skrzyżowaniu koksownik, na rozgrzewkę, ciepło i światło, żeby było jasne, kto tu wyznacza granice prawa, a kto jest z góry przegranym banitą. I że mysz się nie prześlizgnie, choć to akurat na wyrost, nie takie rzeczy wydarzały się wtedy pod bokiem władzy tu, w tak zwanym tym kraju.

Czas generalskiego przewrotu był dobrze wyliczony i wymierzony celnie, muszka zgrana ze szczerbinką, bo po kilku dniach ci, którzy nie siedzieli w więzieniach, konspiracyjnych lokalach albo zakładach pracy nielegalnie przerwanej, a także ci, którzy nie poszukiwali oraz nie pilnowali tych pierwszych, wszyscy oni, czyli większość tego narodu, który po latach wspominał będzie zdumionym sondażystom, że wtedy, w grudniu stało się dobrze i nie będzie do końca jasne, czy będzie naród przepytywany miał na myśli tamtą wojnę, którą wypowiedziano mu w jego własnym imieniu, czy też raczej śnieg, który wówczas spadł tak pięknie i mróz, który skuł w jedskuł jas nej chwili ziemię, tę ziemię, lepiej od zomowców;

więc ci, którzy nie walczyli po żadnej ze stron i nie uważali albo nie zauważali, że byli w stanie wojny, chyba że za taką uznać bój nie pierwszy i nieostatni w kolejce po ledwie żywego karpia z wanny, czyli mówiąc już krótko, najkrócej: my, naród, we people, ludzie, panie, normalni ludzie, mogli zająć się świętami na kartki, ze stemplami zamiast życzeń i wyrobami czekoladopodobnymi wymienialnymi na wyroby naprawdę spirytusowe, i mogli mieć w końcu to, co w życiu najświętsze, czyli święty spokój, jak śpiewała miła każdej władzy szansonistka z doświadczeniem długim jak stąd do wieczności.

Ten drugi obieg towarów istniał jeszcze przed stanem wojny. Wojna o pokój też wymagała wyrzeczeń, więc towarów brakowało, przewożone, przenoszone, szmuglowane, ryzyko mniejsze niż w wojnę, ale system ten sam, partyzantka jednego dnia, następnego do przeżycia, nie dać się złapać, schować przed donosem sąsiada i domiarem państwa, jakby go już nie było po uszy, nawet świńskie uszy były w cenie, dobrze uwędzone, zwędzone razem z tuszą z państwowego monopolu przełamywanego chłopsko-miejskim cwaniactwem, bidazaradnością, partyzantką wiejsko-miejską żywieniową, wiadomo, kaszanka, rąbanka, szklanka zawsze się znajdzie na uspokojenie nerwów rozdygotanych, nie wiadomo, z zimna czy strachu.

Strach był niewielki, bo jednak za szmuglowanie z nielegalnego uboju dostawało się mniej i lżej niż za sabotowanie ustroju, generał i jego WRONa bardziej bali się słów niż kiełbasy, chyba po raz ostatni w tym kraju na skraju. Więc jedni, ci mniej liczni, wywijali orła białego jak śnieg, wrona niech skona, orła nie pokona, pozostali, powszechniejsi, przelewali krew, świńską, żeby chociaż święta przeżyć po ludzku.

***

Nasza świnia pochodziła z lotniska, prawie, spod płotu, uchowała się pod bokiem strzegących ładu i porządku, przynajmniej w telewizyjnej propagandzie. Teren wokół lotniska nie był jednak zmilitaryzowany, świnia poległa zupełnie niebohatersko, od pałki i noża, nie broni palnej. Wśród kwiku i rzężenia, podobne dźwięki muszą towarzyszyć każdej wojnie.

Darujmy sobie opis, proza współczesna polska lubuje się przecież w takim twardochowaniu, a ta jej twardość wydaje się jakoś związana z chłopskim zamiłowaniem do zabijania zwierząt, oczywiście to bicie, kaleczenie, kogut bez głowy, z głową obok, gdaczącą, świnia do góry nogami z przebitym boczkiem, wyciekająca na śmierć do miski sprytnie podstawionej, żeby było czym kaszankę nasączyć, całe to seryjne mordowanie ma uzasadnienie w ekonomii, ludzkiej i boskiej, coś w końcu jeść musimy, przecież nie będziemy żarli ziemi, nawet jeśli udało się nam uczynić ją poddaną jak niewolnica Isaura. Ale ta zamieszkała między nami jednak trochę później.

Wcześniej wieźliśmy świńskie truchło stygnące na mrozie sankami, zawinięte w folię i szmaty, ale nie do końca szczelnie, bo krew kapała ze spekulanckiego pakunku i barwiła śnieg tropem czerwieńszym od komuny, która już dawno wyblakła i sprała się jak szmata. Nasza droga do domu, biało czerwona, płozy odciśnięte w śniegu, choć rozstaw mniejszy niż w kibitce. Na co dzień sanki, którymi wieźliśmy martwą świnię, służyły jednak do zabawy, a nie w partyzantce.

Z naprzeciwka patrol, widzieliśmy na filmach o okupacji, że patrolowi nie wolno patrzeć w oczy, żeby nie nawiązywać kontaktu, nie tylko wzrokowego. To ROMO, widać od razu, umundurowanie prosto z magazynu, źle dobrane, oddziały naprawdę rezerwowe, ci bez zapalczywości, kazali, to łażą, żeby nie pójść siedzieć za odmowę. Więc i oni nie patrzą, poodwracali głowy, żeby nie widzieć i nie być widzianym, zmobilizowano tych rezerwistów nagle, odrywając od ważniejszej walki, poważniejszej, codziennej, o szynkę i cytrusy odświętne i od polowania na poczwórną choinkę.

Nie przyjrzałem się więc dobrze, ale im dalej od tamtego spotkania, jestem coraz bardziej pewny, że to był on, historyk z mojego liceum, pop, mówiliśmy na niego, bo szefował podstawowej organizacji partyjnej. Ale to on właśnie, a nie inni nauczyciele, opowiadał na swoich lekcjach otwarcie o Katyniu, o stalinizmie, o losie pierwszej międzynarodówki komunistycznej.

Popa spotkałem po latach, w szpitalu, za demokracji, był już na emeryturze i nie wyglądał dobrze. Zapraszał do siebie, na małą wódeczkę i duże, poważne rozmowy o polityce, tej i tamtej. Nie chciało mi się politykować, więc odwlekałem i nie zdążyłem, bo umarł, bardziej ze zgryzoty niż z wieku.

Było ich więcej, tych szczeropolskich Wallenrodów, co jakoś musieli radzić sobie z konformizmem, a czasem robili z niego narzędzie nie tylko do kariery i świętego spokoju. Świat był wówczas czarno biały tylko w zimowym pejzażu i polskiej kronice filmowej. U szefa pop na uniwersytecie zdawałem zaległy egzamin z nauk politycznych, udowadniałem mu nielegalność stanu wojennego, nie oponował i po pół godzinie wyszedłem z piątką, trochę to wtedy nie wypadało. W większości ci podwórkowi wallenrodowie grali na dwóch frontach, pod przykryciem tak szczelnym, że nikt ich spoza niego nie widział.

Może naprawdę uważali, że coś zmieniają, będąc w samym środku, poziomki bez smaku, poprawiacze nienaprawialnego, marzyciele, cynicy, ketmani, dwulicowcy, schizofrenicy, z rozdwojonymi jaźniami i językami, we people, my naród, ludzie, niewyleczeni do dziś. Bo chodziło wtedy o minimum: o to, żeby żyć i dać żyć drugiemu, i nie ześwinić się przy tym, przynajmniej nie za bardzo. Teraz to minimum wydaje się ogromne.

Trochę przerobionego świńskiego mięsa zabraliśmy do wielkiego miasta, gdy już pozwolono nam wrócić na uczelnie. W bramie uniwersytetu sprawdzał legitymacje wielki brzuchaty milicjant, patrzący na nas z pogardą znad wielkiego brzucha zastawiającego całą furtkę, aż nie mogłem oprzeć się skojarzeniom z tamtą wieprzowiną, w odróżnieniu od tego ludzkiego tłuszczu nielegalną.

Kiedy wieźliśmy go spod wojskowego lotniska, które już za wolnej Polski poszło częściowo do cywila i stało się sławne na cały wolny kraj, gdy przez dwa lata istnienia nie odleciał z niego żaden samolot, bo gospodarka bezsensownie planowa trzymała się czasem dobrze na liberalnym rynku, kiedy więc ze wsi pod lotniskiem wieźliśmy na sankach świńskiego trupa, to szparami w ceracie kapała z niego jucha, świeżo czerwona i plamiła śnieg, zakazana świnia, teraz je wojna, kto handluje, póki my żyjemy.

Plamiła ten śnieg w barwy narodowe, czerwone na białym, a przez dziurawy worek wystawać zaczął świński ryj, i myślałem sobie wtedy, pamiętam jak dziś, że te sanki, ta kontrabanda, mięsna miejska partyzantka, że ta żywotność nieustająca, że to wszystko naprawdę dowodzi, że orła WRONa nie pokona.

I nie pokonała, ale nawet mi wtedy przez myśl nie przeszło, że wszystkich nas i wszystko pokona wówczas zwyczajny i chamski, a teraz wykwintnie przyozdobiony jabłkami i złocistym, pachnącym sosem z wtedy nieznanymi przyprawami, ale przecież ten sam, niezniszczalny i swojski świński ryj. Tak teraz, jak i na zawsze, i na wieki wieków, zapewne.

Data dodania: 27 listopada 2019

 

Ten tekst jest okolicznościowy, napisany na okoliczności ważne i wspaniałe: oto mija pięćdziesiąt pięć lat, odkąd Rita Gombrowicz zajmuje się Gombrowiczem, a ona sama obchodzi osiemdziesiąte piąte urodziny. Jej asystentka, Mariola Odzimkowska, wymyśliła świetny podarunek – poprosiła osoby związane z Ritą Gombrowicz, by napisały o niej krótkie teksty, osobiste, ale nie laurkowe, bo Rita jest przecież zaprzeczeniem wszelkiej koturnowości i celebry. Tak powstała mała książka, której jedyny egzemplarz Pani Gombrowicz otrzymała wczoraj. Dziś więc mogę opublikować swój fragment tego niecodziennego wydawnictwa.

 

TAJEMNICA RITY

 

Jubileusz bez laurki? Nawet bez laudacji? Co za pomysł? Ale rzeczywiście, okolicznościowe pisanie o Ricie Gombrowicz byłoby grzechem. I to takim, który choć ciężki, nie daje przyjemności.

Bo to przecież oczywistości: że bez Niej Gombrowicz nie byłby Gombro…i tak dalej, i tak dalej. Zrobiła przecież tyle dla niego, że… To dzięki niej pamięć w najtrudniejszych latach…  Więc lepiej wybrać nie mógł towarzyszki swego życia i życia po życiu. Oczywistości.

***

Zastanawiam się, od kiedy Rita stała się dla mnie nie tylko osobą ważną, ale i tak bliską. Może od tego momentu, niemal w pięćdziesiąt lat po śmierci Gombrowicza, gdy w jednej z wielu rozmów z nią, które miałem szczęście prowadzić, stwierdziła poważniejąc nagle: kochałam go i kocham nadal, tym bardziej, im dłużej go nie ma.

Zastanawiam się TEŻ czasem, jaka siła sprawiła, że uwierzyłem w to wyznanie bez oporów, że nie dostrzegłem w nim ani sentymentalizmu, ani literackości. Tajemnica Rity?

Bo Rita jest dla mnie tajemnicą. Jest tajemnicą z ostatnich lat Gombrowicza, ich wspólnych lat, na ile było to możliwe, i osobnych, na ile było to konieczne. Warunek związku może nie idealnego, ale prawdziwego i wolnego.

Jego w tym związku jakoś rozumiem, a przynajmniej potrafię przełożyć na swoje doświadczenia, w końcu w tej chwili jestem rówieśnikiem tamtego Gombrowicza, pół wieku późniejszym.

Oczywiście, nie rozumiem jego geniuszu, pewnie geniusz może tak naprawdę pojąć tylko ktoś jakoś tam również genialny. Ale doskonale za to rozumiem jego męską i ludzką fascynację Ritą, czytam ją między wierszami, cokolwiek by nie opowiadał o swoim dystansie i niby-cynizmie. Rozumiem też, wydaje mi się, jego związane z Nią lęki, jego zwątpienia, zazdrość, czasami cierpienie, wszystko to tak skrzętnie skrywane, ale przecież do wyczytania.

Myślę, że Rita robiła z nim, z jego codziennością to, co tylko prawdziwa kobieta potrafi. Dowartościowywała jego olbrzymie ego, ale czasem rozdrażniała jego jeszcze większe kompleksy, rozdrażniała niechcący, w damsko-męskiej grze, albo celowo, by je przegonić. Dawała mu wolność młodości i miłości, nazywajmy je po imieniu. Wolność, która bez niej już nie istniała, która istniała tylko jako ona. Dawała też spokój, który tylko ona potrafiła zburzyć. Tak sobie ich relację wyobrażam.

Więc Rita jako źródło szczęścia i cierpień, przedłużenie życia, czucia, pewnie nawet uczucia. Tak wiele ról w jednej kobiecie: przyjaciółka, kochanka, prowokatorka, opiekunka, dziecko, istota rzeczywistości, ujmującej i dojmującej, życia w jego najżywszej formie, które mimo bezwzględności czasu nie przecieka przez palce, chociaż przecież odchodzi.

***

Wiem, miałem pisać o Niej, a piszę znów o nich. Ale tak wiele razy próbowałem rozmawiać z Ritą o niej samej, próbowałem nie raz i nie dwa, i zawsze kończyło się tak samo: wymykała się i w końcu opowiadała o nim, a raczej o Nim.

Zgoda, dał jej sens i cel, więc to nie było poświęcenie w sensie męczeństwa. Dał jej wolność w niewoli, ale przecież żyła nie tylko jego życiem po życiu. I ja ciągle mam nadzieję, że opowie jednak o tym. Rito, pisz! Ta książka musi powstać!

***

W moim pokoju we Wsoli jest taka fotografia z otwarcia muzeum, okolicznościowa, grupowa, stoimy na schodach pałacu, Rita i my, w Muzeum Gombrowicza pracujący. My wyglądamy trochę jak pałacowa służba witająca pana Gombrowicza,  chlebodawcę i patrona, po jego długiej nieobecności w domu. Tylko Rita jest swobodna, jak stara, dobra przyjaciółka Witolda. Czyli jak w rzeczywistości.

Na tym zdjęciu dzieje się coś dziwnego. Niby to my zajmujemy najważniejszą, środkową część fotografii, jesteśmy jakby na pierwszym planie. Rita stoi trochę na skraju tego planu, swobodnie oparta o lwa zdobiącego wejście. Jest z boku, dyskretnie, ale czuje się, że to ona jest centrum obrazu, nienarzucającym się, ale centrum.

Zupełnie jak w ostatnich latach Gombrowicza i w jego życiu po życiu. Rita uprawia prawdziwą sztukę życia, dostępną niewielu.

 

 

Data dodania: 16 września 2019

1.

Polska i Argentyna, dwie ojczyzny Gombrowicza, do obu miał stosunek miłosny, więc obie można traktować jako porzucone, zostawione, nieoczekiwanie i bezwzględnie.

 

Nawet złudzenia odjeżdżającego od nich były jak z romansowej opowieści: płynął do Argentyny nie myśląc o emigracji, został tam, gdy okazało się, że do Polski wrócić nie może; a z Argentyny wracał do Europy tylko na chwilę, kilkanaście miesięcy stypendium, nawet kiedy okazało się, że nie ma sił, nie tylko fizycznych, na powrót, to i tak swojego miejsca szukał na Południu.

 

I jak do porzuconych kochanek miał Gombrowicz stosunek bardzo emocjonalny i bardzo krytyczny. Siebie nimi tłumaczył i usprawiedliwiał.

 

2.

Znaków do napisania o tym dano mi niewiele, ale i tak oddajmy ich część Gombrowiczowi, niech mówi tekstem z „Dziennika”, bardzo znaczącym:

 

Burza, jaką nas powitał Atlantyk, nie była taka sobie codzienna (powiedział mi potem steward, że od bardzo dawna taka mu się nie zdarzyła), ocean był wszechzatracający, wiatr dławił i wiedziałem że na tej pustyni szalonej wyrasta już przede mną, wyznaczona kierunkiem naszym, Europa – tak, nadciągała już, a ja nie wiedziałem co zostawiam za sobą. Jaką Amerykę? Jaką Argentynę? Och, co to właściwie było, tych lat dwadzieścia i cztery, z czym ja płynę do Europy? Ze wszystkich spotkań, jakie mnie oczekiwały, jedno było najkłopotliwsze… musiałem się spotkać z jednym białym statkiem… który wypłynął z polskiej Gdyni w drodze do Buenos… z którym więc miałem się spotkać nieuchronnie za jakiś tydzień na pełnym oceanie… Był to „Chrobry”. „Chrobry” z roku 1939-go, z sierpnia, ja na nim byłem i Straszewicz i Rembieliński, senator, i minister Mazurkiewicz, rozbawione grono… tak, wiedziałem, że spotkać się muszę z owym Gombrowiczem, płynącym do Ameryki, ja, Gombrowicz, dziś odpływający z Ameryki. Jakaż ciekawość żarła mnie wtedy, potworna, odnośnie do losu mojego, czułem się wtedy w losie moim jak w ciemnym pokoju, gdzie pojęcia nie masz o co nos rozbijesz, ileż bym dał za najniklejszy promyk rozświetlający zarysy przyszłości – i oto dzisiaj ja nadpływam tamtemu Gombrowiczowi, jak rozwiązanie i wyjaśnienie, jestem odpowiedzią. Czy jednak, jako odpowiedź, będę na wysokości zadania? Czy zdołam w ogóle coś powiedzieć tamtemu, gdy „Federico” wynurzy mu się na mglistym obszarze wód z żółtym, potężnym kominem swoim, czy nie będę musiał przemilczeć?…

To byłoby przykre…

 

Tylko przykre? Mocarz Gombrowicz, który gdzieś tam po cichu myślał o sobie jako o współczesnym Szekspirze, zakłopotany? Tylko? Jak sztubak przyłapany na … (tu najbardziej wstydliwe skreślić).

 

3.

Wyczytany z tekstów Gombrowicza powrót do Europy po stabilizację, sukcesy i uznanie jest jednak klęską, w tym sensie, w jakim klęskę ponosimy wszyscy, nie znajdując odpowiedzi na pytania o egzystencję: po co? dla czego? w jakim sensie? Tyle, że Gombrowicz i z tej klęski potrafił zrobić literaturę. Takie spotkanie na pustyni oceanu zdarza się większości z nas. Zapisać je potrafi niewielu. Zapisać tak, żeby było znaczące i przejmujące po ponad półwieczu – mało kto.

 

4.

Wiadomo, opisywano to już po wielekroć: Gombrowicz z Polski do Argentyny uciekał przed formą narzuconą, w poszukiwaniu jeśli nie formy własnej, bo w nią już po „Ferdydurke” raczej nie wierzył, to formy luźniejszej, gęby dopiero stającej się, dającej jeszcze kształtować podług własnej twarzy. Ta polska forma, wspominana czy odtwarzana raczej po emigranckich latach, nie była imponująca: błoto, bieda, coraz bardziej dyktatorska forma urządzenia kraju, słabość i wtórność intelektualna. Do czego tęsknicie, pytał Gombrowicz bogoojczyźnianą emigrację:

Wiedzcie, że ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem siły na myśl, że ojczyzną waszą wy sami jesteście! Cóż z tego, że nie przebywacie w Grodnie, Kutnie lub Jedlińsku? Czyż kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej, niż w sobie? Jesteście u siebie, choćbyście znajdowali się w Argentynie lub w Kanadzie, ponieważ ojczyzna nie jest miejscem na mapie, ale żywą istotnością człowieka.

 

Gombrowicz uciekał również i przed formą własną, to też wiadomo. Z teatru, w którym role rozdane były raz na zawsze, czyli otępiającego środowiska ziemiańskiego, które w dworku w Bartodziejach pod Radomiem tak wykpiło jego debiut. Z żałosnej bohemy artystycznej, do której nawet dobrze nie należał, choć przecież z zawiścią zerkał na skamandrycki stolik w „Ziemiańskiej”. I od rodziny będącej źródłem cierpień, mówiąc banalnie, ale trafnie:

 

Więc cierpiałeś a jednocześnie wstydziłeś się swego cierpienia i ty, który już wówczas wcale nieźle dawałeś sobie radę z demonami o wiele groźniejszymi, tu załamywałeś się okropnie; dyskwalifikowany własnym bólem swoim. Biedny, biedny chłopcze! Dlaczego mnie wtedy nie było przy tobie, dlaczego nie mogłem wejść wtedy do tego salonu i stanąć tuż za tobą abyś poczuł się uzupełniony późniejszym sensem twego życia.

 

Tak do siebie bartodziejskiego mówił jeszcze w Argentynie, ale przecież potem w Europie mógł to powtórzyć do siebie argentyńskiego, teraz z pozycji kończącej się starości. Zresztą robił to, odpominając i zmyślając „Kronos”, inkrustowany wzruszającymi inwokacjami do siebie sprzed lat.

 

5.

Puszczając się do Argentyny i potem podejmując decyzję o niepowrocie Gombrowicz uciekał od słabości nieuleczalnie chorej Europy, szykującej się do samobójstwa, oraz z marszowej kolumny ustawionej przez Marszałka i jego następców. Ale uciekał także od słabości bardziej intymnych: wstydliwego erotycznego niezdecydowania, rozbuchanego na kuchennych schodach i na gumnach, a także od dusznego sporu z czytelnikami i krytyką, nie czytającymi wcale albo tak, jakby wcale nie czytali. Gdy po latach odtwarza polską biografię w dzienniku intymnym, to właśnie o tym pisze najwięcej: o pokątnym erotyzmie i otwartej walce o pozycję i uznanie artystyczne.

Chyba od początku wiedział, iż pisarz, żeby się stworzyć, musi najpierw zostać nikim. Więc gdzie, jak nie na argentyńskim końcu świata, przynajmniej tego europejskiego?

 

6.

Pomógł przypadek, zaproszenie na dziewiczy rejs „Chrobrym”, choć jak wiadomo nie ma przypadków, przynajmniej w literaturze, są kreacje i konstrukcje:

 

… i skądże bym wiedział wtedy, że moim losem będzie Argentyna? To słowo nigdy nie dało się przeczuć. A jednak napisałem wówczas opowiadanie pod tytułem Zdarzenia na brygu Banbury. Płynę w tym opowiadaniu do Południowej Ameryki. (…)

Złudzenia! Miraże! Fałszywe związki! Żaden ład, żadna architektura, ćma w moim życiu, z której nie wyłania się ani jeden prawdziwy element kształtu – a przecież dzisiaj atakują mnie całe ustępy tego opowiadania, rodzące się we wspomnieniu, blade, zrozpaczone, jak zjawy.

 

Gombrowicz wiele był w stanie zrobić dla symbolicznego znaczenia, nawet datę przypłynięcia do Buenos Aires sfałszował, żeby była taka jak jego znacząca, najważniejsza liczba 22. Numerologia jak z „Paragrafu 22”. To nie był jednak „Paragraf…”, już raczej cyrograf.

Bo ta Argentyna była jednak diabelstwem, cena za wolność od siebie tamtego, za wolność poszukiwań artystycznych i erotycznych była wysoka: bieda, chwilami głodowa, kulturalne żebractwo i włóczęgostwo, kłopoty z policją ścigająca homoseksualizm, choroby weneryczne, chora nuda w Banco Polaco. Ale powstawały ważne teksty i zaczęły się tłumaczyć szerszej, międzynarodowej publiczności. Tłumaczyć przy użyciu młodości.

 

O tym też już powstały książki, o wampiryzmie Gombrowicza wysysającym  życie z młodości i przedłużającym własną. O argentyńskich ćwiczeniach w uwodzeniu, w stylu, o uczeniu się języka nowego, choć polskiego. Argentyna jako młodość i niższość, prawdziwie arystokratyczne. I jako możliwość.

 

7.

Polska w argentyńskim bezczasie była obecna chyba bardziej niż w polskim fragmencie biografii Gombrowicza. Człowiek Gombrowicz próbujący się spod niej wydobyć, ale przecież i patrzący na nią z oddali  – jak się okaże w Berlinie – patrzący tęsknie. Powrotu jednak nie było, w powietrzu berlińskiego ogrodu wisiał tamten zapach, zapamiętany z przedwojnia, ale był to zarazem zapach śmierci i rozkładu. Nie było już świata, do którego Gombrowicz mógł wrócić. Ale też imitował go do końca, Rita Gombrowicz wspomina, że ich mieszkanie w Vence umeblował pisarz według Małoszyckiego gustu.

 

Powrót okazał się niemożliwy w każdym wymiarze, nie tylko w przestrzeni i czasie, przetrwała przecież tylko pamięć tamtego świata. Niemożliwy okazał się także powrót do siebie tamtego. A potem i do siebie argentyńskiego, bo jak żalił się gdzieś w Dzienniku, argentyńska pamięć o nim pozostała powierzchowna, pamięć o skandaliście i oryginale, płytka. Trzeba było mocniej zadbać o swój obraz, wyrzuca sobie Gombrowicz, by potem do końca zajmować się już głównie właśnie tym – autokreacją.

 

8.

Więc tak naprawdę klęska, ani nie zostało ustalone, kim się jest, ani nie zaprogramowało się wystarczająco pamięci o sobie. Nawet spóźniony sukces artystyczny i komercyjny zostaje pomniejszony degrengoladą ciała. Ostatnie gry z młodymi, i jeszcze te zabiegi, nieco żenujące, do ostatniej chwili, ostatniego zapisu „Kronosu”, te gadaniny o Noblu, wykłócanie się o tłumaczenia i honoraria nawet z najbliższym przyjacielem. Małostkowość? Może, ale pewnie także to pragnienie, którego nasycić chyba nigdy nie można: żeby chociaż ta tak diabelnie kosztowna literatura przetrwała i była obecna, miała życie po życiu.

 

9.

Więc jaki był bilans tych porzuceń, ucieczek, poszukiwań?

To byłoby przykre. Jeśli on mnie zapyta ciekawie:

– Z czym wracasz? Kim teraz jesteś?… a ja mu odpowiem zakłopotanym gestem rąk pustych, wzruszeniem ramion… i może czymś w rodzaju ziewnięcia „aaach, nie wiem, daj mi spokój!” Kołysanie, wiatr, szum, ogromne piętrzenie się i rozbełtanie zlewające się u horyzontu z niebem nieruchomym, które nieruchomością uwieczniało płynność, a w dali majaczący się z lewej strony brzeg amerykański, jak wstęp do wspomnienia… czyż nie zdobędę się na inną odpowiedź? Argentyna! Argentyna! Jaka Argentyna? Co to było – Argentyna? A ja… co to jest teraz, to ja?

To ja teraz to literatura. Wielka, bo wielkim i odważnym pisarzem był, przyjmując bez uników swoją biografię i wpisując ją w tekst literacki.

 

10.

I jest jeszcze kwestia obecności/nieobecności, odwagi/dezercji, drażliwa dla Gombrowicza bardziej, niż chciał się do tego przyznawać. W „Kamiennym Potoku” Jan Kott przywołuje pewną scenę, rozgrywającą się w okupowanej Warszawie, podczas prywatki, która siłą godziny policyjnej trwała do rana:

Nad ranem dobiegły mnie dziwne odgłosy z sąsiedniego pokoju. Uchyliłem drzwi i zobaczyłem dwóch młodych mężczyzn klęczących naprzeciwko siebie. Walili głowami o podłogę, a potem na: raz, dwa, trzy! Podnosili głowy i przedrzeźniali się wzajemnie, wykrzywiając się jak najpotworniej. Była to walka na miny, aż do zupełnego zniszczenia przeciwnika, aż do miny, na którą nie było już żadnej kontrminy.

Ci dwaj mężczyźni, w których zabawie trwał Gombrowicz w miejscu najmniej oczekiwanym, nazywali się Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz.

 

Zresztą, jak pisze Kott, nie ma to większego znaczenia, że byli to akurat ci dwaj. Albo ma o tyle, o ile pokazuje prawdziwą obecność pisarza, poprzez jego dzieło. Jedyną daną mu i możliwą formę obecności, jeśli naprawdę jest twórcą.

*tekst napisany na zamówienie „Teologii Politycznej Co Tydzień” i opublikowany w poświęconym Gombrowiczowi rocznicowym wydaniu tego czasopisma

Data dodania: 20 sierpnia 2019

Wracam do prezentowanych tu niegdyś zapisków fejsbukowych kogoś, kto podpisuje się pseudonimem Zdzisław Niewieski. Podpisuje, jeśli naprawdę istnieje, co wciąż pozostaje kwestią niejasną i niepewną.

 

Pewne jest, że Zdzisław pisze, ostatnio nawet intensywnie, bo przez dwa tygodnie zapisywał niemal codziennie swój rzekomy pobyt nad morzem. Morze raczej nie było rzekome, choć pewnie jakoś tam odrealnione, bo wewnętrzne.

 

Można powiedzieć, że zapiski te to jeszcze jedna próba opisania świata, w sumie śmieszna i nieprecyzyjna jak chyba wszystkie takie próby, tych naprawdę genialnych nie wyłączając. Dlatego też wydają mi się warte lektury: zawsze lepiej być świadkiem klęski cudzej niż własnej.

 

Choć kto tak naprawdę wie, czyje co jest i co jest rzeczywiście, a co tylko zmyślone:

 

1 sierpnia o 19:16 · 

Zdzisław wyjeżdżał na wakacje, choć nie bardzo potrafił je sobie wyobrazić, zmęczenie tego roku było zbyt wielkie. Próbował więc przypomnieć sobie euforię, przeżywaną za każdym razem w pierwszy poranek nad morzem:

Stoi i patrzy w horyzont. Otaczają go rzeczy i istoty o jasnych, prostych definicjach. Woda, piasek, wiatr, słońce, fale, ptaki. Z nich składa się ten świat.

Jest bardzo wcześnie, więc wokół jeszcze nie ma ludzi. Świat przed ludźmi. Wspaniały.

Tęsknota do takiego świata została dobrze opisana w naukach o człowieku. Gdzieś tam także nadano jej nazwę. Zdzisław jednak nawet nie próbował jej sobie przypomnieć. Bo po co nazywać, skoro jest dobrze?

W tym roku Zdzisław tęsknił jeszcze zanim wyjechał. Wcale nie dlatego, że z natury był melancholikiem. Akurat ta tęsknota była konkretna, Zdzisław znał jej przyczynę, mógł ją wręcz nazwać po imieniu.

Po co jednak nazywać, skoro jest dobrze, mimo wszystko, powtarzał sobie Zdzisław.

Dobrze, wszystko, powtarzał.

 

 

3 sierpnia o 18:58 · 

Morze. Może? Boże?!

 

 

4 sierpnia o 21:51 · 

Łażenie brzegiem morza wpędzało Zdzisława w szczególną euforię. Szedł pod słońce, które choć ranne, prażyło z wysokości jakby zamierzało zamienić świat w roztopione srebro.

Był jednak Zdzisław na tyle doświadczony, by nie ulegać zbyt łatwo euforycznym emocjom. Sceptycyzm, garbowany przez dziesięciolecia na skórze Zdzisława, nakazywał mu dystans. Dostrzegał więc całą przewrotność natury, podstępnej i fałszywej.

Cóż bowiem z tego, że delikatne, ciepłe fale przymilnie łaskotały mu stropy, nawet nieproszone, skoro horyzont nie był już tak łaskawy, bo nie pozwalał wędrującemu Zdzisławowi zbliżyć się do siebie choćby o krok.

Zdzisław szedł dalej i dalej, ale niczego to nie zmieniało: miejsce, w którym łączyły się plaża i morze było cały czas równie odległe, zupełnie jakby plaża i morze uciekały przed nim w rytm jego kroków. A może nie uciekały, lecz wędrowały w tym samym kierunku co Zdzisław?

Im bardziej oddalał się od strzeżonej plaży, tym bardziej pejzaż wokół stawał się osobny i dziki. Zdzisław i mewy były jedynymi żywymi istotami w tym krajobrazie. Aż w końcu nawet mewy zniknęły gdzieś nad falami.

To wygląda tak, jakbym dotarł na koniec świata, pomyślał Zdzisław. Czy rzeczywiście tak będzie wyglądał koniec, pytał sam siebie? Nie wiedzieć skąd pojawiło się jednak w jego głowie przekonanie, że to jeszcze nie żaden koniec, ani jego, ani jego świata.

Dziwne, zupełnie jakby Zdzisław gdzieś po drodze zgubił swój nieodrodny pesymizm, strząsając go może razem z piaskiem ze spoconego czoła.

Bo zaraz potem pomyślał radośnie, że to nie tylko nie koniec, ale przeciwnie: początek, kolejny i pewnie nie ostatni, i chwilowo bezludny świat zapełnią tym razem wyłącznie dobre zdarzenia oraz ludzie.

Pomyślał też Zdzisław, że choćby i tym całym światem okazała się zaledwie jedna jedyna osoba, słoneczna i bliska, to i tak nie będzie żałował długiej wędrówki w stronę rozżarzonej kuli.

Tak, w dziwną doprawdy euforię wprawiało Zdzisława łażenie brzegiem morza. Szczególnie w pełnym słońcu i bez nakrycia głowy.

 

 

5 sierpnia o 19:21 · 

Tuż przed piątą Zdzisława obudziły grzmoty, dalekie, ale mocne. Wybrzmiały deszczem, po kwadransie chmury zakryły drugi brzeg zatoki. Nici z porannej włóczęgi, plaża musi poczekać, dziś pewnie jeszcze bardziej opustoszała.

Zdzisław siedział przy otwartym oknie i gapił się na wodę, pomarszczoną, choć z umiarem, jak dobrze wymakijażowana kobieta w wieku balzakowskim. Deszcz uparcie zmywał z niej puder, więc fale stawały się coraz wyraźniejsze.

Na słupkach wyznaczających szlak do portu mokły solidarnie mewa olbrzymka i kormoran. Ona nastroszyła się jakby mało jej było własnej nazwy. On co jakiś czas rozkładał wielkie skrzydła jak czarną, diabelską pelerynę. Obok inna mewa, też samotniczka, podrywała się z wody do lotu, długo, ociężale, jakby jej pióra za mocno nasiąkły deszczem.

Ziemia, której tu na półwyspie niewiele, przyjmowała ulewę z niechęcią, niespiesznie. Kałuże próbowały więc przeczekać chmury na maleńkich, wszystko tu było miniaturowe prócz wody,  podwórkach zagraconych do granic grillowymi altankami, leżakami, ławami, stołami, sprzętem do surfowania, rowerami i samochodami, które je tu dowiozły. Ludźmi jeszcze nie, ulewa umocniła ich w płytkim porannym śnie.

Zdzisławowi nie chciało się czytać ani nawet pisać. Pozostawał patrzeniem, niemal bezmyślnym, nieruchomym. Było tak cicho, że gdyby chciał, to usłyszałby, jak czas zarasta mu twarz twardą siwą szczeciną.

Miał godzinę lub dwie, zanim słońce wywoła kolejną gorączkę, zarażone intensywnością od deszczu. Będzie prażyło bez umiaru, bo na półwyspie wszystko dzieje się i zmienia gwałtownie, bez ostrzeżenia.

Nic nie jest tu umiarkowane, wyważone, letnie i pewnie dlatego Zdzisław tak bardzo przywiązał się do tego miejsca. Mówił o nim „moje miejsce”, choć tak naprawdę nie było jego, był tu tylko przechodniem.

 

 

6 sierpnia o 12:59 · 

Na plaży Zdzisław podglądał dziś stare dobre małżeństwo. Chciał, nie chciał, coś przecież trzeba tu robić.

Siedzieli zbyt daleko, by mógł podsłuchać słowa, którymi rzucali w siebie rzadko, za to z zawziętością. Ale Zdzisław nie musiał ich słyszeć, wystarczyły gesty, wymowne niczym translacja migowa dla niesłyszących. Oni też na pewno nie słyszeli się od dawna, od kiedy przestali się słuchać.

Teraz odprawiali stary rytuał smarowania ciał olejkiem do opalania, nacierali sobie nawzajem plecy, ramiona i nogi. Kiedyś to była pieszczota, czasem prawie gra wstępna, gdyby nie tłok na plaży. Teraz zwyczajna mechaniczna czynność, bez cienia erotyzmu, jak podejrzewał Zdzisław, dawno zapomnianego.

Potem długo wycierali ręce o piach, jakby ścierali obrzydzenie, skrywane z wysiłkiem, nie wiadomo do czego: olejku czy dotyku. Nie było wiadomo i może lepiej się nie dowiadywać. Zdzisław oczywiście nie miał takiego zamiaru, wątpił, czy nawet siebie samego potrafiłby przepytać w takiej sytuacji.

Pomyślał natomiast, że w starych dobrych małżeństwach oboje małżonkowie są starzy w pewnym sensie, niejako z definicji, bez względu na metrykę, a przy tym jedno z nich jest zwykle jakby trochę starsze i bardziej zniecierpliwione.

Za to oboje są tak samo dobrzy dla siebie, jedno dla siebie i drugie dla siebie. To jedyna zgodność, jaka pozostaje do końca, pomyślał Zdzisław. Lecz przecież i tę zgodność, wypracowywaną latami rozczarowań, starzy dobrzy małżonkowie też mają sobie za złe.

Rzecz jasna nie sobie samym, lecz sobie nawzajem.

***
PS. Fotografii ilustrującej tekst nie będzie, z oczywistych powodów. A poza tym każdy może zilustrować sobie sam, przyglądając się komuś w bliskim otoczeniu albo patrząc w lustro.

 

 

7 sierpnia o 17:33 · 

Jętki żyją czas dłuższy niż wyznacza im nazwa. Zdzisław obserwuje je co roku: zdychają nie jeden dzień, a kilka, obijając się coraz słabiej o przymknięte okno.

W wilgotne dni jest ich tu mnóstwo, wieczorami włażą do oczu i ust, jakby szukały schronienia przed nocą. Lgną do ciepła i światła.

Możliwe jednak, że Zdzisław się myli i naprawdę co dzień umierają jedne osobniki, a w ich miejsce pojawiają się następne. Gdy leżą pokotem na parapecie, nie sposób je przecież rozróżnić.

Bóg tak samo widzi ludzi, nie rozróżniając istnień, myśli czasem Zdzisław, starą herezję opatrując zastrzeżeniem:

Jeżeli Bóg jest. Jeśli istniejemy obydwaj.

 

 

8 sierpnia o 13:29 · 

Zdzisław na ścieżce przy zatoce spotyka często dwa czarne koty, wyglądają jak bliźniaki, czarne tak, że jeden czarniejszy od drugiego, ale jak poznać który od którego?

Te dwa czarne koty, a jeden czarniejszy od drugiego, wychodzą codziennie naprzeciw staremu Kaszubowi, może ostatniemu, który nieznajomym, niezbyt szanowanym tu letnikom mówi na powitanie „dobriy”.

A dobriy, dobriy, będzie dobry, musi – myśli Zdzisław, odpowiadając na powitanie.

Koty też na to liczą, ocierają się więc o nogi mężczyzny otwierającego swoją starą, wciąż prowizoryczną wędzarnię w drewnianej budzie, stojącej tu od lat.

Koty przybiegły za starym aż z portu. Instynkt podpowiedział im, że znów będzie uczta. A przy ludziach i koty się pożywią, szczęśliwe.

Jest nadzieja. Dla kotów, a może i dla nas.
***
Dzień po zapisaniu tego fragmentu Zdzisław dowiedział się, że kotka, żyjąca w jego domu od kilkunastu lat, ma raka, nieoperowalnego.

Można sobie snuć opowieść do woli, ale zakończenie i tak nie zależy od nas, napisze je życie.

Zdzisław postanowił jednak niczego w napisanym już fragmencie nie zmieniać ani nie skreślać.

Skreśli się samo.

 

 

9 sierpnia o 19:15 · 

Tym razem Zdzisław włóczył się nie po plaży, lecz po nadmorskim lesie. Przeszedł kilka kilometrów i wdrapał się na piaszczystą górę, nazywaną przez miejscowych Góra Libek.

Kiedy Zdzisław usłyszał o niej po raz pierwszy, wyobraził sobie, że nazwa wzięła się z niemieckiego słowa oznaczającego miłość. I rzeczywiście, góra idealnie nadawała się na modne niegdyś schadzki w sentymentalnej scenografii.

Prawda była jednak inna, wkrótce Zdzisław doczytał, że przed wiekami w tym miejscu rozbił się statek nazywający się tak jak niemieckie miasto Lubeka, czyli Lübeck.

Była to więc góra nie miłości, lecz rozbitków. A i górą właściwie nie była, ot, zwyczajny pagórek na wydmach.

Zdzisław wciąż jednak miał nadzieję, że kiedyś i tak to wyobraźnia będzie górą.

 

 

11 sierpnia o 10:38 · 

Niedziela, dzień rodzinny, tym bardziej na urlopie, kiedy to współobecność celebruje się świątek i piątek, do bólu. W taką właśnie niedzielę Zdzisław obserwuje specjalność miejsca, w którym spędza wakacje: celebrę na wodzie.

Przygląda się osobliwej wspólnocie desek powiązanych ze sobą żeglarskimi węzłami, jedna za drugą, na nich okrakiem maluchy. Kolorowy orszak ciągnie, niczym przewodnik stada, instruktor surfingu. Dzieciaki są niesforne, więc Zdzisław młodemu człowiekowi trochę współczuje.

– A teraz wszyscy medytują – zarządza przewodnik, najwyraźniej aspirujący również do przewodnictwa duchowego albo zaprzyjaźniony blisko z instruktorką jogi. Dzieci jednak nie dają się uciszyć, tak głośnej medytacji chyba nie tylko Zdzisław, ale nawet i niebiosa jeszcze nie słyszały.

Dzieciaki nie są same, oczywiście, rodzice, czujnie obserwujący z brzegu postępy kosztującego niemało szkolenia, próbują zachować tę krzykliwą medytację na wieczność, wypstrykując ostatnie migawki ze swoich smartfonów.

Zdzisław wyobraża sobie, jak po latach na fotkach i nagranych teraz filmikach odkrywają ze zdziwieniem, że zachodzące w tle słońce jest niżej niż to zapamiętali, a twarze ich dzieci z tamtego czasu pamięć co prawda przechowała, ale bardzo niechlujnie.

A potem czas zatrzymuje i ich, ze szczoteczką do zębów lub golarką w ręku nieruchomieją przed łazienkowym lustrem. Stoją tak długo, nie mogąc doliczyć się ani zmarszczek, ani lat.

 

 

12 sierpnia o 14:15 · 

„A jeżeli, a jeśli nie to, no to o co, u diabła, nam szło”, nuciła się w głowie Zdzisława znana niegdyś piosenka z tekstem. A wszystko znowu przez poranną wędrówkę po plaży, podczas której Zdzisław znalazł odcięty łeb ryby.

Jasne, nie był na Sycylii ani nie był przesądny, jednak sytuacja powtórzyła się po raz trzeci, więc postanowił zrobić rachunek sumienia, oczywiście żartobliwie. Zajęło mu to dużo czasu i okazało się jednak zajęciem ponurym.

Jakby cytatów tego dnia było mało, przyplątała się jeszcze do Zdzisława sentencja, przypisywana Konfucjuszowi: człowiek ma dwa życia, a to drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadomi sobie, że ma tylko jedno.

Ale co jeśli uświadomi sobie to za późno? – zapytał Zdzisław nie wiadomo kogo. I pomyśleć tylko, pomyślał, że miało być tak pięknie, mądrze i zabawnie. No landszaft, cholera, nie życie…

„… i ćwiaartka na popicie”, zrymowała mu kolejny cytat może i już zawodna, ale wciąż jeszcze błazeńsko złośliwa pamięć.

 

 

13 sierpnia o 11:30 · 

Z okna pokoju, w którym Zdzisław spędzał wakacje, roztaczał się piękny, acz nieco ograniczony tutejszą ciasnotą, widok na zatokę. Widok ten był dla Zdzisława tak ważny, że rezerwował go sobie z rocznym wyprzedzeniem.

Mniej szczęścia mieli ci, którym pozostawały pokoje od strony morza. Wodę przesłaniały im wydmy, natomiast z okien widać było zatłoczoną szosę, gęsty las i niewielki cmentarz z wymoczonym, wyblakłym Chrystusem na wielkim drewnianym krzyżu.

Gospodarze o pomieszczeniach po tej gorszej stronie mówili dowcipnie „pokoje z widokiem na przyszłość”.

Problemu z chętnymi nie było, przeciwnie, przybywało ich co roku. I to mimo że na bramie cmentarnej powieszono ostrzeżenie, że „przejścia przez cmentarz nie ma”.

 

 

14 sierpnia o 14:21 · 

Zdzisław leżał na plaży i obserwował skrzydlate owady podobne do mrówek, przekopujące się przez ślady jego stóp odciśnięte w wilgotnym piasku. Wspinały się pracowicie i znów spadały w dół, czasem tuż przed szczytem, uparte i niezmordowane. I tak po wielekroć.

Przez chwilę Zdzisław miał ochotę im pomóc: wyrównać piasek albo chociaż wytyczyć palcem przekopy, którymi owady mogłyby wydostać się z pułapek.

Przypomniał sobie jednak Gombrowicza opowiadającego w „Dzienniku”, jak ratował na plaży żuki, które przewracały się na grzbiet i nie mogły iść dalej, co skazywało je na śmierć w promieniach słońca. I tamto Gombrowiczowskie, nazbyt oczywiste filozofowanie puentujące opowieść: że skoro nie da się pomóc wszystkim żukom, to które, według jakich kryteriów i jakim prawem człowiek może przestać ratować?

Zdzisław nie miał ochoty zastanawiać się, której mrówce jeszcze pomoże, a której nie, mimo że niewiele miał do roboty na urlopie.

A przypomniawszy sobie tę etyczną bezradność uwielbiającego paradoksy ironisty, Zdzisław wstał, nieco zażenowany, otrzepał ręce z piasku i ruszył przed siebie, wydeptując kolejne dołki, jeszcze głębsze od tamtych, bo w międzyczasie bryza zawilgotniła plażę do reszty.

Zresztą dłużej usiedzieć i tak się nie dało, wiał zimny wiatr, a słońce na dobre ugrzęzło w chmurach. Było niewiele cieplej niż w zimowym Buenos Aires, gdzie na Gombrowiczowskim Kongresie zebrał się tłum wyznawców anty-mistrza Witolda.

Zdzisław pomyślał o nich ciepło, na rozgrzewkę.

 

 

16 sierpnia o 07:22 · 

Na wakacjach Zdzisław miał zdecydowanie za dużo czasu na myślenie, które nieprzygotowanym szkodzi. Myślał tu wręcz nałogowo, a najbardziej podchodziły mu porównania i metafory, rzekomo trafnie opisujące jego życie. Był w końcu dzieckiem (raczej nieślubnym) strukturalizmu i hermeneutyki, więc wszystko kojarzyło mu się ze wszystkim.

Siedział na przykład Zdzisław na brzegu morza, fale rozbijały się o jego stopy (a jakże?!) i myślał, że nigdy w życiu nie był surferem. Nie chciał i nie potrafił ślizgać się po falach, dawać im się porywać i płynąć, gdzie poniosą. Zawsze parł pod prąd, no, może prawie zawsze, ale wyjątków wolał nie pamiętać.

Pomyślał też Zdzisław, bo zawsze (no, prawie zawsze) cechował go samokrytycyzm, że być może nigdy nie popłynął z falą tylko dlatego, że gdy jakaś próbowała go zagarniać, nawet nie sprawdzał, dokąd zmierza, lecz chował się natychmiast w swoją skorupę jak mięczak w muszlę.

Właśnie, jak mięczak, odkrył Zdzisław kolejne porównanie. Wrażliwiec, łatwo go dotknąć do żywego, musi więc budować skorupę, która ochroni go przed światem – myślał o sobie z rozczuleniem, krusząc w palcach białe drobne muszelki.

To po nas zostaje, odciśnięta forma. Ważne, by była mocna, by nie rozkruszył jej byle nacisk, nie rozdeptał byle przechodzień – rezonował Zdzisław patetycznie, umartwiając się na zimnym jeszcze piasku. Słońce dopiero przebijało chmury rozżarzonymi promieniami, robiło się cieplej, więc Zdzisław pił piwo coraz większymi łykami, póki zimne.

Pił do słońca, za jego żarliwe istnienie, ulegając banalności pochłaniającej ten poranek niczym piasek plażę (o Boże!). Co gorsza, a może i lepsza, Zdzisławowi było całkiem dobrze w tej banalności, pieszczącej mu ego z cichym pluskiem, niczym drobne fale morze, nie pozwalając mu uspokoić się zupełnie.

A jednak w otumanionej porankiem głowie Zdzisława pojawiło się na chwilę jakieś uwierające serio, piekący jak pościerane kolano żal, że oto gdy w końcu na horyzoncie pojawiła się ta kusząca, nieokiełznana fala, na surfowanie było już dla Zdzisława za późno.

 

17 sierpnia 07:03

A ostatniego dnia na półwyspie znad morza wygonił go deszcz. Tym razem Zdzisław nie poszedł, gdzie oczy poniosą, bo widział granatowe chmury na horyzoncie, co jakiś czas przerywane błyskawicami, gadające grzmotami, niby niezbyt groźnie, bo daleko.

Zdzisław pamiętał jednak, jak szybko burza potrafi przemieszczać się nad morzem, równie szybko i zaskakująco jak wczesna jesień, która już, od kilku dni bardziej stanowczo, wygania lato, by wkrótce przejąć panowanie. Pełzający zamach aury, łamiący kalendarzowe zapisy, zapowiadany przez wieczorne chłody.

Właściwie Zdzisław lubiłby ten początek jesieni, jeszcze sierpniowy, potem przełamywany ostatnimi, wrześniowymi upałami, gdyby nie to, że po nim następuje nieuchronnie pomroczność, świat pokryty szarością, stęchłą wilgocią i przedwczesnym zmierzchem.

Zanim tak się stanie, najbliższe tygodnie wypełni, pewnie nie tylko Zdzisławowi, tęsknota do kiczowatego w swej oczywistości letniego słońca, które nawet gdy wróci jeszcze na trochę, nie zdoła już przepędzić jesiennych lęków, wykluwających się z sierpniowej wilgoci niczym stada małych upierdliwych owadów wirujących w powietrzu za chwilowo zadeszczonym oknem.

Lato kończy się na serio, Zdzisław pamiętał, że co się tu kończy, kończy się naprawdę. W jego długawym już życiu wszystko, co ważne, kończyło się nad morzem i tam zaczynało. Tym razem kończyło się nie tylko lato.

Co się kończyło, Zdzisław dobrze wiedział, ale nie chciał tego nazywać, pisać o tym ani myśleć. Ze spokojem, ale i zaciekawieniem czekał na to, co przyjdzie teraz, czym lub kim będzie, gdy się już wydarzy.

A ostatniego wieczora wiatr ucichł nad zatoką. Była gładka, ciepła i cicha.

Data dodania: 30 lipca 2019

                     …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?

                                                                                                   Witold Gombrowicz „Dziennik”

 

1.

Ta obserwacja się powtarza, ostrzeżenie, najczęściej lekceważone. Pojawia się u filozofów i pisarzy, ale ponieważ w prowincji Gombrowicza jesteśmy, niech mówi on:

… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu, cały ten ocean jest bardziej z czasu  zrobiony niż z bezmiernych dalekości, jest to przestrzeń nieskończona, która nazywa się śmierć.

Cytowałem już ten fragment Dziennika, opisujący powrót Gombrowicza do Europy. Przypomina mi się on zawsze, ilekroć przyjeżdżamy do Vence. Tym razem przypomniał się mocniej, bo w ostatnim miejscu Gombrowicza byliśmy w czasie szczególnym: równo pięćdziesiąt lat po jego śmierci.

A i naruszenie przestrzeni było większe niż zwykle, bo po drodze zahaczyliśmy na półtorej doby o Paryż, w którym mieliśmy spotkać się z Ritą Gombrowicz. Między innymi. Z innymi się spotkaliśmy, z Ritą nie. Chociaż…

2.

Rity nie było, trafiła nagle do szpitala, badania miały trochę potrwać. Ale niczego nie odwoływała, wszystko odbyło się prawie tak, jak wyreżyserowała. Mieliśmy z E. być po raz pierwszy w mieszkaniu pani Gombrowicz i byliśmy, zabrała nas tam M., jej asystentka i nasza wielka gombroprzyjaciółka.

Co tu gadać, było wzruszająco, nawet dla takiego starego cynika jak ja. Więc tylko trochę szczegółów: piliśmy zadanego przez Ritę szampana, zjedliśmy kolację w wybranej przez nią, bo ulubionej, włoskiej knajpce.  Reszta niech pozostanie milczeniem, zbyt jednak jest osobista. W każdym razie zaśmiewaliśmy się razem z Ritą przez telefon, więc jakby z nami trochę była, taka jak zwykle, tylko jeszcze dzielniejsza.

Zastanawiałem się prawie cały wieczór, co by było, gdyby Rity nie było naprawdę? Gdyby nie zdarzyła się Gombrowiczowi na te kilka ostatnich lat? Gdzie byłby on, tak kiedyś, teraz, jak i na wieki?

Pewnie i tak byłby zwycięski. I tak, czyli jak? Inaczej, bez dopełniacza i bez wołacza, służącego także do inwokacyjnych westchnień, wewnętrznych oczywiście, bo Gombrowicz się nie obnażał, nawet jeśli  czytelnikowi wydaje się czasem inaczej, nawet gdy zapachnie mu sensacją.

3.

Zapach Vence ma ingrediencje niezmienne, rozpoznawalne przy każdym powrocie. Platany, nagrzane słońcem kamienie pod stopami, zmywany co rano kurz i brud na schnących potem do południa wąskich i zacienionych uliczkach.

Ale teraz, pod koniec lipca, schną one szybciej, niemal od razu, bo słońce operuje od rana, ostre, tnie przestrzeń stwardniałym światłem i rozżarzonym jeszcze z nocy powietrzem. I teraz czuć w nim jeszcze jeden składnik, mdłą, chałwowatą woń rozkładu, przyczajonego jak wygrzewające się tu pod ścianami koty, powolnego jak kroki po uliczce, wspinającej się w tym gęstym powietrzu.

Potem, w samo południe, jest jeszcze gorzej, jakby słoneczny skalpel próbował usunąć martwicę zakażoną umieraniem, odciąć ją od reszty, by nie sprawiała bólu. Niemożliwe.

Gombrowicz umierał w upale, ale podobno jednak nie aż takim.

4.

My, śmiertelni, którzy nie możemy pogodzić się ze śmiercią i z tym aby młodość i piękność miały być tylko pochodnią przekazywaną z ręki do ręki, nie przestaniemy buntować się przeciw tej brutalnej perfidii natury.

Taki cytat z Dziennika wyświetliliśmy na naszej stronie w rocznicę śmierci Gombrowicza. Opatrzyliśmy go zdjęciem, udostępnionym nam przez Ritę. Ona też na nim jest, młoda, piękna, indiański typ urody, z dodatkiem jakiegoś ironicznego błysku inteligencji. Siedzi na oparciu fotela, w nim Gombrowicz, wychylony ku szachownicy, przytrzymuje cybuch fajki, marszczy oczy i czoło. Próbuje rozgryźć strategię przeciwnika, o którym na tym zdjęciu niewiele wiadomo, zostało tak wykadrowane, że widać tylko dłoń odstawiającą z szachownicy zbity pionek.

To zdjęcie jest Bergmanowskie, mogłoby bowiem przedstawiać rozgrywkę ostateczną, ze śmiercią, która nie tylko w Skandynawii jest mężczyzną. Znamy jednak całość fotografii, więc wiemy, że przeciwnik Gombrowicza w tej partii był z nim zaprzyjaźniony. A czy śmierć może być przyjacielem?

Że to rozgrywka ostateczna, świadczyć też może skupienie Gombrowicza, dla którego wtedy pewnie już każda chwila była mierzeniem się z końcem, przymierzaniem do niego. Przeczuwał, że się zbliża, ale przecież zawsze miał problem z wymyślaniem ostatnich zdań.

Nie za każdym razem można wykpić się bombą i trąbą.

5.

Wieczór w Vence nie przynosi ulgi, zresztą zmierzcha się tu późno i długo. Upał wciąż nie do wytrzymania, ale trzeba jakoś przeżyć, skoro się żyje. Na cmentarz przeciskamy się przez rozżarzone powietrze, półgęste jak lawa albo dobrze zagniecione ciasto.

Żar podnosi tętno, zmusza serce do szybszej pracy, na granicy wytrzymałości. Rozdrażnia, budząc krew i emocje. Gdy uzyska nadmiar, spowolnić może wszystko, zwalniając z obowiązku życia. Więc spokojnie.

Jak tu się jednak nie denerwować, gdy po dojściu na cmentarz okazuje się, że brama jest zamknięta na głucho, choć ustalenia były inne. Naiwni, uwierzyliśmy w zapewnienia tych, co rządzą grobami i życiem po śmierci.

Wysokie napięcie rozładowuje mistrz Andrzej Seweryn odgrywając scenę zdziwienia i zakłopotania jak z niemego filmu. Stara, dobra szkoła, śmiejemy się wszyscy, nawet ci, którym przed chwilą nie było do śmiechu.

Wcześniej mistrzostwo Aktora ogłuszyło francuską publiczność w małej salce urządzonej w dawnej manufakturze produkującej oliwę z oliwek. Mistrzowski monodram z Gombrowiczowskiego Dziennika wycisnął wszystkie sensy, także te ukryte w języku, jego strukturze i ucieczkach od niej. Wielki artysta spotkał wielkiego artystę. Objawiła się nam synergia, trudne, ulubione słówko polityków.

6.

Polityki tym razem nie było. Ojczyzna nie przygniotła Gombra ani mowami, ani wieńcami, ani krzyżem. Rita opowiadała, jak po pogrzebie Witolda zdejmowała z grobowca wielkie krzyże, którym rodacy dociskali ateusza po śmierci. Za każdym razem w miejsce zdjętego, pojawiał się nowy, jeszcze większy. W końcu za czyjąś radą powiesiła maleńki krzyżyk bez ukrzyżowanej postaci. Pomogło, wisi do dziś. Nie róbcie ze mnie taniego demona…

W rocznicę były róże, białe i czerwone, rozdaliśmy je tym, którzy chcieli po spektaklu pójść z nami na grób. Poszli prawie wszyscy, dziwny pochód przez miasto, pół setki czytelników Gombrowicza w pięćdziesiąt lat od jego śmierci.

Andrzej Seweryn przeczytał wzruszający list, który pani Gombrowicz dostała od Kota Jeleńskiego w parę dni po śmierci męża. A potem milczeliśmy, po prostu, jakby Gombrowicz już wszystko powiedział. I poczuliśmy się jakoś bliżsi jego wielkości.

7.

Vence to zresztą takie miasteczko na miarę, na tyle przyciasne, żeby każdy mógł poczuć się tu większy niż jest. I daje złudzenie spokoju, przez większą część roku, choć nie w lipcu. Czterdzieści stopni przekroczone, gorączka, od której można zejść.

Gombrowicz też chyba nabrał się na to złudzenie spokoju. Może to zresztą nawet nie kwestia miejsca, lecz wnętrza, własnego metrykalnego lęku i nieustannego niepokoju, który gna siebie i część nas, nie pozwalając śmierci za nami nadążyć.

Ten pęd, ucieczka, to jedyne wyjście, bo zwolnienie, przecież w końcu nieuniknione, może okazać się niebezpieczne, bardzo, właśnie śmiertelnie, może po prostu zmęczonego zwolnić z życia na zawsze.

W biografii Gombrowicza też tak jest: sukces, stabilizacja, spokój po latach przechodzą miękko w umieranie, jakby śmierć rozmiękczała je po trochu, powoli. Wtedy ktoś taki jak Rita to skarb, to jeszcze życie, po prostu.

8.

…ale zanim jeszcze Mistrz zacznie czytać nad grobem przyjacielskie pożegnanie od Kota, kwiaty od Rity Gombrowicz składa E., na jej życzenie, kwiaty takie jak zleciła – zlecaj nam, wspaniała Rito, co tylko zechcesz! – więc E. kładzie na grobie biało-zielony bukiet, wcale nie cmentarny, i jest tak, jakby to młodość i jej piękno, trochę egoistyczne i narcystyczne jak pisał Gombrowicz, jakby to młode piękno oddawało czułość Witoldowi, który tak za nim tęsknił;

tę czułość, której tak bardzo pragnął i która, podarowana przez Ritę, tak go cieszyła, aż do Kronosowych niedyskrecji, a o którą prosić się wstydził, wstydził się nawet ją przyjmować, bo jednak nie miał złudzeń, wiedział boleśnie, co może dostać, a co musi oddać;

więc E. kładzie wiązankę na pustej jeszcze płycie kamiennego grobu, za chwilę przykryją go inne kwiaty, i to jest tak piękna chwila, nie wstydzę się powiedzieć: piękna, tak piękna, że nie chce się kończyć tego zdania, choć przecież nikt nie uniknie kropki, kończącej każde wyznanie i wyzwanie, wcześniej czy później, lecz zawsze za wcześnie…

9.

… było więc skromnie i kameralnie, polskość nie przygniotła tym razem Gombra, choć była obecna w całej naszej peregrynacji do jego grobu. Polacy, naród wybrany, bo gnany z miejsca na miejsce, z musu i z chęci, albo z tęsknoty niejasnej, mętnej. Szkoda, że nawet nie zapytałem o te powody rodaka, który mnie, marudzącego młodym towarzyszkom włóczęgi nadsekwańskiej, poratował zimnym napojem rzeźwiącym choć na chwilę, mimo że już zamykał swoją knajpkę,. Więc nie pogadaliśmy dłużej, jedynie poklepał mnie po ramieniu, jakoś tak serdecznie, jakby coś rozumiał z mojego życia, którego sam nie rozumiem.

A potem po trudnych rozmowach z Vencjanami, na ulicy przed tamtejszym muzeum starszy, nobliwy pan z długą twarzą i perfekcyjnie przystrzyżonym wąsikiem odezwał się do nas przy stoliku artystów polszczyzną nie tylko czystą, ale wręcz źródlaną, jakby przedwojenną. A potem się przedstawił: Czartoryski jestem i zdążył użalić się nad rodzinną kolekcją sztuki i jej losami oraz rozczulić wiekiem swojej ponad stuletniej matki, najstarszej z żyjących Radziwiłłówien, zanim obudziliśmy się z naszego skamieniałego zdziwienia.

Nawet znajomego kamieniarza tu spotkaliśmy, współpracujemy w R., skąd się wziął, nie wiem, może przypadkiem. Gdy się pojawił, wyglądało to trochę tak jakby był jakimś odpryskiem obłapiającego nas natarczywie  gęstego powietrza, zamazującego wszystko, nawet niezniszczalny uśmiech E., nie dającego rady jedynie pomnikowym rysom pana Czartoryskiego.

10.

Sprzedawca nagrobnych kamieni twierdzi, że jego branża we Francji umiera, nomen omen. Pewnie wie, co mówi. Przed spacerem na cmentarz przysiadłem na chwilę kawy, która wydłużyła się w fascynujące widowisko: policjanci ratowali leżącego na rozpalonych kamieniach rowerzystę, pewnie niewiele młodszego ode mnie.

W pogoni za młodością, uciekającą szybciej niż jego markowy rower pędzący na najlepszej przerzutce, zasłabł i stracił przytomność. Starość dopadła go na szczęście w pobliżu ratownika  z defibrylatorem, więc potraktowane napięciem serce jeszcze ożyło.

Rowerzysta wyjechał z bocznej uliczki, takiej samej, jak te, którymi szliśmy potem na cmentarz. Te węższe były pełne gorącego powietrza, rozżarzonego jakby przed chwilą wydmuchał je hutniczy piec. Rozgrzane mury nie miały komu oddawać żaru, rozpaleni byli już wszyscy.

Przedpokoje piekła – taki żart, niespecjalnie udany, przemknął mi przez głowę. Jakoś musiałem odreagować ciężar, który pojawił się nagle w klasycznym miejscu, jego ucisku nie czułem przecież od tak dawna. Dwuznaczność serca i jego przypadłości.

11.

A w rocznicową noc, wolni już od obowiązków, piliśmy wino. Zapaliłem papierosa, pierwszego od siedemnastu lat, przełamawszy zabobonny lęk, bo kiedyś, w szpitalu, przyrzekłem, że rzucę palenie na zawsze.

Wypalony w połowie papieros ani mnie nie zabił, ani mi nie smakował. To jednak była już inna przestrzeń i inny czas. Raz jeszcze okazały się łaskawe.

Możliwe też, że obezwładnione nieziemskim upałem, inaczej niż pisał Gombrowicz, po prostu nie zareagowały na moją prowokację.

Data dodania: 3 lipca 2019

Pisane 25 czerwca i później.

1.

Z Krakowa wracaliśmy w rocznicę Czerwca, właściwie chyba wszystkie polskie miesiące można już pisać z dużej litery. Przegapiliśmy źle opisany najkrótszy zjazd do R., więc pojechaliśmy dalszym, niezłą drogą krajową. Niezłą tylko do rogatek miasta, za którymi zaczyna się strefa budzenia, dwa kilometry kolein, dziur, pofalowanego asfaltu z postrzępionymi brzegami.

Od kilkunastu już lat trwa spór władz R. z władzą centralną o to, kto ma wyremontować ten miejski odcinek krajowej drogi. W sporach z władzą R. ma historyczne doświadczenie i zasługi.

Wioząca nas kobieta, w wieku już statecznym, kształcona, wykonująca zawód obdarzony jakim takim szacunkiem społecznym, wpadłszy w pierwszą koleinę zaczęła bluźnić jak szewc, co zresztą zważywszy na przemysłowo skórzaną przeszłość R. było jak najbardziej na miejscu, przeciwko któremu tak bluźniła.

Przeklinała rutynowo, jakby powtarzała codzienny obrządek, bluzgała tak nie raz – wyjeżdżając z tego miasta, na zawsze, i wracając doń, też na zawsze. Wszyscy tu, żyjący mimo wszystko, jesteśmy jak chłopi pańszczyźniani – może i tęskniący za wolnością i zmianą, ale bojący się jej jeszcze bardziej niż tkwienia w miejscu. No chyba, że nas wkurzą.

2.

Tak więc opisać to miasto – nie miasto, to nieustanne przed mieście, właśnie tak, każda część osobno, bez myślnika. Jest, jak jest, bo jest. Siła w precyzji, precyzja w sile, wszystko jedno, i tak nic to nie znaczy. Opisać jego urok jak wyrok, miasto z wyrokiem, pewnie na własne życzenie, choć niewypowiedziane. Miasto wolące myśleć, zbiorowo, więc łatwo, że ktoś rzucił na nie urok, a teraz klątwa sprawia, że nic się tu nie może udać, do końca. Winni oni.

Wiem, że lepiej nie generalizować, wszelkie generalizacje są jak odpowiedzialność zbiorowa, dająca początek dyktaturom. Ale tu tak jest, R. to naprawdę przed mieście, przed miejsce, zawsze w fazie stawania, nigdy niedokończone, miasto z ADHD, przenoszące się, grzeczniej mówiąc: wędrujące, po grobach, taka ulica Rwańska, piszą, że to nazwa cmentarna, kościół i kamienice stoją na kościach, solidna podbudowa.

Wędrując w pośpiechu, jakby uciekało przed sobą dawnym, R. pozostawia puste parcele, niedobudowane place, dziury, w których coś miało powstać albo coś było i zawaliło się, rozsypało, rozkruszyło, jak spróchniałe zęby, w które w ostatniej chwili wstawia się plombę.

Choć trochę już połatane i odmalowane, to jednak wciąż jest to miasto plomb i ruin, gdzie nawet na dachach kamienic rozsypujących się na dumnie brzmiącym Mieście Kazimierzowskim albo w romantycznej ruinie na ulicy Słowackiego wyrastają cherlawe brzózki, biało czarny symbol polskiego nieszczęścia, obwiązane korą jak bandażem, niechlujnie zsuwającym się i poszarpanym.

Tak, tu można narymkiewiczować się do syta. Ale są też miejsca właśnie jak proza Rymkiewicza – straszne, lecz wspaniałe, gęste od sensu i zapadające w pamięć jak choroba. Nieznane, czasem tylko opisywane przez niedoredagowanych mitomanów.

3.

Wychowałem się na przedmieściu tego przed miasta, nic dziwnego, że przedmieście to było wsią, mimo półwiecznego bycia w miejskich granicach administracyjnych. Jakie miasto, takie przedmieście, tania złośliwość, tu jednak na miejscu, prawdziwa. Fascynujące wydawało mi się, że moje przedmieście jest przedmieściem dla miasta, ale jest też przedmiejską, ostatnią w drodze do miasta, wsią dla innych wsi, jeśli popatrzeć w drugą stronę, gdzieś na Trablice czy Parznice, wcześniej odwróciwszy się do R. plecami.

Miasto w końcu przyszło i na moje przedmieście, ale rodzice widocznie nie mogli się doczekać i wcześniej przenieśliśmy się na główną wtedy ulicę R., do bloku postawionego tak naprawdę na innym przedmieściu. Z okien widać było tory, a za nimi prawdziwą wieś ciągnącą się aż pod lotnisko, też przyłączoną do miasta, w końcu na lotnisko, nawet wojskowe, nie wypadało tłuc się po wiochach.

Gdy miasto weszło na moje przedmieście, zachowało się jak okupant. Wyburzyło chałupy i na ich miejsce postawiło bloki, klocki rozrzucone na łące i na piachach, jak u Barei, tu będzie jeziorko, a tu park. Sprzątaczka też widać miała zamiłowanie do porządku, więc wyszło symetrycznie i specyficznie.

Do bloków jak do więzień pozganiano autochtonów i naprawdę przez pierwsze lata można było zobaczyć na miejskich balkonach wiejskie kury, kaczki, czasem nawet prosiaka tuż przed śmiercią. Potem te balkonowe hodowle wymarły razem z dziadkami i babkami, którzy nie zdążyli przystosować się do nowej rzeczywistości. Tylko bareizmy zostały.

4.

Nie tylko miasto wchodziło w sielskie przedmieścia, żeby ludziom żyło się lepiej i dostatniej. Ludzie też korzystali z okazji. Drugi kierunek jak drugi front otworzono znacznie wcześniej, lud wchodził do śródmieścia jeszcze za Niemca, biorąc, co zostało po Żydach. W mojej rodzinie przynajmniej dwa adresy były pożydowskie, babcia jednak w końcu wróciła na nasze przedmieście, choć wystraszyły ją nie duchy, a całkiem ziemskie zło.

Opowiadała sceny z Bernardyńskiej jakby wyjęte z powojennej komedii propagandowej „Skarb”. Jej bohater rysuje plan mieszkania, które władza właśnie buduje rękami robotników (i robotnic), dla niego i jego wybranej, której miejsce na planie przyszłego mieszkania opisuje jako „skarb”. Kartka ze szkicem wpada w ręce złodziei, ci wpadają do mieszkania i rozkuwają ściany w poszukiwaniu ukrytych w nich cennych rzeczy.

Może i śmieszne, ale sąsiad babci po pijaku, zresztą zawsze był po pijaku, kiedyś naprawdę rozwalił ścianę w mieszkaniu na Bernardyńskiej, bo „żydki na pewno coś tam schowały”. Nic nie znalazł, więc znów się upił, z rozpaczy. Nie on jeden.

5.

Przed wojną Żydzi w R. stanowili ponad jedną trzecią mieszkańców. Wojnę przeżyło niewielu, jeszcze mniej zdecydowało się wrócić. Moi teściowie od połowy lat pięćdziesiątych mieszkali pod pięćdziesiątym na głównej ulicy miasta, później przemienionej w deptak. Przez ponad pół wieku nie wiedzieli, po czego śladach codziennie depczą.

Istnieje pamięć obowiązkowa, zbiorowa jak obowiązek. Jej brak często wytyka się społecznościom, w R. nie jest inaczej. Ale jest też ta osobnicza i niekoniecznie poprawna, więc przekazywana tylko najbliższym. Ja słyszałem w dzieciństwie, że dziadek szewc musiał przed wojną wynieść się do rodzinnej wsi żony, bo nie wytrzymywał żydowskiej konkurencji. A od drugiej babci opowieści o tym, jak to Polacy musieli schodzić Żydom z chodników na jezdnie, na uliczkach, potem przez Niemców zamkniętych w getcie.

Ale ta sama babcia mówiła o dobrej żydowskiej sklepikarce, która nie dała umrzeć z głodu jej i jej matce Rosjance, którą pradziadek służący w carskim wojsku przywiózł do Polski po rewolucji bolszewickiej i która została sama, gdy męża zabrali do polskiego wojska. Twój uczciwy jest, to odda, jak wróci – mówiła sklepikarka i dawała na kreskę. Ci sami ludzie, to samo miasto, tylko że pojedynczy, znani z twarzy i imienia, żaden tam naród.

6.

O tuż powojennym mordzie „na tle rasowym” pod 50 na Żeromskiego dowiedziałem się, gdy teściowie już tam nie mieszkali. Zabójstwa dokonano w oficynie, w której potem przyjmowali dentyści. Zabito kilkoro z tych, którzy wrócili do swojego miasta. Miasto już ich nie chciało.

Sprawców nigdy nie znaleziono, o zbrodnię podejrzewano jednak ludzi pewnego legendarnego partyzanta, który do śmierci pozostał bohaterem. Po sprawiedliwości: teściowie nie słyszeli nie tylko o zamordowanych, ale i o tym bohaterze podziemia też nie.

Dziurawa pamięć zbiorowa. Większość mieszkańców R. zapomniała nie tylko o Żydach, ale i o innych nacjach, które budowały XIX- wieczny dostatek, o Niemcach, o Rosjanach. Jedyna wciąż żywa tu pamięć to ta popularna, wodewilowa, o latach dwudziestych, latach trzydziestych ubiegłego wieku, pióra na szyjach, pióra w… .

Pamięta się też prezydenta i ówczesne życie ponad stan, za pożyczki i kredyty, dumnie nazywane rozwojem, z przytupem. Dzisiejsze R. uwielbia przebierać się w tamte fatałaszki, resztę miejskiej historii pozostawiając na boku, jak Miasto Kazimierzowskie, na które przez dziesięciolecia przesiedlano lumpenproletariat. Strach było chodzić Rwańską, z dzieciństwa pamiętam ślady krwi w bramie, nie, żaden pogrom, zwyczajne zabójstwo, brzytwa po gardle w pijanym zwidzie.

7.

Czerwiec. Tu się urodziłem. Tu powinienem być dumny. Tak mi mówią. Zaczęło się w R., powtarzają. Ale co tak naprawdę się zaczęło? I czym skończyło? O tym już ciszej. Duma nie pozwala? Czy kto by pomyślał?

Ten początek trochę nie mój, tak się złożyło, nie przeżyłem najważniejszego wydarzenia w R., 25 czerwca wyjeżdżałem, gdy się zaczynało, wózek akumulatorowy na dworcu, z flagami i hasłem, którego nie pamiętam, matka już ledwo zdążyła wrócić do domu, potem gazowali i pałowali, kogo dopadli.

My, chwilowo zatrudnieni w OHP, dobrze płacili, na akord, cięliśmy i pielęgnowaliśmy las, także na lotnisku, półtajnym chyba, skoro nas wpuszczano. Sława warchołów z R. właśnie się rodziła, ludzie słuchali jednak Wolnej Europy i Głosu Ameryki, zagłuszanego mniej skutecznie, bo któregoś dnia miejscowi postawili nam skrzynkę piwa, za nie nasze zasługi przecież, chyba że pijackie. W lesie było cicho, prawie wczasy, choć pracowite.

Gdy wróciliśmy do R., w nim również panowała cisza, ale dziwna i groźna, pustki na ulicach, milczący ludzie, szept w kuchni o tych, co wracali z więzień i nie chcieli nic mówić. Ogoleni na łyso, z trzęsącymi się rękoma.

Warchoły, ta łatka przykleiła się potem do R. bardzo łatwo, ale przecież to miasto od dawna było obiektem symbolicznym, exemplum śmiesznej, wodewilowej prowincji, zaludnionej Mazurkiewiczami. Nic dziwnego, że od dawna myślało, spoglądając za rogatki: a mam was w d…

8.

Ale w d… nie da się żyć zbyt długo. Więc R. poszukuje teraz swojej wielkości, na gwałt. Stawia ławeczki wielkim zmarłym, żeby stali się przysiadalni i swoi, swojacy tacy. Ta mała architektura, te meble miejskie są jak zabawki, zabawne znaki  dziecinnych marzeń o byciu kimś, nieważne kim, kimś po prostu. Jak królewicz Kazimierz, Jagiellończyk, brzmi dumnie, jak Nihil Novi nazywana tu „pierwszą konstytucją”, co z tego, że to nie konstytucja, skoro można powiedzieć, że pierwsza, kto nam zabroni. Śmieszność? Nam nie nowina.

I to wytężone zapożyczanie wielkości, tu zawsze na kredyt. Jerzy Gombrowicz, brat lepszego brata. Dzieciństwa Wajdy, Kołakowskiego – dorasta się gdzie indziej, tu nie, bo tu zawsze chodzi się do szkoły, zawsze do pierwszej klasy, zawsze na cenzurowanym. Józio nigdzie nie ucieknie, chyba że wyjedzie i zapomni.

Moje R. jest wielkie, ale potencjalnie. Ma swoją viagrę: pamięć o peerelowskich zakładach pracy, filharmonię, tramwaj. Pożądanie zwane tramwajem, literatura. I ten nieustanny przymus odnoszenia się do większych, taka niedobra prowincjonalność, której drugim biegunem jest swój do swego po swoje – nagroda za tutejszość, jakąkolwiek zresztą. Można powiedzieć, bez obrazy, że R. jest jak antologia, w której głównym kryterium wyboru jest tubylczość.

To na szczęście nie dotyczy wszystkich, choć wszystkich dotyka. Więc trzeba się przed tym bronić, stąd w R. tyle środowisk zamkniętych jak bastiony, domy, klany, kręgi towarzyskie. I młodzi – dla nich powstają te wszystkie knajpki, galerie, kafejki, padają, ale odradzają się, zostają. Oni, młodzi, nie potrzebują viagry, mają potencję, ale czy zostaną w R. na zawsze?

A czy trzeba się zawsze o to martwić? Niechby wyjeżdżali, potem odwiedzali, może wracali, albo i nie, robiąc miejsce dla nowych. Ruch jest dobry, ucieczka nie.

Opisać R. także jako przedmieście, Warszawy, uniwersytetu, świata – słynna już w całej Polsce fatamorgana lotniskowa, groteskowa: na południe Europy bliżej niż ze stolicy. Opisać R. jako miasto wędrujące – na przedmieścia i z przedmieść, więc pozostające przedmieściem, przed miastem. I jako miasto gubernialne z gubernialnymi marzeniami o jeszcze odleglejszym centrum.

Ci, którzy stąd wyjechali, tak właśnie o nim myślą, jeśli w ogóle o nim myślą. Wracają tylko na cmentarze, do bliskich. Cmentarze od dawna buduje się na dalekich przedmieściach, te miasta w mieście się już nie mieszczą, R. starzeje się i kurczy. Sypie i rozpada, próby ratunku są zbyt powolne. Miasto jest zmęczone.

Stara mądrość ludowa mówiła, że kto raz pójdzie w świat, jest stracony dla miejsca, z którego wyszedł. Więc może lepiej stąd w ogóle nie wyjeżdżać, nawet na krótko. Złośliwe zdanie z powieści Kruszyńskiego – chyba jedynego tak ważnego pisarza pamiętającego o rodzinnym R. – że największa zaletą tego miasta jest dworzec kolejowy. Bo można z niego wyjechać.

Dziś już zresztą nie tak prosto, odchodzi z niego coraz mniej pociągów.

9.

Po powrocie do rodzinnego R., nawet z krótkiego wypadu, zawsze dopada mnie smutek. Tak było i po krakowskiej trzydniówce w zabytkowych dekoracjach: uświadomiłem sobie, że w moim rodzinnym mieście historyczne zmiany najlepiej przetrwały kościoły. Prawie dwustuletnie garbarnie, browary, fabryki i kamienice z okresu ekonomicznej prosperity już nie.

Może dlatego, że mieszkańcy R., tęskniący za świetnością odkąd pamiętam, zapatrzyli się w czasy jagiellońskie, a nawet paleolit, wykopywany tu przez archeologów. Jakby dotknęła ich anachroniczna dalekowzroczność.

Więc teraz moje miasto, w którym stracono dwustuletnie garbarnie, browar, kamienice i fabryki, kopie coraz głębiej w poszukiwaniu dawno pogrzebanej, mitycznej świetności, zasypując przy tym coraz mocniej tę nie tak dawną dzielność.

Historia jednak się powtarza. Bez sensu.
               

Data dodania: 10 czerwca 2019

1.

Czas ostatni, dosłownie, zapisany we fragmencie kończącym „Kronos”, intymny dziennik Gombrowicza. Warto przytoczyć ten zapis w całości, pokazuje grę, którą autor „Kosmosu” prowadził do końca, ze sobą, czytelnikami, pamięcią i przemijaniem.

Bankiety. Crevettes, pasztet z sałatą, kiełbasa, escalope z puree, oto szczytowe momenty. Przyjazd Dominika, kursy filozoficzne (raz z Izą, potem z Witoldą). Witolda 2 dni. Lumbago w krzyżach, raczej leżę. Skleroza, nic nie robię, słabość. Pogody wciąż fatalne (do dn. 8 V 69). Zapomniałem: de Gaulle ustąpił. Entretiens po niemiecku, Operetka po francusku. Też zapomniałem.

W tym zapomniałem, też zapomniałem nie ma nic niezwykłego, na pozór: Gombrowicz przed śmiercią był człowiekiem schorowanym, miał za sobą wiele trudnych lat, jego wiek fizyczny był na pewno poważniejszy niż metrykalny. Więc i demencja, to powtarzające się zapomniałem, nie powinno dziwić.

Przecież starość zaczyna się ponoć wtedy, gdy człowiek pamięta subiektywnie ważne wydarzenia, szczególnie i szczegółowo te z przeszłości, a zapomina, co wczoraj jadł na obiad. Gombrowicz pamięta, crevettes, pasztet z sałatą, kiełbasa, to szczytowe momenty, mówi.

Pamięta też lumbago w krzyżach, bo dotkliwe, ale „zapomina” o ważnym wydarzeniu z życia politycznego, którym się wcześniej pasjonował, a nawet o kolejnym sukcesie swoich utworów, o których powodzenie troszczył się jak sknerowaty ojciec jedynaczki o posag i pozycję jej przyszłego męża. Zapomina? Czy raczej tak sobie wykoncypował? Zagrał pamięcią i niepamięcią, bo do końca igrał z Kronosem?

„Zapomniałem” nadaje temu ostatniemu fragmentowi intymnego dziennika dramatyczność i rytm. Jest chwytem literackim, jak i cała ta buchalteria rzekomo szczerych zapisków była literacką kreacją. To Gombrowicz wciąż decydował (i wskazywał – sobie? nam?), o czym warto pamiętać, a o czym zapomnieć. Dyskretny dydaktyzm nauczyciela życia, ironicznie tragiczny.

O tej grze z pamięcią i czytelnikiem warto pamiętać szczególnie w półwiecze jego śmierci. Żeby go za bardzo nie obchodzić.  Dopóki można powiedzieć o nim coś zaskakującego, zmarły przemienia się i nie jest martwy – to już nie Gombrowicz, lecz Canetti, znawca śmierci.

 

2.

W połowie maja z Evelyne Temmam, wicemer Vence, podpisaliśmy porozumienie o działalności przestrzeni muzealnej w miasteczku, w którym umarł Gombrowicz. Gdyby nie pamięć o pisarzu i upór Evelyne, Espace Gombrowicz nigdy by nie powstało. To być może dzieło jej życia. I zapewne jedno z najważniejszych dzieł Jacka Milera, ministerialnego urzędnika, który sam stał się już tylko pamięcią.

To także jedna z najważniejszych prac, które w życiu wykonywałem, to krzątanie się wokół pamięci o autorze „Kosmosu”. Ale piętnasty maja jest dla mnie i tak datą szczególną od wielu lat, z czasów jeszcze przed Wsolą, choć przecież teraz zapomniałem, że to akurat tego dnia przed dwudziestu dwu laty umarł Andrzej Drawicz, jeden z najważniejszych ludzi w moim życiu. Dwadzieścia dwa, liczba Gombrowicza, taki splot.

Z Andrzejem łączyła nas książka, którą on wymyślił i zredagował, a ja wraz z nim i innymi pisałem, aż do ostatniej kropki i bruderszaftu gruzińskim koniakiem. To było ostatnie dzieło jego życia, bardzo ważne, choć nie najważniejsze pewnie. Pierwsza po upadku komunizmu monografia złotego wieku literatury rosyjskiej, kilka lat pracy i intelektualnej przygody. Takiego szefa nigdy nie miałem, a znoszę ich nie najlepiej.

Chętnie bym mówił o Drawiczu mistrz, ale nie wiem, czy on nazwałby mnie swoim uczniem. Nauczył mnie jednak wiele, w ważnym momencie. I zawdzięczam mu więcej, niż mi się wydawało, dziś widzę to jaśniej.

Zawdzięczam mu na przykład to, że nie zostałem naukowcem, i potem robiłem w życiu tak wiele różnych ciekawych rzeczy. Pisz tak, jak musisz i chcesz, powtarzał, sam daleki od akademickiej dyscypliny. Pisałem, wszystko, byle nie doktorat.

Zaufaj życiu, po prostu – słów kolejnej rady nie zapamiętałem dokładnie, ale taki był sens tego, co powiedział, gdy jeden jedyny raz opowiadałem mu o sprawach bardzo osobistych, na jakimś tam życiowym zakręcie. Że z niego nie wypadłem, także zawdzięczam Andrzejowi, tym kilku, może kilkunastu zdaniom, które wtedy powiedział. Mistrz, nie musiał więcej.

Był mistrzem życia, nic więc dziwnego, że wszyscy go kochali lub nienawidzili, nie dało się pozostać obojętnym. Pod koniec, gdy wydawał się zmierzać do spełnienia, pojawiło się wokół niego wiele złych słów i złych ludzi. Wtedy już od dawna nie płynął z prądem, przeciwnie, pewnie także dlatego, że wiedział, iż nie wygra z chorobą, którą dyskretnie nosił przez lata.

Pocieszające, że tych zakochanych w Drawiczu było chyba jednak więcej. Pocieszające, bo dla niego miłość była osią życia, tak go pamiętam. Pocałunek na mrozie, ta miłość do Rosji, która też jest rodzaju żeńskiego, ale nie tylko – w którymś momencie wszystko się połączyło, zawęźliło, a on to przyjął, po prostu.

Zaufał miłości, miała urodę i imię pewnej Rosjanki. Właściwie o tym prawie nie mówił, ale wiedzieliśmy: ryzykował dla niej wiele, przyjaźnie, środowiskową akceptację, wreszcie to rozmoczone na nowo błoto, którym go w końcu obrzucono. To ciemne sprawy, szkoda słów.

Lepiej cytować, właśnie fragment „Pocałunku na mrozie”, kończący tę wciąż ważną książkę o Rosji. Zdania, które mówią nie o historii czy geopolityce, lecz o poezji i kobiecie, choć może jednak i o czymś mniej indywidualnym – o Rosji, też osobistej, bo tak się Drawiczowi zawsze zapętlały literatura i życie. W intymnym podziemiu są przecież tym samym:

…coś mi się tam wówczas zadzierzgnęło. Może to była nitka, o której pisałem; nitka czy żyłka wysnuta ze szczenięcych lat. Tyle, że zamiast wzroku Majakowskiego trzymały mnie na uwięzi inne oczy. Bo dziewczyna mi się podobała. To decydowało. A dalej nawijał się i motał cały kłębek naszych tożsamości i różnic, niby znak losu.

(…) W  trzy tygodnie później postanowiliśmy się pobrać. Zrobiłem w życiu wiele głupstw, a jeśli coś naprawdę mądrego, to, Bogu dziękować, właśnie to.

Z tego wszystkiego ułożyła mi się moja Rosja.

Wysoka, szczupła, czarnowłosa, poznali się w moskiewskim Związku Pisarzy, kilka dni wcześniej.

 

3.

Drawiczowi zawdzięczam też Josifa Brodskiego. Również dosłownie: nieopierzony interpretator literatury poznaje noblistę, to musiało być przeżycie. „Poznaje” to zresztą za dużo powiedziane, zostałem poecie przedstawiony jako jeden z kilkunastu uczestników sesji towarzyszącej przyznaniu mu honoris causa śląskiego uniwersytetu.

O czym był referat, pamiętam słabo, wiem, że był naiwnie emocjonalny, choć naukowy bardzo w metodzie. Brodski go oczywiście nie słyszał, za to ja słyszałem Brodskiego, następnego dnia, w ozdobnej bombonierkowej sali katowickiego teatru mówił swoje wiersze. Nie mówił, to było coś więcej, coś między rozlewną cerkiewną melorecytacją a żydowskim lamentem przed ścianą płaczu. Spotkanie prowadził Andrzej i wydawało się to naturalne.

Myślę, że z Drawiczem łączyła Brodskiego apoteoza miłości, cierpkawa jak dobre wino. Być może zresztą dla mężczyzn z tamtego pokolenia i tamtego ustroju to miłość była jedyną dziedziną, w której mogli się odnaleźć i spełnić. Możliwe też, że to w ogóle jedyna taka dziedzina, bez względu na czas.

Jego anachroniczne już wiersze „miłosne”, ironiczną ciepłą melancholię, można cytować – ja mógłbym cytować – w nieskończoność, powtarzając skończoną przecież liczbę fragmentów, jak w życiu powtarza się skończoną liczbę gestów, zdań, emocji.

Takie na przykład fragmenty „Sonetu”:

Jakże mi smutno, że nigdy tym samym,

czym dla mnie stało się twoje istnienie,

nie było moje istnienie dla ciebie.

(…)

Niestety, temu, który nie potrafi

zamienić swego świata, pozostaje

kręcić szczerbatą tarczę telefonu

jak na seansie spirytystów stolik,

dopóki widmo nie odpowie echem

ostatnim w nocy zawodzeniom dzwonka.

 

I tak samo pogodnie smutne „Proroctwo”:

Będziemy razem mieszkali na brzegu

i odgrodzimy się wysokim płotem

od kontynentu, w tym niewielkim kręgu,

zamkniętym lampą domowej roboty.

(…)

Ja będę stary, ty – młoda. I na to

w końcu nam wyjdzie, że, jak powiadają,

mierzyć się będzie na dni, nie na lata

okres do nowej ery pozostały.

 

Albo początek i koniec „Elegii”, również w świetnym przekładzie Katarzyny Krzyżewskiej:

Najmilsza moja, wciąż ta sama knajpa,

ciągle te same kicze lśnią na ścianach,

te same ceny. A czy lepsze wino?

Nie sądzę; ani lepsze, ani gorsze.

Nie ma postępu, i dobrze, że nie ma.

(…)

Czemu kłamałaś? A mój słuch dlaczego

kłamstwa od prawdy nie może odróżnić

i oczekuje słów zupełnie nowych,

obcych dla ciebie – głuchych i nieznanych,

lecz które mogą być wypowiedziane

tak jak uprzednio, tylko twoim głosem.

 

Kiedyś znałem te wiersze na pamięć, lecz teraz, gdy wróciły po latach, już pewnie się nie nauczę. Pamięć już nie ta, w końcu.

 

4.

Cytowanie literatury, nie tylko z pamięci, jest grzeszną pokusą. Gombrowicz ostatniego zapisku w „Kronosie” nie skończył tak, jak go tu przytoczyłem. Opuściłem krótki fragment, psujący elegijny ton tekstu. Bo Gombrowicz po tym ostatnim też zapomniałem dopisał jeszcze jedno zdanie, potocznie złożone:

Serreau z Kotem odmawiają autoryzacji na wydanie Iwony u Bourgois, ja grożę niepodpisaniem umowy na Operetkę, stosunki z Kotem bliskie zerwania (do 8 V).

Tak kończy się, a właściwie urywa „Kronos”: drobiazgi, praktyczne, i jeszcze te daty, ścisłe, dzienne, jakby coś po nich miało się wydarzyć, jakby życie miało toczyć się jeszcze przez lata. A trwało dwa miesiące.

Drawicz dzieło swojego życia, może nie tylko naukowego, zdążył jeszcze zobaczyć, odebrał z wydawnictwa pierwsze egzemplarze promocyjne, tuż przed śmiercią.

Na grobie Brodskiego wyryto łacińską sentencję: letum non omnia finit, śmierć nie kończy wszystkiego.

Może i tak. Pozostaje przecież pamięć-nie-pamięć.

Strona 2 z 1812345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2020 Muzeum Literatury