Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 1 października 2014

„Wargi rozchylają się i uwalniają strumienie śmiercionośnych słów, słów, które budzą strach. To właśnie to. To jest wicher wojny.” Tak (niemal) zaczyna się „Wojna” Le Clezio. Tak (niemal) zaczyna się każda wojna?

***

Jakoś nie mogę zapomnieć tego obrazka: chłopiec w hełmie powstańczym na widowni, obok wymalowanego w barwy narodowe ojca, mecz z Ruskimi, mistrzostwa świata, nasi górą. Spirydionow (to już inny mecz) strzela w widownię składając ręce jak do karabinu, oddajcie Krym, woła do niego poseł-kibic.

Sierpień, wrzesień, wojenne rocznice, okrąglutkie, czas honoru i poloru. Inscenizacje zwane rekonstrukcjami, trup pada i wstaje jak w grze komputerowej, jutro znowu pogramy, tak tu na wojence ładnie. Tłum wcina grochówkę i cukrową watę, kończy rozwolnieniem, umysłowym.

Deszcze niespokojne potargały sad, a my na tej wojnie ładnych parę lat – to znów na trybunach, pieśń obowiązkowa i powszechna jak jeszcze niedawno pobór. Czterej, pancerni, jeden zginął, ale psu się nic nie stało i Marusi też nie. Nas na tym chowali w dzieciństwie, i co? znów się chować mamy? Grzmi co prawda daleko i błyska się za horyzontem, ale co będzie, gdy zmienią się prognozy i zapowiedzą zimny front ze wschodu? Do domu wrócimy, w piecu napalimy, tylko zwyciężymy, bo to ważna gra? Gra?

***

Jak mówić o wojnie, żeby o pamięci nie zapomnieć, ale też żeby się pamiętanie w groteskę i disco polo narodowe nie przemieniło, wszak nam się tak łatwo wszystko w groteskę wyradza. Jak o tym, co groźne i przerażające mówić po ludzku, cywilnie, kiedy metafora się militaryzuje i język zaciąga zaciężnie? Trylogię czytać narodowi, publicznie i pedagogicznie? Niech wie, że Królowa Matka nas, dzieci swoje, pod spódnice schowa i obroni, jako pod Częstochową, tak i nad Wisłą. Cudem.

Jedyna rada: szyki wojującym językom mieszać, słowom zaciężnym krok defiladowy mylić, by nie tupały, jak im surmy bojowe zagrają – inaczej to generałowie będą prawodawcami stylu i sensu. Precedensy już były i to wcale nie w dalekich krajach rządzonych przez wojskowych satrapów, wystarczy sobie we własną historię zajrzeć.

A w niej subtelna i liryczna poetka, na krótko przed wybuchem drugiej światowej rzezi za zmarłym Marszałkiem tęskniąca, za jego wolą, siłą, i za dobrocią siwych oczu, dobrocią, co „jak gotycki kościół piękna” była. Ojcowska ta dobroć, więc nic dziwnego, że „cała Polska modliła się do Marszałka chłopskim i babim lamentem”.

Mimo wszystko świadoma była Kazimiera Iłłakowiczówna, że chcąc się od krytyków Piłsudskiego odróżnić („nieznośnie wszystko tępe i agresywne”, więc jakże nie chcieć się odróżnić?), musi uważać, żeby w egzaltację nie popaść pisząc o ubóstwianym wodzu. Szukała odpowiedniej miary, by opowiadając wielkość Marszałka, ani odrobinę nie przesłonić go swoją osobą. Prawodawcę stylu godnego i wystarczająco przezroczystego znalazła w generale Składkowskim, ministrze spraw wewnętrznych i premierze:

najpiękniej wybrnął tu z trudności p. generał Składkowski, którego „Strzępy meldunków” są dla mnie wzorem postawy wobec zmarłego, tej postawy, która stanowi z punktu widzenia sztuki narracyjnej najtrudniejszy dylemat do rozwiązania. Książka (…) nie mająca w swym założeniu właściwie żadnych intencji literackich, w wykonaniu dała przykład, jak należy traktować podobny temat.

Dziś brzmi to zabawnie? Ale gdy przypomnimy sobie, że po sąsiedzku prawodawcami stylu i kultury byli Hitler i Stalin, możemy odetchnąć z niejaką ulgą, że my, Sławianie, naprawdę lubim sielanki. W końcu prawodawca naszej formy czyścił kraj budując sławojki, a nie obozy zagłady dla całych narodów.

***

Generalissimus Stalin lubił zajmować się literaturą okrutnie, dopisywał wszak całe rozdziały w jej historii, podpisując wyroki śmierci. Tak właśnie zakończył rozdział o Izaaku Bablu i wielu innych, wpisując się na wieki w historię literatury.

Wspominam o Bablu nie przypadkiem, bo sięgnąłem po jego „Dziennik 1920”, gdy przeraził mnie tytuł telewizyjnej relacji z defilady, zorganizowanej dla uczczenia 15 Sierpnia. Materiał wydawca zatytułował: zwarci i gotowi. Z kim zwarci albo przeciw komu? I do czego gotowi? Czy nie nazbyt łatwo chlapiemy jęzorem?

Tak więc właśnie w rocznicę mniemanego cudu nad Wisłą sięgnąłem na półkę po – o zgrozo! – Ruskiego, Żyda ruskiego na dodatek, co się do Krasnej Armii schował i jako widz świadectwo szaleństwu chciał dawać. Wszędzie nieznośny smutek, ludzie, ludzkie dusze, wszystko zdławione, przestrzegał Babel, ale podkusiło mnie, by czytać te niecudowne zapiski, by sprawdzić, co zanotował 15 sierpnia roku pamiętnego. Najpierw zanotował spokój w pejzażu podejrzanie łagodnym:

Chwila przed wkroczeniem do Komarowa; już po strzelaninie – pędzę konno, całkiem sam – teraz spokój, dzień upalny, pogoda, dziwaczna cisza, ćmienie w duszy, nikt mi zresztą nie wadzi, pola, lasy, okolica falista, steczki wśród trawy.

Perwersyjne, piekielne piękno, ale to wstęp tylko, bo potem już Komarów, niedawno jeszcze w polskich rękach – wczoraj byli tu Kozacy walczący po polskiej stronie:

Urządzili pogrom.(…) W mieszkaniu leży starzec o wyglądzie proroka, nagi, chrypiący astmatycznie, starucha z rozpłatanym gardłem, dziecko z odrąbanymi palcami, niektórzy jeszcze dyszą, słodkawy i mdlący odór krwi, wszystko splądrowane, chaos, matka nad zarżniętym synem, zgięta w kabłąk staruszka, cztery trupy w szopie, krew pod czarną brodą, pławią się we krwi.

Kto by dziś czytał Babla? Kto czytać chce o wojnie? Wystarczy migawka w telewizorze; najładniej wygląda defilada. Nasza dziarskość w rocznicę Cudu już co prawda bez wąsa, z wargą nagą, światowo wygoloną, ale ciągle zamaszysta i rozhukana, że hej, szable w dłoń. Więc zwarci i gotowi? Na pewno? Na wszystko? Na to, co u Babla w dzień cudu zapisane także: … ta sama nienawiść, ci sami Kozacy, ta sama srogość, a, prawda, wojska są przecież różne – ale to brednie.

***

Sens wojny i jej bezsens: są ofiary i są kaci, ale nie ma niewinnych, bo wojna ubabrze wszystkich. Wszyscy znajdziemy się w tym samym obozie, pochłonie nas i przetrawi ten sam system. Wybitny historyk Otto Dov Kulka, który po dziesięcioleciach dopiero wydusił z siebie fragmenty pamięci o obozie koncentracyjnym, nie karmi złudzeń:

… z Auschwitz jako takiego system ten może przenikać w każdą możliwą sytuację, jak gdyby był autonomiczny, całkowicie oderwany od wszelkiego uczucia litości, wstrętu, okrucieństwa, tak że zupełnie zaciera się w nim różnica między katem a ofiarą. Właśnie tak zapamiętałem tę scenę, scenę przemocy jako rytuału, jako część (…) systemu życia powszedniego.

Znaczące, że Kulka, który jako jedenastoletni chłopiec właśnie w obozie przeczytał „Zbrodnię i karę”, opisując codzienność Auschwitz woli odwoływać się do „Kolonii karnej” Kafki.

Wystarczy sytuacja graniczna, by absurdalne zło, które dotychczas wyobrażali sobie jedynie najodważniejsi artyści, stało się powszedniością.

***

Język wie więcej. Na pierwszym roku polonistyki ekscentryczna lektorka martwej łaciny wbijanie nam do głów łacińskich sentencji rozpoczęła od tej, która miłujących pokój wzywa do szykowania wojny. Pragmatyczny przekaz przodków.

To trwa: w walce o władzę powtarzają się rytuały przemocy. Bombardują nas, się bombardujemy – pociskami, słowami. Słowa bywają śmiercionośne, jak pociski. To ważne odkrycie literackie, ale nieprzydatne na nic.

Tak, teraz jest wojna. Wojna jest teraz, i zawsze. Powtórzenia nieuchronne jak lęk. Przedwczoraj padła Warszawa, pojutrze skapituluje Powstanie. Zostanie kamień obok kamienia, do odbudowy, raz jeszcze.

***

Pejzaż za oknem: czerwienieją sumaki, rozpanoszone jak najeźdźcy. Pola rozorane w skiby. Sad pachnie nieznośnie winną zgnilizną. Kwitną  wrzosy, smutne już przed uschnięciem. Na popiół, na wiór, na wiatr.

