Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 9 czerwca 2014

Każdy czytający zna tę dziwną siłę, która każe czasem wyciągnąć z półki właśnie tę, a nie inną, przeczytaną już dawno książkę. Tak było i tym razem, biała okładka i sześćdziesiąt kilka kartek pożółkły mocno od czasu, gdy czytałem je po raz pierwszy, ze ćwierć wieku temu albo i więcej. Ćwierć wieku, w sam raz na jubileusz.

Przeglądałem tę książkę, czytając zakreślone fragmenty, przewracając kartki na chybił trafił, bez jakiegoś konkretnego zamiaru, tak jak przegląda się stare fotografie. Na ekranie nie wiedzieć po co włączonego telewizora migały ściszone obrazki: plac Zwycięstwa, narodowe barwy, wzruszone chyba szczerze twarze, tło oracji uzdolnionego aktorsko amerykańskiego prezydenta, któremu mowę napisał wybitny spec od polskich kompleksów.

Twarze tym razem uśmiechnięte, wzniesione ręce jak kiedyś zakończone zwycięskim zajączkiem. Optymizm i wiara czołgi przenosząca, cudowne V, wunderwaffe bezbronnych aż po victorię, prawie bezkrwawą. Uśmiech i optymizm na ekranie rzecz dziś rzadka, przynajmniej gdy pokazują polityków.

Ale wkrótce wizję przejęły twarze bardziej tradycyjne, ponure i żałobne, żeby nikt nie miał wątpliwości. Twarze ludzi niewolnych, z urojenia albo ideologicznego wyboru. Po obchodach czas komentarzy, oczywiście komentują głównie politycy, zapraszani do mediów już w każdym temacie, oceniający wszystko i wszędzie, leonardy XXI wieku, omnipotenci i omnibusi, zbawienie umęczonych dziennikarzy-celebrytów, nie mających czasu, by przygotować się do rozmowy.

Zresztą po co? Wystarczy posadzić po przeciwnych stronach wirtualnej barykady tych najbardziej pyskatych, mówiących dużo i głośno, natomiast myśleć zaczynających dopiero po  wyjściu ze studia, wystarczy dać im głos, a już gotowa rytualna jatka, której żadna humanitarna ustawa nie zakaże.

Tak, propaganda polityczna z reguły trudni się wulgaryzowaniem historii. W jubileusz nie inaczej, tym bardziej. Kłócą się oczywiście na przezwiska: kto zdrajca, a kto bohater, kto ułomny, a niezłomny kto, więc na grzebanie w złomowisku historii skazany. Jak śpiewał klasyk poetyckiej satyry: jedni krzyczą „zdrada, zdrada”, drudzy krzyczą „hańba, hańba”. Szołmastgołon.

Wyłączyłem telewizor, jak zwykle za późno, i wróciłem do odkurzonych „Rozważań o wojnie domowej” Pawła Jasienicy. Czytałem cytat po cytacie, zakreślone kiedyś z jakimś rozmysłem, dziś już nie pamiętam jakim. Druk wyblakł, a papier klasy szóstej stracił już klasę, żółknąc i płowiejąc na starość – zbliżał się do pięćdziesiątki, licząc od daty podpisania do druku, bardzo wtedy znaczącej.

Wiem, że należy unikać zbyt łatwych analogii między odległymi wydarzeniami historycznymi, ale fragmenty rozważań Jasienicy o Rewolucji Francuskiej i Powstaniu Wandejskim jak ulał pasowały do tamtego rocznicowego popołudnia. Nie jest jasne, czy historia rzeczywiście się powtarza, ale pewne mechanizmy jej działania wydają się niezmienne, co nie znaczy że bardziej przez to zrozumiałe. Historia nie grzeszy nadmiarem logiki w potocznym tego słowa znaczeniu. Posiada własną i stosuje się do niej w sposób rygorystyczny. – niemal przed półwieczem zauważał Jasienica. Dziś, nawet rozmieniony na przysłowia, brzmi bardzo aktualnie.

Na przykład wtedy, gdy w swoim  nieco staroświeckim zdroworozsądkowym stylu przypomina, o czym łatwo zapomnieć: Upłynęło wiele niełatwych wieków historii, zanim w niektórych (…) krajach na globie przemogło przekonanie, że można z pożytkiem reformować politykę, gospodarkę, społeczeństwo, uprawiać nawet naukę, nie wypowiadając się wcale na temat istnienia Boga, Jego natury i atrybutów. Gdzie indziej aż do dni naszych dotrwała teza, iż nie wystarczy wierzyć lub nie wierzyć, gdyż należy to jeszcze czynić w sposób przepisowy.

Albo gdy argumentuje potrzebę światopoglądowej  neutralności państwa jako fundamentu demokratycznego kompromisu: Porozumienie co do warunków ustrojowych nawet jest łatwiejsze wtedy, gdy nikt nie żąda, by ludzie zaparli się dusz własnych, pozapolitycznych przekonań i umiłowań.

Albo gdy ostrzega, że ów dający wolność demokratyczny kompromis jest stale zagrożony, bo nieustannie wszak snują się po tym padole przejęci pogardą dla jego nielogicznych urządzeń teoretycy, posiadacze nieomylnych recept zbawienia. I wskazuje sposób samoobrony przed nawrotami ideologicznego szaleństwa: wydaje się, że ratunek przed regresami […] polega na zabiegu z pozoru prostym, lecz jakże trudnym do urzeczywistnienia: porządek polityczny powinien zabezpieczać społeczeństwa przed ludźmi, którzy za dużo wiedzą na pewno.

Nie zestarzał się też sceptycyzm Jasienicy. Działając w imieniu abstrakcyjnego rozumu, grubo przekroczono granicę rozsądku, którym zwykli ludzie posługują się na co dzień. – pisał o konceptach ustrojowych Rewolucji Francuskiej co prawda, ale przecież ten rozziew między wiedzącymi lepiej politykami a wiedzącymi swoje zwykłymi ludźmi istnieje do dziś.

Dotyka on również jednej z najważniejszych zasad współczesnej demokracji: Zasada równości, podobnie jak każda inna, może być dwojako użytkowana: posłużyć za temat zawiłych interpretacji, przysłaniających konkretne interesy, albo materializować się w dniu powszednim, w sensie dla wszystkich zrozumiałym. Pewnie dlatego politycy wolą hasła i epitety, a nie definicje.

I jeszcze zdanie, które nadaje się na memento dla nie tak dawnych rozważań o końcu historii, zwiastującym powszechny ład i postpolityczną szczęśliwość: Wbrew szkolarskiemu optymizmowi, błogo wieszczącemu ostateczną i nieuchronną przewagę tego, co rzekomo konieczne, rzeczywistość dziejową tworzą często przekonania, postawy i dążenia niesłuszne, szkodliwe, zbrodnicze bądź po prostu głupie. Czy nie tego znów dzisiaj doświadczamy?

Najsmutniejsze są jednak te fragmenty „Rozważań o wojnie domowej”, w których Jasienica opisuje codzienność rewolucyjnej republiki i rządzące nią mechanizmy, streszczając na przykład wojskową karierę pewnego paryskiego złotnika następująco: Mianowali go tacy, co uważali, że polityczna prawomyślność nie tylko zastępuje, lecz o całe niebo przewyższa kwalifikacje fachowe.

Oddając się analogiom, nie można zapominać, że Jasienica pisał jednak o niezwykle krwawej zmianie ustroju, nazwanej później Rewolucją Francuską. Nasza rewolucja ustrojowa z 1989 roku i lat następnych była bezkrwawa, czego niektórzy do dziś nie mogą odżałować. Może dlatego nie widać końca naszej, na szczęście zimnej, wojny domowej.

Bez złudzeń: Wolter pozostał wielkim Wolterem mieszkając na szwajcarskiej prowincji. Był z takich, co głową podbijają świat. Niektórym ambicjom na gwałt potrzeba szczudeł politycznych i biada temu, kto zechce je potrącić.

To też Paweł Jasienica, literat, jak sam się przedstawiał.

Data dodania: 26 maja 2014

Dzień za dniem, Dzień Matki, a zaraz potem i Dziecka, logicznie, po kolei. Dzień Matki w Polsce obchodzony od stu lat, staroświecki jak Kraków, w którym świętować go zaczęto. Dzień Dziecka o połowę młodszy, ale poważniej dekretowany, upolityczniony niczym modne dziś sposoby czytania literatury. Poczytaj mi, mamo.

***

Właśnie: dlaczego mamo? Rodzinny landszaft pedagogiczny: dziecko w łóżeczku, mama na brzegu, odwinęła różek kraciastej kołderki, książka w dłoniach, czyta, czyta, aż do zaśnięcia dziecięcia, jeszcze delikatny pocałunek, kosmyk włosów odgarnięty z czoła, szeptem pstryka gasnąca lampka, i wszystko jasne. Jasne? Na pewno?

Co ona temu dziecku czyta? Co wybrała na pierwsze czytanki, które najmocniej zapadają w pamięć, by wygrzebać się z niej po latach, czasem w bezsenne noce, milczące po dorosłemu. Czyta kilka tekstów, na zmianę, znanych, więc monotonnych, by usypianego łagodnie przeprowadzić z rozbrykanego dnia w ciszę nocną, ogłaszaną zawsze przedwcześnie, wbrew dopiero co obudzonej ciekawości świata. Czytanka na dobranoc, łagodny środek nasenny, śpij spokojnie, śnij sny jasne.

Nic nie jest jasne. Bo dlaczego te pierwsze czytanki wybiera właśnie ona, mama? Gdzie ojciec, jaka jego rola i na jakich deskach ją odgrywa? Nieobecny czy niedostępny tylko? A  może obojętny, ukryty za kurtyną z gazety, za zasłoną z papierosowego dymu, z telewizyjnej poświaty, sączących się do sypialni przez szparę między drzwiami a podłogą? Obrazek  staroświecko konwencjonalny, dawno przemalowany równouprawnieniem i ról wymieszaniem. Na pewno?

***

Czas jakiś temu w popularnej gazecie dyskusja o pierwszych czytankach. O tym, co dzieciom pisać w elementarzu, którym przymusi się ich do czytania, dyskutują psycholożki, pedagożki, metodyczki, publicystki. Żadnych mężczyzn, wiadomo: poczytaj mi mamo, mój ty rodzicu A. Panie raczej mądre, a na pewno modne, wiedzące jasno w oświeceniu. I oburzone, bo ministerialna pierwsza czytanka jest infantylna, traktuje dzieci jak dzieci. A przecież dzieci  trzeba traktować poważnie, żadnego dookoła Wojtku, żadnych metafor.

Po co na przykład o usychających jesienią liściach opowiadać dzieciom, że opadają z gałęzi, by ciepłą kołdrą otulić na zimę korzenie – dziwią się panie, którym świat jawi się jasny jak szpitalne kafelki. Przecież już rezolutny sześciolatek wie, że liście opadają z drzew, bo obumierają. Więc po co dziecku zalatującą naftaliną poetyckość? Żeby nabrało złudzeń, że świat ma jakiś niejasny sens, wykraczający poza chlorofil i cykle wegetacji, niedefiniowalny, niedopowiedziany, wieloznaczny? Choćby i taki, że śmierć nie zawsze jest boleśnie bezsensowna, że czasem czemuś służy, na przykład pozwala przeżyć korzeniom, i że są na świecie ludzie, którzy w ostateczność i bezsens śmierci w ogóle nie wierzą?

To oczywiście moje pytania, ironia rodzica, który już dawno zapomniał pedagogiczne teorie, służące mu zresztą niegdyś do zaliczenia egzaminów, a nie wychowywania dzieci. Panie modne nie pytały, wiedząc przecież. Oburzały się za to, dlaczego w ministerialnym elementarzu zawsze występuje mama i tata, gdy przecież duża część dzieci żyje w domu, w którym nie ma ojca, więc nie wolno ich stygmatyzować.

A dzieci, które nie mają matki, wolno, bo jest ich mniej? A co z tymi, które nie mają już babci, tych przecież też całkiem sporo? Co z życiem, które nie jest sprawiedliwe, stygmatyzuje nas wszystkich i przynosi cierpienie, przed którym nie możemy uciec i rzadko ma dla nas sens. Jak opowiedzieć świat, by nikt nie poczuł się dotknięty czy inny? Przecież z rozpoznania inności bierze się chęć opowiedzenia własnego świata, nie tylko w literaturze.

Myślałem o tym wszystkim jako ojciec, który kiedyś czytał dzieciom nie tylko do snu, czytanki mniej i bardziej poważne, wesołe i smutne, czasem przerażające. Czytał, nie rachując  pedagogicznych korzyści, nie szacując wychowawczych „ryzyk”, intuicyjnie, z potrzeby własnej i cudzej, w zaufaniu do literatury, dziecinnym pewnie i niepożytecznym. Licząc może jedynie po cichu, że tak obroni słuchających przed chaosem znaczeń i nieoczywistością sensów, którymi zaatakuje ich świat. Obroni, ucząc interpretacji.

***

Czytałem na przykład córce wierszyk Danuty Wawiłow, rymowany obrazek fantastycznie zilustrowany przez Franciszka Maśluszczaka, który oboje umieliśmy na pamięć po jednym wieczorze, ale powtarzaliśmy go znowu i znowu, czasem z podziałem na głosy, przeczuwając może, że skrywa coś w swej oczywistości:

Siedzi sobie babcia na jabłoni.

Wnuczka stoi w dole, woła do niej:

– Co tam robisz, babciu, na tym drzewie?

– Powiedziałabym ci, ale nie wiem!

Kiedy czytałem córce o postrzelonej babci, która nie wie, po co wdrapała się na drzewo, byłem młody i wszyscy dokoła byli młodzi. Moja mama, energiczna i nałogowo zapracowana, także na przedwcześnie wymuszonej emeryturze. Babcia, z którą wtedy mieszkaliśmy, młodzieńczo uparta od zawsze, bo inaczej życie połamałoby ją dawno, jak drzewo nie dość twarde albo nie dosyć giętkie, więc babcia była jak dąb, a czasem jak brzoza. Tylko przesadzać jej nie należało, o czym pomyśleliśmy za późno. Nawet mój ojciec też był w pewnym sensie młody, młody w pamięci: nie żył od dekady, zmarł za wcześnie jak każdy, ale jednak bardziej, bo grubo przed swoim półwieczem.

Dokoła była więc względna i umowna, ale jednak młodość i o babci z wierszyka Danuty Wawiłow myślałem jak o ekstrawaganckiej żwawej staruszce, która za nic ma powagę i rozsądek przypisane starości. Lubiłem ją za tę niepowagę i nieroztropność, i też chciałem być takim nie do końca poważnym – a właściwie do końca niepoważnym – ojcem, a potem kiedyś dziadkiem.

To kiedyś było oczywiście tak odległe, że nawet nie zastanawiałem się, kiedy to kiedyś będzie. Więcej, nie zastanawiałem się wcale, do głowy mi nawet nie przyszło pytanie: czy aby na pewno będzie?  Pytanie, które zaskoczyło mnie kolejną dekadę później i przywiązało się do mnie jak najwierniejszy pies. Albo raczej kot, tak bardzo spragniony obecności człowieka, że czasem z tą obecnością, z jej szczęśliwą intensywnością nie może sobie poradzić i przerywa pieszczotę bolesnym atakiem na rękę, głaszczącą zbyt długo.

***

Od tamtego momentu trwa podświadome odliczanie, niechciane jak natręctwo zbyt głośnego zegara i jak natręctwo powracające, a ja stałem się uważniejszy dla świata, szczególnie dla jego słabości. Więc kiedy teraz córka zeskanowała mi tamten wierszyk z książki, którą z domu zabrała jak wiano, marne i mało przydatne na życie, ale osobiste jak piętno, znak przynależności – kiedy przeczytałem ten wiersz na nowo, nie wydał mi się już taki zabawny, przeciwnie: raczej ciepło smutny, jak pogodny początek jesieni.

Bo przyszło mi do głowy i wydało się całkiem prawdopodobne (czy wbrew temu „co poetka chciała powiedzieć”?), że absurdalna babcia na drzewie wcale nie kryguje się, mówiąc, że nie wie, po co się na nie wdrapała, że wcale nie jest przekorną żartownisią za nic mającą społeczne role i wizerunki , lecz że jest po prostu chora, na tę straszną chorobę, której w końcu zaczynamy obawiać się wszyscy. A która, wywołując nieodwracalne zmiany w mózgu, sprawia, że nagle ludzie obdarzeni niegdyś przymiotami umysłu i rozmaitymi talentami, racjonalni, poważni i konkretni, zaczynają zachowywać się jak dzieci.

I jak z dziećmi trzeba z nimi postępować. Jak z dziećmi, to znaczy jak?

Data dodania: 13 maja 2014

Baba z brodą? Bomba. Zwycięstwo przebranego za kobietę z brodą artysty w turnieju europiosenki obudziło tych, których za Umberto Eco można nazwać apokaliptykami. Od półwiecza dostrzegają oni w dziwactwach popkultury znaki zbliżającego się upadku cywilizacji europejskiej. Na szczęście wciąż jeszcze albo oni się mylą, albo my czegoś nie dostrzegamy.

To, że europublika głosowała na estradową „babę z brodą”, nie jest niczym niezwykłym. Wbrew jednak entuzjazmowi miłośników postępu to raczej przejaw konserwatywnej niezmienności  masowych gustów. Telewizyjna gawiedź zareagowała tak, jak przed stuleciem reagowała publika waląca tłumnie do cyrku lub kabaretu, by napatrzeć się na brodatę kobietę, mężczyznę z biustem lub bliźniaki syjamskie, które jakimś cudem wytrzymały starania ówczesnej medycyny. Ci bardziej kulturalni i wówczas swoje ciekawskie podniecenie maskowali naukowymi zainteresowaniami albo koniecznością okazania światłej tolerancji i szlachetnego wyrozumienia dla ludzkich przypadłości.

Coś się jednak zmieniło: znacznie trudniej dziś wymyślić prawdziwą podnietę dla zjadaczy kultury masowej, więc i zwykła kobieta z brodą już nie wystarczy. Dzisiejszej publice potrzebne jest coś więcej, jakaś semiotyczna (albo neurotyczna) nadwyżka, jakaś komplikacja, choćby właśnie przebrany za zarośniętą kobietę mężczyzna. Oczywiście, nawet nie śmiem myśleć, że bierze się to z jakiejś nienasyconej plebejskiej ciekawości czy skłonności do perwersji, skrywanej jak wstydliwa choroba – wszak dzisiejsza gawiedź wolna jest nie tylko od tak pospolitych przypadłości, ale nawet od orzekania, co jest normalne, a co poza normę wykracza. Wyedukowana lepiej niż przed wiekiem, zna pojęcia wolności artystycznej, wolności obyczajowej, wolności rynku  kultury i parę innych modnych ości. Nawet cyrkowe dziwy potrafi objaśniać tradycjami kabuki i teatru elżbietańskiego.

Gusta gawiedzi są w istocie dosyć niezmienne, ale kto dziś jest gawiedzią? Okazuje się, że największy wpływ na wynik głosowania w konkursie Eurowizji mieli nie wysyłacze esemesów, lecz jurorzy. Wybrani przez telewizyjny biznes spośród uznanych znawców popu, pewnie na wypadek, gdyby ludowi europejskiemu bardziej od faceta odgrywającego drag queen spodobały się po słowiańsku wylewne biusty albo staropolskie kręcenie masła. Czyżby więc rację mieli apokaliptycy, dawno już ostrzegający, że kultura masowa nie bierze się z oddolnych i spontanicznych potrzeb, lecz odpowiada na oczekiwania odbiorców cynicznie wykreowane przez tych, którzy rządzą kanałami informacji i produkują popkulturę, zarabiając na niej ciężkie pieniądze? A może to jednak znak pogodzenia się elit z kulturą masową, abdykacja kultury wysokiej, bo jak długo można kopać się z koniem i patrzeć, jak inni obżerają się konfiturami?

Czytając pokonkursowe komentarze, wytykające krytykom eurowizyjnych wyborów polską zaściankowość i brak zrozumienia dla obyczajów wielkiego świata (jeden z komentatorów wyliczył nawet, że jesteśmy 70 lat za Europejczykami), zdziwiłem się, jak łatwo umknęło komentującym zachowanie duńskiej publiczności w konkursowym studiu, zachowanie znacznie bardziej znaczące niż cmokania i protesty wokół kiczowatej Conchity. Za każdym razem, gdy jurorzy nagradzali punktami występ reprezentujących Rosję bliźniaczek, splątanych warkoczami niczym Ruś Kijowska z Moskiewską, publika w kopenhaskim studiu głośno buczała, za nic mając polityczną poprawność i apele światłych konferansjerów, by nie mieszać polityki z kulturą.

Możliwe, że owi buczący mieli w pamięci inne widowisko, sprzed kilku godzin, przez telewizje informacyjne transmitowane z Placu Czerwonego, na którym z operetkowym przytupem swoją siłę demonstrowała Europie tęskniąca do imperialności Rosja. Przybrana w barwy z wstążki orderu świętego Jerzego, używane jako symbol przez carskich imperialistów, sowieckich internacjonalistów, a także walczących po stronie III Rzeszy własowców.

Możliwe też, że kopenhaska publiczność okazała się niewystarczająco światła i tolerancyjna, by zrozumieć świeżutki żarcik rosyjskiego wicepremiera, który  niewpuszczony w przestrzeń powietrzną NATO w drodze z Nadniestrza – ponoć już zaczynającego tęsknić za matuszką Rassiją – zapowiedział, że następnym razem poleci tam bombowcem strategicznym.

I już chciałem napisać, że europejskie masy prawdziwe zagrożenia rozpoznają szybciej niż ich ideologiczni preceptorzy, ale zabrzmiało mi to dziwnie znajomo,  jak wyznanie wiary dziewiętnastowiecznej postępowej inteligencji, wiary w mądrość i instynkt ludu, który potem tę inteligencję wyrzynał, najbardziej ochoczo zresztą w imperialnej Rosji właśnie.

Więc koniec. I bomba, jak mawiała stara służąca Gombrowiczów.

Data dodania: 30 kwietnia 2014

„Przyjechał z prowincji, z jakiegoś Radomia czy Radomska”, powiada narrator o drugoplanowej postaci w powieści Andrzeja Barta „Rien ne va plus”. Nie mogłem więc autora przywitać inaczej, jak przypominając mu, że przyjechał do Wsoli koło jakiegoś Radomia czy Radomska, a na pewno na prowincję.

Wymyślonemu wcześniej żartowi nieoczekiwanego ciężaru dodała poranna wiadomość o śmierci Tadeusza Różewicza, który – jak przypominano – właśnie w Radomsku się urodził. Z czego oczywiście wynika tylko tyle, że urodził się w Radomsku, ale jeśli komuś potrzebne pocieszenie, to może pomyśleć, że w jakimś Radomiu czy Radomsku też może pojawić się wybitny poeta. Więc do piór!

Spokojnie, znów żartowałem.

***

Nie żartowali niestety redaktorzy popularnego portalu gazetowego, którzy informację o śmierci Poety opatrzyli komentarzem, że miał on pecha, bo żył i tworzył w tym samym czasie, co Miłosz i Szymborska. Gdyby żył i tworzył w czasie innym, to pewnie dostałby Nobla. Noblista bez Nobla, tak o nim napisali. Pośmiertne pocieszenie, że nie stanął na pudle.

Dobrze, że zmarli nie czytają tego, co potrafi się wypisywać po ich odejściu.

***

Ale nie ma co biadolić i udawać, że jest inaczej: literatura to także wyścig, w którym nagrodą doczesną jest poczytność i popularność. Pierwszy etap wygrywają dziś ci, którzy stają się kulturalnymi celebrytami. Bart to celebryta a rebours: znany jest z tego, że nie jest znany, a przynajmniej, że nie zabiega o popularność. Dlatego nie chciał, byśmy rejestrowali naszą rozmowę i publikowali ją później w mediach elektronicznych – inaczej mówi się do nieznanego widza, inaczej do tych kilkunastu osób, które są gośćmi pisarza na spotkaniu literackim, uzasadniał. I wykrakał: rzeczywiście do Wsoli przyjechało ledwie kilkanaście osób, spragnionych żywej literatury.

Tuzin ich raczej niż legion.

***

Od kilku lat fascynują mnie fluktuacje naszej publiczności. Od czego zależą przypływy i odpływy nawiedzających Wsolę? Popularność medialna zapraszanych gości ma znaczenie, ale przecież nie decydujące. Bart nie pisze felietonów o jedzeniu i piciu w popularnej prasie, nie spisuje plotek oraz niedyskrecji z Hollywoodu i pomniejszych okolic. Staromodnie pisze kolejne powieści i scenariusze,  przecież jednak popularne, nagradzane i czytane. Z premedytacją tworzy współczesną literaturę „dla kucharek”, pamiętając jednakże, że dziś kucharką bywa i prezes banku, i zarządca kultury. Jego książki można czytać na wielu poziomach wtajemniczenia i wysubtelnienia, zawsze z jednakową przyjemnością. Dlatego trafia do wielu: i do czytelników bardzo wymagających, i do zażywających kultury popularnej.

Więc może frekwencję tym razem pomniejszył nauczycielski kalendarz: tony papierów do wypełnienia przed mającym nastąpić nazajutrz końcem roku maturzystów? Może nasza akademicka młodzież trzeciego wieku wybrała dziś koncert papieski? A może po prostu lud kulturalny rozleniwił się pomiędzy świętami, po których i przed którymi trzeba przecież wypocząć?

Jest tyle dobrych powodów, żeby do nas nie przyjechać. Dokładnie tyle, dla ilu przyjechać warto.

***

Rozmawialiśmy oczywiście o historii, która jest tworzywem ugniatanym, nicowanym, filtrowanym (mówiąc bezpłciowo, ale naukowo: dekonstruowanym) przez Bartowy dar opowieści. Wizja jednostki, wrzuconej w historię, bezradnej wobec jej żywiołu, którym kierują siły nie do końca oczywiste, ale oczywiście ponadindywidualne, jest w powieściach Barta pesymistyczna. Począwszy od  „Rien ne va plus”, dziś wystawionej do wyścigu w plebiscycie, w którym słuchacze Polskiego Radia mają wybrać dwadzieścia pięć książek na dwudziestopięciolecie wolności.

Ale już w tej wydanej blisko przed ćwierćwieczem powieści ironia i pesymizm Barta były niemal liryczne, cierpko łagodne, chwilami może nawet i pogodne. Po latach myślę, że jednak „Rien…” napisałem dla pokrzepienia serc – mówi Bart i ja po ponownej lekturze książki z nim się zgadzam, mimo obrazoburczej ironii w opisywaniu polskości i matki-ojczyzny, „która ulegała wielu miłośnikom chętnym i brutalnym, biorącym ją często bez zgody, na stojaka”. Krytycyzm, nawet najostrzejszy, nie wyklucza przywiązania. Gombrowicz świadkiem.

Zresztą, nie taką obrazoburczość literatura polska obnosi od dawna i z przytupem. O groteskę w niej nietrudno, trudniej o inne rejestry.

***

Wystarczająco doświadczeni, by nie wstydzić się prostych pytań, zastanawiamy się przez chwilę, jak żyć w historii, na którą nie tylko nie mamy wpływu, ale więcej: nasze dobre intencje i uczynki mogą uderzać w nas i naszych bliskich. A skoro mogą, to na pewno uderzą. To jak żyć? Nie wiemy, więc najlepiej przyzwoicie – stara recepta, banalna i piekielnie trudna, warta powtarzania.

Żyć przyzwoicie, nie spodziewając się jednak w zamian ani osądu sprawiedliwego, ani nagrody czy choćby spokoju. Tak się składa, że rozmawiamy w setną rocznicę urodzin Jana Karskiego, którego zasługi długo pozostawały nieznane. Karski bardziej jednak przejmował się tym, że nie był wystarczająco przekonujący, by zmusić aliantów do uwierzenia w Holocaust i obozy koncentracyjne. Wyrzucał to sobie do końca życia, niesłusznie przecież, bo los Żydów, tak jak los więźniów lagrów i łagrów, nie zależał od wymowności bohaterskich świadków, lecz od braku wyobraźni lub kunktatorstwa polityków.

Co nie znaczy, że odwaga Karskiego wagi jest pozbawiona.

***

Na tydzień przed narodową trzydniówką wypominamy sobie te ćwierć wieku kolejnej wolności, wygranej w ruletce historii. Wypominany sentymentalnie, bo sięgając w przeszłość własną, sympatycznie kiedyś zapętloną. Andrzej Bart w łaskoczącym moją miłość własną geście przypomina recenzję „Rien ne va plus”, którą napisałem w 1991 roku i która była – znów tak się złożyło – pierwszą recenzją z właśnie wydanej powieści Barta i pierwszą recenzją opublikowaną przeze mnie w Gazecie Wyborczej.

Bart przypomina, że gazeta kosztowała wówczas tysiąc złotych. Sprawdziłem: książka Barta dziewiętnaście i pół tysiąca. Ile płacono za recenzję, nie pamiętam. Zresztą ceny zmieniały się błyskawicznie i dużo wszyscy przeszliśmy, zanim dobiliśmy się może i mizernej, ale jednak stabilizacji.

Więc vivat król, vivat wszystkie stany?

***

Zanim jednak oblepi nas świąteczna wata, zanim ucukrujemy historię wielką-bo-naszą, zanim okadzimy ją dymem z grillów i krwią nie bratnią skropimy w kaszankach, przekorne przypomnienie, również z powieści Barta zaczerpnięte, więc z pogranicza historii i literatury: światły król Staś, który właśnie królestwo do kości rozbierane tracił, 3 maja na obiad wystawny przyjaciół spraszał, by urodziny carycy Katarzyny świętować.

Bo jak wspomina bohater „Rien…”, polskie piękne damy i godni mężowie w radości i zabawie szukać musieli ukojenia trapiącej ich rozpaczy po stracie własnego państwa.

Skoro ironia nie umarła, to i my żyjemy.

 

Data dodania: 16 kwietnia 2014

Miasteczko leżało na skraju szosy, jak w opowiadaniu Lipskiego, które zaczyna się takim właśnie zdaniem. Kilka następnych zdań opowiadania jest równie ostentacyjnie oznajmujących, oczywistych obiecująco, bo skrywających coś, co w takiej scenerii po prostu musi się wydarzyć, coś tajemniczego, może nawet tragicznego. W Busku inaczej, tu nie dzieje się nic aż po ostatni akapit.

Paradoksalnie jednak, choć Busko pozbawione jest pokus, nie brak w nim ulegających pokusom. Przyjeżdżają tu z beznadziejnej nadziei zatrzymania czasu, chęci odnalezienia czasu przeszłego niedokonanego albo chociażby rytmu przywracającego ład, kiedyś zaznany, a później zapomniany.

Namiastkę tego ładu odnaleźć można patrząc na stare sanatorium i chłonąc spokój proporcji wyliczony w głowie pana Marconiego. Tej architekturoterapii  poddawać się najlepiej przesiadując na ławce w pobliżu zabytkowego budynku, przesłoniętego lekko plamami platanów, albo też niespiesznie wchodząc w park starą bramą, a potem główną aleją, stanowiącą kręgosłup uzdrowiska, mocno już obrośnięty zwyrodnieniami. W tym roku jednak z historycznej części parku wypędzał nas wizg wiertarek i pukanie młotków, które pewnie w następnym sezonie wzbogacą kompozycje godowe miejscowego ptactwa.

Pozostały nam więc obrzeża, coraz dalsze w ucieczce od tego, czego w poprzednich latach staraliśmy się nie zauważać, a co w tym roku objawiło się dotkliwiej, jakby zabytkowe centrum dawnego kurortu opuścił nagle już nie tylko konserwator zabytków, ale i Bóg, który widocznie w dobroci swojej przesadził tak bardzo, że oddał ludziom ziemię bezwarunkowo i teraz mogą czynić ja poddaną według swoich najgorszych gustów i przyzwyczajeń.

***

Hałas wypędzający nas z niedawnego raju czynili budowniczowie parkowej muszli koncertowej, której remont należał się od tak dawna, że nie pozostało w końcu nic innego, jak na miejscu starej postawić nową. Letniej scenie dołożono teraz klockowate zascenie, przypominające publiczny szalet. Za to w połowie postawionego przed laty i zamkniętego do dziś prawdziwego szaletu pojawił się sklep z modą damską, konkurujący z pobliskim, pamiętającym lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku, handlowym barakiem z sypiącej się pobielonej cegły, ledwo żywym pomnikiem dawnego ustroju, na którego ścianie jacyś, pewnie kieleccy, rojaliści swoje pragnienia opisali jednym słowem: Korona!

Koroną parku zapewne miał być w zamyśle fundatorów kościółek, postawiony w 1884 roku, zaledwie w trzy tygodnie, pod nieobecność carskiego zarządcy Buska, który  przez lata odmawiał wydania zgody na budowę katolickiej kaplicy, aż w końcu oznajmił, że wyjeżdża na krótko do Petersburga, więc gdyby w tym czasie coś wymknęło się spod kontroli… Po powrocie złożył oczywiście stosowny raport o złamaniu carskiej woli, ale budowlaną samowolę zalegalizowano, dla porządku skazując budowniczego kościoła na czternaście dni aresztu.

To było jednak pod zaborami, dziś nikt nikogo nie karze za zgodę na ustawienie w pobliżu starego sanatorium obskurnej budy z zapiekankami, colą i piwem, broniącej się przed zabytkowym sąsiedztwem barykadą z drewnianych ław i stołów, swojskich jak blaszany kiosk z dewocjonaliami, zasłaniający kościółek wespół z brudnym namiotem ogrodowym dla utrudzonych wiernych i banerem, na którym wizerunek Chrystusa tonie w różach, purpurach i błękitach. Symbioza kiczu: w gastronomicznej zagrodzie dziewczyna o perłowych włosach zaczyna śpiewać stare szlagiery dopiero wtedy, gdy w położonej wyżej świątyni wybrzmią gorzkie żale.

Uciekamy dalej.

***

W bocznych alejkach spokojniej, jedynie żebraczy gang wiewiórek wymusza orzechy i rozczulenie. Podglądamy przyrodę, wiosennie banalną i rozmazaną w umizgach, pierzastych karesach i gulgotach. Staje się jasne, dlaczego o ostentacyjnie zakochanych komiwojażerach szczęścia, pragnących miłosną zarazę ściągnąć na cały świat, mówi się, że gruchają jak gołąbki. Aż po mdłości.

Na ziemię sprowadzają nas, kto by pomyślał, podrywające się do bojowych lotów krzyżówki. Kolorowe jak odpustni kawalerowie kaczory walczą tuż przed zmierzchem o miejsce przy bezwstydnie szarej samicy, aż w końcu jej wybraniec wygania konkurentów na pobliskie bajorka. Nie na długo jednak, bo w następne dni walka się powtórzy, przywracając naturze jej bezwzględną ostrość.

***

Słońce jest już w maju, ale wiatr zabarłożył ze zbyt lekką zimą i zwarł się z zazdrosnym lutym. Nie da się przysiąść na zbyt długo, więc łazimy po miejscach odleglejszych, mniej zatłoczonych, bo naprawdę starzy bywalcy widzieli tu już wszystko. Nam wciąż jeszcze mało, odkrywamy kolejne drobiazgi, wiosennie rozbudzone. W sanatorium wojskowym ławki świeżo odmalowane, poustawiane w należnym drylu, a obok nich wyprężone w postawie zasadniczej białe tabliczki z rysunkami ćwiczeń, które można wykonywać na pozbawionych oparcia siedziskach. Skłony, rozkroki, wymachy rąk i nóg, grzbiety wygięte w przód i w tył, prawdziwa Kamasutra dla zakochanych we własnym ciele. Niekiedy zakochanych na śmierć.

Porządek również na odnowionym rynku, ławki wygodniejsze w trosce o naznaczonych cierpieniem, których na buską agorę wygania egzystencjalna drżączka i odwieczne pragnienie zmiany, gaszone tanim nektarem przetrwania, kupionym w pobliskim sklepie. Rynek, jak większość polskich rynków w małych mieścinach, został wstydliwie przemianowany. Pragmatycznie: na Plac Zwycięstwa, zwycięstwa w ogóle, nie wiadomo czyjego, bo przecież u nas nigdy nie wiadomo, które jest tak naprawdę nasze i kto jest zwycięzcą, a kto pokonanym.

***

Zresztą w końcu wszyscy zostaniemy pokonani. Staruszka w żółtym prochowcu, ondulacji wciąż trwałej, ale kroku już niepewnym, pcha przed sobą ortopedyczny balkonik z piszczącymi kółkami. Wychodzi tuż za furtkę, zbyt wąską dla pacjentów uzdrowiskowego szpitala, i zaraz zawraca, próbując przyspieszyć, przerażona przestrzenią, a może dlatego, że przed furtką czeka cierpliwie młoda dziewczyna, wysportowana i wysmukła,  rehabilitantka, może masażystka, czeka w niezbyt wygodnej pozycji, wychylona dla równowagi, w sportowej gotowości, bo na nogach ma łyżworolki z butami w jaskrawym kolorze. Kobiety uśmiechają się do siebie w przelocie i młodsza może w końcu pomknąć kasztanową aleją, prostą jak przyszłość, która jej się taką wydaje, coraz szybciej, aż prawie znika za parkową bramą, rozmazując krajobraz w oczach załzawionych od wiatru.

Pędzi jak co dzień, będzie tak pędzić przez następne tygodnie, miesiące i lata, tą samą aleją, którą w końcu przestanie zauważać i nie zauważy także, że jej nogi przestają być wysmukłe i silne, i że pędzi coraz wolniej i ostrożniej. Ani spostrzeże, jak znajdzie się w tej samej furtce co dzisiaj, tyle że to za nią młoda dziewczyna (rehabilitantka? masażystka?) będzie czekała, aż całkiem już powolna, uwolni przestrzeń i pozwoli tej młodej pomknąć przed siebie, aleją, w ruch po której ją samą wprawił przed laty czas. Niezauważalny, więc i nieprzekupny.

***

Wrażenie, obsesyjne prawie, jakbyśmy przyjechali do miasteczka za późno. O ile za późno? O tydzień? miesiąc? stulecie? W holu starego sanatorium oglądam historyczne fotografie, najstarsze starsze niż wiek. Urok dziewiętnastowieczności, dalej ciągnący się w nieskończoność koniec wieku, tytaniczne i titaniczne dwudziestolecie między wojnami, potem lud wchodzący do uzdrowiska i zaczątek siermiężnej szpetoty. Kontynuowanej dziarsko przez wciąż przecież młody kapitalizm, teraz bardziej demokratycznej, bo powszechniejszej.

Zastanawiam się, co ciągnie mnie do miejsca, w którym krajobraz niszczy niewyczerpanie pomysłowa przedsiębiorczość, a kultura rozpięta jest między „żyjącym, by śpiewać” Armandem Perykietko, a dancingiem, na który zapraszają uśmiechający się z afiszy Grześ i Iwonka, wcale nie tacy zdrobniali. Co? Smutek miejsca, które zmienia się nieodwracalnie i wkrótce zniknie, więc łatwiej oswoić w nim własne przemijanie? Śmiertelnie nudna powtarzalność, zwalniająca od przymusu połykania coraz to nowych przestrzeni, ostatecznie każda podróż i tak jest tylko wyprawą w głąb siebie? A może małostkowa radość, że czas wciąż łagodny nie skazał mnie jeszcze ani na kąpiele w siarczanych roztworach, które strach mówić czego mogą być przedsmakiem, ani też na lęk przed samotnym zlodowaceniem w komorze obdarzonej przedrostkiem „ krio-”, mrożącym krew w żyłach?

Może to wszystko po trochu, a może czas przeniósł mnie już w strefę umiarkowaną i jestem pogodzony tą wewnętrzną pogodą, która oznacza zgodę na świat i zgodę na siebie, niepięknych i nietrwałych, ale cóż z tego? Czy dlatego właśnie w pejzażu, który mógłby być przedsionkiem depresji, odczuwam coś, co nazywane bywa trudnym optymizmem, a co moim zdaniem jest optymizmu jedyną możliwą formą?

***

Nie wiem też, czy miasteczko Lipskiego istnieje jeszcze poza jego opowiadaniem, jeżeli w ogóle istniało i miało jakąś nazwę. Busko istnieje, ale z każdym rokiem mniej, wyrodniejąc w chorobliwym rozbuchaniu. Dlatego zapisuję je, starannie, ale coraz spieszniej. Starając się zapamiętać dotknięcie rzeczywistości, którego tu doświadczam tak wyraźnie, jak mało gdzie.

Rzeczywistości delikatnej i łagodnej jak łapki wiewiórki, gdy opiera się na moment o brzeg  dłoni, z której, pokonując śmiertelne przerażenie, porywa rozłupany orzech.

Data dodania: 27 marca 2014

Wiosna, znowu: ci odlatują, ci zostają. We Wsoli pod dębem wylądowały szachy. Plenerowe. Franciszek uznał, że zima dostała paszport w jedną stronę, bez prawa powrotu. Na razie biało-czarne stado wygrywa swoje partie solo.

Za kilka dni znów Busko. Powtarzamy się? Powtarzamy. I tak jest dobrze, dobrze jest móc powtarzać dobre dni i miejsca.

Tym razem zabieram książki już raz przeczytane, by w powtórnym czytaniu sprawdzić pierwsze wrażenie, niedawne i sprzed ćwierćwiecza. Powieści Andrzeja Barta, który zaraz po Świętach będzie gościł we Wsoli. I „Kuratora” Kruszyńskiego, czytanego w Busku przed rokiem, jeszcze w maszynopisie i bez zakończenia, więc trochę bez sensu.

To za kilka dni. A przed kilku dawno niewidziany H., nestor radomskiego dziennikarstwa. Rozmowa podobna do innych, powtarzają się wątki i tematy, trochę narzekamy, ale przyjemnie, bo znów dobrze wspomina moje programy sprzed lat. Na koniec jednak kilka zdań nowych, cichszych, zacinających się:

– Wiesz, mam jaskrę, lekarze powiedzieli, że nie można operować, nie da się, więc żebym zaczął się przyzwyczajać. Przyzwyczajać? Do czego? Przestaję widzieć i mam pogodzić się z tym, że nie mogę już czytać? Patrzę na książki na pólkach i widzę, jak nieużyteczne stają się bez czytelnika. –

W tym roku wyjeżdżamy później, z nadzieją na słońce, barwy jaśniejsze, długie spacery, pobudkę wygrywaną przez kosa na czubku modrzewia za oknem. Czytanie śladów. Powtórzenia.

Choć akurat by usłyszeć kosa, nie trzeba w tym roku ruszać się z miejsca. Przylatują prawie na parapet, wycięto im pół parku pod betonowy pałac sprawiedliwości, więc przylatują na nasz kasztanowiec, który znów urósł i sięga już czwartego piętra. W tym roku zaglądają tu nawet szczygły, para wiecznie w pogoni za sobą, skacząca z gałęzi na gałąź, nerwowa, jakby wciąż szykowała się do drogi.

Trochę mnie tu nie będzie. Potem wrócę taką rzeczy koleją.

Data dodania: 18 marca 2014

Jestem dotknięty tą samą chorobą co wielu Polaków. Uwielbiam Rosjan. Najlepiej w życiu piło mi się wódkę, gadało, śmiało, płakało, eksplorowało zakamarki ludzkiej duszy właśnie z Rosjanami – napisał niedawno w Rzeczpospolitej Bogusław Chrabota. I wielu polskich inteligentów pod jego wyznaniem by się podpisało.

Ludzie kulturalni mają z Rosją kłopot. Są kulturalni miedzy innymi dlatego, że znają rosyjską kulturę. Często nie tylko znają, ale i kochają. Czują więź z jej nosicielami i ich losem, w którym tkwi wschodni fatalizm, mrokiem kuszący nie tylko braci Słowian, ale i będących po jasnej stronie mocy kulturalnych ludzi Zachodu. Tylko co robić z tą miłością, kiedy swą urodziwą twarz zakrywa Rosja wojskową kominiarką nieRosjan najeżdżających sąsiadów?

***

Kulturalni ludzie brzydzą się oczywiście zdetonowanym przez rosyjską agresję pragmatyzmem tych, co z dokarmiania niedźwiedzia żyją. I chcą go dokarmiać nadal, oczywiście broń Boże nie dlatego, że inaczej stracą zyski. Nie, chodzi tylko o to – deklarują – żeby rozbudzonego brunatnego zwierza nie rozdrażnić jeszcze mocniej. Bo przecież pragmatycy, dla dobra nas wszystkich, oswajają misia biznesami, które wcześniej czy później (no zgoda, raczej później) sprawią, że tak jak pokochał naszą walutę, tak i nasze wartości przyjmie za swoje, i gołąbka pokoju hodować zacznie, jak tylko wypuści go z klatki.

***

Kulturalni ludzie nigdzie kulturalnej Rosji nigdzie przeciągać nie pragną, uważając, że rosyjska kultura tej zachodniej dorównuje, a czasem ją przerasta. Dlatego też trudno im uwierzyć, że wychowani na Puszkinie i Dostojewskim Rosjanie świadomie wspierają imperialną pychę i przemoc. Nie, to niemożliwe – myślą zrozpaczeni – pewnie dali się uwieść propagandowej manipulacji, łechcącej ich miłość własną i stare kompleksy wobec kultury światowej. Łapią więc kulturalni ludzie za pióro i piszą do przyjaciół Moskali albo  piszą o nich, z nadzieją, że przeczytają i przypomną sobie, jak dobrzy są, jak szlachetni, serdeczni i otwarci, tylko do przywódców nie mają szczęścia, więcej: do przywódców mają szczególnego pecha.

***

Rosyjska polityka imperialna zawsze posługiwała się pożytecznymi idiotami, urabiając przy ich pomocy zachodnią opinię publiczną. Wśród nich artyści i intelektualiści zdarzali się nader często. Oczywiście, nie każdy kto pokochał rosyjską kulturę, jest z definicji pożytecznym idiotą. Ale staje się łatwym celem, gdy zapomina, iż w kulturze tej, w jej rozmachu, nadmiarze i nieumiarkowaniu kryje się siła, która może tworzyć i ożywiać, ale może też siać chaos i zniszczenie. Historia podpowiada, że tej destrukcyjnej skłonności Rosja ulegała często, intuicja – że znowu może ulec. A nie ufający intuicjom Zachód znów będzie zaskoczony i bezradny.

***

Nie da się zrozumieć Rosji (zrozumieć także w sensie pragmatycznym: by rozpoznać, kiedy budzi się jej imperializm) przykładając do niej jedynie zachodnie pojęcia. Przed czterdziestu laty pisał o tym Josif Brodski, który jak mało kto na Wschodzie potrafił wypracować dystans do własnego narodu i ojczyzny – może dlatego, że jako wygnaniec zamieszkał na Zachodzie nie tylko w sensie geograficznym, zamieszkał również w jego kulturze i języku:

Historia bez wątpienia musi się powtarzać, bo podobnie jak ludzie historia nie ma wielkiego wyboru. Ale przynajmniej powinniśmy znajdować pociechę w tym, że jesteśmy świadomi, czego ofiarą padamy mając do czynienia ze szczególną semantyką panującą w obcym świecie, jakim jest Rosja. Gubią nas nasze własne pojęciowe i analityczne nawyki – na przykład używanie języka do drobiazgowej analizy doświadczenia i pozbawiania przez to umysłu dobrodziejstw intuicji.

***

Brodski, nie wychodząc poza obszar kultury, potrafił w jednym eseju zawrzeć więcej niż zachodni politolodzy w ciężkich naukowych tomach. Jak w eseju o Kunderze i Dostojewskim, w którym opisywał konsekwencje zderzenia wschodnich nomadów z Europą ludzi osiadłych, żyjących w uwarstwionym społeczeństwie z jasno zakreślonymi granicami i widoczną, jasno określoną ścieżką rozwoju jednostki. Zagrożeniem dla takiego społeczeństwa jest to, co poza jego granicami, czyli przestrzenie, na których życie jednostki zdaje się być bez znaczenia. Według Brodskiego ludzie osiadli nienawidzą żyjących w tych przestrzeniach  nomadów, bo  przez sam fakt swej egzystencji, podają w wątpliwość samo pojęcie granicy.

Ale nienawiść bywa sąsiadką miłości. Dla ludzi znużonych ograniczeniami zachodniego ładu nie szanujący granic Wschód jest obietnicą, że kiedyś i oni będą mogli porzucić swoje ograniczenia i wyruszyć w drogę.

Zdarzało się jednak w historii, że imperialny Wschód wychodził tym tęsknotom naprzeciw i gnany własnymi majakami sam ruszał na Zachód.

Data dodania: 3 marca 2014

W telewizji, która reklamuje się tym, że nie kłamie przez całą dobę, objawiła się poezja. Redaktorowi R., komentującemu spotkanie polityków, którzy zmężnieli nagle w chwili zagrożenia i zawiesili spór swój codzienny, przypomniał się wierszyk z lat dziecinnych, przez dziesięciolecia wbijany do szkolnych głów w imię nauki ojczystego języka i internacjonalistycznego patriotyzmu: są w Ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt, wysączymy ją z piersi i z pieśni.

Rytmiczne jak salwa (albo i trzy salwy) wersy Broniewskiego peerelowska edukacja powinna zohydzić nam na zawsze, a jednak – usłyszane między jedną a drugą wiadomością z dziwnego frontu na słonecznym półwyspie – wywołują ciąg skojarzeń sprawiający, że czarnobiałe informacje z kolorowego telewizora stają się mniej oczywiste, mniej oczywista przypomina się historia, tęskniąca do powtórzeń, dziejąca się na naszych oczach, ciemna jak katarakta.

Broniewski był uwodzicielem, uwielbiał, gdy jego wiersze wprawiały w ruch społeczną rzeczywistość. Wprawiały naprawdę, także wtedy, gdy cały naród miał stanąć przeciwko czołgom, które przecież papierowe, podobnie jak działa i samoloty, aż okazało się, że to czerwone to nie plakatówka, nie farba drukarska, lecz krew. Krwi nie odmówi nikt, ale nie od wszystkich Ojczyzna chciała krew przyjąć.

Władze II Rzeczpospolitej w 1939 roku, gdy wojna wydawała się nieunikniona, nie przyjmowały od komunistów nie tylko ochotniczej gotowości do przelania krwi, ale i wpłat na fundusz obronny. Tak przynajmniej pisał Wiktor Kubar, przedwojenny działacz KPP, we Wspomnieniach o Broniewskim. Rozterki komunistów, czy bronić kraju, który jest więzieniem proletariatu, dla działaczy KPP wcale nie metaforycznym, rozstrzygał – jak wspominał Kubar – wiersz Broniewskiego: Nie było już wówczas partii, ośrodka organizacyjnego i ośrodka myśli politycznej. a jednak to samo działo się i we Wronkach, i w Sieradzu, i w Piotrkowie. We wszystkich więzieniach Polski. Powtarzano tam wtedy wiersz napisany w kwietniu 1939 roku przez Broniewskiego. Wiersz, który brzmiał jak partyjna dyrektywa.

Wkrótce Broniewski – na mocy innej dyrektywy wydanej przez inną, choć pobratymczą, partię – sam mógł sprawdzić, jak poezja brzmi w więziennej celi. Aresztowany przez sowieckich okupantów we Lwowie razem z grupą mocno lewicujących literatów, którym udało się uciec przed hitlerowcami, trafił do więzienia na Zamarstynowie, w dzielnicy znanej przed wojną głównie z fabryki wódek Baczewskiego, w której produkowano świetny winiak. Siedział w jednej celi z Aleksandrem Watem i uwodził, nie przestawał uwodzić. Z pieśnią na ustach, oczywiście, nawet w kacecie:

A Władzio był niesłychanie dzielny, z ogromną siłą, jakieś orlątko. I nie tylko w tym szczerze go podziwiałem. Ja chodziłem inteligenckim krokiem, biegałem w kółko po tej celi. A on – zazdrościłem mu tego –  chodził żołnierskim krokiem, wybijał takt i śpiewał wszystkie legionowe pieśni. Cały czas śpiewał, pięć dób śpiewał – opowiadał Wat Miłoszowi po wielu latach, z niesłabnącym zachwytem, wciąż uwiedziony.

Dlaczego fragment ze szkolnych wypisów, zacytowany przez politycznego komentatora, zaprowadził mnie w te więzienne korytarze? Może w pogoni za żywotnością, nie tylko literacką, ale i zwykłą, codzienną, za głodem życia, który Broniewskiemu kazał śpiewać w kacerze, i zjadać straszliwie słone śledzie, których nie mogli przełknąć współwięźniowie, i zaczarować młodego bundowca spod tej samej celi, by oddał mu cały zapas cukru w kostkach?

Głód życia wbrew sinym chmurom, które dziś – prognoza pogody dziwnie rymuje się z historią – na nasze niebo przygonił wiatr z południowego wschodu.

Data dodania: 10 lutego 2014

Przerywając na chwilę poszukiwania straconego budżetu muzealnego, zabrałem się do lektury Nieba i ziemi, zapisków Sandora Marai’a, zaczynających się tak: „Szanuję już tylko tych, którzy śmią czuć się zbytecznymi. Którzy są dość odważni, aby myśleć zbytecznie. Wszyscy są już tacy celowi…”.

Książkę Marai’a kupiłem przed tygodniem w Składzie Tanich Książek „Dedalus” w Krakowie, który odwiedzam za każdym wyjazdem pod Wawel. Zakupy w nim robione są rzeczywiście mniej kosztowne, więc usprawiedliwiają te dwudniowe wypady, które z punktu widzenia budżetu (tym razem domowego) uznać trzeba za zupełnie zbyteczne, bo dzieciaki i tak często odwiedzają nas w R. Najwyraźniej nie mam jeszcze tyle odwagi, by porzucić praktyczność celu.

Wizyty w „Dedalusie” wymagają samozaparcia. Nie tylko z racji pokus, zalegających stosami te księgarskie sukiennice, ale także ze względu na temperaturę panującą w zatłoczonym zwykle wnętrzu. Pracujący tuż przy drzwiach subiekci obawiają się pewnie przeciągów, wpadających do sklepu z kolejnymi poszukiwaczami przecenionych skarbów. Ruch bowiem w „Dedalusie” niczym na dworcu kolejowym.

Gdy wyjeżdżaliśmy z R., tłoku w dworcowej poczekalni nie było. Pociągów stąd odjeżdża coraz mniej, omijają miasto dużym łukiem, grzebiąc go bezlitośnie na gubernianej prowincji. W hali dworcowej – świeżo zmodernizowanej, jak można przeczytać na okolicznościowej tablicy – ledwie kilkunastu pasażerów czekało na swoje odjazdy, chowając się tu przed lodowatym zimnem grasującym na nieosłoniętych peronach. Generalnie na kolejach bez zmian, nawet ta wyremontowana hala wygląda niemal tak, jak przed remontem, tylko gorzej.

Zima powoli schodziła z rozciągniętych między trakcyjnymi słupami drutów, więc i rozkład jazdy zrezygnował z ekstrawagancji, stał się punktualny do przewidzenia i zaziewania na śmierć. Ale wychodząc na peron lepiej nie wywoływać złego. W ogóle lepiej zmilczeć, żeby usłyszeć komunikat z trudem przeciskający się przez zachrypnięte megafony.

Jedynie pociąg z Warszawy, jadący niewiele dalej poza R., spóźniał się ze stołeczną wyższością: komuż tam może być spieszno do Kielc? Ciepły głos dyżurnej spikerki podróżnych oczekujących, którzy mogliby ulec zmianie, zapraszał na bezpłatną kawę i herbatę. Niby zima zaczynała odwrót, ale wciąż wiało lodem, wystarczyło pięć minut na peronie, by jęzor wiatru poczuć nawet na dobrze opatulonych plecach. Czy peron też był po remoncie, nie wiem, wyglądał tak samo jak od lat.

Dawno nieremontowany był na pewno nasz wagon, mimo niedomykających się okien nagrzany niczym ruska bania. Jest w kolejowej niezmienności jakiś urok rozpadu i zniszczenia, właściwy starówkom, które przetrwały dwudziestowieczne ofensywy i odwroty: obite bordowym materiałem siedzenia wykrzywiał starczy reumatyzm, bezlitośnie przypalany na grzejnikach kurz zeznawał, że każda jego drobina w przegrzanym przedziale skazana jest na wieczne trwanie.

Wciąż słyszeliśmy głosy, tym razem tenor konduktorski informował o przebiegu podróży. Kierownik pociągu tak bardzo starał się nadać powagę swojemu głosowi, że pożegnanie wysiadających (byle z niepozostawionym bagażem) brzmiało nader ostatecznie. Na dworcu w Krakowie było znacznie cieplej niż w R. przed trzema godzinami, co raz jeszcze potwierdziło historyczne różnice między dawnymi zaborami. U nas, w rosyjskim, lute bywają bardziej lute niż w dawnym cesarstwie dwojga narodów, wystarczy poczytać Dukaja.

Przed i po rodzinnych obowiązkach włóczęga po Krakowie, błotnym i niezbyt przyjaznym, jakby najeżonym nie tylko przeciw gołębiom, ani przysiąść. To miasto rzeczywiście zimą nie wygląda najlepiej, zmęczone smogiem i gruźliczą wilgocią roztopów. Ale Wisła, przynajmniej pierwszego dnia, trzymała się dzielnie, niemal cała skuta ośnieżonym lodem, okupowana przez szarobiałe stada łabędzi, mew i łysek, czerniejących niczym kropki na pogniecionej kartce nerwowo wyszarpniętej z psującej się drukarki.

Te obowiązki to wizyta w salonie ślubnym, skromnym saloniku, z właścicielką cierpiącą za ladą niczym pozbawiona sukcesów swatka. Ale i ona przeżywa metamorfozę, gdy córka – nagle dojrzałem: dojrzała przedziwnie – przymierza suknię, jakby stworzoną dla niej, mistrzostwem rzemieślnika i siłą obyczaju, i wzruszeń banalnych, no i co z tego, że banalnych.

Panno młoda, młoda panno, dziś co zechcesz, to się stanie …. Uciekam z salonu, paniom zostawiając część praktyczną, niesentymentalną, a tu w głębi Grodzkiej powóz jak z bajki, konie kare z białymi czubami roztapiają mokre powietrze, które obejmuje je z czułością, nagle rozedrgane.

Do R. wracamy następnego dnia, pospiesznym znów rozpalonym z gorączki, więc tym razem czytam na korytarzu, czytam Tworki Bieńczyka i wszystko jakoś tak się składa ku puencie o sile miłości, i że ta siła czasem nie wystarcza, że są takie czasy i takie szaleństwa, które potrafią zniszczyć wszystko, nawet miłość. I jeszcze: że dokoła widać już oznaki znużenia nienaturalnie długim pokojem, i że być może znowu szpital dla obłąkanych będzie najnormalniejszym miejscem na ziemi, choć nad Utratą.

Przed łatwizną puenty uciekam w widoki za oknem. O zimowym zmierzchu jelenie, nie bojąc się myśliwych i kiczu, porzucają leśną partyzantkę i wychodzą na pola. Wyskubują odtajałe kępy roślin, sterczące jak niedogolony zarost, co uciekł spod brzytwy i szpeci śnieżną gładź podbródków, w jakie układają się tu pofałdowane pola. Dużo tych podbródków, przecież nie odjechaliśmy jeszcze zbyt daleko od mieszczańskiego, sytego Krakowa.

Data dodania: 30 stycznia 2014

Takie czasy

Dwa czasy: rewolucji i demokracji. Przed kamerą rozmawiają młodzi ludzie: ukraiński buntownik i polski dziennikarz. Niezmiennie od wieków to młodych wysyłają na pierwszą linię. Dziennikarz ma za mało lat, by pamiętać naszą rewolucję, z niecierpliwością dopytuje więc buntownika: ale co dalej, ile to potrwa, przecież nie będziecie tu tak stać w nieskończoność. Buntownik jest bezradny, odpowiada po polsku: nie wiem, nie potrafię powiedzieć, musimy zwyciężyć, ale ważni ludzie od was, co tworzyli Solidarność, mówili, słyszałem tu dzisiaj, że to nie będzie łatwe, że trzeba czekać, może nawet latami. Musimy być i czekać.

Dwa czasy: rewolucji i demokracji. Młody Polak, nie pamiętający buntu, zdziwiony. Zna tylko demokrację i jej najwyższe, ekonomiczne wcielenie. Jest więc nastawiony na zysk, efekt, niecierpliwe działanie z pragmatycznym celem i nagrodą za szybki sukces. Buntownik, wymarznięty i przerażony, wie tylko, że musi czekać. A nagroda wcale nie jest pewna.

Czas rewolucji okazuje się cierpliwszy. Paradoksalnie, biegnie wolniej.

Retorzy

Dwaj retorzy po próbie negocjacji przemawiają do tłumu. Prezydent-dyktator, mający za sobą pozory demokracji, tarczę i pałę Birkutu, a także Wielkiego Brata, wie, że może zwodzić i grać na zwłokę. Buntownicy nie są na tyle mocni, żeby obalić go siłą, a w nic innego niż siła nie wierzy. Panuje więc nad czasem, także nad czasem ich, majdańców.

Kliczko rozumie już, że przegrał, że choć chciałby może zaryzykować i przystać na wątpliwy kompromis, byle tylko dyktator cofnął rozkaz strzelania, to ludzie tu na majdanie, tłum, który zrobił go przywódcą, a teraz zaczyna w to przywództwo wątpić, ci ludzie nie chcą się cofnąć. Nie mają gdzie. Więc przygaszony, okopcony zmęczeniem mówi tylko, że zostaje tu z nimi, bo ich rozumie, a jedyne, czego się boi, to tego, że przyjdzie do niego ktoś i powie, że stracił właśnie brata, męża, syna.

Tiahnybok jest radykałem i na pewno cofać się nie chce. Wie jednak, że część towarzystwa na wiecującym majdanie z przerażeniem myśli o losie tych, których władza złapała i w każdej chwili może zamordować rękami nieznanych sprawców. Wie, że lęk tej mniejszości może być zaraźliwy i powszechny, więc postanawia ów lęk nazwać i nazywając, oswoić.

Mówi zebranym, że jeśli obietnic prezydenta nie odrzucą, jeżeli uznają go za człowieka, któremu można uwierzyć i walkę na ten czas przerwać, to być może ocalą z rąk oprawców swoich przyjaciół i współtowarzyszy. I nikt już może nie zginie.

A jeżeli niepewny kompromis odrzucą, jeżeli nie potrafią zapomnieć, że dyktator jest kłamcą z natury, to nie tylko pozostawią w rękach oprawców swoich przyjaciół, ale i sami pewnie trafią do więzień. Zwyciężą, lecz zwycięstwem słabych, zwycięstwem wyłącznie moralnym, honorową klęską, którą być może historia zapisze w rubryce gloria victis.

Wykrzyczawszy alternatywę, każe zebranym podjąć decyzję, głosować jak na wiecu kozackim, przez podniesienie ręki za walką lub rozejmem. Chce z buntowników zrobić obywateli, dając im wybór i odpowiedzialność. Pokazując, że ich głos się liczy, a każde słowo waży jak ołów.

Wieloznaczność, o której nie wolno zapomnieć: demokracja tworzona tym gestem to demokracja kozacka, wojenna. Tiahnybok przemawia ze sceny, widząc już zapewne, jak historia obsadza go w roli hetmana.

Tarczą bywa poeta

Kul już od dawna nie robi się z ołowiu. Czasem wyrabia się je ze słów, szybkich i celnych, niosących wolność lub śmierć, albo jedno i drugie. Dyktatorzy boją się słów, bo nigdy przecież nie zamkną wszystkich ust, wszystkim nie amputują pamięci i zapisanego w niej słownika, w którym są też słowa rzadko używane, bo zbyt patetyczne dla mowy codziennej. Przywoływane w czas szczególny, miewają straszliwą siłę rażenia.

Była premier apeluje z więzienia do milicjantów i żołnierzy: nie bierzcie krwi rodaków na swoje sumienie. „Ani praca, ani pensja, ani pagony nie są warte śmierci waszej duszy” – pisze. „Nie strzelajcie do tych, którzy czytają wiersze Szewczenki.” Tak na majdanie pojawia się literatura.

Jednym z pierwszych zabitych majdańców był dwudziestoletni poeta. Nie wiemy, co pisał i czy pisał dobrze. Może nie, a może za pół wieku uczeni krytycy będą spierać się o cenę, jaką dla literatury była jego śmierć. Jak my spieramy się dzisiaj o sens śmierci Baczyńskiego i innych piszących powstańców.

Teraz jednak poległy poeta jak nikt nadaje się na symbol ukraińskiej rewolucji. Siła słowa nie jest może ogromna, ale jednak historia pokazuje, że dyktatorzy zabobonnie boją się tych, co świetnie językiem władają. Dlatego najpierw strzelają do poetów i innych tragarzy wolnego słowa.

Przeklęte doświadczenie

Fotografia zastrzelonego poety obiegła świat. Jak z narodowej ikony-landszaftu: z rozwianym włosem i ogniem w spojrzeniu stoi na jakimś podwyższeniu, trzymając transparent z krótkim hasłem ustami ludu mówi Bóg.

Doświadczeni, wiemy, jak bardzo się myli. Jak bardzo pokrętne są ścieżki Boga, historii i polityki. Jak bardzo odległe od siebie. Ale im, majdańcom, bardziej niż pałki i tarcze potrzebna jest wiara. Więc wierzą, że tym razem będzie inaczej. Że tym razem nie zamienią jednej bandy na drugą. Że bandu pogonią.

Nie pogonią. Dobrze, jeśli sami nie staną się bandą, bo czerwona linia oddzielająca pokojowy protest od słusznej, samoobronnej, ale jednak przemocy, została przekroczona. A na Gruszewskiego najostrzej walczą ci, którzy swą wiarę budują na wrogości do innych.

I kto wie, co się jeszcze okaże, gdy opadną dymne zasłony z palonych opon, z  unoszących się nad nimi śpiewów i haseł.

Gdy narrację zastąpi interpretacja.

Na językach

Gdy stało się jasne, że dyktator używa rozdwojonego języka, że dobiera słowa zależne od okoliczności, a nie prawdy, ubiera je raz w europejski garnitur, a raz w berkutowski pancerz, Witalij Kliczko na majdanie zaczął mówić wyłącznie po rosyjsku. – Nie podzielą nas na tych, co mówią po ukraińsku, i na tych co używają rosyjskiego. Rozumiemy się i nie damy podzielić – krzyczał. Kliczko dobrze rozumie rosyjski: rosyjski język i rosyjski imperializm. Janukowycz zaś świetnie się nim posługuje, jak mową ojczystą.

Nie wiadomo, co na majdanie przeważy: euroentuzjazm czy też nacjonalizm. Wydaje się, że bez przywiązania do narodowej niezależności majdanu by już nie było, a Europa nie jest celem, lecz raczej kierunkiem ucieczki przed Rosją. Co z tego rozumiemy? Co z tego rozumieją wynajęci przez nas politycy? Z tego, co mówią, wynika niewiele. Używają słów, by nic nie powiedzieć.

Schowani w spódnice sklerotycznej Europy, udajemy, że rosyjskiego nie znamy. Że zapomnieliśmy: i języka, i imperializmu. Za to wciąż przypominamy sobie, że mordercy z Wołynia mówili po ukraińsku. Ta wybiórcza pamięć, historyczna afazja, może kosztować dużo. Historia znów zastanie nas szepczących pacierze nienawiści i niemocy. Niezdolnych do nazywania rzeczy po imieniu i niezdolnych do czynu.

 A banda nie śpi. Nigdy.

Strona 3 z 1312345...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury