Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 23 stycznia 2014

Ta zima nie składa się w sensowną całość. Nie dość, że bezczelnie spóźniona, to zaczęła się deszczem. Zbyt ociężały, by zamienić się w śnieg, spadał zamarzniętymi kroplami wprost pod nogi miejskiego gołębia, szaroburego dachowca, który lądował koło śmietnika, wpadając w niezgrabny poślizg. Zatrzymał się w końcu i zawzięcie próbował wydziobać spod lodu piasek, który pewnie wypadł spod powiek zaspanemu dozorcy, o czarnej godzinie odkuwającemu dzień z mroźnej nocy.

Zwykle w tym miejscu staruszki wysypują ptakom okruchy, ciesząc się później ich radosną dziobaniną. Ale tej zimy nic nie jest takie, jak się wydaje, więc i starsze panie na wszelki wypadek nie wychodzą z domów, by przeczekać lodowy bezsens. Nawet tekst, zupełnie jak ta rozwodniona zima, nie chce się skleić w porządną całość, z trudem przerywając milczenie.

***

W czas nie sprzyjający podróżom zamierzałem napisać o Paszporcie „Polityki”, przepustce do literackiej sławy. Ale o czym tu pisać? Zmroziło mnie nieco uzasadnienie nagrodzenia gonzoreportażu „Przyjdzie Mordor i nas zje”, bo przecież tak wybitni arbitrzy nie musieli czekać na książkę Ziemowita Szczerka, by dowiedzieć się, „że żadna podróż, a zwłaszcza podróż na Wschód, nie jest niewinna”. Uzasadnienie zgrabne, jak piruet na zdradliwie oblodzonym trotuarze.

Szczerek oparł swą epigońską „opowieść drogi” na schemacie trzech „p”: pijmy, palmy, przeklinajmy. Ukraiński odlot pogłębił refleksjami na temat nadętej i zakompleksionej polskości, wywyższającej się na tle gorszego Wschodu, a także innych przywar, celnie wytykanych nam – a jakże – przez niemiecką turystkę, szukającą egzotyki i mocnych wrażeń. Ale – wrażenie nieodparte jak zima w polskich kolejach – tak o polskości i o Wschodzie pisało już naprawdę wielu. I na trzeźwo, i po pijaku.

Cóż, „nie można przecież brać na serio faceta, który jeszcze nie zdążył się zaprawić! Za to wieczorem – jakież są we mnie głębie! – jeżeli, oczywiście, nawalę się dobrze w ciągu dnia – jakież przepastne głębie rozwierają się we mnie wieczorami!” To oczywiście nie Szczerek, lecz Wieniedikt Jerofiejew, który miał to szczęście, że by poznawać i opowiadać Wschód, nie musiał jeździć daleko, ot, zaledwie z Moskwy do Pietuszek.

Szczęście wątpliwe jak literackie mody albo tegoroczna zima.

***

Koniec żartów. Minęło kilka tygodni, a ta historia nie daje mi spokoju. Przykleiła się do pamięci jak lód do wyziębionej nad ranem szyby. Historia prawie wigilijna, którą (te zbyt literackie przypadki!) przeczytałem tuż przed Świętami, niemal w 170 rocznicę ukazania się opowieści Dickensa. Kusząco medialna, pojawiła się nawet w poważnych publikatorach. (Poważnych niczym dzisiejsze prognozy pogody, choć trochę bardziej przewidywalnych.)

Chora na białaczkę ośmioletnia dziewczynka opowiedziała na społecznościowym portalu o swoim wielkim marzeniu: by raz jeszcze za oknem zobaczyć i usłyszeć kolędników. Rzecz działa się w Ameryce, krainie ludzi z europejskiego punktu widzenia zbyt infantylnie sentymentalnych, więc na kilka dni przed Wigilią pod domem dziewczynki zjawiło się i zaśpiewało dziesięć tysięcy wzruszonych kolędników.

Dziecko zmarło nad ranem w Boże Narodzenie, puentując historię tak dosadnie i patetycznie zarazem, że żaden szanujący się pisarz po nią pewnie nie sięgnie, obawiając się zsyłki na głęboką półkę z grafomanami. Nie wypada już przecież w literaturze zadawać Wielkich Pytań, zresztą od czasów Hioba wiadomo, że pytanie Boga o sens takich historii jest zajęciem daremnym.

W końcu wraz z ogłoszeniem  „śmierci Boga” zrezygnowaliśmy z sentymentów i irracjonalnej nadziei, godząc się na przeprowadzką do zimnego pałacu Królowej Lodu.

***

Nie wszyscy, na szczęście nie wszyscy. Nie da się amputować wyobraźni. Ani zadekretować zakazu jej używania. Chociaż? – jeżeli można zadekretować nadanie elfom prawa weta w sprawach administracyjnych, jak uczyniono w Islandii? Na zagrożone interesy elfów powołał się sędzia, który niedawno przerwał budowę drogi z Rejkjaviku na Półwysep Alftanes aż do czasu, gdy elfy przeniosą się na inne tereny.

Wyrok stał się oczywiście głośny, a media komentowały go przytaczając wyniki badań, według których jedna czwarta Islandczyków jest święcie (święcie?) przekonana o istnieniu swoich mitycznych współobywateli, a osiemdziesiąt procent mieszkańców kraju, w którym jednego dnia można doświadczyć wszystkich pór roku, uznaje istnienie elfów za prawdopodobne.

Być może ta anegdota to tylko część dobrze wymyślonej kampanii  promocyjnej stawiającej na turystykę wyspy. Może, ale na wszelki wypadek (i z dziwną przyjemnością) próbuję zapamiętać nazwę elfiej stolicy: Haf-nar-fjor-dur… Hafnar-fjordur… Hafnarfjordur.

Bo zamiast gapić się na poprzecierane, cienkie płachty śniegu za oknem i łatać kolejny tekst ze zbyt długo milczącego cyklu, czas ruszyć w nową podróż. Podróż-lekturę, w opowieść ważną i poruszającą, która nie musi być ani modna, ani nagradzana.

Data dodania: 3 stycznia 2014

Jak to było u Tuwima, którego rok właśnie przeminął? „A tancerzy w hucznej sali/ Jeszcze ciągle diabli brali/ diabli brali/ diabli brali.” No właśnie.

Dla tych, którzy widzieć je chcieli, niepokojące znaki pokazały się już wczesnym przedpołudniem. Ludzie wybiegali ze sklepów z siatami pełnymi zakupów, jakby spodziewali się najgorszego. Z foliowych toreb wystawały wyzywająco szyjki butelek wypełnionych łatwopalnymi płynami. Materiał na lonty, przezornie wyciągnięty z garderobianych głębin, błyszczał i mienił się wyzywająco na wieszakach. Wystarczyło pociąć, odpowiednio połączyć i koktajl gotowy.

Pierwsze wystrzały rozległy się jeszcze za dnia, na kilka godzin przed historyczną nocą. Może dlatego właśnie nie widać było dymu i błysków, detonacje rozlegały się jednak rozgłośnie, aż szyby drżały w oknach ze strachu i podniecenia. Takie tam rozpoznanie walką, czyli gry wstępne harcowników. Prawdziwa bitwa rozpoczęła się jednak ze trzy godziny później, kolorowymi seriami między budynkami rozcinając zmierzch jak papier skrywający prezenty. Zagubieni, nieliczni już cywile przemykali cicho chodnikami, jezdnią sunęły jeszcze nieświadome zagrożenia auta.

Po godzinie kanonada przycichła, ale nas, z pokolenia wychowanego na wojennych filmach i serialach, taka cisza zmylić nie mogła. Wiedzieliśmy: po niej nastąpi szturm frontalny i ostateczny. Trwały przygotowania i przegrupowania, przeciwnik bronił się widocznie silniej niż zwykle, bo z okolicznych dzielnic zawezwano posiłki. Ochotnicy zbliżali się z dzikim wrzaskiem, bezładnie strzelając na vivat, a może i postrach. Im bliżej północy, tym bardziej nasilała się kanonada. Piski, okrzyki i przekleństwa nacierających stawały się coraz bardziej radosne i bełkotliwe, co dawało nadzieję, że wróg jednak w odwrocie. Radość wzmagały też zapewne płynne endorfiny, które bojownicy wlewali w siebie z pełnym poświęceniem.

Kilkanaście minut przed północą zwycięstwo wydało się oczywiste. Pokonany chyba nie od razu pogodził się z klęską, bo zmuszony do ucieczki, okopał się jeszcze gdzieś wysoko, nad dachami wieżowców, w nisko zawieszonych chmurach. Szans nie miał jednak żadnych, bo do walki weszła artyleria dalekiego zasięgu. Żółte, czerwone, pomarańczowe, złociste i jakie tam jeszcze rozpryski pokazywały, jak wysoko sięgają pociski z opanowanej przez popleczników Nowego ziemi. Wystrzeliwane z różnych punktów wyzwalanego miasta tworzyły na niebie nową granicę: zimny blask ogni zaporowych. Stare, wycieńczone obroną, nie miało sił na kontratak.

Kanonada trwała jeszcze nieprzerwanie przez następna godzinę albo i dłużej. Psy, alarmy i karetki wyły w podobnych tonacjach. Ci, którzy nie tak łatwo upijali się zwycięstwem, walczyli z cieniami do rana. Zwolennicy Starego, dla których wcale nie był taki zły, więc nie pragnęli jego odejścia, skryli się pod pierzynami albo pragmatycznie pogodzili z nadejściem Nowego. Walczyć więc nie było z kim, toteż nieliczni bojownicy, których nie zmorzył sen i przywołujące go środki, bili się między sobą, a zmagania z pustoszejących ulic przeniosły się do mieszkań. Małe wojny domowe nie były już tak spektakularne, więc jako materiał do opisu zainteresować mogły jedynie wyznawców małego realizmu. Ci jednak odeszli już dawno, z jeszcze starszym Starym, lub też przeszli na modny autotematyzm albo nawet reportażyzm.

Rano, inaczej niż u Tuwima, słońce nie kwapiło się do wstawania, więc pobojowisko wyłaniało się z mroku powoli. W końcu jednak nikt nie miał wątpliwości: stary rok odszedł na zawsze. Nie żyje król, niech żyje król! Tego nowego lud też przegoni za dwanaście miesięcy.

Więc wszystkiego dobrego. Wszystkiego. Spodziewać się można.

Data dodania: 20 grudnia 2013

Kartek świątecznych nie wysyłamy od dawna, więc w odwecie piszą już do nas tylko nieliczni, wytrwali albo tak dobrze wychowani, że niepamiętliwi. Dzwonimy do naprawdę bliskich i zapamiętanych, zaś konwencje towarzyskie zaspokajamy esemesem. Taki nowy obyczaj.

Nie pamiętam od kiedy, ale nie lubię świątecznych pocztówek, szczególnie tych bajecznie kolorowych, ze żłóbkami, pastuszkami, bydlątkami, Jezusikiem lalkowatym, udającym młodzika Józefem i Maryją, o której pocztówkowej twarzy nie da się nic powiedzieć. Od zawsze denerwowały mnie też rodzinne listy postkrypcyjne: czy aby nikogo nie pominęliśmy, przymus pamiętania o tych, którzy nie zapominają o nas. I świąteczna zagadka zamiast tajemnicy: czy kartka dojdzie na czas i kto w tym roku się zagapi?

Możliwe, że te landszafty z odświętną, udawaną radością przestałem lubić wtedy, gdy po raz pierwszy dopadła mnie wkołoświąteczna nostalgia. Nostalgia za czymś niby nieznanym, a jednak nieobcym, nigdy niewidzianym, ale pamiętanym przecież, za czymś, czego pewnie lepiej nie nazywać, pocieszając się, że to tylko dzieciństwo albo żal dni niewypełnionych i rozmów za wcześnie zmilczanych, staczających się w głupstwo. Kto to wie, niech lepiej milczy.

Wszystkie te złocenia i kolorowości, brokat na ogonie komety i różowiutka buźka Dzieciątka na tle pasmanteryjnego błękitu matczynej szaty, te purpury i zakręcone wysrebrzenia brodatych mędrców, biel baranów i ich pastuszków w przyklęku, papugowatość ptasząt szczebioczących, a jakże, radośnie – może wszystko to drażni mnie tak dlatego, że nostalgia nie jest kolorowa: jest czarnobiała jak jej ojczyzna zima. Z czasem nabiera jeszcze dodatkowych odcieni: szarości i sepii, gdy sięgnąć daleko, na półkę odległą, po okryty kurzem album albo tęskniącą za uważnymi oczami książkę, z której czasem wypadnie świąteczna kartka. Jak nieoczekiwany spadek.

Tak właśnie, nieoczekiwanie, zostałem przed kilkoma tygodniami spadkobiercą pokaźnego księgozbioru bliskiej mi osoby. Jej księgozbioru, więc i fragmentu jej pamięci. Właścicielka książek odeszła przed dwudziestu laty, dziś zaś osoba, która jej biblioteczkę i pamięć chroniła przed rozproszeniem, sama traci siły. Więc widocznie czas na mnie, na nowe półki i lektury nowe. Albo ponowne, jak powracające wspomnienia.