30 września 2014

Data dodania: 22 września 2014

Nie ma sensu powtarzać po raz kolejny słynnego zdania Gombrowicza o Radomiu, że nigdy nie jest poematem i tak dalej. Dalej zresztą każdy może zobaczyć, a radomianie znają na pamięć. Nawet jeśli generalnie nie zachwyca, to jednak zachwyca. Czasem. Bo zdarzają się tu wydarzenia cudowne, na przekór i na szczęście.

Doświadczenia Gombrowiczów z Radomiem rzeczywiście najlepsze nie były, owszem, Jerzy, brat Witolda, przystosował się do tego miasta i stał się ważną tu postacią, ale on przystosowywał się chyba w ogóle dość łatwo. Zresztą, jak wielu po wojnie, nie miał wyjścia.

Nie były najlepsze to nawet za mało powiedziane, skoro jednym z miejsc związanych z rodziną pisarza było radomskie więzienie. Siedzieli w nim i ojciec Witolda, za rewolucję 1905 roku, dosyć wygodnie – z własnymi meblami i obiadami z restauracji, i brat Janusz, z sadystycznymi kryminalistami w jednej celi, fałszywie oskarżony o kolaborację z hitlerowcami, on, więziony przez Niemców w obozie koncentracyjnym.

Były jednak i jaśniejsze momenty: wszak przedwojenna radomska palestra zasłużyła się dla polskiej literatury bardzo, odrzucając prośbę Gombrowicza o aplikację. Kto wie, co byłoby z jego pisarstwem, gdyby autor „Opętanych” zasmakował w prawniczej karierze?

Żarty żartami, ale kiedy na początku lat 90. ubiegłego stulecia Maciej Bargiełowski, Wojciech Kępczyński i Marek Szyjko wpadli na szalony pomysł, by w mieście, w którym lud wszedł do śródmieścia jak mało gdzie, zorganizować jedyny na świecie festiwal jednego z największych, ale i najtrudniejszych polskich pisarzy, był to akt naprawdę twórczy, bo ironiczny. A oni na dodatek pomysł ten oblekli w teatralne ciało, co wydawało się niemożliwe jak cud. Najcudowniejszy zaś, przynajmniej tak to zapamiętałem, był ten drugi festiwal, Gombra łączący z Schulzem i Witkacym, mimo nie najlepszych relacji za ich życia.

Zapamiętałem tę edycję nie tyle nawet ze względu na repertuar, wspaniały zresztą, ile na rozmach imprez towarzyszących. I na sceny, które w dekoracje zużytego, zmęczonego miasta wnosiły życie, to intelektualne, ale też i ludyczną witalność.

Oto po osypującej się w ruinę starówce, którą z literaturą łączyły tylko wymyślne nazwy spożywanych przez tubylców od świtu do rana tanich mikstur, kojących ból istnienia, snuli się odziani z eleganckim luzem okularnicy. Nieświadomi lokalnych strachów, prowadzący głośne rozmowy, egzotyczne nie tylko ze względu na języki, w których się odbywały.

W poświęconym Gombrowiczowi seminarium pod przewodnictwem profesora Jana Błońskiego uczestniczyli twórcy i badacze naprawdę wybitni, że przytoczę parę nazwisk dla przykładu:  Jerzy Jarzębski, Aleksander Fiut, Anders Bodegard, Francesco M. Cataluccio, Allen Kucharski, Olaf Kuhl, Jacques Rosner, Alejandro Russovich. Seminarium odbywało się m.in. we wnętrzach Muzeum im. Jacka Malczewskiego, gdzie za scenografię służyły fragmenty chłopomańskiej wystawy. Miało się chwilami wrażenie, że na koniec musi pojawić się Walek, i może nawet się zjawił, tylko w przebraniu, więc nikt go nie poznał.

Tych ludowych akcentów było więcej, bo i jeszcze biesiada w skansenie, fragmentami przypominającym wieś jaką oglądał Gombrowicz, odpoczywając we Wsoli. Biesiada nie tylko intelektualna, ale i dosłowna, po dwakroć więc upojna, aż niektórym wieczorem zmęczenie nie pozwalało skupić się na legendarnym „Ślubie” krakowskiego Teatru Starego.

I jeszcze postać główna tamtego festiwalu, Rita Gombrowicz, wożona w wielkiej, białej limuzynie, z wdziękiem i godnością znosząca ten hollywoodzki przepych. Patronka i animatorka pierwszych festiwali, ku naszej radości – po przerwie – także i dwóch ostatnich edycji. A we Wsoli gościmy ją co roku.

Festiwal wraca do tamtej, wysokiej formy (i Formy), choć w porze nie tak fotogenicznej, trochę nazbyt dla kultury jesiennej. Pora inna, więc biesiady pod strzechą nie będzie, ale będą pasjonujące debaty i pół setki referatów, i znów Gombrowicz będzie na językach uczonych. Pamiętających, mam nadzieję, o Gombrowiczowskiej przestrodze, że kto o nim zwyczajnie opowiada i nudzi, temu się na języku w trupa przemienia i trupem otwór gębowy wypełnia paskudnie. I tematy, i nazwiska uczestników gwarantują, że tak się u nas nie zdarzy. A że jeszcze młodość z doświadczeniem na konferencji pomieszamy, to będzie tym bardziej interesująco. U nas, to znaczy we Wsoli i w teatrze, miejscach oswojonych Gombrowiczem.

Wsola, od niedawna znów Gombrowiczowska, stara się dawać do myślenia, więc miejscem jest naturalnym. Dla historii literatury to miejsce znaczące, nigdy dość przypominać, bo tu Jerzy Witolda do wyruszenia w świat namawiał, siedemdziesiąt pięć lat temu dokładnie. I dobrze, że go przekonał, bo co to byłby za Gombrowicz, gdyby w kraju pozostał? Co by napisał, jeśli w ogóle by pisał, a nie stał się kolejnym martwym, młodym i zdolnym, którymi nasza kultura i historia z rozmachem szafowały. A tak żywy jest do dziś, o czym uczestnicy i konferencji, i festiwalu będą mogli przekonać się i innych.

Konferencja zagości też w teatrze, przez dzień cały aż po festiwalowy spektakl. Zagości oczywiście na scenie, w „Kotłowni” nieco przypominającej scenografię „Ślubu” wystawionego przed półwieczem przez Jorge Lavellego i Krystynę Zachwatowicz. Trochę więc ten Gombrowicz będzie jednak podziemny, offowy, i słusznie, bo przecież bronić go musimy wszyscy, by się nam w klasyka nie zmarmurzył, mchem nie porósł, słów i form okolicznościowych nadmiarem nie został przysypany.

A bronić Gombrowicza możemy jedynie wciąż na nowo go wystawiając i oglądając, czytając i interpretując, i rozmawiając, słowem i formą tyleż odświętnymi, co nie nudnymi. Więc kończę.

(Muzeum Witolda Gombrowicza wraz z radomskim Uniwersytetem Technologiczno-Humanistycznym zaprasza w dniach 20-22 października na międzynarodową konferencję poświęconą twórczości Gombrowicza. Współorganizatorem wydarzenia jest radomski Teatr powszechny, w którym od 18 do 25 października odbywał się będzie XI Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski.)

Data dodania: 9 września 2014

Nie było lata, jesień szła od wiosny, powtarzam za Grochowiakiem, patrząc jak żółć plami jesiony. To była kiedyś jedna z najważniejszych dla mnie fraz poetyckich, niosła tajemnicę, której wtedy nie potrafiłem rozgryźć. Dziś ma jedynie smak zbyt niecierpliwie zerwanego jabłka, cierpkość niedojrzałej zimówki.

Postarzałe w ciągu ledwie tygodnia słońce także coraz bardziej przypomina szarą renetę. Przyciśnięte ku ziemi, drepcze po coraz krótszym łuku, już przed czwartą zacieniając prawie całe podwórko. Na ścieżce za płotem przerośnięte trawy i plątanina chwastów obłapują nas za nogi, błagając już nie o kolejny pokos, ale o łaskę usychającej eutanazji.

Lato – jak zwykle od pewnego czasu – za krótkie, jakby go wcale nie było, kończy się wcześniej niż się spodziewamy, odsłaniając powoli ciemną podszewkę świata, jeszcze skuloną od letniego potu, ale już pęczniejącą, by pomieścić zimową pierzynę.

Czarny kot, w tamtą zimę uratowany przed śmiercią, która dopadła jego matkę, wspina się na bramę od strony pola z małą myszą w zębach. Pomyśleć, że trzeba było karmić go strzykawką, żeby przeżył, nie potrafił ani jeść, ani wydalać. Teraz chwyta po kilka ofiar dziennie, ogłupione łakomstwem wychodzą na odkrytą przestrzeń, szukając ziaren, którymi żniwa przyprószyły ziemię.

Kot też już pewnie czuje przyczajoną zimną porę, bo łapie więcej niż zjada, więc coraz częściej znajdujemy na ścieżce i podwórku szare mysie truchło, odłożone na później.

Dawno tu nie byłem, może zresztą nie zwracałem uwagi. Dziś po grzybobraniu krótkim a obfitym, choć zaczęliśmy wbrew sztuce grubo po południu, wracam ścieżką koło nowego cmentarza wciśniętego między iglaste zagajniki. Przez ozdobnie dziurkowany płot machinalnie liczę groby: dwadzieścia jeden. Ustawione pod sznurek, tłoczą się przy cmentarnej bramie, jakby zamierzały uciec którejś nocy na stary cmentarz, do krewniaków i znajomych.

Resztę nowej polnej nekropolii, niezagospodarowaną jeszcze przez grabarzy i żałobników, zarosły wysokie chwasty, kołyszące się w symetrycznym porządku, jakby ktoś rozsiał je tam z rozmysłem. Jeszcze jedno takie lato i dzikie, niepożądane ziele ostatecznie zagłuszy krzaki truskawek, uparcie trzymające się miejsca narodzin.

To były najsłodsze truskawki, jakie jadłem, przynajmniej tak pamiętam. Nie wiem, co to za odmiana, bo nie przyszło mi do głowy, żeby spytać o to truskawkarza.

Truskawkarzem nazwaliśmy mężczyznę, który na działce sąsiadującej z naszym lasem pojawił się nagle i bez żadnych wstępów wziął się do roboty. Się wziął dosłownie, cały, od świtu do ostatniego pociągu, a czasem tylko z przerwą na nocne ciemności. Orał, karczował, rozsadzał, wyrywał pierwsze chwasty, które pojawiły się, zanim było wiadomo, czy truskawkowe krzaki się przyjmą.

Przyjęły się, prawie bez podlewania, bo wodę mógł czerpać z daleka, a i to tylko wtedy, gdy strumyk na łące nie wysechł. Wiosny i lata były jednak deszczem łaskawe, przynajmniej dopóki krzaki nie zaczęły owocować. I wtedy, po pierwszym zbiorze, truskawkarz zniknął. Cicho, po prostu.

Widzieliśmy go jeszcze kilka razy, przyjeżdżał co jakiś czas, odległy i stał wtedy nieruchomo, patrząc na zielonożółte krzaki. Ale nie zrywał już owoców, nie pochylał się nad ziemią, by wyrwać jej uparte chwasty, ani razu nie został na noc w blaszanym barakowozie, który postawił na działce kilka miesięcy wcześniej. Zniknął ostatecznie, zanim zdążyły dojrzeć wszystkie truskawki.

Następnej wiosny już się nie pojawił, nie było go też latem. Krzaki rozrastały się zadziwiająco śmiało, bez pielęgnacji, dzikie, rozłożyste. Małym owocom nie przeszkadzały ani prażące słońce, ani ulewy przepłukujące ziemię z tego, co trzeba i nie trzeba, ani nawet chwasty, zabierające coraz bezwzględniej światło.

W końcu pojawiła się wiadomość, że truskawkarz choruje, poważnie i ciężko. Ktoś komuś powiedział, kto i komu? Wieść z tych, co to zabij, a nie wiadomo, skąd się wzięła. Była też inna wersja, wydedukowana pewnie przez miejscowego racjonalistę: że truskawkarzowi znudziła się zabawa w ogrodnika, gdy sława jego przesłodkich truskawek rozeszła się tak szeroko, że z nieogrodzonego pola znikało ich coraz więcej, wystarczyło, by nie przyjechał przez kilka dni.

Wszystkiego zerwać było jednak nie sposób, pleniły się truskawkowe krzaki przez lata, rodząc owoce coraz mniejsze, drobniutkie, wielkości poziomek raczej, ale i coraz słodsze, jakby osłodzić sobie chciały porzucenie. I znów ktoś rozpowiedział wieść o truskawkarzu, ostatnią, że umarł. Czas jakiś temu, dodawał ów ktoś dla powagi powiadomienia.

Ktoś inny jeszcze podpalił pewnej nocy barakowóz, pewnie dlatego, że czasem kotwasiło się w nim – jak mówiła sąsiadka – przeróżne tałatajstwo. Fragmenty blaszanych  ścian, drzwi, kilka kątowników, zawiasy i klamki ktoś zabrał, żeby się nie zmarnowały, reszta rdzewiała i kruszyła się na słońcu, sypiąc czasem czerwonym piaskiem po oczach tych, co zaglądali na opuszczone pole po truskawki, słodkie do końca.

Nie jestem zresztą pewien, co pojawiło się pierwsze: wiadomość o śmierci truskawkarza czy pożar barakowozu. Chronologia nie jest tu najważniejsza, bo i tak po kilkunastu latach czerwieniejące się poprzez zieleń pole wykoszono, zgrabiono i ogrodzono betonowym płotem. Z kamieni zbudowano bramę i ołtarz, odbyło się poświęcenie, ale drewniany krzyż zdążył dobrze się rozeschnąć, zanim pochowano tu pierwszego zmarłego, który widocznie miał za dużą rodzinę, więc nie zmieścił się do żadnego z grobów na starym cmentarzu.

Przed pojawieniem się tej pierwszej mogiły, uklepanej z piasku – wszędzie tu tylko szare piachy albo wyschnięty gliniany pył – zanim ksiądz, otrzepawszy zakurzoną sutannę, zaintonował w jesiennym chłodzie pierwsze wieczne odpoczywanie, latem co odważniejsi albo mniej przejmujący się obyczajem zaglądali na cmentarz, by zrywać niezmiennie słodkie owoce. Po pierwszym pogrzebie wyjadać truskawki z plantacji przemienionej w cmentarz wypadało jednak coraz mniej. Tym mniej, im więcej przybywało grobów.

Dziś nie wypada już wcale. Przez ozdobiony seryjnym ornamentem betonowy płot można tylko podglądać, jak na truskawkowym polu śmierć gra z nami w oko.

Data dodania: 19 sierpnia 2014

W „Salkach”, chyba najciekawszej książce o podróżowaniu, jaką zdarzyło mi się czytać, Wojciech Nowicki z bolesną szczerością (to nie frazes: naprawdę i bolesną, i szczerością) opowiada, co zmusza go do podróży. To potężne lęki: reisefieber, lęk własny oraz lęki cudze, dziedziczne – absolutna niechęć przodków do ruszania się ze swojego miejsca, która owładnięci byli od czasu, gdy wygnano ich z rodzinnych domów i rodzimych kresów.

Podróż, jak opisuje ją Nowicki, to zarazem pogoń i ucieczka, przekraczanie granic i ich rysowanie, próba odnalezienia i zarazem zgubienia przynajmniej części siebie. Ludzkie, arcyludzkie, prawie wszystkie podróże da się z tego wywieść.

***

Ale jest też inny sposób wędrowania w przestrzeni i czasie, bardziej koci niż ludzki. Koty, nawet te udomowione, wchodzą w dorosłość sporządzając mapę swojego świata. Krążą wokół miejsca, które wybrały na „dom”, zataczając coraz szersze kręgi, nawet w promieniu kilkunastu kilometrów. Zapamiętują szczegóły: ludzkie i zwierzęce ścieżki, zapach modrzewiowego lasu, wilgoć ciągnącą od strumienia, szum szuwarów, ujadanie psów i ptasi świergot w krzakach głogu, metaliczny stukot szyn na chwilę przed pociągiem, odgłosy polowania, wysokość traw, południowe słońce i grubość piasku pod poduszkami łap, a także opuszczone nory i rozpadające się zabudowania, z których wywietrzał zapach dawnych mieszkańców i teraz mogą dać schronienie, łatwo dostępne gniazda, w których można się pożywić, zacienione, wiecznie wilgotne łęgi, które zawsze dadzą parę kropli wody.

Taką właśnie mapę koty noszą w głowie do końca życia. Można powiedzieć, że to także rodzaj zmagań z lękami, ale bardziej naturalny, bez ludzkich sublimacji, dyktowany przez instynkt przetrwania: trzeba poznać swój świat, swoje okolice po to, by nie słuchać lęku, gdy dopadnie w chwili zagrożenia, ale ratować się, wybierając instynktownie właściwą ścieżkę. Wiedzieć, gdzie się schronić w razie czego. W każdym razie.

Swoją mapą po raz ostatni posługują się koty tuż przed śmiercią: przepadają gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie i umierają w samotności.

***

Tam, gdzie – choć blisko – jeszcze nas nie było, wyruszyliśmy w niedzielne przedpołudnie, nic więc dziwnego, że na pierwszym postoju w ośrodku nad Pilicą trafiliśmy na mszę i nie mogliśmy dobrze się rozejrzeć. Dawny ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy związku młodzieży socjalistycznej po śmierci socjalizmu popadł w ruinę, w końcu stał się ośrodkiem wypoczynkowo-rekolekcyjnym diecezji rzymskokatolickiej. Ewangelię postępu zastąpiła na powrót objawiona. Podkreśla to nazwa ośrodka: Emaus. Biblijne nazwy mają tu również domki campingowe: Betlejem, Nazaret i inne. Nie zapamiętałem, czy jest tu również Kana Galilejska?

A Golgota? Gdyby tak nazwać któryś z domków? Czy znalazłby się śmiałek, który chciałby zamieszkać w Golgocie? Człowiek bez lęku, bo wielkiej wiary? Czy może raczej wiary całkiem pozbawiony?

***

Naprawdę tego nie planowaliśmy: droga do Białej Góry tak właśnie prowadzi. Jedziemy przez Boże, kilka krętych kilometrów i za łukiem objawia się Boża Wola, ze dwadzieścia kominów, ani biednych, ani bogatych, pola daleko od zabudowań. Dalej semantyka bliższa już ziemi: następna wieś nazywa się (i słusznie) Budy Boskowolskie, nie ma o czym mówić.
Nawigacja internetowa, która dziś zastępuje podróżnym przeznaczenie, wyprowadza nas w pole, na polną drogę, dziurawą, całą w kępach traw, niech to diabli, można stracić zawieszenie. Można stracić, diabli nadali.

Więc pytamy o drogę, na szczęście jest kogo, choć pustkowie. Dom jeden, stary, drewniany, niszczejący, ale okazały. Stodoła, obora, komórki z pustym gołębnikiem, chyba wszystko to jeszcze używane, ale raczej nie przez staruszka, który siedzi, jak Bóg w niedzielę przykazał, na niskiej ławeczce przed wpółotwartą bramą. Prosto, tłumaczy, panie, jak asfalt prowadzi. Dziadek towarzyski jest albo wyglądam mu na niezbyt rozgarniętego, bo aż na drogę wychodzi kierunek pokazać, paluchem pokrzywionym, poczerniałym, oklejonym brudnym plastrem, chyba więc jeszcze w obejściu jest z niego jakiś pożytek.

To tam, panie, gdzie tańce kiedyś były, zabawy, tłumaczy i diabliki skrzą mu się w oczach pod zniszczoną bejsbolówką. Przytakuję, głupio jakoś, bo przecież skąd mogę wiedzieć, gdzie tu tańczono. – Tylko tej pani niech pan tam gdzie nie zgubi – żartuje i śmiejemy się wszyscy, jakby było z czego.

A zgubiliśmy się później, w Nowej Wsi, choć byłem pewien, że pamiętam drogę.

***

Biała Góra nie była nagrodą: tłok, śmietnisko, pastwisko zamiast plaży, tylko Pilica niezmiennie kręta i piękna. Uciekliśmy więc w sentyment, do Świerży, nad Wisłę. Woda naprawdę wielka, wylała jak prawie co roku. Betonowa opaska oddzielająca nurt i brzeg skruszała zupełnie już kilka lat temu, więc i spacerować nie ma po czym.

Siedzimy w łódce wyciągniętej na brzeg, przy takiej wodzie mało kto odważa się wypływać na rzekę. Ale prom kursuje, częściej niż rozkład każe, bo chętnych dużo. Nam ruszyć się nie chce, gorąco, nawet komary nie gryzą, poza tym czasu nie wystarczy na drugi brzeg, jak zwykle.

Przyglądam się czekającym na przeprawę, mimowolnie słuchając ich rozmów. Dwaj młodzi, oparci wystudiowanym gestem o maski starych, wychuchanych samochodów, nie wiem, jakie to marki, nie znam się, ale takimi resorkami bawił się już mój syn.

Dziewczyna na trawie, nijaka, nawet nie wiem, ładna czy brzydka. Gada głośno, przez telefon wielki jak pokład promu, który właśnie odbił od drugiego brzegu. Płyniesz? Czekam? Dobra. Tak, tutaj, no gdzie, na brzegu. Nara. Nara? Brzmi jak starohebrajskie imię. Tutaj?

Tak, trzeba tu wrócić na tygodniu, po ciszę, obiecujemy sobie bez przekonania, wiemy przecież, że ten tydzień zdarzy się może za kilka lat albo wcale. Jeszcze chwila postoju we wsi, piaszczystej łachy przed rozjazdem już nie ma, schowana pod kostką, trawnikiem, ławkami. Skwer, za unijne, jak wszędzie. Trzy sklepy, dwa czynne w dzień wolny, domy i bloki odnowione, wiadomo, elektrownia, energia.

Dwaj mężczyźni na rowerach, zsiedli, rozmawiają. …Na rybach byłeś teraz kiedyś?.. Dzisiaj nie, nie mas co, przybiera, to uciekają na środek… Ale coś może się trafić… Może, jutro, zobaczymy… Przystaje trzeci, młodszy, opalony, aż czarny. – Dobry, jak rzeka – pyta rytualnie, a oni znowu: przybrała, przybywa, jeszcze.

Rozmowa ludzi nadrzecznych. Przypływy, odpływy. Jesteśmy znów jak w domu, tym bardziej, że nad Zagożdżonką, leniwym dopływem Wisły, bez zmian: komary tną jak licho, zarośnięta rzeczka ledwo płynie, droga przesypuje piasek, pewnie ciągle ten sam.

***

Na szosę warszawską skręcamy w Nowej Wsi, nazywającej się tak, bo wybudowana została na miejscu starej, doszczętnie spalonej i teraz ciąży na niej przekleństwo młodości – nigdy już nie będzie stara. Drogę wskazał nam ręką wolną od butelki dobry człowiek, przed dobrym sklepem, dobrym, bo otwartym w niedzielę i sprzedającym piwo dobre, choć ciepłe. Każdy ma swoją miarkę dobra.

Po obu stronach szosy puszcza, las gęsty, z mchem rozmaicie zielonym, obfitym. Grzybny, tylko trzeba znać miejsca. Znać miejsce, podstawa.

Przed Kozienicami tablica: Uwaga! zaniżone pobocze. Niedawno do Krakowa jechałem wagonem pierwszej klasy, przekwalifikowanym na klasę drugą. Napis na drzwiach informował: wagon zdeklasowany. Pańskość i kompleksy wyłażą z naszego języka jak rozwalone worki ze śmieciami z zarośniętych rowów wzdłuż szosy.

***

W najbliższej okolicy na szczęście rzeczy wracają do ładu, także semantycznie. Znów można „jechać do łabędzi”, bo ptaki wróciły na jeziorko za Chałupkami po długim remoncie, ciągnącym się jak podjazd w Wysokiej. Zbiornik mocno przez remont zdeklasowany, na szczęście przyroda ma za nic ludzką zapobiegliwość i już wylewa swoje zielenie poza narzucone przez meliorantów formy.

Ptaki kryją się w odrośniętych szuwarach, teraz nie podpływają nawet po chleb, skupione, czujne, prowadzą swe młode, ucząc je wszystkiego przed nieuchronnym rozstaniem. Te cztery młode już niewiele mniejsze od starych, tylko jeszcze szare i przez to niepiękne, po kaczęcemu.

Wydarzenie, bo pojawia się czapla, pewnie przelotem, biała albo nadobna, z daleka nie widać dobrze.

***

Nadobna… Niedobitki starej polszczyzny kryją się jeszcze w nazwach, partyzanci na terytorium podbitym przez makaronizmy.

Gdzieś w trasie drogowskaz: Osiny Mokra Niwa. Niwa – czyli łąka granicząca z polem? A może tylko miara, kawałek pola, wczorajsza parcela, dzisiejsza działka. Trzeba by sprawdzić, kto jeszcze pamięta dawne znaczenia?

Następnego dnia w Ciepłej skręcamy na Bąków, przy kamieniu ku czci miejscowych oraz żołnierzy zwiadu dywersyjnego AK porucznika „Roberta”, zamordowanych za niepodległość w latach 1939-45 oraz 1946-56. Pełna pamięć wraca powoli.

***

W wigilię 15 Sierpnia rwę i pogryzam małe czerwonawe jabłka z przydrożnej dziczki. Słodko cierpkie, soczyste. Zjadam je jednak, obawiam się, wcale nie patriotycznie, nie komuś na złość, a po prostu, jak zawsze. Jabłonka ma gdzieś embarga, putinców i geopolitykę.

Spokój, cisza, słońce osusza załzawione rosą rowy. Chmury podniosły się wysoko, pod nimi stado bocianów. To już? Szykują się do odlotu, na razie ćwiczą, szybując bezładnie w poszukiwaniu dobrych wiatrów. Wracający co roku, kołujący nad głowami smutek.

Na tablicy z nazwą wsi CIEPŁA ktoś dopisał TASMANIA. Doprawiona ironią tęsknota? Mnie już nie dotyczy, dawno postanowiłem: zostaję tutejszy. Moje lęki i smutki pochodzą z innych okolic niż te zadekretowane geografią. Mam swoją własną mapę.

***

Mapopisanie można też, za Białoszewskim, nazwać obmapywaniem. Ten genialny neologizm brzmi trochę jak – obłapywanie. Podobieństwo nie tylko w fonetyce: w obmapywaniu rzeczywiście skrywa się żądza, wilczy apetyt na życie. I też bierze się z lęku. Bardziej jednak z lęku niesionego przez czas niż tego czającego się w przestrzeniach.

Data dodania: 7 sierpnia 2014

To zdanie przejdzie do klasyki debat o sztuce: „Nieco współczujemy wszystkim miśkom, które zdążyły już podsumować i zrecenzować nieskończony film, mimo usilnych naszych próśb by tego jeszcze nie robić”. Tak na facebooku napisał Jan Komasa, reżyser „Miasta 44”, krytykując krytyków krytycznie oceniających jego film, którego tak naprawdę w momencie przedpremierowego pokazu na Stadionie Narodowym jeszcze nie było.

To znaczy film w ogóle był, ale inny, bo ten, którego premiera planowana jest na wrzesień od przedpremierowego będzie się różnił paroma drobiazgami: „inna końcówka, inne ujęcia, inne prowadzenie scen, inna muza, inny kolor” – podsumowuje reżyser różnice między ostatecznym, kinowym kształtem filmu a jego „wersją stadionową”.

„…spodziewajcie się jeszcze większych zmian i innych filmowych akcentów niż te, które można było wychwycić (jeśli w ogóle coś można było wychwycić!) na Stadionie Narodowym” – przestrzega publiczność reżyser „Miasta 44”, dystansując się „nieco” od boiskowego seansu. Więc po kiego diabła było film na stadionie pokazywać?

Pytanie może nazbyt zdroworozsądkowe jak na nowoczesne formy życia artystycznego, ale nasuwa się przecież samo. A za nim inne, natrętne. Czyżby film Komasy pokazano w tak, delikatnie mówiąc, niecodziennym miejscu bez zgody reżysera? Bo przecież jeśliby twórca zgodę taką dał, oznaczało by to, że godzi się pokazać dziesięciu tysiącom widzów (w tym stojącym nad grobem uczestnikom powstania) jakiś półprodukt, niewykończoną „wersję stadionową”? Byłbyż więc reżyser aż tak szacunku dla widza pozbawiony? Uwierzyć trudno, acz z drugiej strony – gdyby niedokończone dzieło wbrew jego woli pokazywano, to czyż larum by nie podnosił, świadectw medialnych oburzeniu nie dawał, w konformizmie się ukrywał? Więc jeśli rzeczywiście za jego zgodą film w tej formie zaprezentowano, to czemu teraz nad stadionową projekcją wydziwia?

Dajmy jednak pokój artyście, kolejnemu zresztą, który słów własnych się przelękłszy, zasłania się prywatnością obcą internetowej agorze. Przecież nie nim jednym merkantylny duch współczesności zawładnął. „Miasto 44” reklamowane jest jako produkcja prawie hollywoodzka, więc i marketing ktoś wymyślił hollywoodzki, prawie. Tyle tylko, że nadwiślański duch wolnego rynku ma swoją specyfikę, niezniszczalne genius loci Stadionu X-lecia, na Bazar Europa przerobionego.

Tamtego bazaru już nie ma, zamiast niego postawiono wielgachny plastikowy koszyk w narodowych barwach, wypisz wymaluj taki, w jakim na stołówce zakładowego ośrodka wypoczynkowego w Świerżach Górnych koło Kozienic podawano chleb. (Od razu się zastrzegam, że do tamtych wywczasów sentyment mam ogromny, a i Wisła pod Świerżami piękniejsza niż w stolicy.) Bazaru nie ma, ale duch bazarowego kapitalizmu wciąż unosi się nad Narodowym, zarządzanym jak stragan z mydłem i powidłem.

Skoro nie mamy piłki nożnej, to stadionowy biznes robić trzeba, na czym się da. I dlatego nasz narodowy trawnik najmniej jest boiskiem piłkarskim, a pełnić zaczyna rolę Pałacu Kultury – a to koncert pop gwiazdy na nim organizują, a to targi książki albo właśnie ważną premierę(?) filmową, chwaląc się przy tym, że to niezwykłe wydarzenie nie tylko w historii polskiej, ale i europejskiej kinematografii. Prawda, projekcje filmowe zdarzały się w fabrykach i koszarach, a nawet w kosmosie, ale na piłkarskim stadionie chyba jeszcze nie. Więc rzeczywiście to niecodzienne, niczym cielę z dwoma głowami.

Doświadczenie podpowiada, że z tym pokazem było jak to zwykle u nas: ktoś chciał komuś zrobić dobrze, więc datę okolicznościową wyznaczył i w cudzym imieniu produkcyjne zobowiązanie podjął, ktoś inny wybrał miejsce i listę gości, aż w końcu następny ktoś na czas nie zdążył, produkcji nie skończył, ale pokazać ją przecież trzeba, zainaugurować, wstęgę przeciąć, walnąć mowę, resztę najwyżej potem się poprawi. Nieważne co: drogę, most, szkołę albo film czy spektakl. I wszystko jedno kiedy: w czasach gomułkowskiej siermiężności, gierkowskiego pościgu za Zachodem czy dzisiaj, w epoce realnego kapitalizmu. Duch improwizacji nie ginie w narodzie.

To jednak ciągle nie wyjaśnia, dlaczego artysta miśkami swoich oponentów nazwał, jakby jego ulubioną audycją były nocne rozmowy tirowców przez cb radio. Cóż, z salonów narodowego gimnazjonu do warszawskiego zwierzyńca daleko nie jest, więc może i kudłata metaforka nawinęła się panu reżyserowi sama.

Polskie ZOO. Kanał.

Data dodania: 30 lipca 2014

W drogę bez powrotu wyruszył 29 lipca. Zanim jednak popłynął w rejs tym wspanialszy, że darmowy, odbył we Wsoli ważną rozmowę, która pewnie sporo go kosztowała i od której być może zależała przyszła wartość literatury polskiej. Ta rozmowa odbyła się pod koniec czerwca albo na początku lipca, dobrze nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że lato 1939 roku było piekielnie upalne. Piekielne lato.

Powtórzę stary zakład: jeśli zgodzimy się, że bez wyjazdu do Argentyny nie byłoby takiego Gombrowicza, jakiego dostaliśmy, to Wsola staje się miejscem symbolicznym, a rozmowa z Jerzym Gombrowiczem jednym z ważniejszych wydarzeń w historii literatury polskiej.

***

„Witold się wahał, gdyż w Rzymie, gdzie spędził święta wielkanocne, głośno mówiono już o zamierzonej agresji Hitlera na Polskę. Namawiałem go do wyjazdu, nie wyobrażając sobie tego zdecydowanego antymilitarysty w czasie działań wojennych” – wspominał po latach Jerzy. Dodając, że „zastrzeżeń natury patriotycznej nie było”, bo Witold ze względu na stan zdrowia do wojska się nie nadawał. Dlaczego Witold Gombrowicz radził się akurat brata-lekkoducha, czy może wyjechać z zagrożonej Ojczyzny? „Zastrzeżeń natury patriotycznej nie było”. To właśnie chciał usłyszeć?

Może Gombrowicz wcale nie po radę do brata przyjechał, ale po usprawiedliwienie? Może chciał usłyszeć to, co usłyszał właśnie od ziemianina, który chętnie w mundurze się pokazywał, choć był rezerwistą, i który mentalnością oraz praktyką życiową uosabiał wszystko to, co później Gombrowicza-uciekiniera-emigranta mogło oskarżać o zdradę? Dobrze, że Jerzy się nie zawahał, odpowiedź w przekonujące usprawiedliwienia ubrał. Bo czy gdyby Witold na transatlantyk nie wsiadł, to w okupowanej Polsce mógłby napisać Poniedziałek – ja. Wtorek – ja., i tak dalej?

***

Więc tak naprawdę Wsola jest ważna nie dlatego, że Gombrowicz w niej bywał, ale dlatego, że z niej wyjechał. Odciął pępowinę trzymająca go na miejscu, w ustalonym społecznym obrządku, w formach uklepanych obyczajem, w tradycji przemienionej w dworkowy konwenans, w dętych orkiestrach ani-guzikowego patriotyzmu. Tak, poszedł w tango zamiast na wojnę, ale inaczej nie mógł. Musiał najpierw wywalczyć siebie pojedynczego. Siebie w sobie obronić.

Czynienie z Gombrowicza demona antypolskości i konformizmu, przeciwstawianie jego poglądów Conradowskiej niezłomności, jest grubym nieporozumieniem. Złośliwie korzystając z logiki Gombrowiczowskich nienawistników, można powiedzieć, że to Conrad, a nie autor „Trans-Atlantyku” porzucił tę polskość, która przynajmniej dla pisarza jest najważniejsza – ojczysty język. A mówiąc bardziej serio: to Conrad przecież „zdezerterował” z polskości w uniwersalność, Gombrowicz polskie chciał włączyć w światowe, powszechne wzbogacić naszym doświadczeniem niedojrzałości i peryferyjności. I w rezultacie polską słabość obrócić w siłę.

***

Gombrowiczowskie „ja”, pragnące wyrwać się z obowiązku formy i form obowiązkowych to nie przeciwny biegun Conradowskiej przyzwoitości i dzielności wobec losu. Już prędzej jest nim indywidualizm i pacyfizm Louisa-Ferdinanda Celine’a. Antyojczyźniane bluźnierstwa z „Trans-Atlantyku” brzmią łagodnie przywcześniejszej o dekadę z okładem „Podróży do kresu nocy”.

– … odrzucam wojnę i wszystko, co w niej jest… ja jej nie odbieram cnoty… nie przyjmuje jej z rezygnacją… nie płaczę nad nią… odrzucam ją kompletnie ze wszystkimi jej ludźmi, nie chcę mieć do czynienia z nią, z nimi. Choćby było ich dziewięćset dziewięćdziesiąt milionów a ja sam jeden, oni nie mają racji, Lolu, a rację mam ja, ponieważ ja jeden wiem czego chcę: nie chcę umrzeć.

Banalne? Może, ale wielkim pisarzom wolno więcej. Jeden z francuskich bohaterów Celine’a odmawia walki, bo nie chce znaleźć się trzy stopy pod ziemią ociekający robactwem i bardziej cuchnący niż kilo gówna z 14 Lipca.

***

Wielcy są wielcy, gdyż są jak samo życie, odznaczają się całkowitą pogardą dla estetyki, nie boją się banałów, są głębocy i wulgarni. Są nijacy, wstrząsający i prostaccy. Tak Adolf Rudnicki zapamiętał Gombrowiczowskie uwagi o pisarzach pierwszo- i drugorzędnych.

Cytowany esej wart jest uwagi, bo nie stosuje wobec Gombrowicza taryfy ulgowej. I mniejsza o motywację Rudnickiego, który przecież zaczynał równie obiecująco, jak autor „Pamiętnika z okresu dojrzewania”… Ważne, że autor „Krakowskiego Przedmieścia pełnego deserów” w twórczości Gombrowicza dostrzega przede wszystkim ludzki dramat pisarza, dramat niespełnienia i niemożności. I trafnie go diagnozuje.

Rudnicki nie odrobił lekcji i nie pamięta, że Gombrowicz wielkim pisarzem był. Więcej, sugeruje, że autora „Kosmosu” zalicza do twórców wybitnych, ale jednak drugorzędnych: Drugorzędni to przeważnie imitatorzy. Lecz zdarza się, że drugorzędni są to także owe Wielkie Głowy, Owe Wielkie Jałowe Głowy, którym ich Wielkie Głowy mało przydają się w samym, głównym ich dziele. I nie ma na to rady! Czy tutaj tkwi „iceberg” Witolda Gombrowicza? Z pewnością już wówczas kiełkowały w nim zdumiewające słowa napisane trzydzieści lat później: Im  mądrzej, tym  głupiej… mógł zapomnieć, o co chodzi, lecz rana pozostała…

O cóż chodzi temu Rudnickiemu? Jaka rana? Kochał [WG] pisarzy w rodzaju Szekspira, Rabelais’ go, a na co dzień miał Witolda Gombrowicza z jego Wielką Głową. Kochał wielkich barbarzyńców do tego stopnia, iż marzył o przybliżeniu się do nich przez napisanie powieści pomyślanej jako drugorzędna. Wielcy bywają i pierwszo-, i drugorzędni?

Przypomnijmy: wielcy są jak samo życie, a formę czynią sobie poddaną, bo nie poświęcają jej więcej uwagi niż to konieczne. Barbarzyńcy.

***

W pewnym sensie Gombrowicz był właśnie po Conradowsku dzielny: przyjął swój los, tak jak go rozpoznawał i swojemu przeznaczeniu poświęcił wszystko. Przeznaczeniem był on sam, jego ogromne, napuchnięte i tragiczne „ja”, jedyne, czego naprawdę doświadczył. Był pisarzem i rozumiał, że ma obowiązek rozpoznać i opisać to swoje doświadczenie. Poniedziałek – ja, wtorek ja, i tak dalej, aż po westchnienie przypominające, że kieruje nim nie próżność, albo nie tylko próżność: egocentryzm to obowiązek wobec czytelnika, gwarancja prawdy (?) albo przynajmniej jedyna dostępna forma szczerości.

Rudnicki sugeruje, że Gombrowicz chciał być jak samo życie, ale spętała go forma. Ktoś inny powiedział, że autor „Pornografii” zazdrościł Genetowi szczerości. Możliwe, wielkim zazdrościł na pewno, w tym sensie, że znał swoje zadatki na wielkość. Ciążyła mu jednak Wielka Głowa, pętała obsesyjna nieufność do formy, zahamowania nie pozwalające na tę (zwał, jak zwał) szczerość, na zaufanie słowu i słuchaczowi. Może bał się powtórki z podradomskiego salonu,  naszeptywania, docinków, podśmiechiwania się tych, co wówczas jego debiutanckich opowiadań nawet nie czytali, ale znali recenzję złośliwego zoila, który przeczytał co najmniej tytuł recenzowanej książki?

***

Nieufność Gombrowicza, jego wielka erudycja i imponująca samoświadomość zasupłały się w nerwowy splot. Splątane nitki miały objaśniać labirynt.  Jego dzieło zdumiewa: składa się z niedużego korpusu rzeczy oryginalnych oraz z długiego ciągu egzegezy, którą zajmuje się on sam. Nie zostawia jej nikomu, niewielu jest tych, którym ufa.

I jeszcze raz Rudnicki, rzadko miewa głos: Fala egzegezy za falą egzegezy, kita za kitą, jeszcze kawałek kity, jeszcze odrobina kity! W tej powodzi egzegezy jakże tęskni się za odrobiną zaufania, cienia, mądrości, ciszy! Jakby chciał narzucić światu kaganiec, jakby jak psa chciał poprowadzić świat w kierunku, który on wskaże! I – zarazem – jakby się czegoś bał! Boi się, więc atakuje! Cały czas czuje się ranę…

Gry z formą nie wygrał, nawet jej nie oszukał. Pamiętamy wytłumaczenie: nie ma ucieczki od formy, chyba że w inną formę. Ja piszące o „ja” miało poczucie porażki, niedosytu, braku. Stąd też ten maniakalny przymus uściśleń, dopowiedzeń, interpretacji. Wcale nie łagodzących bólu, nie przynoszących uspokojenia ani rozjaśnienia.

 

***

Wszystko mi jedno, czy Rudnicki otwiera Gombrowiczowską ranę, by go pomniejszyć, czy też po to, by nie wydać go gołębiom na pomnik. Ważne, że czyta go jak bliskiego człowieka, że ujawnia to, co u Gombrowicza mogło zostać wyznane, a zostało jedynie przemyślane. Przemyślane, jak: przedobrzone, przeinteklektualizowane, przetworzone i na koniec przegapione.

Gombrowicz oczywiście bywa wielki (i Rudnicki to przyznaje), szczególnie w „Dzienniku”.  To przecież wielka sztuka tak udawać szczerość, tak mieszać fikcję z autobiografią, by czytelnik zapomniał, że ma do czynienia nie z pamiętnikiem, a ukrytą w diarystycznej formule powieścią. Ta forma służy obu stronom: czytelnikowi, bo wstydliwą skłonność do zaślinionego podglądactwa może ukryć za akceptowalną społecznie namiętnością do literatury; autorowi, bo może przemycać bezwstydnie osobiste zdania, a zdemaskowany bezpiecznie ukryć się za figurą narratora i przywilejem wyobraźni.

Tak właśnie, jak we fragmencie, w którym Gombrowicz niemal otwarcie zapowiada istnienie innego dziennika, dziennika obsesji i fizjologicznej nagości. Pokusy ekshibicjonistycznej, więc ludzkiej, szczerości nawet jemu nie udało się zupełnie zagadać i zasłonić kitą automiłosnej egzegezy, odsłaniającej tragiczne rozdarcie:

Ponieważ naprawdę kochał tylko Szekspira i Rabelais’ go, jakże miał kochać Gombrowicza? Lecz jakże mógł nie kochać Gombrowicza? Rana!

 

***

Rudnicki oczywiście nie wiedział o istnieniu „Kronosu”, ale i bez niego czytał Gombrowicza ostro i głęboko, do mięsa. Czytał czasem niemodnie, pod prąd gombrowiczologii. Jak we fragmencie, który stanowić może celną odpowiedź tym, którzy lekkim słowem powołują autora „Trans-Atlantyku” na patrona konformistów, tchórzy i odszczepieńców:

Rozważania na temat Formy i Braku Formy, Dojrzałości i Niedojrzałości – nie im zawdzięcza on swoje miejsce wśród ludzi. Na emigracji postawił przed sobą miecz, nagi polski miecz, i raz po raz nadziewał się na niego. W ten sposób kraj raz jeszcze odnalazł siebie na stronnicach, które powstały daleko na obczyźnie, daleko od Wisły.

Żołnierz kampanii wrześniowej i Powstania Warszawskiego, rozumiał jednak Rudnicki, że  rany symboliczne bywają ważniejsze od tych wojennych. Jerzy Gombrowicz w tamtej czerwcowej albo lipcowej rozmowie we Wsoli też to chyba rozumiał. Albo przynajmniej, na nasze szczęście, przeczuwał.

Data dodania: 14 lipca 2014

fot. Maciek Bociański

Fot. Maciek Bociański / ML

Ostatecznie Messi nie został Messiaszem. Nie wprowadził Argentyńczyków do raju, a jedynie huknął Panu Bogu w okno, z wolnego w ostatniej minucie dogrywki. Modły piłkarzy i kibiców argentyńskich nie zostały wysłuchane, na nic się zdało żegnanie po trzykroć, załamywanie rąk w modlitewnym geście i wznoszenie oczu do nieba. Zwyciężyła nie wiara, lecz rzemiosło, solidne i nudne jak niemiecki realizm – Niemcy niczym Adolph Menzel zafundowali Argentyńczykom iście królewską walcownię żelaza.

Przed rozpoczęciem meczu telewizyjna kamera zajrzała do szatni Argentyńczyków. W szafce jednego z piłkarzy, Mascherano czy może Di Marii, zobaczyliśmy kilka plastikowych figurek świętych, charakterystycznych dla estetyki argentyńskiego katolicyzmu. Takich samych, jak te wyprodukowane przy współudziale Witolda Gombrowicza, które można obejrzeć w naszym muzeum.

Autor „Kosmosu” nie był wcale aż takim outsiderem, jak chciał, by go postrzegano. Więcej, wykazywał nieraz dużą, choć szczególną, zaradność. Inwestycja w dewocyjny biznes jest właśnie tego przykładem. W 1959 roku pisarz postanowił przeznaczyć  zaliczkę od niemieckiego wydawcy „Ferdydurke” na … zakup wtryskarki do plastiku. Wydzierżawił ją swoim przyjaciołom Świeczewskim, którzy mieli fabryczkę wyrobów plastikowych, a co ważniejsze – w odróżnieniu od Gombrowicza mieli smykałkę do interesów. Choć oddajmy szacunek i pisarzowi, szczególnie jego swoistym talentom finansowym: zaskakująca drobiazgowość, by nie rzec małostkowość, Gombrowicza w pilnowaniu swoich dochodów wyziera przecież nie tylko z zapisków „Kronosu”, ale i z wcześniej znanej korespondencji oraz relacji znajomych pisarza.

Wielcy twórcy są wielcy między innymi dlatego, że, niczym Niemcy Argentyńczykom, nie poddają się rzeczywistości. Dlatego nawet gdy wtryskarkowy biznes świątkowy przestał się opłacać, Gombrowicz zamęczał Świeczewskich, domagając się wypłaty dywidendy. Nie mógł pewnie uwierzyć, że inwestycja, którą wymyślił, nie była arcydziełem. Ponieważ prawdziwych przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie, ale i później, to chociaż produkcja świętych figurek prawdziwych zysków już nie przynosiła, Świeczewscy jeszcze przez czas jakiś nieistniejącą dywidendę pisarzowi przesyłali.

Podobną, mówiąc delikatnie, skrupulatnością, wykazywał się Gombrowicz w kontaktach z wydawcami, o których myślał zresztą nie najlepiej, podejrzewając, że chcą go wykiwać. Pilnował ich twardo i  nieustępliwie niczym Schweinsteiger Messiego, zaskakując przy tym błyskotliwością i niekonwencjonalnymi zagraniami niczym Goetze argentyńską obronę.

Prawie Argentyńczyk, pisarz swojej kariery i finansów wolał pilnować osobiście, z prawdziwie niemieckim pragmatyzmem, nie zawracając głowy Panu Bogu. Niemcy zostali mistrzami świata, Gombrowicz jednym z najbardziej znanych na świecie pisarzy.

Nie jest bowiem jasne, czy Bóg ma czas na oglądanie futbolu i czytanie książek.

Data dodania: 9 lipca 2014

Czy, jak pisał poeta, nie będzie lata tego roku? Kanikuły z wiatrem w głowie, słońcem w oku? Duszno tylko, za duszno i nie ma dokąd uciec przed tym zaduchem. Znów, jak przed ćwierćwieczem, wrze na agorze, że święty Boże też nie pomoże. Proszę, nawet rymy same się czepiają jak odciski pielgrzyma, łatwe i częstochowskie. Nagrzewa się czerep rubaszny, kipi lawa, ale na wierzchu króluje zimne plugastwo. A kysz, a kysz!

Nie wiem, czy sprawiają to taśmy i te niekończące się jak promocyjna rolka papieru toaletowego rozważania o trzech zerosiódemkach wyżłopanych na gangstera przy kolejnym dealu,  ten cynizm opiewany przez modnych guru pospolityczności, a przez elyty przysposobiony pod strzechy swojskiego chlewika, to „łapaj złodzieja” rozlegające się spod gorejącej czapki niewidki wolnego rynku, samowolnego aż po rozwolnienie. Wszystko do nie powiem czego…

Wszystko się powtarza, może i jako parodia, ale wcale nieśmieszna. Szumy, zlepy, ciągi. Wszystko już było, więc za mną pałęta się wierszyk Gałczyńskiego, rymowanka prześmiewcza aż ciarki biegają po plecach jak po ścieżce zdrowia. „Pięć donosów”, mistrzostwo satyry obyczajowej i społecznej, napisane przed osiemdziesięciu laty, naprawdę, tak dawno. A w nim student Bresz, ten, co to czesał się nader ekscentrycznie, przedziałek z tyłu robiąc też i tym przedziałkiem naród dźgał, wprawiając w zamęt karność mas. I jego monolog, tak wywrotowy zdaniem piszącego donos podmiotu lirycznego:

  – Pani Rosjanką jest, Tatiano,
i znał Tołstoja pani mąż,
niech pani powie, skąd co rano
taki się smutny budzę wciąż?

A przecież mam już niepodległość
i wojsko własne, własny skarb,
ale ta cała niepodległość
ciąży na plecach mi jak garb.

I Wisłę mam, i inne rzeki,
i własną sól, i własny len.
A ja bym chciał gdzieś w kraj daleki,
co samą nazwą wprawia w sen…

O monologach romantyków
donoszę, panie naczelniku.

Któż dzisiaj potrafi tak pięknie donosić, chciałem powiedzieć – rozśmieszać? Już i na mas media liczyć nie można, skoro nawet nowoczesne i postępowe „Fakty” kosmopolitycznego potwora ze szkockiego jeziora zastąpiły w tym sezonie orłem białym, a właściwie ptakiem, co orła w godle naszym podstępnie udaje. Wprost, nomen omen, trudno uwierzyć, ale doświadczony ornitolog ogłosił przed kamerą, że orzeł nasz narodowy żadnym orłem nie jest. Ani wielkim, ani przednim. To zwyczajny orłan, bielik pospolity, co ani tak szlachetny nie jest, ani tak dzielny, jak  żeśmy o ptaku naszym narodowym myśleli. Przeciwnie, według TVN bielik tchórzliwy jest, podstępny i ostrożny, od polowania woli padlinę, a zagrożony rejteruje, nie po naszemu zgoła. Na dowód pokazano, jak w zoo orzeł bielika przegania jednym ruchem dzioba.

Więc to tak? Nie dość, że naród taśmami spętany zamiast odpoczywać, nadsłuchuje nieustannie, co tam jeszcze podsłuchano, to jeszcze cios taki w plecy zadany. Zamach na orła oczywisty, gorszy niż zamach na stan. Pytania się cisną nie nowe: Któż za tym stoi i czemuż to służy? A skoro służy, to jakimże służbom? I czyim interesom obcojęzycznym? I dlaczego teraz właśnie służy, gdy pół narodu na wakacje się wybrało, a to większe pół się nie wybiera, bo go nie stać i tamtej połówce zazdrości? I łatwo się domyśla, podsłuchów nasłuchane, skąd to mniejsze pół na wakacje wzięło, bo nie z etatu przecież, kto by tam na etat liczył? Tym bardziej, że z liczeniem coraz gorzej, jak matura z matematyki pokazała. Lecz nie matura, a chęć szczera…

I tak pytania bolesne zadając, utwierdzam się w przekazywanym przez pokolenia przekonaniu, że złytoptak własne gniazdo kala, nawet jeśli w nim rzeczywiście nie orzeł, a bielik pospolity przesiaduje.

O czym, dyskretnie i bez krzyku, donoszę, panie naczelniku…

Data dodania: 23 czerwca 2014

Stylista z mości Sienkiewicza jak z koziej dupy trąba. Od sławnego przodka przejął jeno zamiłowanie do krotochwili i gadulstwo nieposkromione, aż go redaktorzy na odcinki podzielić musieli i trylogia z tego wyszła, chyba że to jeszcze nie koniec. Zresztą, może to redaktorzy dzielili, a może kto inszy.

Dowiedzieć się tego mamy, jak tylko minister Sienkiewicz niczym Kmicic winy odkupi, podsłuchiwaczy – tuhajbejowych synów łapiąc i premierowi na palu ich przynosząc. Na palu metaforycznym oczywiście, bośmy są przecież cywilizowani aż strach.  Naprawdę strach. Czy jednak realny jest lęk o państwo, które istnieje tylko teoretycznie, więc którego tak naprawdę nie ma?

Zostawiając na boku knajpianą fenomenologię (ośmiorniczka czy udziec z mlecznej jagnięciny, panie ministrze?), zauważyć trzeba, że oto po raz kolejny w dziejach Rzeczypospolitej jej wierne syny cierpią z powodu książek zbójeckich. Bo Bartłomiej Sienkiewicz to człowiek naprawdę oczytany, jak mieliśmy okazję przekonać się podczas spotkania we Wsoli. Jest też (był?) dobrym analitykiem, potrafiącym wyczytaną wiedzę zastosować do analizy sytuacji praktycznych, a także kreowania politycznych scenariuszy. Ma dobre pióro, był uznanym publicystą. Więc po cholerę tam polazł? Nie, nie do Sowy: tam, czyli do polityki. Z podsłuchań wynika, że winny jest testosteron i harcerskie zamiłowanie do podchodów. Powaga podejrzanie chętnie odziewa się w krótkie majtki.

Nie jestem z tych, co to belki we własnym oku nie widzą, nie trzęsę się więc z oburzenia na vaginalno-falliczną stylistykę dialogów podsłuchanych w knajpie u Sowy, raczej nie przez przyjaciół. Żal jedynie, że ludzie tak wykształceni nie przeklinają z większą fantazją. Wiem też, że kuchnia polityczna nie wygląda jak po interwencji Magdy Gessler i nie dziwię się, gdy ktoś mówi, że od polityki trzyma się z daleka, bo pachnie ona jak jaja po chińsku przyrządzone w prowincji Zhejiang. Ale Sienkiewiczowska fraza o państwie istniejącym tylko w teorii mnie dotknęła. Pomyślałem, że minister, który między jednym a drugim sznapsem rzuca taki bon mot o kraju, którym rządzi, powinien wrócić do czytania książek.

Choć może niech już lepiej nie czyta? Wszak karierę polityczną zaprzepaścił także przez tę cholerną erudycję i potrzebę błyszczenia, którą odczuwa niejeden intelektualista. Mówiąc o państwie istniejącym tylko teoretycznie, Sienkiewicz nie tokował towarzysko między wódką a zakąską, lecz naprawdę użył skrótu myślowego. W końcu spełnia podstawowe kryterium ich używania – jest człowiekiem myślącym.

Otóż pod koniec 2012 roku w „Przeglądzie Politycznym” (o czym pewnie nie przypadkiem przypomniał teraz na fb jeden z obrońców ministra) Bartłomiej Sienkiewicz  opublikował szkic na temat książki „Fantomowe ciało króla”, przez chwilę głośnej w środowisku historyków i politologów. Szkic Sienkiewicz zatytułował „Państwo na niby”, nawiązując do kontrowersyjnej tezy recenzowanej rozprawy: że od śmierci ostatniego Jagiellona Polska istniała jedynie jako fantom, ideologiczna fikcja. W jednym z największych państw chrześcijańskiej Europy wyparowała bowiem wtedy realna władza, na tronie obsadzano żałosne figury, wybierane podczas plemiennych wieców na polach Mokotowskich, często przy pomocy pieniędzy z ościennych państw.

„Polska jako państwo po prostu nie istniała, była fikcją ubraną w kostium symboliczny” – streszczał śmiałą diagnozę Sienkiewicz. „Abdykacja realnej władzy otwiera pole do powstania władzy gdzie indziej – już niekontrolowanej, bez praw ją ograniczających i bez hamulców odpowiedzialności za całość. Samokolonizacja zarówno w stosunkach wewnętrznych (pańszczyzna), jak i zewnętrznych (polski handel zbożem) i załamanie cywilizacyjne – wszystko to składa się na obraz kraju, który zrezygnował z innej niż prywatna polityczności. Kiedy dokonywał się ostateczny rozbiór Polski na jej terytorium nie było ani jednego publicznego stałego mostu. Żeby budować kamienne mosty trzeba działać wspólnie, nie wedle prywatnej polityczności.” A to aktualnych skojarzeń nie koniec.

„ (…) nie zauważamy, że żyjemy na co dzień w kolejnym fantomie. Wystarczyło by polityk sprawujący przez ostatnie pięć lat władzę zachwiał się w swoim autorytecie politycznym, a wydaje się, że wszystko zaczyna wracać do normy: państwo przestaje istnieć, zaczyna rozkładać się w przyspieszonym tempie, skoro jedyna siła je scalająca była władzą jednego człowieka, a nie reguł i procedur, rozsądku i dobrego zwyczaju. Zimna wojna domowa jaką toczymy od siedmiu lat jest jak pełzająca konfederacja – udając politykę, de facto jest jej zaprzeczeniem. Paraliżuje państwo i zdolność do jego korekty, do jednej słabości dodaje kolejne.” – przestrzegał, jeszcze nie minister, przed kilkunastoma miesiącami. Wnikliwie, diabelnie wnikliwie.

Więc co teraz? Co dzisiaj? Jutro? Co stanie się, gdy środki znieczulające przestaną działać i w końcu poczujemy bóle fantomowe? Gdy wytrzeźwiejemy po pijarze? Najłatwiej oczywiście żartować, ale jak tu nie żartować, skoro kpi sobie z nas historia, nie przepuszczając nawet najdrobniejszej okazji: autor recenzowanej przez ministra Sienkiewicza książki nazywa się Sowa. Jan Sowa, nie kucharz.

***

W dniu opublikowania podsłuchanych rozmów szefa MSW i prezesa NBP Rosjanie zakręcili Ukraińcom kurek z gazem i kontynuowali przerzucanie dywizji pskowskiej na ich granicę. Za paręnaście godzin wybuchnąć miała rura z wielkoruskim paliwem dla Europy Zachodniej. Polska prasa odkryła, że Niemcy zupełnie otwarcie lobbują za kolejnym korytarzem gazowym, omijającym już nie tylko Polskę, ale i Ukrainę. Giełda poleciała w dół, osłabił się złoty.

W drodze z pracy dziesięć kilometrów ze Wsoli do Radomia pokonywaliśmy przez trzy kwadranse, bo kilku zmęczonych słońcem robotników wylewało z kubełków gorący asfalt w dziury kaleczące trasę szybkiego ruchu. Ruszali się jak muchy w smole, jak na zwolnionym filmie. Bezwiednie zacząłem zastanawiać się, czy aby na pewno są realni.

Następne dni nie wyjaśniły niczego. Było jeszcze ciemniej. – Strach się bać – mawia znajomy pijaczek, biesiadujący z tyłu pobliskiego sklepu. Swoją sentencję wzbogaca zwykle kilkoma wyrazami, których na blogu publikowanym przez szacowne Muzeum Literatury przytoczyć nie mogę.

Data dodania: 16 czerwca 2014

Dzień był prawdziwie letni: wypieczony jak chleb i jak chleb dobry. W Zielone Świątki słońce prażyło tak, jakby chciało zapalić tatarak, którym zakwitły płoty, nawet te nowsze, z betonu nieudolnie udającego kamień. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Zaborowia, pewnie zadziałała zapisana w nazwie obietnica cienia. W każdym razie Chronów odłożyliśmy na inny czas.

Zaborowie wbrew nazwie leży nie za górami, za lasami, ale kilka kilometrów stąd, niezłą drogą z unijnych środków i asfaltu obliczonego już na następną dotację, nad rzeką Szabasówką, przypominającą, że mieszkali tu kiedyś tacy, co inny dzień święty święcili, bo tak im objawiono.

Południe robiło się beznadziejnie senne, jak mucha złapana na lep i zbyt zmęczona, by próbować się uwolnić. Oczy zmrużone przeciw słońcu, ale można jechać i tak, bo brzeg drogi dobrze oznakowały maki, rozlewające swe czerwienie spomiędzy całkiem już sporego zboża. Mądrość ludowa, nie objawiona, lecz ciężko doświadczona, przestrzega, by nie zasypiać w dojrzewającym, pylącym zbożu, bo można we śnie jak pszeniczna bułka jasnym i jak chleb dobrym zasmakować tak bardzo, że aż się więcej nie obudzić. Takie tam gadanie?

Wracaliśmy znad Szabasówki po kwadransie, odprawiwszy rytualny obrządek zachwytu nad rozmywającym się w zieleni, nerwowym biegiem rzeczułki, wyrywającej się brzegom i poprzecinanej zawalonymi pniami drzew, przygarniającymi spływające z łąk wiązki siana, którego już nikomu nie chciało się zwozić, bo jedni pomarli na starość, a drudzy zachorowali na nowoczesność i wyjechali za łatwym chlebem. Wracaliśmy, najpierw te dwieście metrów podjazdu po szosie z zapadającym się po bokach asfaltem, kruszącym się jak przeterminowana, zwietrzała czekolada.

Po lewej zabałaganiony las, nieciekawy, ponury, inaczej niż rozrastający się po prawej barszcz Sosnowskiego, jeszcze nie rozkwitły, ale już imponujący: białe maczugi na zielonych styliskach, kuszące, by je zerwać. Naiwni wyrzucają je potem byle gdzie, byle szybciej pozbyć się piekielnej parzychy. Ta jest już wszędzie, przywleczona ze wschodu roślinna zaraza, kara za butną próbę przechytrzenia natury, rozpleniająca się podstępem, z łaski ludzkiego zamiłowania do rzeczy bujnych i pięknych. Albo ze zwyczajnej pazerności.

Las dawał błogosławiony cień, ale żadna łaska nie trwa długo. W połowie podjazdu, gdzie czuć już podstępnie łagodną, wydłużoną stromiznę, wyjeżdża się prosto w słońce i nawet całkiem już wyrosłe zboże nie daje cienia, a jedynie szansę na podmuch wiatru. Tym razem wiatr gonił coś, co właśnie? Obłok unoszący się nisko nad zielonymi kłosami, wstający wprost z ziemi, sino szarawy, rozpełzający się jak dym, zwiastun ognia, który wysuszone pole zeżarł by w pięć minut, wypluwając przypalone jaszczurki, polne koniki i nieroztropnie gniazdujące na ziemi ptaki. Zatrzymałem się, raczej odruchowo niż z jakimś planem, bo i jaki plan mieć tu można, w szczerym polu, jeszcze szczerym. Dobrze, że jednak nie spuściłem się z łańcucha i wsadziłem w kieszeń telefon komórkowy, alarmowy. Szare  obłoczki zawirowały jednak, zmieniły kierunek i dopadły mnie, zanim sięgnąłem po aparat. To nie był dym, to coś znad zboża pachniało zupełnie inaczej niż trwoga na pożogę.

Zapachniało dzieciństwem, domem, odświętnie, przecież wszystkie śmiertelne pułapki pachną dawnym szczęściem, obiecując powrót. Pachniało chlebem, spieczoną dopiero co skórką, jak wtedy, gdy w przedświąteczny poranek stawało się w długaśnej kolejce, która nie mieściła się w maleńkim sklepiku piekarni na Nowogrodzkiej, więc ci, co sterczeli na zewnątrz, czekali znalezienia się po tamtej stronie drzwi jak zbawienia.

To było niczym odmawianie litanii, to odliczanie, ile osób przed tobą, zgadywanie, po ile bochenków będą kupować i czy tym razem wystarczy. Chleb wwożono wprost z piekarni w drewnianych wózkach, wypełnionych wypiekami tak gorącymi, że trzeba było nie lada zręczności, by wrzucając je na półki nie poparzyć sobie dłoni. Najgorzej, gdy było się już w środku, prawie przy ladzie, a tu ktoś kupował ostatnie bochenki, trzeba więc było poczekać kolejny kwadrans albo i dwa. Mdlący, brązowo rumiany zapach chleba wypełniał sklepik, bez litości wykręcając złaknione trzewia, mącąc zmysły, zawrotami głowy podważając prawo ciążenia. W końcu jednak, w nagrodę, można było odłamać gorącą, skrzącą się okruchami piętkę i schrupać ją na mrozie.

Tak było kiedyś, teraz staliśmy na szczycie podjazdu przy poszarzałej figurce, pamiątce po epidemii, wystawionej przez tych, co przed kilkudziesięciu laty przeżyli swoich umarłych, by wkrótce grzebać kolejnych, zabitych przez wojnę. Wiatr uspokoił się na chwilę. Po niebie leniwie błękitnym snuł się zamorski anioł stróż – wielki samolot zwiadowczy, dyszący w złocenia i farbkowe błękity czterema rozmazującymi się bruzdami. Kto go tam zresztą wie, czy to stróż, czy może przybywający nie w porę zwiastun nieszczęścia?

Odleciał, a wrócił wiatr anarchista, cichy jak duch i jak duch tchnący kędy i kiedy chce. Wiatr pocieszyciel, którego każde tchnienie może zamienić się w przyjazne, pachnące przeszłością westchnienie, ale może również – na przykład jeśli zasnąć nieopatrznie – okazać się wytchnieniem, czyli ostatnim tchnieniem, używając słów po Norwidowsku, co zawsze grozi wpadnięciem w patos albo niemodne serio. Las, czekający nas na dole, był jak usprawiedliwienie.

Ruszyliśmy ku niemu rozgrzanym zjazdem. Popielaty asfalt, zgodnie z prawami poetyki, a nie fizyki, unosił się nad szosą galaretowatą mgiełką i lewitował rozedrgany. Wiatr studził twarz i ręce, wpadał za kołnierz, osuszając plecy. Nogi mogły odpocząć, aż po granicę drzew. Wtoczyliśmy się w cień. Las nie pachniał drzewem ani zielenią. Pachniał kamienną wilgocią, jak studnia albo krypta.

Strona 2 z 1312345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury