Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 28 kwietnia 2020

Sobie, na urodziny.

 

 

„Bez tak krótko żyw na świecie, grobem jego maj”, wbity w pamięć jak drzazga, drobna, ale nie do wyjęcia, początek pieśni Adama Struga, zapożyczonej teraz przez Marka Dyjaka. Przypomina mi się, gdy patrzę przez kuchenne okno na krzak rosnący na podwórku, obsypany kwiatami koloru jodyny. Chyba jakaś rzadka odmiana.

 

Schowany między blokami, jak w ochroniarzy wciśnięty w inne krzaki, cudem oszczędzone przez lokatorów potrzebujących parkingu, ten krzak bzu kwitnie zawsze najwcześniej. Jest zasłonięty przed wiatrem, za to wystawiony na słońce, mocniej przygrzewające już w marcu. W tym roku zaczął kwitnąć jeszcze wcześniej niż zwykle, niecierpliwiej, jakby wolał nie czekać na swoją porę, niepewną. Dziwny mamy rok.

 

Kwietnie i maje od czasu dzieciństwa kojarzą mi się z bzami, tulipanami,  konwaliami oraz z życzeniami, które wraz z kwiatami dostawała matka. Najpierw te urodzinowe, potem imieninowe, prawie tydzień po tygodniu, tych drugich więcej. Z pracy przynosiła wtedy mnóstwo kwiatów, dwa, czasem trzy wiadra wypełnione bukietami i wodą, żeby nie zwiędły za wcześnie. Zanim trafiały do wazonów, zażywały ratunkowej kąpieli w wannie, goście dziwniejsi od wigilijnych karpi.

 

Potem, gdy matka przeszła na emeryturę, wcześniejszą, więc długą i zapracowaną na czarno, kwiatów było mniej, już tylko od najbliższych przyjaciół i rodziny. Bukietów ubywało z czasem, przybywało natomiast telefonów informujących o tym, że kolejny znajomy nie żyje, zwiądł tak przedwcześnie, mógł jeszcze pożyć. Zawsze można, nigdy nie umiera się w czas, bo nie ma dobrego czasu na umieranie. A na pewno nie jest nim wiosna, gdy kwitnie bez, tulipany i pachnąca konwalia. Leśna, bo ogrodowa gubi zapach zaraz po zerwaniu.

 

Cały świat traci zapach, przynajmniej dla matki. Mówi coraz częściej, że teraz wszystko jest jakieś nie takie, wszystko się poplątało, nawet pory roku, zanikające z czasem. Ma sporo racji, nawet tulipany nie czekają już jak kiedyś na swoją porę, można je kupić przez cały rok. Nowe, nieznane kiedyś odmiany stoją długo, sztywne i mocne, tak się zresztą nazywają, z angielska, strongi. Nawet więdną inaczej: nie gubią już płatków, które nie odpadają od gałązek, tkwią na nich do końca, marszczą się jedynie, ciemnieją, kurczą, a potem zasychają. Cichy, powolny koniec, prawie niezauważalny.

 

Dziś tak samo odchodzą starzy znajomi matki, tylko starzy jej zostali, więc musi być czujna, żeby żadnej znajomej śmierci nie przepuścić. Jak ja, kiedy w dzieciństwie starałem się bardzo nie przegapić momentu, w którym kończyło się życie tulipanów. Kończyło inaczej: gubiły płatki nagle, pojedynczo, czasem po dwa, odpadały i lądowały cicho na serwecie obok wazonu. Kwiaty były już zbyt ciężkie, odchylały się za szeroko, pełne i mięsiste.

 

Ale płatki nie więdły od razu, opadłe, nie traciły wcale swej aksamitności, dotykającej delikatnie zbierające je na śmietniczkę palce. Jeszcze żywe, nie mogły już znieść własnego ciężaru i lśnienia w popołudniowym słońcu, sięgającym do nich przez wielkie okna w małych mieszkaniach z wielkiej płyty. Tak samo, choć wtedy jeszcze nielicznie, w pełnym blasku życia odchodzili znajomi i krewni. Byli tacy młodzi, jeszcze, powtarzało się zawsze, jak zaklęcie, żeby jakoś zagadać eschatologiczny skandal. Te ich śmierci, mimo że tragiczne, wydawały mi się wtedy jakoś tajemnicze, a przez to zakazanie pociągające.

 

To, co odsłaniały opadłe płatki tulipanów, piękne nie było: obłe, zielone słupki kwiatowe, przedłużenie łodygi z wypustkami przypominającymi stateczniki. To dlatego wtedy bawiłem się nimi w bitwy napowietrzne, wyobrażając sobie, że to bombowce albo rakiety dalekiego zasięgu. Długi cień wojny dosięgał nawet nas, urodzonych półtorej dekady po niej. Ale też stawał się coraz mniej groźny, oswojony jak filmowa fikcja.

 

Nam ofiary wojny, o których opowiadano, wydawały się lepiej lub gorzej zagranymi postaciami, uwiecznionymi na zdjęciach z młodości, zabawnie koturnowych, upozowanych jak fotosy przedwojennych gwiazd kina. Ich zastygłe pozy nas śmieszyły. Śmierć dopiero zamierzała dać nam pierwsze lekcje życia.

 

Dziś obumierający matkę znajomi, krewni i przyjaciele też są coraz mniej rzeczywiści. Rozmazują się w pamięci, jak postaci z narażonych na zbyt długie działanie światła odbitek. Znikają powoli, zupełnie jak mocniejsze, długowieczne odmiany tulipanów. Tak samo pokrywają się brązowawymi plamami, marszczą, tracą wilgoć, skręcają się do środka, zamykają w sobie, na koniec obwisają ku ziemi.

 

Wcześniej niż życie, tracą jednak pamięć. Nie rozumieją już, kim są i po co, ich pamięć też więdnie, jak ciało, usycha albo się rozpada. I coraz mniej wiedzą o świecie, niepotrzebni sobie nawzajem, oni i świat.

 

Znak czasu, wydłużające się w nieskończoność odejścia, wstydliwie skrywane w nieopuszczanych przez lata mieszkaniach, w pokoikach z wiecznie już zamkniętymi drzwiami i zaciemnionymi oknami, w domach opieki, pożal się Boże, jeżeli to widzisz. Coraz mniej rozumieją i wiedzą, jeszcze tylko wtajemniczają się w odchodzenie, poznają coś milcząc, co, nie wiadomo. My się tego nie dowiemy, przynajmniej nie teraz, nie od nich. W końcu znikają, od dawna już zanikający, opierający się długo jak te żółte tulipany. Niby już na nie czas, ale przecież jeszcze stoją i jakoś żal wyrzucić.

 

Wiosną raczej nie kupuję strongów, wolę mniej trwałe odmiany. Wciąż jeszcze lubię obserwować te opadające nagle płatki, ćwiczące naszą uwagę. Lecą i lądują bezdźwięcznie, nadal lubię ich dotyk w zamkniętej dłoni. Ale już nie ożywiają tak mocno wyobraźni, z czasem staje się ona ostrożniejsza. Delikatniej obchodzi się i ze spadającymi bombami, i z opadającymi płatkami. Dosadniej za to wyobraża sobie wszystko, co poprzedza odchodzenie. Coraz mniej zresztą musi sobie wyobrażać.

 

„Bez tak krótko żyw na świecie/ grobem jego maj/ piękniejszego nie znajdziecie/ harmonisto graj”.

 

Już bez.

Data dodania: 14 kwietnia 2020

Zapiski już bez dat, porzuciłem je, co za różnica, dni takie same, za którymś obrotem karuzeli przestaje się je liczyć, świat kręci się w głowie, mocno, za mocno. Trzeba uważać.

 

Jeszcze nie dzień, już nie noc

Co rano, wcześniejsze od słońca, wycie karetek. Powinniśmy się dawno przyzwyczaić, mieszkamy przy trasie do szpitala, nie zakaźnego, ale też zarażonego. A sygnały słychać teraz częściej, bo kwarantanna i na ulicy o wiele mniej samochodów.

Tak się pocieszamy. Gdzieś z bliska, z drzewa przed uchylonym oknem monotonne metaliczne trele ptaka, muszę sprawdzić nazwę, który… Już miałem napisać: który też szuka pocieszenia, ale przecież śpiewać każe mu tylko instynkt nakazujący przetrwanie gatunku.

W świecie nagle na nowo przerażonym śmiercią to jednak wcale nie tak mało.

 

Dzień któryś tam i kilka następnych

Zarażony świat nie przestaje być światem w obrazkach. Jakbyśmy to wszystko już gdzieś widzieli, w jednym z tysięcy katastroficznych filmów z ulukrowanym przesłaniem, mającym dawać widzom nadzieję. Te bezpiecznie przerażające obrazki zapadły w zbiorową pamięć tak mocno, że nawet nie zauważyliśmy, jak z publiczności staliśmy się aktorami. A jeśli to do nas dociera, na gwałt piszemy holywoodzkie scenariusze. No bo jak żyć, nie wierząc w happy end? Nawet nie ma kogo zapytać.

Ekologiczno – eschatologiczna pedagogika pandemiczna, rymuje się, nazbyt łatwo, ze strachem. A kiepskie rymy to też nieszczęście. Nowa wersja intelektualnego bigosu, przyrządzonego – jak to bigos – z mocno nadpsutych składników: z niuejdżyzmu, neooświeceniowego optymizmu i pop-humanizmu, głosi starą Dobrą Nowinę, że oto nadchodzi przemiana i coś wreszcie po ataku wirusa zrozumiemy. W internecie krążyło nawet ”podziękowanie” dla koronawirusa za to, że uświadomił ludzkości, jak niewiele od niej zależy, a jak wiele od natury, której powinniśmy słuchać, a nie słuchaliśmy.

Banalny odruch stary jak świat: gdy nie wszystko od nas zależy, szukamy sprawcy, większego niż nasz rozmiar. Na listach gończych umieszczamy różne wizerunki: sił i bezsił Natury, ślepego Losu, bezmyślnego Przypadku, nieobalalnego Systemu, uciskających nas spiskujących Onych, Klasy wiecznie skrzywdzonej, determinizmu Tradycji albo Darwina, wreszcie Boga nałogowo piszącego miliony scenariuszy, oddającego pięknym za nadobne w drugi policzek.

Te poszukiwania rzadko kiedy dają pewność, w czasach zarazy intensyfikują się i poszukiwania, i niepewność, czasem aż do szaleństwa lub wielkiej literatury. Ale odkrywamy coś jeszcze, pewną zależność na pozór zwyczajną, codzienną, potoczną, która jednak może być źródłem rozpaczy nie do ukojenia.

Aseptyczność jako konieczność, nieuchronne mycie klamek, klawiatur, śladów na meblach i na podłodze. Płyny, chusteczki, rękawiczki, maseczki, nieznośna czystość świata, nawet w powietrzu mniej pyłów zawieszonych, bo jednak kwarantanna. I oto pojawia się ten drugi, Inny, choć może i nie obcy, przeciwnie, całkiem bliski, który jak i my, kontaktuje się z innymi Innymi, też uważnymi, przecież nam życzliwymi.

Tak rośnie kościół międzyludzki, między nami, aseptycznymi Innymi, groteskowy, silniejszy od zakazów i innych form kastrowania życia społecznego i osobistego na czas zarazy, kościół wyjęty spod tych reguł i praw. I krąży w nim niczym komunia bezmyślny wirus, który nie wybiera, jest wszędzie jak duch. Długie wietrzenie i częste mycie na ducha nie poradzą.

Wirus się sam nie przenosi, przenoszą go ludzie. My lub inni. Więc oto nagle – mimo tej całej naszej aseptyczności, życia w wyjątkowym stanie nadostrożności, redukowania kontaktów i zamykania się w czterech ścianach więzienia urządzonego dobrowolnie – przychodzi Inny, choćby nawet i nasz najbliższy, kochany i kochający bez zastrzeżeń, bez którego nie wyobrażamy sobie i tak dalej …

…ale dalej może już nie być, bo razem z nim przychodzi wirus, trafia nas jak kula, kaliber 10 nanometrów, od strony najmniej oczekiwanej, przyniesiony na nie dość wyszorowanym paznokciu, w zagięciu łokcia obkichanego zgodnie z  zaleceniami wuhao, w oddechu, którego się nie uniknie, bo pragnienie bliskości silniejsze od strachu.

Czyż to nie idiotyczne i dlatego bardziej przerażające od demiurgiczności Natury czy Boga, nosicielem jest ten nieuchronny Inny, bez którego nie możemy się obyć, na którego jesteśmy skazani z racji naszej kondycji i formy, Kondycji i Formy, a który nawet gdy chce czynić dobro, zawsze czyni zło, jak powiada pismo, też ponoć przez Innego napisane?

Ten kościół międzyludzki jest pusty, jesteśmy w nim tylko my, nie mający żadnej wymówki, bo żadne higieniczne modły nie uchronią nas od bycia z Innymi i bycia Innymi. Możemy się starać, nic innego nam przecież nie wypada, ale należymy do siebie nawzajem i bez swoich wzajemności nie istniejemy. Skazani na siebie, na dobre i złe, z tym że na to drugie częściej.

I dudni nasze przerażenie w głuchej ciszy pustego kościoła, i sami siebie musimy wysłuchiwać, aż do znudzenia, rozpaczy albo i szaleństwa. Tak, w końcu i szaleństwa. Obrazek zawsze fascynujący pisarzy i naukowców zajmujących się wielkimi zarazami w historii: ludzie z szaleństwem wybiegający z zamkniętych domów na ulice, nie chcący już czekać, aż przyjdzie do nich dżuma czy inna cholera, więc wybierający kontakt z innymi, zarażonymi, oznaczający pewną śmierć. Przekroczona granica, poza którą śmierć pewna staje się pragnieniem, jest lepsza od śmierci niepewnej, odkładanej w czasie.

Nam jeszcze daleko do tego stanu. Za moim oknem widać tylko pijaków, pielgrzymujących do otwartego przez cała dobę monopolowego. To też desperaci, którzy raczej do innego kościoła nie pójdą. Zresztą nawet gdyby chcieli, to świątynie nie monopolowe, pozamykano wszystkie. Ale – jak powiedziano wyżej – kościół jest między nami, Innymi. Niekoniecznie trzeźwymi.

Tylko czyja to właściwie lekcja: pandemii czy Gombrowicza? On jest jak wirus, jeszcze jedna metafora z choroby. Co zrobić, że – niewierny Tomasz, imię jak los? – nie wierzę w przemianę świata, nie wierzyłem jeszcze zanim przeczytałem Gombrowicza. Więc i teraz myślę, że nawet jeśli ludzie po pandemii rzeczywiście stworzą inny świat, to nie będzie to świat projektowany przez Gombrowicza, lecz raczej inny świat czekający na swojego Herlinga Grudzińskiego.

Winni są zawsze Inni.

 

Chyba poniedziałek

Można by pomyśleć – jeśli komuś by się chciało myśleć w tym czasie zawieszonym, gęstniejącym w przestrzeni i osiadającym na naszych maskach – można by więc powiedzieć, że strach próbujemy opanować za pomocą swoistej memotechniki (sic!). Próbujemy zaśmiać się na śmierć, zamknięci, świątek i piątek.

Lanie wody, śmigus dyngus, smaganie brzozową witką, sauna humoru, pastisz samobiczowania, z pastiszami lepiej ostrożnie, jeszcze kto uwierzy w oryginalność. Niezłe jaja, oczywiście w maseczkach, pisanki czasu pandemii, jak malowane. Urodzaj, nie urok, epidemia memów wirusowych, pik przed nami, szczepionki na nie jeszcze nie wynaleziono. W końcu samo się wypłaszczy.

Koronawirusowa mowa-trawa. Jasne ciemne, każdy obłaskawia strach jak może, ale śmiech nie leczy wszystkiego, choć tak mówią. Lekarstwo niewłaściwie stosowane może przecież zagrażać … i tak dalej. Dalej? Co dalej?

Strach myśleć, co będzie po tym – czym? – wszystkim. Niektórzy mają nadzieję, że będzie inaczej. To znaczy lepiej. Bo w końcu przemyślimy, zrozumiemy. Skoro tak nagle nas dopadło, jak memento, to nie mamy wyjścia. Musimy dojrzeć.

Na pewno? Nie mamy? Musimy? My, Polacy, złote ptacy? My, ludzie, którym świat poddano?

Niedawno w sieci pojawił się obrazek, rozweselający jak gaz bojowy: zniszczona po powstaniu Warszawa sfotografowana z lotu ptaka, a na takim tle dopisek białymi literkami „bywało gorzej”.

Bywało, po co się ograniczać: ludzie milionami padali z głodu w sowieckiej Ukrainie, umierali w obozach i łagrach, zabijali innych rozwijając postęp naukowy w Hiroszimie i Nagasaki, palili napalmem w Wietnamie, zarzynali miliony w Armenii, Kambodży, Rwandzie, i tym podobnie, i tak dalej. Dalej.

Doprawdy, bywało gorzej. I bywa do dziś, więc jeszcze niejedno memento ostrugamy w mem.

Data dodania: 20 marca 2020

 

piątek, 13 marca 2020

Na niebie i ziemi

Nie wierzył w znaki, od dawna nikt w nie wierzył, ale faktem jest, że to wszystko zaczęło się tamtą niezwykłą pełnią. Niby nic takiego, znany cykl, ale teraz bardziej niż kiedykolwiek nic nie jest takie, jakim się wydaje, nawet pejzaż. Dziś, trzeciego dnia od tamtego momentu, już go nie ma, zniknął jakby się czegoś wystraszył, jak wszyscy. Zresztą może to tylko za dużo chmur. Ale wcześniej nie dawał spokoju, wyraźny i jasny, snuł się po niebie i odbierał sen.

Kiedy pierwszego dnia pełni pojawił się nad dachem bloku, był ogromny, dużo większy niż zazwyczaj, i złocisty. Tak wyglądało by pewnie słońce, gdyby wschodziło wieczorem. Słońce w kwarantannie, ta metafora przyszła mu do głowy później, gdy już po imieniu nazwano epidemię.

Ale wtedy, pierwszego dnia, pomyślał o czymś bardziej praktycznym: że tak niezwykłemu księżycowi powinien zrobić zdjęcie, niech tylko wgramoli się wyżej, żeby w kadrze nie widać było szczytu bloku z brudnymi zaciekami i odpadającym kawałkami styropianu, który niczego już nie ociepla. Jak księżyc.

Po godzinie księżycowa kula rzeczywiście wspięła się sporo wyżej, wycinając z kadru skraj budynku i koronę drzewa, wyrośniętego ponad dach. Ale też i zmieniła się podczas wspinaczki. Była teraz mniejsza i bledsza, wyglądała jak zrobiona z cyny, którą roztopić może co żarliwszy promień słońca.

Taki zwyczajny, banalny księżyc, o rozmytych konturach, posiniaczony jak po bójce, nie mógł już być żadną konkurencją dla słońca. Stał się podejrzany, bo może te wcześniejsze żółcie po prostu ukradł miejskim latarniom. Teraz, bez złoceń, nie świecił już tak mocno, ledwie odbijał światło.

Blady hochsztapler, wyglądał jakby dopadła go gorączka. Żałośnie, aż chciało się wyć.

 

niedziela, 15 marca 2020

„…mój ołówek cierpi”

W niedzielę miał on – on, czyli podmiot niezbyt liryczny tej przedziwnej kwarantanny, która wciąż wydawała się konceptem literackim raczej, fantastycznym i niewiarygodnym – więc miał on uczestniczyć w spotkaniu z pewną poetką, trudną i wybitną. Rozmowa została odwołana, oczywiście z powodu epidemii –  wirusa, nie słów – czyli z powodu choroby.

To się samo kojarzy, żadne więc to w sumie odkrycie: między literaturą i chorobą istnieje silny związek, nie tylko metaforyczny. Zabawne, że – może i przypadkiem, ale jednak znaczącym – nawet dzień pisarzy i dzień chorych ustanowiono pod tą samą datą, trzeciego  marca.

Ten związek można opisać paradoksem: pisanie to lekarstwo na chorobę, którą samo pisanie wywołuje. Taka choroba jest niebezpieczna i bardzo trudna do wyleczenia, bo autoimmunologiczna. Literatura bywa bolesna jak martwica. To ból nie do wyobrażenia, ale ona go wyobraża.

Dziś ból to centralny temat literatury, przekonywał Gombrowicz przed ponad półwieczem. Ból to dotknięcie rzeczywistości. „Człowiek rzeczywisty to taki, którego boli”. Więc zapisywanie bólu to przynajmniej od kilkudziesięciu lat najważniejsza chyba rola literatury, jeśli można nakładać na nią jakieś obowiązki, choćby prywatne.

Aleksander Wat, człowiek nader rzeczywisty według definicji Gombrowicza, który pół swojej twórczości zapisał przeciw bolesnej chorobie psychosomatycznej, uważał, że można: „kiedy wymagam od przyjaciół zrozumienia dla moich cierpień, żądam od nich (…), żeby sobie wyobrazili choćby z nerwowego, bolesnego charakteru pisma, że mój ołówek cierpi”.

Cierpiący ołówek, metafora zastępująca dziesiątki słów, tama dla logorei. Dla owładniętego bólem pisanie staje się czynnością przymusową, by posłużyć się terminem z opisu nerwicy natręctw. Literatura jako nerwica?

Coś w tym jest, skoro – jak się wydaje – tylko pisząc można opanować szaleństwo swoje i świata. Jeszcze jedna lekcja Wata, z „Dziennika bez samogłosek”: „piszę tu nie dla pamiętnika, dla pamięci, ale by mieć zupełnie jasne widzenie”.

Obraz wbijający się w pamięć czytającego: Wat wychodzący z kina i nie rozpoznający się w szybie wystawowej, w której odbija się twarz starego, zniszczonego człowieka. Moment dystansu, w którym można zobaczyć i opowiedzieć siebie jako obcego. Czy literatura dlatego jest chorobą autoimmunologiczną, że jest chorobliwie autobiograficzna? Szczerość w pisaniu o sobie? Na ile możliwa? I jaka?

„… jedyna szczerość mi dostępna polega na wyznaniu, że szczerość jest mi niedostępna”, Gombrowicz nie miał złudzeń, więc i nam ich nie pozostawił.

„Pisać tak, aby przy końcu zdania ujawnić sobie i innym wstyd za to zdanie”, odpowiadał mu Wat z drugiego końca ołówka. Może być coś bardziej osobistego i bolesnego?

Literatura jako zapisywanie niewyobrażalnego, ale jednak wyobrażonego bólu i lęku, do wywołania którego wcale nie trzeba pandemii. Wystarczy coś znacznie mniejszego, pojedynczego, na przykład cierpiący ołówek.

I zamknięcie „w czterech ścianach swego bólu”.

To też niestety nie ja, to Wat napisał.

 

poniedziałek, 16 marca 2020

Inni i obcy

U nas epidemii nie było tak długo nie dlatego, że jesteśmy narodem wybranym, ale dlatego, że nawet władza boi się pewnych słów. Że nie jesteśmy narodem wybranym, to zresztą może i lepiej, bo gdybyśmy byli, to dopiero dostalibyśmy w kość. A wtedy zaczęlibyśmy szukać proroka, który by nas przez ten wzburzony czas poprowadził suchą stopą. I twardą ręką.

 

Więc najpierw były strusie półsłówka, jedynie brukowce od razu pisały o „zarazie”. Gdy ta jako pandemia przekroczyła w końcu nasze granice, zamknęliśmy je. Teraz jeszcze lepiej będziemy mogli zajmować się sami sobą, czyści tacy, umywający ręce co chwila. Bo zarazę, jak wiadomo, zawsze roznoszą obcy.

 

Wszystko to już było i tym bardziej wszystko może się powtórzyć. Jean Delumeau, autor klasycznej pracy o strachu w kulturze Zachodu, nie pozostawia złudzeń, analizując epidemie sprzed stuleci:

„Potencjalni winowajcy, ku którym może zwrócić się agresywność zbiorowa, to przede wszystkim obcy, podróżnicy, ludzie z marginesu i wszyscy nie dość dobrze zintegrowani ze wspólnotą bądź dlatego, że nie chcą akceptować jej wierzeń – to przypadek Żydów – bądź dlatego, że należało ich odrzucić z oczywistych względów na peryferie grupy – jak trędowatych – bądź po prostu dlatego, że przybywają skądinąd i z tego tytułu są w pewnej mierze podejrzani.”

 

Obcych już u nas nie będzie, nie przybłąkają się, bo ich nie wpuścimy. Będziemy więc musieli poszukać sobie Żydów i trędowatych. Cóż, kultura Zachodu nigdy nie miała z tym większych problemów. Wschód tym bardziej.

 

środa 18 marca 2020

Zaraza w pępku świata

 

Za kilka dni uświadomimy sobie, że jesteśmy w samym środku tego diabelstwa, bo ofiary będą liczne, oczywiście jak na tę naszą krainę spokoju i pokoju. Na razie strach pełznie powoli, tak to się zawsze zaczyna, jeszcze nie chwyta za gardło, ale już obezwładnia wyobraźnię.

Na drugi plan spycha wszystko inne, jak choćby dziewiątą rocznicę wybuchu ludobójczej wojny syryjskiej, a nawet modne do niedawna wśród wrażliwych internetowych intelektualistów straszne sceny z Lesbos: gaz, bicie, tonących uciekinierów, wojsko odpędzające się od nich jak od zarazy, znęcających się nad tymi, którzy dopłynęli faszystów i tak zwanych normalnych ludzi.

Sceny odległe i nierealne, jak pandemia, na razie, mogą powtórzyć się gdziekolwiek. I pewnie się powtórzą. Pandemia, pan demos, lud rządzi. Na razie na peryferiach, u nas ważniejszy jest brak maseczek i płynów odkażających.

Ten czas – nie taki znowu niezwykły jak wydaje się nam, którzy już dawno z zapominania złych rzeczy uczyniliśmy cnotę, bo przecież ma być miło i przyjemnie – ten czas, powracający, przypomina od razu kilka myśli, co nie nowe, acz powtarzane nadaremno.

Przypomina choćby, że normalny człowiek nie jest dobry z natury, nawet ten oświecony. Że bywa dobry z kultury. Ta zaś jest zobowiązaniem, najłatwiej przejawiającym się w zbiorowych gestach, jednorazowych jak akcesoria medyczne, których teraz nie wystarcza dla wszystkich.

Wystarczy jednak, że przykusy cynik w modnym garniturku lub operetkowym mundurze, dla zdobycia albo utrzymania władzy – zawsze chodzi o władzę – zwolni tłum z tego zobowiązania, wmawiając mu, iż lenistwa, głupoty, podłości nie trzeba się już wstydzić, nie trzeba się z nimi kryć; więc wystarczy, że nazwie człowieka masowego nową, prawdziwszą elitą, a będzie ten człowiek leniwy, głupi, bezwzględny. Będzie zły, bo tak przecież wygodniej.

To nie jest rezonerstwo, lecz doświadczenie. Już to widział, poznawał długo, choć przecież nie tak tragicznie, dawno temu, gdy system – miniony słusznie choćby właśnie dlatego – wyrwał go na rok z życia i zamknął w koszarach. oglądał tam jak w laboratorium, co można zrobić z ludźmi i co ludzie potrafią zrobić sami ze sobą. Doświadczenie trochę groteskowe, a trochę tragiczne.

Statystował w tragifarsie, siermiężnej i orężnej, ale przejmującej. I pouczającej. Przekonał się wtedy, że w sytuacjach kryzysowych człowieka nie chroni nawet wiedza, przeciwnie, im ona większa, tym większy lęk podpowiada wyobraźnia, tym mocniej wybuchają instynkty. Najmocniej te złe, niesłusznie nazywane zwierzęcymi. Są ludzkie, arcyludzkie.

Widział subtelnych filologów z nadgorliwą starannością tłumaczących sobie głupawe rozkazy, błyskotliwych prawników ćwiczących erystykę w donosach do dowódcy kompanii, filozofów ze stoickim spokojem czyszczących kible i zlewkownie z gnijącymi resztkami jedzenia, wolnych artystów z baletowym wdziękiem prężących się na baczność przed idiotami bez matury, ale ze szczerymi chęciami.

Pamiętał cały ten wyścig, darwinowski spryt, żeby wyrwać jeszcze jeden dzień urlopu albo chociaż czterdziestoośmiogodzinną przepustkę. I pamiętał też swoją obojętność, przyzwalającą na to wszystko jak przyzwala się na pory roku, ale z chichotem, usprawiedliwiającym i dyskretnym, ma się rozumieć.

Dlatego teraz nie miał złudzeń, choć przecież wolałby je mieć, normalne. Wiedział, że każdy człowiek, także i on, może być ludzki w taki właśnie „zwierzęcy” sposób, wystarczy, że pojawi się manipulator na jego miarę. Albo gdy on sam znajdzie się nagle w centrum kryzysu tak wielkiego, że podołać mu mogą jedynie bohaterowie i święci.

Zresztą i to nie takie oczywiste: bohaterstwo i świętość poznaje się zwykle po czasie, po czasie się je nazywa, definiuje, jeśli w ogóle znajdzie się ktoś, kto zapamięta, by opowiedzieć i jeszcze jeśli opowieść znajdzie słuchaczy. On był przekonany, że nie jest ani bohaterem, ani świętym. I nie tęsknił za czasem, w którym to przekonanie dało by się zweryfikować.

Jasne, czytał i pamięta: podobno wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono. Tak mówił wielki poeta, jedną z dwu części siebie. Tej drugiej nikt nie słuchał, bo czas potrzebował niezłomnych, bez wątpliwości.

Ale on wtedy i teraz wolał innych poetów. Miał nadzieję, bezwstydną, że jednak nie przytrafi mu się znowu czas próby, której bał się jak każdy śmiertelnik. Bodaj byś żył w ciekawych czasach, chichotało coraz częściej stare przekleństwo.

Śmieszne, strasznie śmieszne, nie jak te memy o zarazie.

 

czwartek 19 marca 2020

Milczenie dzwonów

Piszę tu w trzeciej osobie nie dla manierycznej zabawy, ale dla dystansu, do siebie i rzeczywistości. Nieobliczalna, znów rozkręca ruletkę form, przedrzeźnia je, wykoślawia, psuje i skleja na nowo.

Kiedy w poniedziałek wyjeżdżaliśmy z E. ze Wsoli, zamknąwszy muzeum na głucho, na skrzyżowaniu koło kościoła natknęliśmy się na pogrzeb, nie od razu pojmując, co się tu dzieje.

Przed okazałym krzyżem na przykościelnym placu stało kilkanaście osób, wszyscy w czerni, rozproszeni jak wrony na naszym trawniku przed pałacem. Najbliżej krzyża ksiądz w żałobnym ornacie, z brewiarza odmawiający modlitwy.

Najbardziej niezwykłe było jednak coś, co nie od razu zauważyłem, a nawet jeśli zauważyłem, zaskoczony mózg zarejestrował to z opóźnieniem. Na cokole krzyża stała trumna, z jasnego lakierowanego drewna, ustawiona nieco na skos, wystająca poza murek, symetrycznie, jakby łapała równowagę.

Skojarzyłem w końcu, że przecież kościoły zostały zamknięte, przynajmniej w rzeczywistości, bo prawo czasu epidemii tylko je mocno przymknęło, jakby rządzący zabobonnie bali się Boga i jego wyrobników.

A potem dotarło do mnie coś jeszcze: milczenie dzwonów. W książkach, do których teraz wróciłem, opisujących zarazy dopadające ludzkość w przeszłości, przeczytać można, że w czasach dżumy albo cholery kościelne dzwony najpierw biły na trwogę, zapewne długo i histerycznie, a potem milkły nagle, bo kościoły pustoszały i nie miał kto pociągać za sznury.

Milczenie też może być wymowne. Muszę zmienić lektury.

Data dodania: 11 marca 2020

Opowiadał mu dziadek, to działo się, gdy jeszcze nie było tu autobusu, nie było niczego, a on musiał dojść na randkę, nie, wtedy jeszcze nie z babcią, ale z inną, której zresztą było mu żal do końca, musiał i chciał, to drugie pewnie bardziej, więc ruszył z tej wsi, na której mieszkał, bo w mieście nie dał rady się utrzymać i musiał uciec znów na wieś, więc jeszcze raz: teraz ruszył do tego miasta, przeklętego, ale kuszącego obietnicą powrotu, ruszył szybko, ale nie za bardzo, na tyle, żeby nie zmęczyć się zanim dojdzie, po blisko trzech godzinach marszu, bez przerw, jak bez przerw były zdania, którymi teraz mu to opowiadał.

Później robił tak już zawsze, gdy było mu po prostu źle na świecie. A właściwie nie po prostu, bo nigdy nie wiedział, dlaczego jest mu źle, więc nagle wstawał, z łóżka albo od stołu, wychodził i szedł przed siebie, daleko i długo, jakby myślał, że tam gdzieś znajdzie powód, przyczynę tego, że jest mu źle, nawet nie znał słowa melancholia. Nie znajdował, więc wracał.

Robił tak do końca swoich dni, wielu, wydawało mu się czasem, że zbyt wielu. Wychodził przez wypaczoną bramę od strony pola, nigdy nie zrobił tu łatwiejszej w użytku furtki, chociaż zamierzał. Za bramą zaczynała się krzywa ścieżka, z roku na rok mniej widoczna, pozarastana wysoką trawą i badylami chwastów. W końcu stała się niewidoczna, istniała tylko w pamięci, automatycznej, zmagazynowanej w mięśniach.

Ale za to wokół, na pustym kiedyś ugorze, porosły brzozy samosiejki, całkiem spore, choć cienkie, bo wysiały się gęsto, za gęsto, by stanąć mocno na ziemi. Wyglądały malowniczo, szczególnie jesienią, jakby ucharakteryzowane do filmowej sceny, symbolicznej, owinięte ni to zwojami papirusu czekającego na zapisanie, ni to bandażami, ale takimi jak na starym filmie, jeszcze nie nasiąkniętymi czerwienią, bo kiedyś widzom oszczędzano widoku krwi.

Podczas tych marszów najbardziej lubił, gdy ukośne światło zachodu, dla niego zawsze zbyt wczesnego, sprawiało, że trawy przed kępami brzóz robiły się pożółkłe jak stare listy lub książki, a kontury drzew wyostrzały się i nieruchomiały, zawsze w tym momencie, gdy wiatr porzucał dzień, wiedząc, że już nigdzie go nie wyciągnie przed nocą, na żadną włóczęgę przeciw czasowi.

A dalej, w miejscu, gdzie kończyła się istniejąca tylko w pamięci ścieżka, rosły modrzewie, za nimi iglaki, ciasno, potem znów ugór, pokryty trawą i odchodami saren, przeganianych czasem przez dziki, szukające pod darnią lepszego życia, którym według nich jest po prostu lepsze żarcie. Psy płoszyły sarny, goniąc je długo, ale zawsze tak, żeby nie złapać. Natomiast gdy czuły ostrą woń dzików, udawały, że nic nie widzą i nie słyszą, a potem nagle postanawiały zmienić tradycyjną trasę spaceru albo od razu zawrócić na podwórko. Czasem tęsknota jest instynktem samozachowawczym.

Więc chodził tam, na te nie kończące się o żadnej sensownej porze spacery, niespieszne włóczęgi bez marszruty, w poszukiwaniu sensu smutku albo dla zgubienia go, zachodzenia na śmierć, skołowaną od powtarzających się szlaków. Nie zaprzestał snucia się po polach także długo po tym, jak ortopeda zabronił mu łażenia po nierównym, z powodu kolan, w których wytarła się jakaś maź, bo wyciera się w końcu, na starość, jak wszystko. Nie porzucił włóczęgi nawet wtedy, gdy lekarz zakazał mu stanowczo jakiegokolwiek intensywnego ruchu, a potem nogi bezczelnie odmówiły posłuszeństwa, zaś w głowie przesunęła mu się jakaś zapadka i tracił równowagę, nawet gdy stał w miejscu, musiał łapać się krzeseł, stołu, ściany, żeby nie upaść. Trasy robiły się więc coraz krótsze, czasem znosiło go ze ścieżki na nierówności ugoru, niebezpiecznie, ale przecież nigdy nie ośmieszyłby się przed samym sobą, posługując się kijkami bez śniegu i nart.

Wydawało się, że chodzi nawet i wtedy, gdy już nie mógł o własnych siłach wstawać z fotela, w którym na koniec przesiadywał całymi dniami, w domu, którego pewnie nigdy nie było, w mieście, którego nigdy nie widział i do którego nigdy nie przyszedł ze wsi, która nawet jeśli istniała, to zupełnie gdzie indziej, a najpewniej jedynie jako składanka z obrazów schowanych w wyobraźni. Tylko w czyjej?

A on? On nadal słuchał opowieści dziadka, którego przecież właściwie nie miał, skoro tamten umarł jeszcze przed jego narodzinami. Słuchał, choć czy rzeczywiście mógł ich słuchać, skoro były opowiadane przez kogoś, kto nigdy właściwie nie istniał? A jeśli istniał, to umarł, zanim zaistniał.

Więc kogo słuchał tak naprawdę? Kim był ten, który opowiadał? I kim był słuchający? A także o czym była ta opowieść? Pytania, bez których nie ma literatury.

Data dodania: 25 lutego 2020

 

Wracał tak często, że choć minęło czterdzieści lat, właściwie nigdy nie wyszedł z tego korytarza. Długiego na dwanaście mieszkań, jednakowych, rozmieszczonych symetrycznie, jak cele w więzieniu, naprzeciw siebie. Z tym, że te narożne, na końcach, były większe, trzypokojowe, z kuchnią widną i z oknami na dwie strony bloku, więc z widokiem szerszym, raczej wieżyczki strażnicze niż cele.

Korytarz nie był miejscem zupełnie bezpiecznym. Lastrykowa podłoga,  śliska, bo pastowana co tydzień czujnym wzrokiem sąsiadów, co ludzie powiedzą, jak nie będzie się błyszczeć pod drzwiami, groziła upadkiem. Ale akurat im śliska podłoga nie przeszkadzała nigdy, jeździli po niej prawie jak po lodzie, grając w niby hokeja, pudełkiem zapałek albo odpustową miękkawą piłeczką, póki nie pękła i nie pogubiła tego czegoś, co wypełniało ją w środku. Nazywali sobie te niby drużyny, kanada kontra ruscy, mistrzostwa świata, jeden na jednego plus bramkarz.

Wszystko wtedy jeszcze było na niby i dlatego wydawało im się, że jeszcze wszystko jest możliwe.

Czasem, gdy emocji było za dużo, bo wynik pozostawał bezbramkowy, kłócili się wściekle o faule lub za wysoko uniesione niby kije, aż w końcu z korytarza przeganiali ich ci, którzy mieszkali za cienkimi drzwiami mozolnie, przez lata obijanymi boazerią, dermą albo blachą. Ludzie, którzy dorabiali się tych drzwi, zaradni i sprytni,  wtedy wydawali mu się bardzo starzy, normalne, choć pewnie byli młodsi niż on dzisiaj.

Ale to jest już nowe dzisiaj i tamci nie żyją, a wzdłuż korytarza starzeją się nowi młodzi, którzy nie grają w niby hokeja. Może podłoga już nie taka, choć ze starości powinna być jeszcze bardziej wyślizgana.

Chyba jako ostatnia z tamtych starych umierała Psiara, mieszkająca na końcu, w lokalu z oknami na dwie strony, czyli na pół świata. Zawsze miała psy, bo gdy jedne kończyły swój pieski żywot, całkiem zresztą niezły, rozpieszczała następne. Ale swoje przezwisko dostała nie dlatego. Została Psiarą, bo psy były dla niej ważniejsze niż ludzie, z ludźmi łączyły ją gorsze doświadczenia niż ze zwierzętami, które miała albo którym pomagała. Tak niektórym jest łatwiej.

Była sama, w trzech pokojach, wielkich w porównaniu z pozostałymi mieszkaniami w tym bloku, ale sama nie od zawsze, tylko od śmierci jej Jurka. To znaczy przed Jurkiem też była sama, mówili już nawet o niej stara panna, choć ciągle jeszcze za plecami. On podobno zostawił dla niej żonę i dzieci, jeszcze całkiem małe, ale długo razem też nie pożyli. Za grzechy kociej łapy, szeptała sąsiadkom Kowalska, naprawdę tak się nazywała, mrużąc oczy jak kotka w słońcu przedwiośnia. Możliwe, że wiedziała coś więcej, w końcu w kościele była codziennie, czasem nawet dwa razy, więc może i do wiedzy o przeznaczeniach miała łatwiejszy dostęp.

Gdy umarł jej facet, Psiara znowu zaczęła palić. Rzuciła przed laty, gdy poprosił, podobno, ale teraz paliła jeszcze więcej, jakby chciała zrobić mu na złość za to, że zrobił jej tą niewczesną śmierć. Nie wiadomo, czy czerniała od tych papierosów, czy z tęsknoty, i chudła, przeraźliwie, jakby papierosy podsycały w niej nigdy nie zagaszony pożar, który ją wypalał. Gdy zaciągała się jak mężczyzna, mocno i długo, końcówka extra mocnego rozżarzała się na czerwono, a potem na złoto, jakby ogień z jej płuc próbował wydostać się na zewnątrz i podpalić świat.

W końcu astma unieruchomiła ją na dobre, na dobre – tak mówiły sąsiadki, bezmyślnie, bez sensu, ale z troską, nie wiadomo tylko, czy nie udawaną. Bez wyciętego płuca męczyła się jeszcze bardziej, ale palenia nie rzuciła nawet wtedy, gdy musiała oddać tego ostatniego psa, z którym nie miała już siły wychodzić. Zatroskane nie były zatroskane aż tak bardzo, by zwierzaka wyprowadzać słota czy spiekota.

Zresztą niezbyt przypominał psa, na tych krótkich łapach, z czarno burą szczeciną, przetykaną w kilku miejscach jaśniejszymi plackami łysiny. I uszami jak radary, wielkimi nieproporcjonalnie, ciągle w ruchu, jedno sobie, drugie nie wiadomo komu.

Ciekawe, że Psiara nigdy nikomu nie powiedziała, czy oddała psa jakimś dobrym ludziom, czy też do schroniska, na zmarnowanie.

Zadusiła się tak, jak żyła, w samotności. Musiało dopaść ją nagle, tym razem nie zdążyła zapukać do nikogo z sąsiadów, a komórki nie nauczyła się obsługiwać, może z oszczędności, zresztą wtedy jeszcze nie wszyscy je mieli. Gdy po tygodniu wywalili drzwi, ktoś w końcu dostrzegł, że coś za długo Psiary nie widać, smród był tak wielki, że przez kilka dni nikt nie zamykał drzwi balkonowych na końcu korytarza.

Kowalska mówiła, że z mieszkania umarłej czuć było starym psem. Ale kiedy indziej przekonywała znowu, że zza drzwi śmierdziało raczej siarką. Nikt jej już wtedy nie słuchał, pukali się w czoła jeszcze zanim zwariowała i zabrało ją pogotowie. Napuchniętą, grubą, ledwo zmieściła się w kaftan i nie mogli jej ruszyć, zanim zastrzyk nie zaczął działać na dobre. Znów to dobre.

Krzyczała jakieś pomieszane modlitwy, tak głośno, że słychać je było jeszcze z windy, zza grubych metalowych drzwi szybu, przez który jęcząc i zgrzytając opuszczała się w dół poobijana kabina. Czarek mieszkający u sąsiadów wyjechał wtedy na rekolekcje z seminarium, więc nikt nie potrafił chwilowo orzec, czy krzyki te to bełkot wariatki, czy może bluźnierstwo, złe jakieś, opętane. Te, co to widziały, wolały przeżegnać się, na wszelki wypadek. Przecież księdza nie będą fatygować, woła się go tylko do umierających, a Kowalska żyła, teraz marnie i w wariatkowie, ale jednak.

Pamiętał, że kiedy ją zabierali, po korytarzu snuł się półmrok, pełen poruszonych cieni. Możliwe, że wszystko to działo się nad ranem, ciut świt, choć chyba jednak później, miał już wychodzić do szkoły. Może Śmietek znowu zaspał, bo korytarz co prawda zwykle oświetlały jarzeniówki, ale zapalane przez gospodarza domu, jak nazywało się wtedy dozorcę. Więc gdy ten się zagapił, szczególnie zimą, korytarz pozostawał zaciemniony, prawie całkowicie, przez pół dnia, do samego zmierzchu. Rozświetlała go wtedy tylko kabina windy, żółtym światłem przebijającym się przez zbrojone okienko w drzwiach do szybu, ale na krótko, dopóki ktoś nie ściągnął windy na inne piętro.

Gdy odjeżdżała, piszcząc i rzężąc, wtedy jedynym jasnym punktem, który przyciągał uwagę jak rekwizyt hipnotyzera, pozostawała jaśniejsza plama zamykających korytarz drzwi balkonowych, przez które wlewały się resztki świateł bezsennego miasta.

Te szklane drzwi, otwierające się na balkon, którego nie było, bo zaprojektowano za nimi ledwie jego atrapę, rozmazane, odbijające światło latarni i z rzadka przejeżdżających na dole samochodów, które ciepłe od spalin powietrze unosiło ku górze aż po dziesiąte piętro, te żółtawo pulsujące w ciemności drzwi wyglądały jak wyjście awaryjne. Szczególnie w tak wietrzne dni jak ten, w którym znaleziono martwą Psiarę.

W takie dni łatwo o literówkę, można pomylić wietrzne z wiecznym. Przecież wysoko zawsze wieje najmocniej, a w długim korytarzu przeciąg skomle i wyje pod drzwiami.

Data dodania: 22 stycznia 2020

Taki pomysł na opowieść, niech będzie, że na cześć babki. Dziadków nie znał. Ani tego jednego, co warto, bo był dobrym człowiekiem, ale umarł, zanim wnuk mu się urodził. Ani tamtych dwóch, co gdzieś tam żyli, ale znać ich nie było warto, choć w opowieści muszą się kiedyś pojawić. Pewnie się pojawia, ale na razie taki pomysł:

 

Na swoje sześćdziesiąte urodziny postanowił wybrać się w podróż sentymentalną, na Ziemie zwane niegdyś Odzyskanymi, a potem wyzyskanymi, już z małej litery, choć z wielkiej krzywdy. W nią, w krzywdę, były te ziemie urodzajne bardziej może niż w zboża, które rosły tu wielkie jak nigdzie, gęste jak chaszcze.

 

To miała być podróż w czas przeszły dokonany, ale jeszcze  nieopowiedziany, przynajmniej przez niego. Nie powinien w nią wyruszać, ostrzegała go rodzinna przestroga jak przekleństwo: tylko nigdzie nie jedź. Żadna podróż w tej rodzinie nie kończyła się dobrze, może dlatego, że każda była ucieczką.

 

Z tymi ziemiami na zachodzie, na które szlakiem Wielkiej Niedźwiedzicy wędrowali osadnicy – tak ich wtedy nazywano,  jakby tam przed nimi nie było cywilizacji starszej i wyższej, czego wówczas oczywiście nie można było głośno przyznawać, nawet jeśli naprawdę zadziwiała tych przepędzonych ze wschodu na miejsce innych popędzonych dalej, a nawet tych, co przyjeżdżali tu z centralnego kraju, wygnani nie polityką ani historią, tylko biedą i ciekawością lepszego życia – więc z tą ziemią odebraną jednym i obiecaną innym, na wieczne nieoddanie, wiązała go rodzinna historia o niewykorzystanej szansie. Barwna jak western, ale z gatunku tych mrocznych.

 

Ta historia była rodzinna, ale i jakoś uniwersalna, bo w tym kraju po wielekroć rżniętym przez historię i opowiadających ją zwycięzców wszyscy żyli nie na swoim miejscu, nie na swoim kawałku ziemi. To właśnie łączyło ich bardziej niż mowa i przynależność. Kraj w ruchu, gdzie nawet miedze i groby nie były na zawsze.

 

Te ziemie odzyskane, wyzyskane, utracone, zabrane, kresy nagle odwrócone twarzą do odchodzącego słońca, przeniesione o pół tysiąca kilometrów na zachód. A w centrum? Tu przecież nie inaczej, też przecież pola odbierane, tracone, zadeptywane, dzielone przez dzietność, o którą dziś lament, że jej nie ma i wtedy lament, że jest i jak tu wykarmić tyle gąb, gdy siły u kresu, utracone, nieodzyskane. A jeszcze co jakiś czas armie, toczące się i depczące to centrum, tędy im zawsze po drodze, rozjeżdżać błoto i drogi.

 

W tę i nazad, jak ciężki wóz węglarza, a potem cementowozy, aż w końcu pewnej nocy wozy bojowe, z odsieczą do sąsiadów, zawsze łatwiej porządków pilnować za płotem, na cudzym podwórku.

 

Więc i tam, na ziemiach pozyskanych, i tu, w centrum, w samym środku ruchomego kraju, ten sam lęk, że przyjdą, odbiorą, Niemcy, Żydzi, kołchoźnicy- bolszewicy, Ukraińcy z akcji Wisła, banderowcy z Majdanu. Tylko Czechów nikt się nie boi, zapomniane już Zaolzie, śmieszne przy tym, co stało się później.

 

I tak przez dziesięciolecia, niby sami tu swoi, obcy poszli z dymem albo za wodę, a naród mimo to nieswój jakiś, z obawą spoglądający za okno, na drogę, w przyszłość. I nie ma zmiłuj, dla nikogo, nawet dla tych centralnych nieruchawych, bo jednak wszyscyśmy jakoś zmiksowani, wymigrowani, żyjący nie na swoim miejscu, lecz na cudzym, nie u siebie, choć u siebie, nawet jak pięknie w nowym bloku spółdzielczym, to przecież stojącym na polu komuś zabranym za bezcen, a nawet jak i za pieniądze, to bez zgody, z wywłaszczenia, więc siłą.

 

Dlatego może i on postanowił w końcu się ruszyć, nie lubił, ale coś go gnało, więc postanowił pojechać za opowieścią, którą od dawna próbował poskładać. Znał jedynie jej fragmenty, zainteresowała go zbyt późno, by pytania doczekały się pełnych odpowiedzi. Zbierał więc strzępy, odłamki, obłomki, i teraz chciał je zawieźć do tamtych miejsc, przymierzyć, czy pasują, porównać z kilkoma fotografiami, które zostały, głównie cmentarnymi. Nie wiedział, czy znajdzie jakieś ślady ani czego ma szukać. Przeszłość przecież zaciera tropy i zabija świadków.

 

***

 

Tu, koło kciuka, mam jeszcze bliznę, od siekiery – pokazywała matka, chyba zadowolona, że on zagląda tak daleko w tył. – To było w B., próbowałam narąbać drewna, mamusia była w pracy, a ja miałam rozpalić pod kuchnią.

– Nie, nie, umiałam, byłam już całkiem duża, w drugiej klasie. Musiałam, przecież byliśmy wtedy sami, we trójkę, tamtego już nie było, uciekliśmy od niego, właśnie do B., wtedy nas nie szukał przez jakiś czas. –

 

– Blizna została, zobacz, ale te siniaki, które mi zrobił wcześniej, jeszcze w W., na całych plecach, poznikały szybko. Jak na psie, ale ja mu je zapamiętałam, bo bił też jak psa – opowiada,  jakby to było wczoraj albo przed miesiącem. – Dlatego potem już nie było życia, z nim, choć mamusia mu jeszcze wybaczała, ja nie mogłam, tamtego maleństwa nie mogłam. A ona mogła, słaba była, choć silna, wtedy jednak tego nie rozumiałam, potem dopiero w końcu zaczęła mnie słuchać i na pogrzeb chociaż nie pojechała.

 

Słuchał tych opowieści, układał szczegóły w narrację, ale czasem przestawał notować, słowa robiły się za ciasne albo puste, nie mógł się nadziwić, że po takim początku życia matka, urodzona cztery miesiące przed wojną, potrafiła normalnie żyć i jeszcze się uśmiechać. Więc to, co miał napisać, musiało być też opowieścią o sile życia, mimo wszystko.

Bo opowiadała o odległym jak drugi brzeg dzieciństwie i o tych ziemiach odzyskanych i porzuconych jak o raju utraconym, choć przecież  tyle w nim było diabłów, co i aniołów. A może nawet tych pierwszych więcej. Ale czas był przecież taki, ledwie powojenny i zło mieszało się z dobrem bardziej niż kiedykolwiek.

 

Więc to, o czym chciałby napisać, wreszcie opowiedzieć, to geografia i historia garbowane na skórze. Nic z tego nie mija, układa się tylko warstwami w pamięci, przygniata ją, toksyczny odpad, który może aktywować swoje trucizny w każdym momencie. Miał nadzieję, że może zapisując tę pamięć, znajdzie na nią antidotum.

 

Na razie pojedzie i zobaczy. Się.

Data dodania: 17 grudnia 2019

Rok był tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty i pierwszy. Zima. Napadało jakby było w zmowie, dużo, ciężko, grubo, wybielając wszystko. Może sprzyjało tamtemu, sztywnemu jak drewniana lalka z bajki o kłamczuchu generałowi, udającemu ślepca, czarnymi okularami zasłaniającego dziury po sumieniu. Zwykle taki śnieg, biały i puszysty, przedwigilijny, dawał radość. Nawet wtedy, gdy zimy były jeszcze czymś zwyczajnym, mroźne i kopne. Tym razem zasypało i radość.

Napadało i zostało, zmroziło na długo. Na takim śniegu, przyspawanym do ziemi słońcem, dobrze widać ślady, więc był on po stronie ścigających, a nie ściganych. Przeciwko nim był także mróz, uciekali zwykle jak stali, jeśli w ogóle zdążyli przed nadejściem tamtych, zwiastowanych przez zmilitaryzowane radio i telewizję. Dopiero później pomocni ludzie znajdowali im ciepłe swetry i jesionki, dogrzane domy i meliny, później, jeśli wcześniej nie znaleźli ich tropiciele, ludzie-psy.

W sumie czas grał jednak na korzyść uciekających, bo ileż można ganiać za nimi po mrozie, nawet jeśli zomowcom obiecano za to dodatkową premię. Nie tylko pieniężną, także i radochę, bo tamci luje tak śmiesznie wili się i podrygiwali, gdy wreszcie można było przypierdolić im zdrowo, pałą, od razu po zatrzymaniu, bez tego kurewskiego legitymowania i innych wymysłów.

Swoich ludzi generał opatulił dobrze, w ciepłe mundury, polowe, choć akcja działa się głównie w miastach, w szalokominiarki zasłaniające wszystkie znaki szczególne prócz oczu, w uszanki z barankiem i orzełkiem, małym i niewinnym niczemu, w kalesony z meszkiem, w bajowe podkoszulki z długim rękawem, na które mogli założyć ciepłe, zgniłozielone dresy. Nogawki spodni wpuszczało się w wełniane skarpety, a jeśli buty walonki były dobrze dobrane, przynajmniej rozmiar za duże, to wchodziły w nie i dwie pary skarpet, i jeszcze można było ruszać palcami, żeby nie zamarzały, oddzielając paluch od reszty w koślawą literę „V”.

Dbał o nich, bo tylko oni mu zostali. Więc na każdym skrzyżowaniu koksownik, na rozgrzewkę, ciepło i światło, żeby było jasne, kto tu wyznacza granice prawa, a kto jest z góry przegranym banitą. I że mysz się nie prześlizgnie, choć to akurat na wyrost, nie takie rzeczy wydarzały się wtedy pod bokiem władzy tu, w tak zwanym tym kraju.

Czas generalskiego przewrotu był dobrze wyliczony i wymierzony celnie, muszka zgrana ze szczerbinką, bo po kilku dniach ci, którzy nie siedzieli w więzieniach, konspiracyjnych lokalach albo zakładach pracy nielegalnie przerwanej, a także ci, którzy nie poszukiwali oraz nie pilnowali tych pierwszych, wszyscy oni, czyli większość tego narodu, który po latach wspominał będzie zdumionym sondażystom, że wtedy, w grudniu stało się dobrze i nie będzie do końca jasne, czy będzie naród przepytywany miał na myśli tamtą wojnę, którą wypowiedziano mu w jego własnym imieniu, czy też raczej śnieg, który wówczas spadł tak pięknie i mróz, który skuł w jedskuł jas nej chwili ziemię, tę ziemię, lepiej od zomowców;

więc ci, którzy nie walczyli po żadnej ze stron i nie uważali albo nie zauważali, że byli w stanie wojny, chyba że za taką uznać bój nie pierwszy i nieostatni w kolejce po ledwie żywego karpia z wanny, czyli mówiąc już krótko, najkrócej: my, naród, we people, ludzie, panie, normalni ludzie, mogli zająć się świętami na kartki, ze stemplami zamiast życzeń i wyrobami czekoladopodobnymi wymienialnymi na wyroby naprawdę spirytusowe, i mogli mieć w końcu to, co w życiu najświętsze, czyli święty spokój, jak śpiewała miła każdej władzy szansonistka z doświadczeniem długim jak stąd do wieczności.

Ten drugi obieg towarów istniał jeszcze przed stanem wojny. Wojna o pokój też wymagała wyrzeczeń, więc towarów brakowało, przewożone, przenoszone, szmuglowane, ryzyko mniejsze niż w wojnę, ale system ten sam, partyzantka jednego dnia, następnego do przeżycia, nie dać się złapać, schować przed donosem sąsiada i domiarem państwa, jakby go już nie było po uszy, nawet świńskie uszy były w cenie, dobrze uwędzone, zwędzone razem z tuszą z państwowego monopolu przełamywanego chłopsko-miejskim cwaniactwem, bidazaradnością, partyzantką wiejsko-miejską żywieniową, wiadomo, kaszanka, rąbanka, szklanka zawsze się znajdzie na uspokojenie nerwów rozdygotanych, nie wiadomo, z zimna czy strachu.

Strach był niewielki, bo jednak za szmuglowanie z nielegalnego uboju dostawało się mniej i lżej niż za sabotowanie ustroju, generał i jego WRONa bardziej bali się słów niż kiełbasy, chyba po raz ostatni w tym kraju na skraju. Więc jedni, ci mniej liczni, wywijali orła białego jak śnieg, wrona niech skona, orła nie pokona, pozostali, powszechniejsi, przelewali krew, świńską, żeby chociaż święta przeżyć po ludzku.

***

Nasza świnia pochodziła z lotniska, prawie, spod płotu, uchowała się pod bokiem strzegących ładu i porządku, przynajmniej w telewizyjnej propagandzie. Teren wokół lotniska nie był jednak zmilitaryzowany, świnia poległa zupełnie niebohatersko, od pałki i noża, nie broni palnej. Wśród kwiku i rzężenia, podobne dźwięki muszą towarzyszyć każdej wojnie.

Darujmy sobie opis, proza współczesna polska lubuje się przecież w takim twardochowaniu, a ta jej twardość wydaje się jakoś związana z chłopskim zamiłowaniem do zabijania zwierząt, oczywiście to bicie, kaleczenie, kogut bez głowy, z głową obok, gdaczącą, świnia do góry nogami z przebitym boczkiem, wyciekająca na śmierć do miski sprytnie podstawionej, żeby było czym kaszankę nasączyć, całe to seryjne mordowanie ma uzasadnienie w ekonomii, ludzkiej i boskiej, coś w końcu jeść musimy, przecież nie będziemy żarli ziemi, nawet jeśli udało się nam uczynić ją poddaną jak niewolnica Isaura. Ale ta zamieszkała między nami jednak trochę później.

Wcześniej wieźliśmy świńskie truchło stygnące na mrozie sankami, zawinięte w folię i szmaty, ale nie do końca szczelnie, bo krew kapała ze spekulanckiego pakunku i barwiła śnieg tropem czerwieńszym od komuny, która już dawno wyblakła i sprała się jak szmata. Nasza droga do domu, biało czerwona, płozy odciśnięte w śniegu, choć rozstaw mniejszy niż w kibitce. Na co dzień sanki, którymi wieźliśmy martwą świnię, służyły jednak do zabawy, a nie w partyzantce.

Z naprzeciwka patrol, widzieliśmy na filmach o okupacji, że patrolowi nie wolno patrzeć w oczy, żeby nie nawiązywać kontaktu, nie tylko wzrokowego. To ROMO, widać od razu, umundurowanie prosto z magazynu, źle dobrane, oddziały naprawdę rezerwowe, ci bez zapalczywości, kazali, to łażą, żeby nie pójść siedzieć za odmowę. Więc i oni nie patrzą, poodwracali głowy, żeby nie widzieć i nie być widzianym, zmobilizowano tych rezerwistów nagle, odrywając od ważniejszej walki, poważniejszej, codziennej, o szynkę i cytrusy odświętne i od polowania na poczwórną choinkę.

Nie przyjrzałem się więc dobrze, ale im dalej od tamtego spotkania, jestem coraz bardziej pewny, że to był on, historyk z mojego liceum, pop, mówiliśmy na niego, bo szefował podstawowej organizacji partyjnej. Ale to on właśnie, a nie inni nauczyciele, opowiadał na swoich lekcjach otwarcie o Katyniu, o stalinizmie, o losie pierwszej międzynarodówki komunistycznej.

Popa spotkałem po latach, w szpitalu, za demokracji, był już na emeryturze i nie wyglądał dobrze. Zapraszał do siebie, na małą wódeczkę i duże, poważne rozmowy o polityce, tej i tamtej. Nie chciało mi się politykować, więc odwlekałem i nie zdążyłem, bo umarł, bardziej ze zgryzoty niż z wieku.

Było ich więcej, tych szczeropolskich Wallenrodów, co jakoś musieli radzić sobie z konformizmem, a czasem robili z niego narzędzie nie tylko do kariery i świętego spokoju. Świat był wówczas czarno biały tylko w zimowym pejzażu i polskiej kronice filmowej. U szefa pop na uniwersytecie zdawałem zaległy egzamin z nauk politycznych, udowadniałem mu nielegalność stanu wojennego, nie oponował i po pół godzinie wyszedłem z piątką, trochę to wtedy nie wypadało. W większości ci podwórkowi wallenrodowie grali na dwóch frontach, pod przykryciem tak szczelnym, że nikt ich spoza niego nie widział.

Może naprawdę uważali, że coś zmieniają, będąc w samym środku, poziomki bez smaku, poprawiacze nienaprawialnego, marzyciele, cynicy, ketmani, dwulicowcy, schizofrenicy, z rozdwojonymi jaźniami i językami, we people, my naród, ludzie, niewyleczeni do dziś. Bo chodziło wtedy o minimum: o to, żeby żyć i dać żyć drugiemu, i nie ześwinić się przy tym, przynajmniej nie za bardzo. Teraz to minimum wydaje się ogromne.

Trochę przerobionego świńskiego mięsa zabraliśmy do wielkiego miasta, gdy już pozwolono nam wrócić na uczelnie. W bramie uniwersytetu sprawdzał legitymacje wielki brzuchaty milicjant, patrzący na nas z pogardą znad wielkiego brzucha zastawiającego całą furtkę, aż nie mogłem oprzeć się skojarzeniom z tamtą wieprzowiną, w odróżnieniu od tego ludzkiego tłuszczu nielegalną.

Kiedy wieźliśmy go spod wojskowego lotniska, które już za wolnej Polski poszło częściowo do cywila i stało się sławne na cały wolny kraj, gdy przez dwa lata istnienia nie odleciał z niego żaden samolot, bo gospodarka bezsensownie planowa trzymała się czasem dobrze na liberalnym rynku, kiedy więc ze wsi pod lotniskiem wieźliśmy na sankach świńskiego trupa, to szparami w ceracie kapała z niego jucha, świeżo czerwona i plamiła śnieg, zakazana świnia, teraz je wojna, kto handluje, póki my żyjemy.

Plamiła ten śnieg w barwy narodowe, czerwone na białym, a przez dziurawy worek wystawać zaczął świński ryj, i myślałem sobie wtedy, pamiętam jak dziś, że te sanki, ta kontrabanda, mięsna miejska partyzantka, że ta żywotność nieustająca, że to wszystko naprawdę dowodzi, że orła WRONa nie pokona.

I nie pokonała, ale nawet mi wtedy przez myśl nie przeszło, że wszystkich nas i wszystko pokona wówczas zwyczajny i chamski, a teraz wykwintnie przyozdobiony jabłkami i złocistym, pachnącym sosem z wtedy nieznanymi przyprawami, ale przecież ten sam, niezniszczalny i swojski świński ryj. Tak teraz, jak i na zawsze, i na wieki wieków, zapewne.

Data dodania: 27 listopada 2019

 

Ten tekst jest okolicznościowy, napisany na okoliczności ważne i wspaniałe: oto mija pięćdziesiąt pięć lat, odkąd Rita Gombrowicz zajmuje się Gombrowiczem, a ona sama obchodzi osiemdziesiąte piąte urodziny. Jej asystentka, Mariola Odzimkowska, wymyśliła świetny podarunek – poprosiła osoby związane z Ritą Gombrowicz, by napisały o niej krótkie teksty, osobiste, ale nie laurkowe, bo Rita jest przecież zaprzeczeniem wszelkiej koturnowości i celebry. Tak powstała mała książka, której jedyny egzemplarz Pani Gombrowicz otrzymała wczoraj. Dziś więc mogę opublikować swój fragment tego niecodziennego wydawnictwa.

 

TAJEMNICA RITY

 

Jubileusz bez laurki? Nawet bez laudacji? Co za pomysł? Ale rzeczywiście, okolicznościowe pisanie o Ricie Gombrowicz byłoby grzechem. I to takim, który choć ciężki, nie daje przyjemności.

Bo to przecież oczywistości: że bez Niej Gombrowicz nie byłby Gombro…i tak dalej, i tak dalej. Zrobiła przecież tyle dla niego, że… To dzięki niej pamięć w najtrudniejszych latach…  Więc lepiej wybrać nie mógł towarzyszki swego życia i życia po życiu. Oczywistości.

***

Zastanawiam się, od kiedy Rita stała się dla mnie nie tylko osobą ważną, ale i tak bliską. Może od tego momentu, niemal w pięćdziesiąt lat po śmierci Gombrowicza, gdy w jednej z wielu rozmów z nią, które miałem szczęście prowadzić, stwierdziła poważniejąc nagle: kochałam go i kocham nadal, tym bardziej, im dłużej go nie ma.

Zastanawiam się TEŻ czasem, jaka siła sprawiła, że uwierzyłem w to wyznanie bez oporów, że nie dostrzegłem w nim ani sentymentalizmu, ani literackości. Tajemnica Rity?

Bo Rita jest dla mnie tajemnicą. Jest tajemnicą z ostatnich lat Gombrowicza, ich wspólnych lat, na ile było to możliwe, i osobnych, na ile było to konieczne. Warunek związku może nie idealnego, ale prawdziwego i wolnego.

Jego w tym związku jakoś rozumiem, a przynajmniej potrafię przełożyć na swoje doświadczenia, w końcu w tej chwili jestem rówieśnikiem tamtego Gombrowicza, pół wieku późniejszym.

Oczywiście, nie rozumiem jego geniuszu, pewnie geniusz może tak naprawdę pojąć tylko ktoś jakoś tam również genialny. Ale doskonale za to rozumiem jego męską i ludzką fascynację Ritą, czytam ją między wierszami, cokolwiek by nie opowiadał o swoim dystansie i niby-cynizmie. Rozumiem też, wydaje mi się, jego związane z Nią lęki, jego zwątpienia, zazdrość, czasami cierpienie, wszystko to tak skrzętnie skrywane, ale przecież do wyczytania.

Myślę, że Rita robiła z nim, z jego codziennością to, co tylko prawdziwa kobieta potrafi. Dowartościowywała jego olbrzymie ego, ale czasem rozdrażniała jego jeszcze większe kompleksy, rozdrażniała niechcący, w damsko-męskiej grze, albo celowo, by je przegonić. Dawała mu wolność młodości i miłości, nazywajmy je po imieniu. Wolność, która bez niej już nie istniała, która istniała tylko jako ona. Dawała też spokój, który tylko ona potrafiła zburzyć. Tak sobie ich relację wyobrażam.

Więc Rita jako źródło szczęścia i cierpień, przedłużenie życia, czucia, pewnie nawet uczucia. Tak wiele ról w jednej kobiecie: przyjaciółka, kochanka, prowokatorka, opiekunka, dziecko, istota rzeczywistości, ujmującej i dojmującej, życia w jego najżywszej formie, które mimo bezwzględności czasu nie przecieka przez palce, chociaż przecież odchodzi.

***

Wiem, miałem pisać o Niej, a piszę znów o nich. Ale tak wiele razy próbowałem rozmawiać z Ritą o niej samej, próbowałem nie raz i nie dwa, i zawsze kończyło się tak samo: wymykała się i w końcu opowiadała o nim, a raczej o Nim.

Zgoda, dał jej sens i cel, więc to nie było poświęcenie w sensie męczeństwa. Dał jej wolność w niewoli, ale przecież żyła nie tylko jego życiem po życiu. I ja ciągle mam nadzieję, że opowie jednak o tym. Rito, pisz! Ta książka musi powstać!

***

W moim pokoju we Wsoli jest taka fotografia z otwarcia muzeum, okolicznościowa, grupowa, stoimy na schodach pałacu, Rita i my, w Muzeum Gombrowicza pracujący. My wyglądamy trochę jak pałacowa służba witająca pana Gombrowicza,  chlebodawcę i patrona, po jego długiej nieobecności w domu. Tylko Rita jest swobodna, jak stara, dobra przyjaciółka Witolda. Czyli jak w rzeczywistości.

Na tym zdjęciu dzieje się coś dziwnego. Niby to my zajmujemy najważniejszą, środkową część fotografii, jesteśmy jakby na pierwszym planie. Rita stoi trochę na skraju tego planu, swobodnie oparta o lwa zdobiącego wejście. Jest z boku, dyskretnie, ale czuje się, że to ona jest centrum obrazu, nienarzucającym się, ale centrum.

Zupełnie jak w ostatnich latach Gombrowicza i w jego życiu po życiu. Rita uprawia prawdziwą sztukę życia, dostępną niewielu.

 

 

Data dodania: 16 września 2019

1.

Polska i Argentyna, dwie ojczyzny Gombrowicza, do obu miał stosunek miłosny, więc obie można traktować jako porzucone, zostawione, nieoczekiwanie i bezwzględnie.

 

Nawet złudzenia odjeżdżającego od nich były jak z romansowej opowieści: płynął do Argentyny nie myśląc o emigracji, został tam, gdy okazało się, że do Polski wrócić nie może; a z Argentyny wracał do Europy tylko na chwilę, kilkanaście miesięcy stypendium, nawet kiedy okazało się, że nie ma sił, nie tylko fizycznych, na powrót, to i tak swojego miejsca szukał na Południu.

 

I jak do porzuconych kochanek miał Gombrowicz stosunek bardzo emocjonalny i bardzo krytyczny. Siebie nimi tłumaczył i usprawiedliwiał.

 

2.

Znaków do napisania o tym dano mi niewiele, ale i tak oddajmy ich część Gombrowiczowi, niech mówi tekstem z „Dziennika”, bardzo znaczącym:

 

Burza, jaką nas powitał Atlantyk, nie była taka sobie codzienna (powiedział mi potem steward, że od bardzo dawna taka mu się nie zdarzyła), ocean był wszechzatracający, wiatr dławił i wiedziałem że na tej pustyni szalonej wyrasta już przede mną, wyznaczona kierunkiem naszym, Europa – tak, nadciągała już, a ja nie wiedziałem co zostawiam za sobą. Jaką Amerykę? Jaką Argentynę? Och, co to właściwie było, tych lat dwadzieścia i cztery, z czym ja płynę do Europy? Ze wszystkich spotkań, jakie mnie oczekiwały, jedno było najkłopotliwsze… musiałem się spotkać z jednym białym statkiem… który wypłynął z polskiej Gdyni w drodze do Buenos… z którym więc miałem się spotkać nieuchronnie za jakiś tydzień na pełnym oceanie… Był to „Chrobry”. „Chrobry” z roku 1939-go, z sierpnia, ja na nim byłem i Straszewicz i Rembieliński, senator, i minister Mazurkiewicz, rozbawione grono… tak, wiedziałem, że spotkać się muszę z owym Gombrowiczem, płynącym do Ameryki, ja, Gombrowicz, dziś odpływający z Ameryki. Jakaż ciekawość żarła mnie wtedy, potworna, odnośnie do losu mojego, czułem się wtedy w losie moim jak w ciemnym pokoju, gdzie pojęcia nie masz o co nos rozbijesz, ileż bym dał za najniklejszy promyk rozświetlający zarysy przyszłości – i oto dzisiaj ja nadpływam tamtemu Gombrowiczowi, jak rozwiązanie i wyjaśnienie, jestem odpowiedzią. Czy jednak, jako odpowiedź, będę na wysokości zadania? Czy zdołam w ogóle coś powiedzieć tamtemu, gdy „Federico” wynurzy mu się na mglistym obszarze wód z żółtym, potężnym kominem swoim, czy nie będę musiał przemilczeć?…

To byłoby przykre…

 

Tylko przykre? Mocarz Gombrowicz, który gdzieś tam po cichu myślał o sobie jako o współczesnym Szekspirze, zakłopotany? Tylko? Jak sztubak przyłapany na … (tu najbardziej wstydliwe skreślić).

 

3.

Wyczytany z tekstów Gombrowicza powrót do Europy po stabilizację, sukcesy i uznanie jest jednak klęską, w tym sensie, w jakim klęskę ponosimy wszyscy, nie znajdując odpowiedzi na pytania o egzystencję: po co? dla czego? w jakim sensie? Tyle, że Gombrowicz i z tej klęski potrafił zrobić literaturę. Takie spotkanie na pustyni oceanu zdarza się większości z nas. Zapisać je potrafi niewielu. Zapisać tak, żeby było znaczące i przejmujące po ponad półwieczu – mało kto.

 

4.

Wiadomo, opisywano to już po wielekroć: Gombrowicz z Polski do Argentyny uciekał przed formą narzuconą, w poszukiwaniu jeśli nie formy własnej, bo w nią już po „Ferdydurke” raczej nie wierzył, to formy luźniejszej, gęby dopiero stającej się, dającej jeszcze kształtować podług własnej twarzy. Ta polska forma, wspominana czy odtwarzana raczej po emigranckich latach, nie była imponująca: błoto, bieda, coraz bardziej dyktatorska forma urządzenia kraju, słabość i wtórność intelektualna. Do czego tęsknicie, pytał Gombrowicz bogoojczyźnianą emigrację:

Wiedzcie, że ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem siły na myśl, że ojczyzną waszą wy sami jesteście! Cóż z tego, że nie przebywacie w Grodnie, Kutnie lub Jedlińsku? Czyż kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej, niż w sobie? Jesteście u siebie, choćbyście znajdowali się w Argentynie lub w Kanadzie, ponieważ ojczyzna nie jest miejscem na mapie, ale żywą istotnością człowieka.

 

Gombrowicz uciekał również i przed formą własną, to też wiadomo. Z teatru, w którym role rozdane były raz na zawsze, czyli otępiającego środowiska ziemiańskiego, które w dworku w Bartodziejach pod Radomiem tak wykpiło jego debiut. Z żałosnej bohemy artystycznej, do której nawet dobrze nie należał, choć przecież z zawiścią zerkał na skamandrycki stolik w „Ziemiańskiej”. I od rodziny będącej źródłem cierpień, mówiąc banalnie, ale trafnie:

 

Więc cierpiałeś a jednocześnie wstydziłeś się swego cierpienia i ty, który już wówczas wcale nieźle dawałeś sobie radę z demonami o wiele groźniejszymi, tu załamywałeś się okropnie; dyskwalifikowany własnym bólem swoim. Biedny, biedny chłopcze! Dlaczego mnie wtedy nie było przy tobie, dlaczego nie mogłem wejść wtedy do tego salonu i stanąć tuż za tobą abyś poczuł się uzupełniony późniejszym sensem twego życia.

 

Tak do siebie bartodziejskiego mówił jeszcze w Argentynie, ale przecież potem w Europie mógł to powtórzyć do siebie argentyńskiego, teraz z pozycji kończącej się starości. Zresztą robił to, odpominając i zmyślając „Kronos”, inkrustowany wzruszającymi inwokacjami do siebie sprzed lat.

 

5.

Puszczając się do Argentyny i potem podejmując decyzję o niepowrocie Gombrowicz uciekał od słabości nieuleczalnie chorej Europy, szykującej się do samobójstwa, oraz z marszowej kolumny ustawionej przez Marszałka i jego następców. Ale uciekał także od słabości bardziej intymnych: wstydliwego erotycznego niezdecydowania, rozbuchanego na kuchennych schodach i na gumnach, a także od dusznego sporu z czytelnikami i krytyką, nie czytającymi wcale albo tak, jakby wcale nie czytali. Gdy po latach odtwarza polską biografię w dzienniku intymnym, to właśnie o tym pisze najwięcej: o pokątnym erotyzmie i otwartej walce o pozycję i uznanie artystyczne.

Chyba od początku wiedział, iż pisarz, żeby się stworzyć, musi najpierw zostać nikim. Więc gdzie, jak nie na argentyńskim końcu świata, przynajmniej tego europejskiego?

 

6.

Pomógł przypadek, zaproszenie na dziewiczy rejs „Chrobrym”, choć jak wiadomo nie ma przypadków, przynajmniej w literaturze, są kreacje i konstrukcje:

 

… i skądże bym wiedział wtedy, że moim losem będzie Argentyna? To słowo nigdy nie dało się przeczuć. A jednak napisałem wówczas opowiadanie pod tytułem Zdarzenia na brygu Banbury. Płynę w tym opowiadaniu do Południowej Ameryki. (…)

Złudzenia! Miraże! Fałszywe związki! Żaden ład, żadna architektura, ćma w moim życiu, z której nie wyłania się ani jeden prawdziwy element kształtu – a przecież dzisiaj atakują mnie całe ustępy tego opowiadania, rodzące się we wspomnieniu, blade, zrozpaczone, jak zjawy.

 

Gombrowicz wiele był w stanie zrobić dla symbolicznego znaczenia, nawet datę przypłynięcia do Buenos Aires sfałszował, żeby była taka jak jego znacząca, najważniejsza liczba 22. Numerologia jak z „Paragrafu 22”. To nie był jednak „Paragraf…”, już raczej cyrograf.

Bo ta Argentyna była jednak diabelstwem, cena za wolność od siebie tamtego, za wolność poszukiwań artystycznych i erotycznych była wysoka: bieda, chwilami głodowa, kulturalne żebractwo i włóczęgostwo, kłopoty z policją ścigająca homoseksualizm, choroby weneryczne, chora nuda w Banco Polaco. Ale powstawały ważne teksty i zaczęły się tłumaczyć szerszej, międzynarodowej publiczności. Tłumaczyć przy użyciu młodości.

 

O tym też już powstały książki, o wampiryzmie Gombrowicza wysysającym  życie z młodości i przedłużającym własną. O argentyńskich ćwiczeniach w uwodzeniu, w stylu, o uczeniu się języka nowego, choć polskiego. Argentyna jako młodość i niższość, prawdziwie arystokratyczne. I jako możliwość.

 

7.

Polska w argentyńskim bezczasie była obecna chyba bardziej niż w polskim fragmencie biografii Gombrowicza. Człowiek Gombrowicz próbujący się spod niej wydobyć, ale przecież i patrzący na nią z oddali  – jak się okaże w Berlinie – patrzący tęsknie. Powrotu jednak nie było, w powietrzu berlińskiego ogrodu wisiał tamten zapach, zapamiętany z przedwojnia, ale był to zarazem zapach śmierci i rozkładu. Nie było już świata, do którego Gombrowicz mógł wrócić. Ale też imitował go do końca, Rita Gombrowicz wspomina, że ich mieszkanie w Vence umeblował pisarz według Małoszyckiego gustu.

 

Powrót okazał się niemożliwy w każdym wymiarze, nie tylko w przestrzeni i czasie, przetrwała przecież tylko pamięć tamtego świata. Niemożliwy okazał się także powrót do siebie tamtego. A potem i do siebie argentyńskiego, bo jak żalił się gdzieś w Dzienniku, argentyńska pamięć o nim pozostała powierzchowna, pamięć o skandaliście i oryginale, płytka. Trzeba było mocniej zadbać o swój obraz, wyrzuca sobie Gombrowicz, by potem do końca zajmować się już głównie właśnie tym – autokreacją.

 

8.

Więc tak naprawdę klęska, ani nie zostało ustalone, kim się jest, ani nie zaprogramowało się wystarczająco pamięci o sobie. Nawet spóźniony sukces artystyczny i komercyjny zostaje pomniejszony degrengoladą ciała. Ostatnie gry z młodymi, i jeszcze te zabiegi, nieco żenujące, do ostatniej chwili, ostatniego zapisu „Kronosu”, te gadaniny o Noblu, wykłócanie się o tłumaczenia i honoraria nawet z najbliższym przyjacielem. Małostkowość? Może, ale pewnie także to pragnienie, którego nasycić chyba nigdy nie można: żeby chociaż ta tak diabelnie kosztowna literatura przetrwała i była obecna, miała życie po życiu.

 

9.

Więc jaki był bilans tych porzuceń, ucieczek, poszukiwań?

To byłoby przykre. Jeśli on mnie zapyta ciekawie:

– Z czym wracasz? Kim teraz jesteś?… a ja mu odpowiem zakłopotanym gestem rąk pustych, wzruszeniem ramion… i może czymś w rodzaju ziewnięcia „aaach, nie wiem, daj mi spokój!” Kołysanie, wiatr, szum, ogromne piętrzenie się i rozbełtanie zlewające się u horyzontu z niebem nieruchomym, które nieruchomością uwieczniało płynność, a w dali majaczący się z lewej strony brzeg amerykański, jak wstęp do wspomnienia… czyż nie zdobędę się na inną odpowiedź? Argentyna! Argentyna! Jaka Argentyna? Co to było – Argentyna? A ja… co to jest teraz, to ja?

To ja teraz to literatura. Wielka, bo wielkim i odważnym pisarzem był, przyjmując bez uników swoją biografię i wpisując ją w tekst literacki.

 

10.

I jest jeszcze kwestia obecności/nieobecności, odwagi/dezercji, drażliwa dla Gombrowicza bardziej, niż chciał się do tego przyznawać. W „Kamiennym Potoku” Jan Kott przywołuje pewną scenę, rozgrywającą się w okupowanej Warszawie, podczas prywatki, która siłą godziny policyjnej trwała do rana:

Nad ranem dobiegły mnie dziwne odgłosy z sąsiedniego pokoju. Uchyliłem drzwi i zobaczyłem dwóch młodych mężczyzn klęczących naprzeciwko siebie. Walili głowami o podłogę, a potem na: raz, dwa, trzy! Podnosili głowy i przedrzeźniali się wzajemnie, wykrzywiając się jak najpotworniej. Była to walka na miny, aż do zupełnego zniszczenia przeciwnika, aż do miny, na którą nie było już żadnej kontrminy.

Ci dwaj mężczyźni, w których zabawie trwał Gombrowicz w miejscu najmniej oczekiwanym, nazywali się Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz.

 

Zresztą, jak pisze Kott, nie ma to większego znaczenia, że byli to akurat ci dwaj. Albo ma o tyle, o ile pokazuje prawdziwą obecność pisarza, poprzez jego dzieło. Jedyną daną mu i możliwą formę obecności, jeśli naprawdę jest twórcą.

*tekst napisany na zamówienie „Teologii Politycznej Co Tydzień” i opublikowany w poświęconym Gombrowiczowi rocznicowym wydaniu tego czasopisma

Data dodania: 20 sierpnia 2019

Wracam do prezentowanych tu niegdyś zapisków fejsbukowych kogoś, kto podpisuje się pseudonimem Zdzisław Niewieski. Podpisuje, jeśli naprawdę istnieje, co wciąż pozostaje kwestią niejasną i niepewną.

 

Pewne jest, że Zdzisław pisze, ostatnio nawet intensywnie, bo przez dwa tygodnie zapisywał niemal codziennie swój rzekomy pobyt nad morzem. Morze raczej nie było rzekome, choć pewnie jakoś tam odrealnione, bo wewnętrzne.

 

Można powiedzieć, że zapiski te to jeszcze jedna próba opisania świata, w sumie śmieszna i nieprecyzyjna jak chyba wszystkie takie próby, tych naprawdę genialnych nie wyłączając. Dlatego też wydają mi się warte lektury: zawsze lepiej być świadkiem klęski cudzej niż własnej.

 

Choć kto tak naprawdę wie, czyje co jest i co jest rzeczywiście, a co tylko zmyślone:

 

1 sierpnia o 19:16 · 

Zdzisław wyjeżdżał na wakacje, choć nie bardzo potrafił je sobie wyobrazić, zmęczenie tego roku było zbyt wielkie. Próbował więc przypomnieć sobie euforię, przeżywaną za każdym razem w pierwszy poranek nad morzem:

Stoi i patrzy w horyzont. Otaczają go rzeczy i istoty o jasnych, prostych definicjach. Woda, piasek, wiatr, słońce, fale, ptaki. Z nich składa się ten świat.

Jest bardzo wcześnie, więc wokół jeszcze nie ma ludzi. Świat przed ludźmi. Wspaniały.

Tęsknota do takiego świata została dobrze opisana w naukach o człowieku. Gdzieś tam także nadano jej nazwę. Zdzisław jednak nawet nie próbował jej sobie przypomnieć. Bo po co nazywać, skoro jest dobrze?

W tym roku Zdzisław tęsknił jeszcze zanim wyjechał. Wcale nie dlatego, że z natury był melancholikiem. Akurat ta tęsknota była konkretna, Zdzisław znał jej przyczynę, mógł ją wręcz nazwać po imieniu.

Po co jednak nazywać, skoro jest dobrze, mimo wszystko, powtarzał sobie Zdzisław.

Dobrze, wszystko, powtarzał.

 

 

3 sierpnia o 18:58 · 

Morze. Może? Boże?!

 

 

4 sierpnia o 21:51 · 

Łażenie brzegiem morza wpędzało Zdzisława w szczególną euforię. Szedł pod słońce, które choć ranne, prażyło z wysokości jakby zamierzało zamienić świat w roztopione srebro.

Był jednak Zdzisław na tyle doświadczony, by nie ulegać zbyt łatwo euforycznym emocjom. Sceptycyzm, garbowany przez dziesięciolecia na skórze Zdzisława, nakazywał mu dystans. Dostrzegał więc całą przewrotność natury, podstępnej i fałszywej.

Cóż bowiem z tego, że delikatne, ciepłe fale przymilnie łaskotały mu stropy, nawet nieproszone, skoro horyzont nie był już tak łaskawy, bo nie pozwalał wędrującemu Zdzisławowi zbliżyć się do siebie choćby o krok.

Zdzisław szedł dalej i dalej, ale niczego to nie zmieniało: miejsce, w którym łączyły się plaża i morze było cały czas równie odległe, zupełnie jakby plaża i morze uciekały przed nim w rytm jego kroków. A może nie uciekały, lecz wędrowały w tym samym kierunku co Zdzisław?

Im bardziej oddalał się od strzeżonej plaży, tym bardziej pejzaż wokół stawał się osobny i dziki. Zdzisław i mewy były jedynymi żywymi istotami w tym krajobrazie. Aż w końcu nawet mewy zniknęły gdzieś nad falami.

To wygląda tak, jakbym dotarł na koniec świata, pomyślał Zdzisław. Czy rzeczywiście tak będzie wyglądał koniec, pytał sam siebie? Nie wiedzieć skąd pojawiło się jednak w jego głowie przekonanie, że to jeszcze nie żaden koniec, ani jego, ani jego świata.

Dziwne, zupełnie jakby Zdzisław gdzieś po drodze zgubił swój nieodrodny pesymizm, strząsając go może razem z piaskiem ze spoconego czoła.

Bo zaraz potem pomyślał radośnie, że to nie tylko nie koniec, ale przeciwnie: początek, kolejny i pewnie nie ostatni, i chwilowo bezludny świat zapełnią tym razem wyłącznie dobre zdarzenia oraz ludzie.

Pomyślał też Zdzisław, że choćby i tym całym światem okazała się zaledwie jedna jedyna osoba, słoneczna i bliska, to i tak nie będzie żałował długiej wędrówki w stronę rozżarzonej kuli.

Tak, w dziwną doprawdy euforię wprawiało Zdzisława łażenie brzegiem morza. Szczególnie w pełnym słońcu i bez nakrycia głowy.

 

 

5 sierpnia o 19:21 · 

Tuż przed piątą Zdzisława obudziły grzmoty, dalekie, ale mocne. Wybrzmiały deszczem, po kwadransie chmury zakryły drugi brzeg zatoki. Nici z porannej włóczęgi, plaża musi poczekać, dziś pewnie jeszcze bardziej opustoszała.

Zdzisław siedział przy otwartym oknie i gapił się na wodę, pomarszczoną, choć z umiarem, jak dobrze wymakijażowana kobieta w wieku balzakowskim. Deszcz uparcie zmywał z niej puder, więc fale stawały się coraz wyraźniejsze.

Na słupkach wyznaczających szlak do portu mokły solidarnie mewa olbrzymka i kormoran. Ona nastroszyła się jakby mało jej było własnej nazwy. On co jakiś czas rozkładał wielkie skrzydła jak czarną, diabelską pelerynę. Obok inna mewa, też samotniczka, podrywała się z wody do lotu, długo, ociężale, jakby jej pióra za mocno nasiąkły deszczem.

Ziemia, której tu na półwyspie niewiele, przyjmowała ulewę z niechęcią, niespiesznie. Kałuże próbowały więc przeczekać chmury na maleńkich, wszystko tu było miniaturowe prócz wody,  podwórkach zagraconych do granic grillowymi altankami, leżakami, ławami, stołami, sprzętem do surfowania, rowerami i samochodami, które je tu dowiozły. Ludźmi jeszcze nie, ulewa umocniła ich w płytkim porannym śnie.

Zdzisławowi nie chciało się czytać ani nawet pisać. Pozostawał patrzeniem, niemal bezmyślnym, nieruchomym. Było tak cicho, że gdyby chciał, to usłyszałby, jak czas zarasta mu twarz twardą siwą szczeciną.

Miał godzinę lub dwie, zanim słońce wywoła kolejną gorączkę, zarażone intensywnością od deszczu. Będzie prażyło bez umiaru, bo na półwyspie wszystko dzieje się i zmienia gwałtownie, bez ostrzeżenia.

Nic nie jest tu umiarkowane, wyważone, letnie i pewnie dlatego Zdzisław tak bardzo przywiązał się do tego miejsca. Mówił o nim „moje miejsce”, choć tak naprawdę nie było jego, był tu tylko przechodniem.

 

 

6 sierpnia o 12:59 · 

Na plaży Zdzisław podglądał dziś stare dobre małżeństwo. Chciał, nie chciał, coś przecież trzeba tu robić.

Siedzieli zbyt daleko, by mógł podsłuchać słowa, którymi rzucali w siebie rzadko, za to z zawziętością. Ale Zdzisław nie musiał ich słyszeć, wystarczyły gesty, wymowne niczym translacja migowa dla niesłyszących. Oni też na pewno nie słyszeli się od dawna, od kiedy przestali się słuchać.

Teraz odprawiali stary rytuał smarowania ciał olejkiem do opalania, nacierali sobie nawzajem plecy, ramiona i nogi. Kiedyś to była pieszczota, czasem prawie gra wstępna, gdyby nie tłok na plaży. Teraz zwyczajna mechaniczna czynność, bez cienia erotyzmu, jak podejrzewał Zdzisław, dawno zapomnianego.

Potem długo wycierali ręce o piach, jakby ścierali obrzydzenie, skrywane z wysiłkiem, nie wiadomo do czego: olejku czy dotyku. Nie było wiadomo i może lepiej się nie dowiadywać. Zdzisław oczywiście nie miał takiego zamiaru, wątpił, czy nawet siebie samego potrafiłby przepytać w takiej sytuacji.

Pomyślał natomiast, że w starych dobrych małżeństwach oboje małżonkowie są starzy w pewnym sensie, niejako z definicji, bez względu na metrykę, a przy tym jedno z nich jest zwykle jakby trochę starsze i bardziej zniecierpliwione.

Za to oboje są tak samo dobrzy dla siebie, jedno dla siebie i drugie dla siebie. To jedyna zgodność, jaka pozostaje do końca, pomyślał Zdzisław. Lecz przecież i tę zgodność, wypracowywaną latami rozczarowań, starzy dobrzy małżonkowie też mają sobie za złe.

Rzecz jasna nie sobie samym, lecz sobie nawzajem.

***
PS. Fotografii ilustrującej tekst nie będzie, z oczywistych powodów. A poza tym każdy może zilustrować sobie sam, przyglądając się komuś w bliskim otoczeniu albo patrząc w lustro.

 

 

7 sierpnia o 17:33 · 

Jętki żyją czas dłuższy niż wyznacza im nazwa. Zdzisław obserwuje je co roku: zdychają nie jeden dzień, a kilka, obijając się coraz słabiej o przymknięte okno.

W wilgotne dni jest ich tu mnóstwo, wieczorami włażą do oczu i ust, jakby szukały schronienia przed nocą. Lgną do ciepła i światła.

Możliwe jednak, że Zdzisław się myli i naprawdę co dzień umierają jedne osobniki, a w ich miejsce pojawiają się następne. Gdy leżą pokotem na parapecie, nie sposób je przecież rozróżnić.

Bóg tak samo widzi ludzi, nie rozróżniając istnień, myśli czasem Zdzisław, starą herezję opatrując zastrzeżeniem:

Jeżeli Bóg jest. Jeśli istniejemy obydwaj.

 

 

8 sierpnia o 13:29 · 

Zdzisław na ścieżce przy zatoce spotyka często dwa czarne koty, wyglądają jak bliźniaki, czarne tak, że jeden czarniejszy od drugiego, ale jak poznać który od którego?

Te dwa czarne koty, a jeden czarniejszy od drugiego, wychodzą codziennie naprzeciw staremu Kaszubowi, może ostatniemu, który nieznajomym, niezbyt szanowanym tu letnikom mówi na powitanie „dobriy”.

A dobriy, dobriy, będzie dobry, musi – myśli Zdzisław, odpowiadając na powitanie.

Koty też na to liczą, ocierają się więc o nogi mężczyzny otwierającego swoją starą, wciąż prowizoryczną wędzarnię w drewnianej budzie, stojącej tu od lat.

Koty przybiegły za starym aż z portu. Instynkt podpowiedział im, że znów będzie uczta. A przy ludziach i koty się pożywią, szczęśliwe.

Jest nadzieja. Dla kotów, a może i dla nas.
***
Dzień po zapisaniu tego fragmentu Zdzisław dowiedział się, że kotka, żyjąca w jego domu od kilkunastu lat, ma raka, nieoperowalnego.

Można sobie snuć opowieść do woli, ale zakończenie i tak nie zależy od nas, napisze je życie.

Zdzisław postanowił jednak niczego w napisanym już fragmencie nie zmieniać ani nie skreślać.

Skreśli się samo.

 

 

9 sierpnia o 19:15 · 

Tym razem Zdzisław włóczył się nie po plaży, lecz po nadmorskim lesie. Przeszedł kilka kilometrów i wdrapał się na piaszczystą górę, nazywaną przez miejscowych Góra Libek.

Kiedy Zdzisław usłyszał o niej po raz pierwszy, wyobraził sobie, że nazwa wzięła się z niemieckiego słowa oznaczającego miłość. I rzeczywiście, góra idealnie nadawała się na modne niegdyś schadzki w sentymentalnej scenografii.

Prawda była jednak inna, wkrótce Zdzisław doczytał, że przed wiekami w tym miejscu rozbił się statek nazywający się tak jak niemieckie miasto Lubeka, czyli Lübeck.

Była to więc góra nie miłości, lecz rozbitków. A i górą właściwie nie była, ot, zwyczajny pagórek na wydmach.

Zdzisław wciąż jednak miał nadzieję, że kiedyś i tak to wyobraźnia będzie górą.

 

 

11 sierpnia o 10:38 · 

Niedziela, dzień rodzinny, tym bardziej na urlopie, kiedy to współobecność celebruje się świątek i piątek, do bólu. W taką właśnie niedzielę Zdzisław obserwuje specjalność miejsca, w którym spędza wakacje: celebrę na wodzie.

Przygląda się osobliwej wspólnocie desek powiązanych ze sobą żeglarskimi węzłami, jedna za drugą, na nich okrakiem maluchy. Kolorowy orszak ciągnie, niczym przewodnik stada, instruktor surfingu. Dzieciaki są niesforne, więc Zdzisław młodemu człowiekowi trochę współczuje.

– A teraz wszyscy medytują – zarządza przewodnik, najwyraźniej aspirujący również do przewodnictwa duchowego albo zaprzyjaźniony blisko z instruktorką jogi. Dzieci jednak nie dają się uciszyć, tak głośnej medytacji chyba nie tylko Zdzisław, ale nawet i niebiosa jeszcze nie słyszały.

Dzieciaki nie są same, oczywiście, rodzice, czujnie obserwujący z brzegu postępy kosztującego niemało szkolenia, próbują zachować tę krzykliwą medytację na wieczność, wypstrykując ostatnie migawki ze swoich smartfonów.

Zdzisław wyobraża sobie, jak po latach na fotkach i nagranych teraz filmikach odkrywają ze zdziwieniem, że zachodzące w tle słońce jest niżej niż to zapamiętali, a twarze ich dzieci z tamtego czasu pamięć co prawda przechowała, ale bardzo niechlujnie.

A potem czas zatrzymuje i ich, ze szczoteczką do zębów lub golarką w ręku nieruchomieją przed łazienkowym lustrem. Stoją tak długo, nie mogąc doliczyć się ani zmarszczek, ani lat.

 

 

12 sierpnia o 14:15 · 

„A jeżeli, a jeśli nie to, no to o co, u diabła, nam szło”, nuciła się w głowie Zdzisława znana niegdyś piosenka z tekstem. A wszystko znowu przez poranną wędrówkę po plaży, podczas której Zdzisław znalazł odcięty łeb ryby.

Jasne, nie był na Sycylii ani nie był przesądny, jednak sytuacja powtórzyła się po raz trzeci, więc postanowił zrobić rachunek sumienia, oczywiście żartobliwie. Zajęło mu to dużo czasu i okazało się jednak zajęciem ponurym.

Jakby cytatów tego dnia było mało, przyplątała się jeszcze do Zdzisława sentencja, przypisywana Konfucjuszowi: człowiek ma dwa życia, a to drugie zaczyna się wtedy, gdy uświadomi sobie, że ma tylko jedno.

Ale co jeśli uświadomi sobie to za późno? – zapytał Zdzisław nie wiadomo kogo. I pomyśleć tylko, pomyślał, że miało być tak pięknie, mądrze i zabawnie. No landszaft, cholera, nie życie…

„… i ćwiaartka na popicie”, zrymowała mu kolejny cytat może i już zawodna, ale wciąż jeszcze błazeńsko złośliwa pamięć.

 

 

13 sierpnia o 11:30 · 

Z okna pokoju, w którym Zdzisław spędzał wakacje, roztaczał się piękny, acz nieco ograniczony tutejszą ciasnotą, widok na zatokę. Widok ten był dla Zdzisława tak ważny, że rezerwował go sobie z rocznym wyprzedzeniem.

Mniej szczęścia mieli ci, którym pozostawały pokoje od strony morza. Wodę przesłaniały im wydmy, natomiast z okien widać było zatłoczoną szosę, gęsty las i niewielki cmentarz z wymoczonym, wyblakłym Chrystusem na wielkim drewnianym krzyżu.

Gospodarze o pomieszczeniach po tej gorszej stronie mówili dowcipnie „pokoje z widokiem na przyszłość”.

Problemu z chętnymi nie było, przeciwnie, przybywało ich co roku. I to mimo że na bramie cmentarnej powieszono ostrzeżenie, że „przejścia przez cmentarz nie ma”.

 

 

14 sierpnia o 14:21 · 

Zdzisław leżał na plaży i obserwował skrzydlate owady podobne do mrówek, przekopujące się przez ślady jego stóp odciśnięte w wilgotnym piasku. Wspinały się pracowicie i znów spadały w dół, czasem tuż przed szczytem, uparte i niezmordowane. I tak po wielekroć.

Przez chwilę Zdzisław miał ochotę im pomóc: wyrównać piasek albo chociaż wytyczyć palcem przekopy, którymi owady mogłyby wydostać się z pułapek.

Przypomniał sobie jednak Gombrowicza opowiadającego w „Dzienniku”, jak ratował na plaży żuki, które przewracały się na grzbiet i nie mogły iść dalej, co skazywało je na śmierć w promieniach słońca. I tamto Gombrowiczowskie, nazbyt oczywiste filozofowanie puentujące opowieść: że skoro nie da się pomóc wszystkim żukom, to które, według jakich kryteriów i jakim prawem człowiek może przestać ratować?

Zdzisław nie miał ochoty zastanawiać się, której mrówce jeszcze pomoże, a której nie, mimo że niewiele miał do roboty na urlopie.

A przypomniawszy sobie tę etyczną bezradność uwielbiającego paradoksy ironisty, Zdzisław wstał, nieco zażenowany, otrzepał ręce z piasku i ruszył przed siebie, wydeptując kolejne dołki, jeszcze głębsze od tamtych, bo w międzyczasie bryza zawilgotniła plażę do reszty.

Zresztą dłużej usiedzieć i tak się nie dało, wiał zimny wiatr, a słońce na dobre ugrzęzło w chmurach. Było niewiele cieplej niż w zimowym Buenos Aires, gdzie na Gombrowiczowskim Kongresie zebrał się tłum wyznawców anty-mistrza Witolda.

Zdzisław pomyślał o nich ciepło, na rozgrzewkę.

 

 

16 sierpnia o 07:22 · 

Na wakacjach Zdzisław miał zdecydowanie za dużo czasu na myślenie, które nieprzygotowanym szkodzi. Myślał tu wręcz nałogowo, a najbardziej podchodziły mu porównania i metafory, rzekomo trafnie opisujące jego życie. Był w końcu dzieckiem (raczej nieślubnym) strukturalizmu i hermeneutyki, więc wszystko kojarzyło mu się ze wszystkim.

Siedział na przykład Zdzisław na brzegu morza, fale rozbijały się o jego stopy (a jakże?!) i myślał, że nigdy w życiu nie był surferem. Nie chciał i nie potrafił ślizgać się po falach, dawać im się porywać i płynąć, gdzie poniosą. Zawsze parł pod prąd, no, może prawie zawsze, ale wyjątków wolał nie pamiętać.

Pomyślał też Zdzisław, bo zawsze (no, prawie zawsze) cechował go samokrytycyzm, że być może nigdy nie popłynął z falą tylko dlatego, że gdy jakaś próbowała go zagarniać, nawet nie sprawdzał, dokąd zmierza, lecz chował się natychmiast w swoją skorupę jak mięczak w muszlę.

Właśnie, jak mięczak, odkrył Zdzisław kolejne porównanie. Wrażliwiec, łatwo go dotknąć do żywego, musi więc budować skorupę, która ochroni go przed światem – myślał o sobie z rozczuleniem, krusząc w palcach białe drobne muszelki.

To po nas zostaje, odciśnięta forma. Ważne, by była mocna, by nie rozkruszył jej byle nacisk, nie rozdeptał byle przechodzień – rezonował Zdzisław patetycznie, umartwiając się na zimnym jeszcze piasku. Słońce dopiero przebijało chmury rozżarzonymi promieniami, robiło się cieplej, więc Zdzisław pił piwo coraz większymi łykami, póki zimne.

Pił do słońca, za jego żarliwe istnienie, ulegając banalności pochłaniającej ten poranek niczym piasek plażę (o Boże!). Co gorsza, a może i lepsza, Zdzisławowi było całkiem dobrze w tej banalności, pieszczącej mu ego z cichym pluskiem, niczym drobne fale morze, nie pozwalając mu uspokoić się zupełnie.

A jednak w otumanionej porankiem głowie Zdzisława pojawiło się na chwilę jakieś uwierające serio, piekący jak pościerane kolano żal, że oto gdy w końcu na horyzoncie pojawiła się ta kusząca, nieokiełznana fala, na surfowanie było już dla Zdzisława za późno.

 

17 sierpnia 07:03

A ostatniego dnia na półwyspie znad morza wygonił go deszcz. Tym razem Zdzisław nie poszedł, gdzie oczy poniosą, bo widział granatowe chmury na horyzoncie, co jakiś czas przerywane błyskawicami, gadające grzmotami, niby niezbyt groźnie, bo daleko.

Zdzisław pamiętał jednak, jak szybko burza potrafi przemieszczać się nad morzem, równie szybko i zaskakująco jak wczesna jesień, która już, od kilku dni bardziej stanowczo, wygania lato, by wkrótce przejąć panowanie. Pełzający zamach aury, łamiący kalendarzowe zapisy, zapowiadany przez wieczorne chłody.

Właściwie Zdzisław lubiłby ten początek jesieni, jeszcze sierpniowy, potem przełamywany ostatnimi, wrześniowymi upałami, gdyby nie to, że po nim następuje nieuchronnie pomroczność, świat pokryty szarością, stęchłą wilgocią i przedwczesnym zmierzchem.

Zanim tak się stanie, najbliższe tygodnie wypełni, pewnie nie tylko Zdzisławowi, tęsknota do kiczowatego w swej oczywistości letniego słońca, które nawet gdy wróci jeszcze na trochę, nie zdoła już przepędzić jesiennych lęków, wykluwających się z sierpniowej wilgoci niczym stada małych upierdliwych owadów wirujących w powietrzu za chwilowo zadeszczonym oknem.

Lato kończy się na serio, Zdzisław pamiętał, że co się tu kończy, kończy się naprawdę. W jego długawym już życiu wszystko, co ważne, kończyło się nad morzem i tam zaczynało. Tym razem kończyło się nie tylko lato.

Co się kończyło, Zdzisław dobrze wiedział, ale nie chciał tego nazywać, pisać o tym ani myśleć. Ze spokojem, ale i zaciekawieniem czekał na to, co przyjdzie teraz, czym lub kim będzie, gdy się już wydarzy.

A ostatniego wieczora wiatr ucichł nad zatoką. Była gładka, ciepła i cicha.

Strona 2 z 1912345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2020 Muzeum Literatury