Przeglądam ten spadek od kilku tygodni, odkurzam i przymierzam do zamówionego regału, wymyślając klucze i porządki na półkach. I cieszę się, że te kilkadziesiąt, a może i więcej, tomów i tomików trafiło do mnie, choć mogło pójść w poniewierkę, w najlepszym wypadku antykwaryczną. Nie wiedzieć czemu, nie wymyślono jeszcze sierocińców dla książek nagle opuszczonych,  pozostawionych ku pamięci, ale i zmartwieniu spadkobierców małych metraży, obrosłych już przecież w rzeczy własne i ważne inaczej. Naprawdę, przydałyby się przytułki dla książek, chociażby na wzór tych dla zwierząt, z wygodnymi, jasnymi półkami, z przyjazną temperaturą i wilgotnością, a przede wszystkim z wolontariuszami, którzy by osierocone książki odkurzali co czas jakiś, a potem czytywali fragmenty, rozdział albo choć parę stron, zanim odstawią je znowu na półkę, bezpieczną i zadbaną.

Przeglądam ten spadek niespiesznie, tysiące stron zapisanych słowami  tłumu autorów składają się jednak na jeden tekst, zapis pamięci osoby, która je kiedyś czytała. Ta pamięć skrywa się też między stronami, nie, nie w formie przemilczeń, lecz w postaci kartek świątecznych i nie, szczególnie ważnych, więc zachowanych, albo też pozostawionych przez zwykłe zapomnienie. A dziś i tak pamięci przydatnych.

Wśród nich ta niezwykła, kartka niczym makatka: na płótnie naklejonym na sztywny papier nadrukowani wszyscy bohaterowie Bożonarodzeniowej nocy, narysowani prostą kreską, biało na czarnym, minimalistycznie i przez to bardziej znacząco. A na odwrocie tekst, list pisany piórem naprawdę wiecznym, bo ani trochę nie wyblakły, choć przecież z bardzo odległą już datą nadania, z równie dalekiego miejsca: Boże Narodzenie 1963, Buenos Aires. Rękopis niby wyraźny, lecz niełatwy do odczytania, nie tylko z powodu trudnego charakteru pisma, ale i dlatego, że pisany cyrylicą.

Na razie rozumiem jedynie życzenia i pytania o zdrowie, pozostała część pisanego maczkiem tekstu, nieodcyfrowana, pozostaje dla mnie niejasna. A przede wszystkim niezrozumiała dla mnie jest historia tej kartki i tej znajomości. Adresatka miała biografię bogatą, tak interesującą, że na pewno kiedyś do niej wrócę. Ale wśród wielu jej znajomych, rozsianych po świecie, zagonionych tam polskimi wichrami, o których słyszałem i których zapamiętałem, nie było żadnych Rosjan. Wot, tajemnica.

Rozjaśni ją pewnie dokładna lektura tekstu, ostatecznie mam kilku znajomych rusycystów. Może zresztą obejdzie się bez ich pomocy, może wystarczy lupa, kilka godzin przy biurku i słownik na nim. Ale to jeszcze nie teraz, nie przed Świętami. Teraz niech przynajmniej ta kartka z przeszłości, z dalekiego miasta i zapomnianego języka, skrywa swą tajemnicę, skoro przepadła w mojej niepamięci tajemnica świąt niepojętego narodzenia.

Data dodania: 11 grudnia 2013

Grudzień wpędza nas w dziecinnienie. Prezenty, sentymenty, wspomnienia jak spadające gwiazdy, szybsze od życzeń, niewypowiedzianych, bo wymyślanych zawsze o chwilę za późno. Wzruszenia popadające w literackość, podpadające pod paragraf o szkodliwej naiwności. Jeżeli czegoś oczekiwać, to tylko rózgi, wszystko ponadto jest niezasłużonym darem losu. Albo niebios.

Te czemuś ostatnio przychylne, podejrzanie słońcem łaskawe jak na tę porę roku. Nawet Ksawery ledwo o północną Polskę zawadził, woląc jak nasi emigranci Anglię, Irlandię, a nawet, czego nigdy zrozumieć nie potrafiłem, chmurną, pomroczną Islandię. U nas też, na szczęście tylko kilka, dni pomroczności niejasnej, najgorszych w całym roku, gdy światła zapalać trzeba tuż po przebudzeniu, inaczej można, kołdrę ponownie naciągając na głowę, w melancholię i depresję zabłądzić. Niby to nie grzech, da się leczyć, ale życia nie ułatwia. Zwłaszcza gdy już nawet nie wypada pod poduszkę zaglądać, sprawdzając, czy czego święty nie przyniósł. Nie tylko nie wypada, ale i niebezpiecznie, bo po tej stronie chronosu kontakty ze świętymi dozwolone są tym jedynie, którzy w dewocję uciekli. Dla pozostałych widzenie  świętych postaci niczego dobrego nie oznacza. Niczego.

Jeszcze kilkanaście dni, a pognamy wszyscy do stajenki, w odruchu stadnym, odwiecznym. Pognamy z wiarą ojców albo tylko z pamięcią o nich, ich zwyczajach i opowieściach powtarzanych przez pokolenia jak głuchy telefon, niby wciąż tych samych, a inne, poprzekręcane sensy niosących. Nieważne, gdzie znajdujemy tę stajenkę lichą i ten żłóbek, od święta zdrobniały i semantycznie dowartościowany: w dusznym dwa razy do roku kościele; w wartym mszy promocyjnej markecie; na skibie przymarzniętej do miedzy, za daleko zaoranej; czy wreszcie przy znów za małym stole, na którym tłoczą się symbole postnego dostatku, z karpiem w ukrywającej ślady morderstwa galarecie na honorowym miejscu. Tuż obok sianka, zerwanego pewnie gdzieś u podnóża Wielkiego Muru i zafoliowanego na daleką drogę.

Za kilkanaście dni nabędziemy więc kolejny rok, nabędziemy przez świąteczne zasiedzenie, po którym zwykle robi się jeszcze smutniej: bo czekanie na kolejne święta takie długie, może chociaż te następne tak szybko nie przelecą. To jednak za kilkanaście dni, a teraz jeszcze depresji dawać się nie wolno, trzeba siły zebrać na zamiary i wyjść z murów na przefiltrowane mrozem powietrze. I chodzić, dużo chodzić – jak w zmierzchającej już przeszłości usłyszał mój przyjaciel, który przed obowiązkową służbą wojskową schronił się w szpitalu psychiatrycznym. Służby dziś zdecydowanie mniej, ale obowiązków przybyło tak, że niektórym już tylko depresja schronienie daje. Generalnie jednak nie dajemy się jeszcze, jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie… Więc proszeczek, tak, ten różowy, i chodzić, dużo chodzić.

Najlepiej, gdzie oczy i nogi poniosą. W czas taki wcale nie dziwne, że jednak w dzieciństwa dzielnice mnie poniosły, do Leśniczówki, która kiedyś, zanim parkiem się stała, naprawdę leśniczówką była, na obrzeżach miasta postawioną. Spacer nie tylko sentymentalny, ale i literacki, bo Zbigniew Kruszyński, pisarz znany i uznany, na dodatek stąd pochodzący (stąd jak najbardziej) i do R. się przyznający, park ten do literackiej wieczności przeniósł. Kto wie, czy nie w ostatniej chwili.

Przeniósł pieczołowicie: z potokiem, zawzięcie niszczącym niedbałe wzmocnienia brzegów i dna, z betonowych płytek byle jak zrobione, które raz spowalniały nurt tamą z patyków i mułu, to znów mini wodospadem go popędzały, bardziej emocjonującymi czyniąc regaty łódki udających patyków, rozgrywane na krótkich dystansach między mostkami albo maratońskie, wzdłuż całej Leśniczówki; z boiskiem na pochyłej łące, wydeptanym, więc kępiastym, na którym jedna drużyna zawsze miała pod górkę, dlatego zmieniać się trzeba było w połowie meczu i mnóstwo czasu zajmowały kłótnie o równą długość tych połów, rzecz w podwórkowej piłce wcale nie oczywistą, a także o to, z której strony słupka przeleciała piłka, do bramki czy na aut, co wcale nie było łatwe do ustalenia zważywszy, że słupki były imaginacyjne – z kamieni zrobione i z wyobraźni; z alejkami, okrzewionymi i odrzewionymi na tyle, że dobrze maskowały pierwsze mdławe rozkosze taniego wina i popularnych papierosów oraz pierwsze łyki prawie erotycznych pocałunków i dotknięć, pozostawiając je bezgrzesznymi.

I na cholerę poniosło mnie w te nieświęte rejony bezgrzesznych lat? Wspominków zachciało się podświadomości? Mózg mi się sentymentalnym ciepłem zaczadził niczym Mikołajowi pod czapką w zbyt dusznym markecie? Czy naprawdę nic lepszego nie miałem do roboty, niż stanąć jak słup soli pośrodku dawno niewidzianego parku, i stać tak z coraz mocniej zgarbionymi plecami, jakby mi się nagle nadmiar pochmurzonego nieba zwalił na kark, do rzeczywistości przyginając?

Nie od razu zrozumiałem, w czym rzecz: czy nie byłem tu tak dawno, że aż nieodświeżana pamięć struga ze mnie idiotę? czy też okulary, do noszenia których wreszcie przywykłem, tak mocno korygują astygmatyzm, że park, mój park, jawi mi się jak pole bitwy, poranione stygmatami żółtawobiałych pniaków, otoczonych rwaną na pasy jeszcze żywą korą? a może to po prostu zima, mróz i osłabiony miejską zabudową, ale wciąż gwałtowny wicher dobrały się do pejzażu dzieciństwa? W końcu jednak dojrzałem tę wszystko wyjaśniającą tablicę, sterczącą wśród odciosanych  gałęzi i porżniętych pedantycznie pni, przyozdobioną gwiazdkami na niebieskim tle, z zapisaną sentencją wyroku, co uzasadniać miała tę wycinkę, jaką tam wycinkę! tę wyrzynkę, prawdziwą rzeź przerywającą niemal stuletnie trwanie.

Jedno, drugie, dwunaste… Przerwałem liczenie daleko jeszcze przed setką. To nie miało sensu, jak nie miało sensu spodziewanie się sensu od tego nieustannie marzącego o odmłodzeniu świata. Zamarzający deszcz wziął się nie wiadomo skąd i siekł po twarzy jak znaleziona pod poduszką rózga. Przyspieszyłem, szybciej, jeszcze szybciej. Uciekać, uciec zanim dziecinniejący świat zrewitalizuje mi pamięć.

Data dodania: 4 grudnia 2013

Zbrodnia niedokonana, premiera odwołana. Premiera „Nie-Boskiej…”, odwołana przez dyrektora, w trosce o powierzone mu mienie i ludzi. A wszystko przez to, że w krakowskim Starym Teatrze uciśniona wolność artystyczna starła się ze zranionymi wartościami, narodowymi jak scena, którą część publiczności oprotestowała, głośno i na gwizdek, w stylu patriotów z kibolskich trybun. Z czego oczywiście zrobiła się afera polityczna, jak to u nas. Wszak wszystko jest polityczne, twierdzą mędrcy dziś modni.

W ideologizowaniu i upartyjnianiu wszystkiego prześcigniemy niedługo PRL, więc tylko dwie niepolityczne uwagi na marginesie awantury o udawany (i przerwany) stosunek na narodowej scenie w królewskim grodzie. Po pierwsze, tym, którzy wygoloną po sarmacku głowę dyrektora Klaty  chcieliby przyozdobić jeszcze aureolą męczeństwa, nie od rzeczy będzie przypomnieć oczywistą oczywistość: narażający się ochoczo na ataki ciemnogrodzian artyści dobrze wiedzą, iż w świecie wyznającym religię marketingu to skandal, a nie dzieło, daje prawdziwy rozgłos, rozpoznawalność i oglądalność. Stąd adoracja prowokacji.

Po drugie, zanim „w trosce o bezpieczeństwo aktorów i całego teatru” przerwano próby do sztuki Krasińskiego/ Frljicia, z grania w niej zrezygnowało siedmioro aktorów. W mediach wybiła się oczywiście nade wszystko informacja, że nie chcieli oni śpiewać Mazurka Dąbrowskiego na melodię Deutschland, Deutschland, uber alles. Był jednak i inny, ważniejszy, powód rezygnacji: ktoś z tych zrezygnowanych stwierdził, że nie chce grać w przedstawieniu, które nie ma już nic wspólnego z tekstem Krasińskiego. Takie gesty w obronie autora są we współczesnym polskim teatrze nieczęste.

Oczywiście, realizacja sceniczna dramatu zawsze zależała nie tylko od dramatopisarza, ale i od innych twórców spektaklu – w tym sensie był dramat dziełem otwartym. Dziś jednak to już nie  dzieło otwarte, lecz rozdarte, na nie przypominające w niczym oryginału strzępki. Nazwisko autora – im bardziej znane, tym lepiej – służy często jedynie jako proteza, podtrzymująca chrome wizje reżysera-demiurga. Dla klasyków teatralna sekcja zwłok okazuje się niemal jedyną szansą przeżycia w repertuarze, zaś autorzy jeszcze żyjący mają coraz mniej do gadania.

Niewielu z nich może przecież pozwolić sobie na wielkopańskie wybrzydzanie w stylu Gombrowicza, który praw do premierowego wystawienia „Ślubu” odmówił i kieleckiemu teatrowi Byrskich, bo za prowincjonalny, i Kantorowi, bo zbyt awangardowy. W końcu zresztą i Gombrowicz się złamał, gdy nieznany wówczas awangardzista Jorge Lavelli dał „Ślubowi” szansę mariażu z paryską sceną.

Dyrektor Klata pewnie się nie złamie, bo i nie będzie łamany. Ma bezwarunkowe poparcie szefa, czyli ministra kultury. Swoją drogą, ciekawych czasów dożyliśmy: oto artystyczni buntownicy i bluźniercy za sztukę oraz milijony cierpią na państwowych posadach.

Data dodania: 19 listopada 2013

Arcydzieła, wbrew zapewnieniom czarowników od marketingu, nie rodzą się na kamieniu. Przeciwnie, z dzieł okrzykniętych arcydziełami najczęściej nawet kamień na kamieniu nie pozostaje. Gdy kolejna niedoczytana (bo i niedopisana) nowość ląduje na półce, czas sięgnąć wyżej, tam, gdzie kurzą się książki kiedyś przeczytane.

Akurat „Dziennik bez samogłosek” Aleksandra Wata odkurzam raz na jakiś czas, poczytując na wyrywki. Tym razem jednak sięgnąłem po czytelnikowskie wydanie z 1990 roku, otwierane rzadziej, bo nie wytrzymało próby czasu i kleju, więc rozlatuje się na samowolne rozdziały albo i pojedyncze stronnice. Zaryzykowałem rozpadu ciąg dalszy, bo chciałem sprawdzić, jak ważne pozostały fragmenty, które podkreślałem wtedy, ja, jeszcze młody, bo trzydziestoletni. Podkreślałem, sądząc po śladach, dobrym i bardzo miękkim ołówkiem.

Sięgałem po tego rozpadającego się Wata trochę jakbym rytuał jakiś odprawiał, mroczny, bo i wieczór listopadowo mglisty, wiatr w uchylonym oknie gwizdem przywołuje deszcze, żarówka w lampce przepalona, trzeba by wstać i wymienić, ale herbata już naciągnęła i pachnie wędzeniem. A poza tym komuś, kto przeżył tysiące nabożeństw, automatyzm pamięci (albo i sama podświadomość, choć z nią lepiej nie zaczynać) nawet po latach niepraktykowania podpowiada, że drugie czytanie bardziej odświętne i ważne, bo poprzedza ewangelię, czyli objawienie przez słowa.

Więc rytuał powtórzenia, ostrożnie znajduję fragment, który przechował się w pamięci, poetycki, może nawet zbyt poetycki, aż po hiobową histerię – tak przynajmniej sądziłem przy pierwszej lekturze:

Wyjść w nocy z ciemnego kina. Jak z lasu. I raptem: zobaczyć tuż przed sobą tragicznie zjechaną, starczą twarz z trumny wyciągniętą! To jest odbicie w wystawowym lustrze właśnie twojej twarzy, o przechodniu! którą dotąd widziałeś co dzień przy goleniu jako jowialną, wcale dynamiczną, owszem, inteligentną gębę! I „wstrząsnął się w sobie”.

Parę stron później trafiam na fragment inny, niepodkreślony, pisany podobnym rytmem, ale uspokojonym już nieco, z wykrzyknikami trzymanymi na smyczy, z wysiłkiem dystansu. To fragment, w którym Wat sporządza życiowy bilans jak zimnokrwisty księgowy, jakby podliczał kogoś innego. Kogoś, kto jest kimś innym. Dlatego nazywa się Iksem:

X… ma lat 53, chyba już nie wróci do zdrowia, nic już chyba nie zrobi, nie ma dorobku – ot, membra disecta, wiele zaczynał i nie kończył, choć mu nie brakowało talentów (niedużych!), inteligencji odkrywczej. (…) Błądził zbyt często i długo, błąkał się między ekstremami, przeważnie nie wiedział, co jest dobre, a co złe, ale często (prawie zawsze) wiedział, że istnieje dobre i złe.

Pięćdziesięciotrzyletni Y czyta, co o sobie napisał X. Czyta, co pominął przed ponad dwudziestu laty i wstrząsa się w sobie. Wstaje, by zamknąć okno, choć dobrze wie, że to nie wystarczy.

Data dodania: 5 listopada 2013

W tym roku aż trzy cmentarne dni, bo do dwóch odświętnych i zadusznych dodany jeszcze ten z narodową żałobą. Trzy dni, trzy fragmenty większej całości:

LICYTACJE

Na wiejskim cmentarzu modlący się ksiądz przypomina imiona zmarłych. Jeszcze nie jest ich tu tak wielu, dlatego wydaje się, że wyczyta wszystkie nazwiska. Ale to wypominki, słowo datkiem się staje, zaś nieopłaceni pozostaną niewypowiedziani. Odpoczywać więc będą w milczeniu i spokoju.

Jak co roku czytanie mijanych tablic nagrobnych. Z coraz większą uwagą: urodzony, zmarł, żył lat… Mniej więcej. Mniej żyło mniej, niż my żyjemy, więcej żyło dłużej, więc to wciąż pocieszająca lektura. Aż do oniemienia przy kolejnym grobie, w którym pochowano zmarłych przed ćwierćwieczem małżonków. Na białej kartce przyklejonej przezroczystą taśmą do płyty z lastrika, wersalikami, żeby rzucało się w oczy: GROBOWIEC SPRZEDAM, i numer telefonu dla chcących pohandlować.

Komunikat jak memento rozpoczętego stulecia. Dwudziesty wiek był żelazny, ten zdaje się plastikowy, jak karta płatnicza.

KOMU BIJE DZWON

To ważny gest, bo Dzwon Zygmunt bije tylko podczas świąt kościelnych i w najważniejszych dla Polaków chwilach. Decyzją krakowskiego kardynała żegnał też Tadeusza Mazowieckiego, pierwszego niekomunistycznego premiera po upadku PRL. To pewnie małostkowość, ale nie mogę zapomnieć, jak w latach dziewięćdziesiątych dla „prawdziwych Polaków”, których ulubionymi narzędziami pozostały młot i stos, był Mazowiecki ze swoją niechęcią do krucjat i odwetu postacią tak niepojętą, że mogli go sobie wytłumaczyć tylko jako Żyda.

Do sierot po komunizmie mówił wtedy Mazowiecki językiem prawdziwie obcym, o powinnościach i przyzwoitości, o wartościach, które przezwano potem pogardliwie „etosem”. Więc woleli milkliwego szamana z czarną teczką (nie zapominajmy: Mazowiecki przegrał nie tylko z Wałęsą, ale i ze Stanem Tymińskim!); do dziś wybierają cudotwórców mniemanych, co szczerzą białe zęby w wilczych uśmiechach i krawat mają ślicznie zapięty.

Przed pogrzebem wszystkie telewizje przypominały gest Mazowieckiego, prawie tak sławny jak gest Kozakiewicza: dwa palce w górze, rozczapierzone w znak victorii. To było ostatnie zwycięstwo słabych, wkrótce miały nadejść czasy tych, co z cynizmu uczynili cnotę, a liczbę mnogą w myśleniu o dobru publicznym zamienili na liczbę bardzo pojedynczą. Pamięć ma własny porządek: od gestu zwycięstwa lepiej zapamiętałem omdlenie Mazowieckiego podczas wygłaszania expose, bo choć wtedy nie było jeszcze grzechem okazywanie słabości, to dziś, w czasach pijanych od pijaru, tamto zasłabnięcie wydaje się symboliczne. Znak odchodzącej w przeszłość staromodnej inteligencji, która ustępowała pola cwanym pragmatykom. W niedzielę wawelski Zygmunt  nie tylko pierwszemu premierowi III RP wybijał podzwonne.

Jak pisał Jonasz Kofta, poeta i bard anachronicznej, wymierającej klasy: więc nie pytaj komu bije dzwon, bije on tobie.

SPÓŹNIONE ODEJŚCIE LATA

Jeszcze niby ciepło, ale to już listopad, po znów przedwczesnych przymrozkach ołysiały drzewa. Dawno niesłyszany deszcz szura o dach ganku jak odgadująca jesień mysz, wyleczona z lęku wysokości. Zielenią się sikorki, popiskują odnalazłszy orzechy w rozłupanych skorupkach, wiszące w plastikowej siatce od ostatnich mrozów zapomnianego przedwiośnia. Popołudnie też dziś przed czasem, słońce nie wyściubia się już ani na chwilę spoza grubaśnych chmur. Dmucha chłodem i zmierzchem, świat pozazdrościł czarnemu psu przy moich stopach i drzemie.

Za lasem czai się jak co roku zima, świerki przyprawiając o drżenie.

Data dodania: 28 października 2013

Dobrze zachowane, pożółkłe i pokruszone, wszystko jedno, płoną czy nie płoną – mówią wszystkie. Jeśli porzucić edytorską  szlachetną małostkowość i przyjrzeć się uważnie rękopisowi jako formie, to okaże się, że rytm prozy „Kronosu” jest podobny do formy jego rękopisu*. Łudząco podobny.

Niektóre karty rękopisu, pokryte równym pismem bez skreśleń, wyglądają jak starannie przepisane, na nowo. Inne, zabazgrane w różnych kierunkach, jakby nie mogły udźwignąć nadmiaru treści: rozchwiane, rozkołysane przeciążonymi burtami marginesów, sprawiają wrażenie, że rozpadną się za chwilę, poddadzą wirowi i rozlecą na kawałki, którym łatwiej przepaść w odmętach. Ogryzmolony i w siebie pochylon pamiętnik artysty? Tak, ale przede wszystkim notatnik przerażonego Chronosem człowieka.

Dwa rytmy „Kronosu”. Pierwszy na przykład w zdaniach streszczających październik 1953 roku: Idem. Giedroyć przysyła 1000 pezów zadatku. Ostatnie korekty. Złamałem drugiego zęba. Nuda. Czytam Prousta, Ciano etc. (Harrods). Nic nie piszę. Nowiński bardziej pojednawczy. Śmierć Lolka Wickenhagena . Retiro. Budżet, literatura, marudny szef, tragiczna śmierć znajomego, pokątna erotyka, nuda, nuda. No i jeszcze ułamany ząb, wszystko na jednym oddechu, monotonnym, turkoczącym jak wózek zbieracza złomu, ciągnącego za sobą wszystko to, co składa się na jego życie. Na przeżycie.

******

W październiku tego turkotu jakby więcej, szczególnie pod koniec . Zaczyna się w zupełnych jeszcze ciemnościach, kiedy ze zbyt płytkiego snu, wyrzucającego na  mieliznę przed świtem, wyrywa dźwięk kościelnego dzwonu, a właściwie jego elektrycznej namiastki, nie wymagającej już kunsztu dzwonnika. Trzaśnięcia drzwi, którym znowu puściły hamulce, a potem turkotanie kół, miarowe, monotonne, do pierwszego wyboju. Gdy ucho zacznie przyzwyczajać się do zrazu zbyt głośnych dźwięków, można rozróżnić wielkość bagażu osadzonego na kółkach, a nawet rozmiar kół. Trzeba tylko wychwycić odpowiedni moment, zanim turkoty nie połączą się w stadka, po dwa lub trzy, i zanim nie przytłumi ich rozmowa podróżników.

Podróżnicy, tak o nich myślałem najpierw. Sądziłem, że budząc się zbyt rano, przyłapałem właśnie Polskę prowincjonalną z Polski wyjeżdżającą, wynoszącą się do krajów bardziej mlecznych i miodnych, za pracą, za chlebem, za nudą normalności. W końcu jednak rozmowom za oknem zacząłem przysłuchiwać się uważniej, bo wydało mi się, że głosy się powtarzają i że niemożliwe, by tak wielu wyjeżdżało wciąż z miejsca, z którego przecież pojechał już, kto mógł.

Dobrze podejrzewałem: to nie były głosy ludzi zbierających się do odlotów, nie było w nich ani siły, ani młodości, niezbędnych, by zaczynać wszystko od nowa. Przeciwnie, brzmieli jak zmierzający do końca, obmyślający puentę albo też chcący ją zagadać: rozmową o sąsiadach, kolejkach u lekarzy, cenach chorób i cenach na targu. Kapusty, jabłek, kartofli, mięsa i ogórków na kiszenie, małych, nierefundowanych, bez recepty – jak znaleźć te sto procent z emerytury, waloryzowanej o półtora procenta i kolejną przepuklinę w kręgosłupie.

Im bliżej prawdziwej jesieni i zimy, wszystkich świętych i nie, a później pierwszej gwiazdki na wysokościach, tym więcej w ich rozmowach nieobecnych, tych nieobecnych na zawsze, czyli do spotkania gdzieś tam gdzie nie wiadomo, i tych nieobecnych, co pojechali niby nie na stałe, ale którym wrócić coraz trudniej, trudniej nawet zadzwonić. I dobrze, wie pani, że mój tego nie dożył, zamartwiłby się na śmierć, że dziecko tak się tam tułać musi, że ani na groby, ani na opłatek przyjechać nie da rady. Nie da, bo nie ma.

Im dalej w jesień, tym ciężej turkocą kółka, bo więcej w tych uczepionych kółek torbach odświętnego bagażu: zniczy bo tańsze, jedliny bo świeższa, mostku cielęcego niech tam raz w roku. I coraz większych fragmentów biografii, kawałków życia, których nikt nie chce nawet za darmo.

******

Rytm drugi „Kronosu”, z podsumowania roku 1966: Dziennik i Ope. po polsku, Porno norweska i angielska, Cosmo włoski, Ślub w Sztokholmie, Nagroda Jurzykowskiego, telewizja francuska – wzrost prestiżu. Ero: nic. Walczę z mnóstwem chorób, zdycham, z Ritą na ogół lepiej, ale nie zawsze… Boże, Boże, jak długo?  Monotonny turkot wyliczanki tym razem wykolejony, na wielokropku,  przerwany okrzykiem przerażenia, może wołaniem o ratunek?

Za oknem krzyków nie słychać, zwyczajni zrozpaczeni nie zabierają ich, wychodząc z domu. Pozostają za ścianą, stłumione i opuszczone. To chyba najbardziej odróżnia samotność pisarza od zwykłej samotności. Pierwsza jest ceną za własny język. Tej drugiej brakuje słów, a przede wszystkim słuchaczy.

————————————————————————–

* 25 października rękopis „Kronosu” w drodze z Krakowa do Biblioteki Narodowej w Warszawie zatrzymał się na trzy godziny we Wsoli.

Data dodania: 14 października 2013

… więc zamiast smucić jesiennie, powinienem raczej napisać o dyskusji wokół emigracji, której scenariusz zaproszeni do Wsoli pisarze wywrócili w anarchicznej odmowie nazywania siebie emigrantami. W złotopolskie niedzielne popołudnie, pod portretem Gombrowicza w czerwonym krawacie rozmawialiśmy o pisaniu poza krajem, o byciu – niebyciu emigrantem i o bagażu tradycji polskich emigracji większych i mniejszych.

My to znaczy: Zbigniew Kruszyński, który z emigracji wrócił, ale tylko geograficznie, bo pamięć politycznego wygnańca jest materiałem wszystkich jego książek, w których ogląda i bada język niczym nadinteligentny śledczy lub lekarz starej daty i w ten sposób próbuje odzyskać władzę nad swoją biografią, choćby przez kompensację. Im bardziej zresztą autobiograficzny, tym mocniej zakonspirowany w intymnym podziemiu.

Bronisław Świderski, przez antysemitów pozbawiony polskiego obywatelstwa Duńczyk, człowiek o trzech tożsamościach, który odmawia mówienia o sobie, choć uczynił siebie bohaterem wszystkich swoich powieści, używając prozy jako wygodnego wehikułu myśli albo jak jucznego muła, dźwigającego akt oskarżenia wobec polskości i wobec Zachodu, akt rozwojowy – jak mówią, żeby nic nie powiedzieć – prokuratorzy.

I Mariusz Wilk, który z Polski ujechał dobrowolnie i od lat buduje swoją tożsamość, pragnąc uwolnić się od wspólnotowych potrzasków i schematyzujących etykiet, wierząc wciąż, że jest to możliwe. Ruski pisarz piszący po polsku, dla mnie najbardziej interesujący wtedy, gdy dalekiemu światu dziwił się zdziwieniem przybysza, dziś przystający coraz częściej nad brzegiem jeziora, zadumany, ale i zapatrzony w swoje zapatrzenie. I żeby zobaczyć ukryte w północnej toni zazierkale, przebijać się musi przez taflę zwierciadła z bajki sławnego północnego pisarza, przybranego krajana Świderskiego.

Wszyscy trzej wespół wywrócili zbyt skrupulatny scenariusz rozmowy, uciekali od nazywania, a nawet opowiadania o sobie, a przynajmniej tak im się wydawało. Najpierw wpadłem w panikę. Później jednak w miejsce przerażenia, że oto rozmowa wymyka się spod kontroli, a goście zamiast odpowiadać na pytania, czytają wiersze, fragmenty próz i referatów, w  miejsce strachu, że zagadają mnie na śmierć, pojawiła się złośliwa radość, że oto omijając zastawione sidła, poruszając się własnymi tropami, ci nieznośni indywidualiści oddali w końcu hołd lenny Gombrowiczowi: o nim mówiąc, stwarzali siebie, jak przykazał. Takie to już widać miejsce, że o czym byśmy nie mówili, mówimy o nim. My z niego wszyscy – stwierdził Kruszyński i była to nie tylko ironia.

***

Najciekawsze rzeczy działy się jednak, jak zwykle, w mniej oficjalnych momentach spotkania. Choć i tu teatrum iście Gombrowiczowskie się działo, bo przecież każdy z gości to twórca prawdziwy, a więc i domagający się uznania (choćby się zarzekał, że nie dba o to), i prężący się w odruchowej rywalizacji, gdy inni włażą na to samo terytorium. Tyle tylko, że nie każdy potrafi się jak Gombrowicz do swojej słabości przyznać. Nie literackie zawody jednak spotkanie zdominowały, lecz Martusza, kilkuletnia córka Wilka, która w tok rozmowy wkroczyła niespodzianie i cichym papa, papa, któremu towarzyszyły lekkie za rękaw pociągnięcia, wywołała Wilka z sali na kolokwium. Króciutkie, na szczęście.

O Martuszy rozmawialiśmy i później, bo to coraz ważniejsza bohaterka książek Wilka, obdarzonego – jak mówi – łaską późnego ojcostwa, uważnego, chwytającego każdą chwilę, ale zapatrzonego też w przyszłość, tam, gdzie skończy się biografia. I dla niej, przyszłej czytelniczki ojcowej biografii, próbuje Wilk opowiedzieć, kim on sam jest i jak świat rozumie, bo od tego, jaką ojcowiznę, jaką oćczyznę córka odziedziczy, zależy to, kim ona będzie, kim zechce być. Także wtedy, a nawet przede wszystkim wtedy, gdy ojciec stanie się już tylko wspomnieniem,  tekstem, odczytywanym i pamiętanym. W tym budowaniu tożsamości kilkuletniej dziś dziewczynki jest pewnie i ojcowska miłość, i wychowawczy projekt zawsze z przymusem skoligacony, ale jest też ostatnia może próba zbudowania ja, własnej tożsamości, budowania wobec i w obecności kogoś najbliższego, najcenniejszego.

Czy nie jest to w istocie zabieg jak najbardziej literacki, relacja wymarzona przez każdego piszącego między nim a oddanym czytelnikiem, literackie życie po życiu, cel każdej chyba twórczości? Czy dziś, w czasach upadku więzi wspólnotowych, pod rządami absolutnymi egoizmu i egotyzmu, nie jedyna to możliwa forma autorytetu, takiego, który nie jest oparty na przemocy i manipulacji?

***

I tak od dzieciństwa zbliżyliśmy się do śmierci, ulegając w końcu jesiennym klimatom. Następnego dnia po wsolskiej rozmowie Bronisław Świderski wykładał jeszcze dla młodzieży na temat wspólnoty biograficznej Gombrowicza i Kierkegaarda. Na wykładzie być nie mogłem, bo w tym samym czasie w kościele farnym rozpoczynało się pożegnanie mojego, starszego o kilka zaledwie miesięcy, kolegi. Muzyka niezmiennie chwytająca za krtań, jedwabiste kazanie prześlizgujące się zgrabnie między życiem a śmiercią, szloch żony, wieńce od instytucji, łzy koleżanek, zaciśnięte szczęki przyjaciół. Uroczystości pogrzebowe, jak pisze się na klepsydrach.

Poprzedniego dnia Zbyszek Kruszyński opowiedział, że podczas spaceru po rodzinnym mieście zobaczył właśnie przy farze nekrolog z moim nazwiskiem, z moim wiekiem zapisanym jako czas przeszły dokonany: żył, tylko z (jeszcze) innym imieniem. Nie sprawdzałem, czy nekrolog ten rzeczywiście wisi na przykościelnej tablicy ogłoszeń ostatecznych. Być może, wiedząc, że przejąłem się śmiercią rówieśnika, Zbigniew wymyślił prowokację, by obserwować jak reaguję, a nuż jakiś wątek psychologiczny się z tego wywinie. Nie wiem, wiem natomiast, że na taki splot rozmów o przemijaniu, pogrzebów i znaków jak memento pozwolić sobie może tylko życie, bo w literaturze byłyby banalnym kiczem.  Nie potrafię jednak przestać o nich myśleć, pisząc.

***

W wyborze wierszy Larsa Gustafssona, przetłumaczonym przez Kruszyńskiego, czytam ten zatytułowany „Żywi i umarli”. Kończy się tak:

 

Wszystko, co imituje życie, zawodzi,

nie zmyli nas.

 

Ale wszystkie te rzeczy, kryształy,

zabawki, trębacz

wyrażają żal, tęsknotę.

Ona nie jest udawana.

 

Czujemy to od razu.

Pamiętając siebie.

 

Czy Ona to bardziej tęsknota, którą wiersz wypowiada, czy też śmierć, którą się tu milczy? Nie wiem. Trudność przekładu, trudność wytłumaczenia: skandynawska, północna śmierć jest rodzaju męskiego, jest mężczyzną. Nie przychodzi jako dobra pocieszycielka cierpiących czy jędza z kostuchą, którą można oszwabić albo przekupić. Co najwyżej można z nią (z nim) zagrać w szachy. Jest zimnym, po luterańsku pragmatycznym urzędnikiem, który przybywa zrobić, co mu kazano. Bez względu na to, czy  już czas, czy jeszcze wydawać by się mogło za wcześnie.

Jeszcze nie listopad, ale liście opadają po nocy, ociężałe jak powieki.

Data dodania: 2 października 2013

Test kompetencyjny w pierwszej klasie liceum. Pytanie, jak nazywa się nagroda, którą za swoją twórczość otrzymał Czesław Miłosz. Oskary – odpowiada jeden z testowanych. Inny, bardziej w nagrodach otrzaskany, wie, że chodzi o literackiego Nobla i że dostała go też Szymborska. Wiesława Szymborska.

Dzwonią, gdzieś blisko, pewnie w telewizji. Literatura, nawet ta wysokich lotów, jest dziś towarem na bazarze popkultury. Prawda tyleż banalna, co i niezależna od naszych pomruków niezadowolenia czy (post)inteligenckiego wydziwiania.

Zabawne tylko, że Miłosz rzeczywiście mocno związany był z Oskarem. Oskarem Miłoszem. Ale to oczywiście nie ma nic do rzeczy.

***

Więcej do rzeczy, czyli nagród literackich, mają zawody sportowe. Nike patronuje zarówno wojnom boiskowym, jak i literackim agonom. Tyle że w tym pierwszym przypadku jej imię wymawia się częściej z angielska.

Krytycy lubią łączyć uczestników literackich zawodów w drużyny i reprezentacje. Według przeróżnych kryteriów, ale wiek i przynależność pokoleniowa jest jednym z popularniejszych. Jarosław Klejnocki wyraził niedawno na swoim blogu radość, że w finale Nagrody Nike nie znaleźli się w tym roku literaccy mandaryni. Wyraził też przypuszczenie, że Nike dostanie ktoś z dwójki najbardziej medialnych autorów. Czy miał rację, przekonamy się za kilka dni, ale wyścig o literacką sławę dziś najczęściej wygrywają celebryci. To ja już chyba wolę mandarynów.

Celebryci wygrywają przynajmniej ten wyścig, który toczy się w mediach, bo już mniej głośną od Nike literacką Gdynię dostała w tym roku (za wybitne, moim zdaniem, „Ocalenie Atlantydy”) Zyta Oryszyn, która celebrytką nie jest. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy można ją nazwać literackim mandarynem (mandarynią?, mandarynką?)?

***

Bez wątpienia natomiast życie literackie stało się grą zespołową. Żeby zaistnieć na rynku literackim, trzeba poddać się rynkowym regułom i zebrać skuteczną drużynę (lub dostać się do niej), potrafiącą tak rozegrać akcję promocyjną, by zapewnić książce wysokie miejsce w rankingach. Zwycięstwo w rankingach jest niczym miejsce w ligowej tabeli, oznacza także sukces biznesowy. Choć podejrzewam, że autorka „Harrego Potera” zarobiła jednak nieco mniej niż Cristiano Ronaldo.

Idąc tropem literackich i sportowych podobieństw, można pozytywnie wykorzystać emocje, jakie budzi każda rywalizacja. Kibice polskich reprezentacji w grach zespołowych nie mają ostatnio czym się emocjonować: piłkarze nożni, siatkowi i koszykowi zbierają srogie baty. Żeby się więc kibicowski potencjał nie marnował, sportową publikę proponuję zainteresować zawodami literackimi.

W promocji czytelnictwa sięga się przecież do coraz bardziej niekonwencjonalnych metod. Rozrzuca książki w tramwajach, parkach, a nawet na plażach, wymyśla coraz oryginalniejsze sposoby szlachetnego przymuszania do czytania – w stylu „nie czytasz, nie idę z tobą do łóżka” (zamiast tradycyjnego: boli mnie głowa) – więc czemu książki nie miałyby zawędrować na stadiony. Wystarczy dobre hasło. Na przykład: czytaj książki na kopy; zapal lampkę zamiast racy; albo: nie bij, przetłumacz – to ostatnie dla miłośników literatury obcej.

***

Co do mnie, to powoli przestaję kibicować naszym drużynom narodowym – kto lubi oglądać agonie. Konkursowym zmaganiom literackim też nie kibicuję. Czytam. I jeśli nawet nie tylko to, co czytać warto, to wolę się mylić na własny, a nie jurorów, rachunek.

Strona 4 z 13« First...23456...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury