Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 24 września 2013

Najlepsze kasztany są w dzieciństwie. Lubimy je tylko jesienią, no bo kiedy mamy lubić, skoro pochowane na zimę, więdną albo łuszczą się wyschniętą łupiną, podobnie jak  żołędzie. Tak właśnie, blietz kriegiem starości kończą swój żywot na półce żołędziowi rycerze w brązowiejących zbrojach i zielonkawych hełmach, z rękoma cienkimi jak drzazgi, zakończonymi dłońmi z siarki, łatwopalnymi, wystarczy byle draśnięcie, byle draska… Niewiele dłużej wytrzymują ich konie, prawdziwe kasztany, zaokrąglone może zbyt mocno, ale wciąż rączę, sprawnymi rękoma sprawione.

I jeźdźcy, i ich błyszczące rumaki kończyli zawsze tak samo, na zmiotce-szufelce, co raz dwa robiła porządek z egzemą łupinek z przysychających armii, siłą wcielonych w domowe pielesze z jesiennej wilgoci, daremnie ocieranej ostatnimi promieniami słońca , tracącego ochotę na łażenie po wysokościach. Matczyna sprawiedliwość dziejowa, ład pokojowy na półce nad dziecięcym łóżkiem, czynione były w dyskrecji, bezgłośnie, przynajmniej zanim w modę nie weszły obłe ryczące smoki z napisem zelmer na grzbiecie. Na kolejne armie i zwycięstwa musieliśmy czekać do następnej jesieni, nie tak odległej na szczęście jak jesień średniowiecza, ale równie tajemniczej i fascynującej. Tak dziecięce idylle szykowały nas niepostrzeżenie na dorosłą przemienność losu, tę sinusoidę z nałogową skłonnością do upadania głęboko poniżej osi i obrzydliwie leniwą niechęcią do wznoszenia się ponad zero.

Wiem, wpadam w literackość jak jesienna śliwka w kompot tuż przed zawekowaniem i nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że zawsze wolałem smaki ostrzejsze, śliwki – a jeszcze lepiej gruszki – w occie. Wywołując wspomnienia dziecięcych idylli, truchtam za modą, każącą wszystkim, którzy jako tako władają słowem, opisywać swoje dzieciństwo i przemieniać je w debiuty, nagradzane potem i nominowane, paszportowane i recenzowane obficie. Ale za modą truchtając, jej też się sprzeciwiam, bo przecież ja w dzieciństwo jak w słoik z suszonymi owocami rękę łakomczuchę wsadzam i wyciągam co najlepsze kawałki, słodko zlepiające paluchy. A to wbrew dzisiejszym kanonom: bo niesłodkie te dzieciństwa dziś opisywane, straszliwe raczej, traum pełne, wyparć i zaparć, nieobecnych św. Mikołajów i rodziców okrutnych albo przynajmniej zimnych jak nos renifera, rówieśników udręczonych dręczeniem innych, co ma przed samoudręczeniem ratować, szkół jak Guantanamo urządzonych, klechów jak klawisze i wychowawców jak instruktorzy dżihadu, a także inicjacji mrocznych niczym wieczory po nagłym zarządzeniu czasu zimowego.

Więc gdzież ja się pcham tutaj z uczłowieczanymi owocami dębu i kasztanowca, z nierzeczywistymi bitwami, w których nikt nie ginął, a nawet jeśli komu ułamała się zapałczana noga albo ręka, to zaraz nową wtykało mu się zamiast tamtej niezdatnej i bólu nawet nie poczuł. Co nie znaczy, że tak całkiem bez bólu chowani byliśmy. Znaliśmy go dobrze, objawiał się czasem zupełnie niespodzianie, zadawany przez tych, których nie podejrzewaliśmy. A najgorszy był ból niesprawiedliwy, bez wysłuchania naszej racji zadany, co w końcu niczym szczególnym nie było w tamtym czasie, w szóstej dekadzie wieku zagłady i łże-pokoju opłacanego wolnością. Dopiero się jednak do przemocy sposobiliśmy, więc ból, który wspominam, w dziecięcej pamięci odcisnął się jak but nieuważnego przechodnia, zgniatający świeżo opadłe żołędzie i kasztany. Tym bardziej, że zadany został przez osobę wpierw bliską i podziwianą, a potem już tylko obdarowywaną uczuciem niejasnym i mrocznym, przeczuwającym, że miłość  jest jednak czymś innym niż lukier pachnący na pączku, że bywa jak starte na betonowym boisku kolana, jątrzące się, trudne do zagojenia.

Co przeskrobaliśmy, nie pamiętam, na pewno nie poszło o kasztany, z których pani C. potrafiła wyczarować cudeńka; patrzyliśmy bez słowa, jak uprawia kasztanową magię, a potem próbowaliśmy ją naśladować tak nieudolnie, że niejeden rycerz i niejeden rumak w tym naszym dłubaniu się ku doskonałości tracił swe umowne życie, lądując gdzieś z boku z brzuchem wypatroszonym z białej treści, kruszącej się łatwo po rozerwaniu jedwabistej powłoki. Pani C., nasza wychowawczyni, uczyła robót ręcznych, tego przedziwnego przedmiotu, które nasze koleżanki przystosowywał do życia ucząc elektryki, a nas, używających noży jedynie do gry w pikuty, przemieniał w wytwórców jarzynowych sałatek. Na długo przed feminizmem, walką z dyskryminacją kobiet i bezpłciowym dyskusjami o kulturowych rolach płciowych.

Poszło być może o zwyczajne spóźnienie na lekcje, a może o niezbudowanie na czas zimowych karmników dla ptaków przylatujących do nas na zimę, które wskutek naszej opieszałości traciły szanse na przetrwanie do wiosny, kiedy to znów odlatywały  – bez sensu, myślę tak do dziś – w zimniejsze strony. Mniejsza o powód, ważniejsze, że pani C. postanowiła nas ukarać, fizycznie, bo były to czasy, w których zdarzało się, że nauczyciele bijali uczniów, a nie na odwrót. Kary fizyczne nie stanowiły oczywiście naszej ulubionej rozrywki, ale nie były też czymś poniżającym, uznawaliśmy je za część szkolnej obrzędowości i gry o przetrwanie. Wyrok za czyny popełnione i udowodnione niezbicie, wykonany w trybie doraźnym linijką lub piórnikiem, przyjmowaliśmy raczej ze stoicką ironią cechującą romantycznych spiskowców, postanawiając co najwyżej, że następnym razem popełnimy występek doskonały i nie damy się przyłapać na ściąganiu, strzelaniu ryżem z rurki do odpowiadających przy tablicy lub wsuwaniu lusterek pod ławkę nieuważnym dziewczynkom, zapatrzonym w panią psorkę.

Zdarzały się jednak nauczycielom napady zimnego szału, niespodziewanego i nieuniknionego  niczym biały szkwał. Zdarzały się prawie wszystkim, ale nie pani C., która dotąd trzymała nas w ryzach słowami i spojrzeniem, niczym wytrawny treser młode cyrkowe zwierzaki. Tym razem było inaczej: z szafy z młotkami i obcęgami, z której zawsze wysypywały się gwoździe tęskniące za deską i przezroczyste grudki kleju stolarskiego, wyjęła C. długą, misternie splecioną pytę i tym narzędziem, odebranym zapewne jakiemuś szczególnie uzdolnionemu manualnie ulicznikowi, wykonała egzekucję. Precyzyjnie, jakby była nauczycielką matematyki: dziewczynom po jednym celnym uderzeniu, chłopakom po trzy, mocniejsze. Nawet najbardziej zahartowani, którzy nigdy nie wyciągali od razu dłoni pod karzące linijki i wskaźniki, narażając się tym samym na zwielokrotnienie kary, nawet oni stali jak wryci, zaczarowani przemianą dobrej pani, nagle karzącej niewinnych. Myślę dzisiaj, że nie o sprawiedliwość jednak chodziło, ani o żadną traumę, inicjację czy wyparcie. Żaden z tych przemądrzałych terminów nie wyjaśnia bowiem, dlaczego łzy wściekłej bezsilności, połykane wstydliwie, smakowały tym razem jakoś inaczej – słodkawo, aż po mdłości. Tak odkrywaliśmy, nie umiejąc jeszcze naszego odkrycia nazwać, że uczucia są bardziej splątane niż opisuje to pierwsza czytanka, a miłość i nienawiść mogą splatać się w jedno, w doskonałe narzędzie zadawania bólu. Szczęśliwi, nie potrafiliśmy jeszcze interpretować.

Pani C. przypomina mi się zawsze, gdy czytam dzisiejsze opisy dziecięcych rajów utraconych. Większość z nich, mam wrażenie, bierze się nie z literackiego talentu czy tradycji, lecz z podręczników psychiatrii i psychologii. Ale co tam, bardziej ciekawi mnie, czy dzisiejsze dzieciaki nadal stwarzają żołędziowe ludziki i kasztanowe zwierzęta? Na schorowanym kasztanowcu za naszym oknem co roku pojawiają się przecież nowi śmiałkowie, którzy włażą wysoko na niepewne gałęzie i potrząsają drzewem, aż zacznie gubić nie tylko pokryte rdzą liście, ale i owoce, ukryte w rozpękających ponętnie zielonych skorupach. Kasztany spadają jak duże krople nagłej ulewy, prosto na głowy czekających na dole. I wtedy:

– Noszesz, kura jego mać  – drze się pod drzewem wniebogłosy kokoszy syn jeden z drugim, jakby ojca i matki nie miał, i pani C. nie poznał nigdy…

Data dodania: 16 września 2013

Bardziej niż samotności, bali się chyba sentymentalizmu i ckliwości. Chyba, bo wszystko, co dotyczy ich związku, jest hipotezą, wysnutą ze szwów i prześwitów w  starannie utkanej literackiej opowieści o kilku wspólnych latach odchodzącego już pisarza, uznanego na koniec wielkim, i młodej doktorantki, kobiety wyzwolonej i Sartrem oczytanej, startującej w życie, którą ktoś (przeznaczenie? los? przypadek? Gombrowicz?) uczynił w ciągu kilku lat, więc niemal jednocześnie, kochanką, żoną, wdową, opiekująca się schorowanym i zgorzkniałym Wielkim Pisarzem, a potem jego Spuścizną. Z rozumiejącym się samo przez się nakazem autoironii i zakazem zanudzania, wiadomo – tych, którzy pozwalają sobie mówić o mnie nudno i rozsądnie, karzę okrutnie: umieram im w ustach i oni mają w swoim otworze gębowym pełno mego trupa.

ON

Trafiła, jeśli wierzyć zapiskom z „Kronosu”, na zły moment jego życia. W sierpniu 1964 zanotował: duszę się w Paryżu, uciekam. Flirt z Ritą, czasem jakiś hołd (…)Boże, Boże mój, nigdy tak strasznie, tak bez żadnej nadziei! A jednak na kolejnych kartach „intymnego dziennika” notuje chwile radości, zadowolenia, swojego i – co podkreśla z kogucią dumą – Rity, radości bardzo intymnych i istotnych. Pożycie z Ritą. Obawy o serce. Pogody.  Rita – zadowolenie, przyznaje mi się. To listopad 64. Miesiąc później zapisuje dumną buchalterię: Odkąd z Ritą jestem, więcej niż 15 razy, 4 orgazmy – ale od 2 tygodni +/- nic. Później miejsce chłopackiej dumy zajmują wzmianki o humorach, niezadowoleniu i nerwach Rity. Wszystko to zapisuje dla siebie, ale i dla nas, wiedząc, że kiedyś przeczytamy. Po to mu – także – Rita.

„Kronos”, tę intymną relację z życia odkłada jednak na później, dużo później, a gdy są razem, wobec świata przybiera pozy, często niezbyt dla partnerki miłe, bo negujące partnerstwo. W styczniu 1966 donosi swojej berlińskiej gospodyni, pani Kurpiers: Mam teraz ładne mieszkanie, mały samochód (taki jak Volkswagen, tyle że francuski) i młoda panią, bardzo sympatyczną. Gra, stylizuje się, by zostać dobrze zrozumianym przez praktyczną Frau? Może, ale nawet w tym prostym oznajmieniu tętni walka o dominację, o posiadanie na swoich warunkach, o władzę, bardzo widoczna w zapiskach „Kronosu”. Codzienne, banalne sprzeczki, zapasy o drobiazgi – kolor ścian, półkę na książki, dietę i katar, spokój święty i nieświęty. Ja, które inne ja może tolerować jedynie wtedy, gdy uległe, podporządkowane, milczące kiedy trzeba, pozbawione roszczeń i oczekiwań. W odpowiedzi dąsy, awantury, obrażanie się, ciche godziny i dni. Przynajmniej on tak to widział: Paczowscy wyjechali, zaraz kłótnia z Ritą: „żyję jak mniszka”, depresja, nuda…

ONA

Gdy mówię, że Gombrowicz, przynajmniej Gombrowicz według „Kronosu”, był strasznym egoistą, to choć nie wypowiadam tego jak zarzutu (o nie, rozumiem go coraz lepiej – to starzenie się, bunt ciała, lęk przed bólem i uzależnieniem od innych, poczucie, że już nie ma czasu) pani Rita protestuje, zanim zdążam się wytłumaczyć. Egotykiem, nie egoistą, mówi i pyta: który z prawdziwych, wielkich pisarzy miał normalne życie, stabilne, poukładane? Ona była – może nie przede wszystkim, ale jednak – elementem takiej układanki, zabiegów Gombrowicza o literackie trwanie po śmierci, stwarzanie się dla potomności, życia po życiu nie w formie pośmiertnej maski, lecz nie dającej się zmarmurzyć  gry ze światem i pamięcią historycznoliteracką. W ich ślubie choćby nie było niczego romantycznego, związek dwojga przeciwników ślubów, roztrąbiony na Europę i Amerykę, wzmocniony zapisami testamentu. Więc ślub jako zabieg przedłużający literackie życie, gdy to biologiczne brutalnie sygnalizowało, że się wyczerpuje. Był czuły, troskliwy i tak dobry, jak nikt go o to nie podejrzewał, opowiada pani Rita. Staram się jej wierzyć, ale uparcie wraca obraz Gombrowicza wampirycznego, bo i młodość, i energia, i nawet te dąsy, pląsy i milczenia musiały go odmładzać, pobudzać, ratować przed ostatecznym utonięciem w depresji i lęku. Tak po prostu, choćby nie wiem ile razy powtórzył Dominikowi de Roux swoje intelektualne alibi: dla mężczyzny kobieta jest takim chłopcem dozwolonym.

Pani Gombrowicz dziś jest wciąż dyskretniejsza od męża, nauczyła się sztuki przemilczeń i odpowiedzi, które są tylko uprzejmym zbywaniem pytań. Jakby wstąpiła do zakonu klauzurowego: z nakazem milczenia za granicą intymności, z życiem dla jednego celu i jednej osoby. Swój mnisi wdowi urząd sprawuje na szczęście z autoironią, która broni przed przesadą – nadmiernym patosem, niekontrolowanym sentymentalizmem. W pewnym sensie bronił jej też  „Kronos”, przez dziesięciolecia trzymany w pudle pod łóżkiem.

ONI

Nie była jednak ofiarą, choćby dlatego, że buntowała się. W lipcu 1965, kiedy wróciwszy z Włoch, weszliśmy do mieszkania i nasze głosy rozbrzmiewały w ciemnym, wysokim przedpokoju, poczułam nagle, że wchodzę do klasztoru. „Czuję się jak zakonnica” – powiedziałam. Zraniłam go… Daty się nie zgadzają, Gombrowicz o mnisich wyrzutach wspomina w zapisku z września 1968 roku. Zgadzają się jednak, co ważniejsze, słowa i ich temperatura. Możliwe, że bunt narastał i wcale się nie ustateczniał, lecz powtarzał. Ale…

Zraniłam go. Nigdy jednak nie myślałam, żeby go rzucić. Życie z nim było trudne – czasem nie do zniesienia – ale to był mój los. Los? Więc wierzy w przeznaczenie, w los, w sens? Oczywiście, odpowiada, przez przypadek spotkała Gombrowicza – to spotkanie nadało jej życiu sens. Powtarza: Witold nie był egoistą, naprawdę dawał. – Jego twórczość to taka kula energetyczna, która napędzała moje życie i nadal napędza – mówi pani Rita, a ja myślę sobie, choć nie mówię tego głośno w obawie przed banalnością komplementu, że ładunek energii był naprawdę ogromny i że nie każdy by go wytrzymał tak, jak Ona. A co z nagrodą, którą obiecuje klasztorne życie? Nagroda jest dla wierzących, odpowiada pani Rita, ale dwie godziny później poważnieje przed tłumnym audytorium i dodaje, że to dzięki tamtemu spotkaniu, w zimnych poklasztornych murach Rouyamount, jej życie było tak ważne i ciekawe.

Spełnione? Może odpowiedź na to pytanie przyniesie książka, którą pani Gombrowicz zamierza teraz napisać. Opowie w niej o czterdziestu pięciu latach życia z Witoldem po jego śmierci, o tym dziwnym związku, który jeszcze się nie skończył. I już się nie skończy.

Nie spodziewałbym się raczej drugiego „Kronosu”. Po uknutym wspólnie przez Gombrowiczów skandalu, który odgrzebuje właśnie autora „Kosmosu” spod nadgniłych laurów klasyka, ta przedziwna para wraca do swojego spektaklu. On znów myli tropy, tym razem skrywając się za kartami „Kronosu”, buchalterią wrzodów,  duszności, bólu i nieznośnej, codziennej małostkowości, przez które przeziera straszliwy lęk. Ona gra swoją rolę wdowy-strażniczki, z opowieścią o dobrym i ciepłym Witoldzie, w którą niełatwo uwierzyć, a która jest przecież tylko makijażem, skrywającym wyznanie miłości, coraz większej z latami, i tęsknotę, nie do zaspokojenia. Mamy gdzieś w archiwach muzeum takie wyznanie, wypowiedziane do kamery, które może kiedyś, gdy pozbędziemy się strachu przed sentymentalizmem, upublicznimy.

Gdy więc pytam, czy wzorem Anny Dostojewskiej, która swój dziennik zatytułowała „Mój biedny Fiedia”,  wspomnienia o mężu opatrzy tytułem „Mój biedny Witia”, Rita Gombrowicz odpowiada ze śmiechem, że oczywiście nie – zatytułuje je „Mój wielki mąż Witold”.

JESZCZE NIE EPILOG

Kończąc spotkanie we Wsoli, zapytałem panią Gombrowicz nie o podsumowanie, lecz o plany. Z nadzieją, może trochę zabobonnie? Zresztą co tu podsumowywać? Byli razem, choć osobni. W przebłyskach radości bawili się sobą i życiem, bez nudy. Zmęczeni, wpadali w histerię albo depresję, dręczyli się i zmagali, aż po milczenie i chłód. Byli razem, czasami wbrew sobie, ku swojemu utrapieniu, ku samotności. I tak już jakoś zostało, tak już zostali. W sumie – życie.

Tak ich widzę: w całej tej swojej niezwykłości bywali jednak także zwykłymi kochankami, z bagażem przywar i małości, ze skrywanymi i tłumionymi, ale powracającymi objawami sentymentalizmu. Jest takie zdjęcie Gombrowicza, ostatnie, zrobione w Vence: światło zalewa taras i stolik, przy którym siedzi pisarz. W czapce, szaliku, opatulony mimo południowego słońca, jakby gotowy do drogi, czujący już skradający się chłód. Zmrużonymi oczami patrzy nie w obiektyw, ale przed siebie.

Pewnie to niedopuszczalnie sentymentalne, ale wyobrażam sobie czasem, jak przed tym ostatnim może wyjściem z domu Rita poprawia mu szalik i dopina guziki ciepłej marynarki.

Koniec i bomba…

Data dodania: 26 sierpnia 2013

Arabski poeta Ibn Al Hossani twierdzi, że podróż nieopisana to podróż zmyślona. Podróży na Hel opis należy się choćby po to, by zrozumieć, dlaczego tam właśnie wracamy. Najprostsza, choć niewystarczająca, odpowiedź: trudno nie wracać do świata, w którym ludzie mają tyle poczucia humoru, by żartować w kwestii tak śmiertelnie banalnej jak transport publiczny. Oto autobusowi, który przez cały półwysep zawiezie nas aż do Helu, nadano numer „666”. Żart iście szatański, nie wiem tylko, czy to urzędnik zarządzający transportem był tak biegły w angielskim i biblistyce, czy też stał się ofiarą podszeptu jakiegoś dowcipnego wykształciucha?

***
Hel kojarzy mi się z podróżowaniem, może i nie tak znowu dalekim, ale jednak aż po końcową stację. Końcową? Zdania są podzielone: czy Polska na tym półwyspie kończy się czy też zaczyna? Atlas geograficzny nie rozstrzyga sporu, ale inspiruje. – Hel to taki języczek, zobacz na mapie – tłumaczy matka małemu dziecku na stacji. – Ty też czasem tak pokazujesz język. A komu pokazuje język Polska: morzu? lądowi? sobie? A może po prostu dobiegła do morza resztką sił, z jęzorem wywieszonym na brodę?
Hel przypomina też sflaczały ustnik balonika, kolorowego, weselnego – wszak zaślubiny z morzem zdarzały się w historii Polski nie raz. Sflaczały, bo komuś zabrakło sił, by nadmuchać go do końca i już na zawsze będziemy skazani na niedokończenie, niedorobienie formy? A może Hel to taki wentyl, przez który z polskiego balonu co jakiś czas ktoś upuszcza trochę powietrza, żebyśmy się od nadęcia naszego nie rozpryśli na kawałki?
Myślę jednak, że było tak: dobiegłszy do morza ostatkiem sił, w przypływie jasności dostrzegła Polska, że oto znów będzie u nas na opak, inaczej niż w krainach szczęśliwych, gdzie morza są na południu, a góry na północy. I wtedy postanowiła zawrócić na południe, ale sił wystarczyło jej zaledwie na niewielki półwysep.

***
Dlaczego wracamy? W to samo miejsce, rok po roku? Turyści dzielą się na odkrywców i pielgrzymów. Tych pierwszych we wciąż nowe miejsca gna potrzeba poznawania i zdobywania kolejnych pejzaży, ludzi, historii. Drudzy wracają do tych samych miejsc, by podróżować w głąb, powtarzać i na nowo interpretować obrazy, zdarzenia, detale, nienasyceni lub przywiązani do rytuału. Podążają do miejsc uświęconych tradycją i stopami innych pielgrzymów, albo sami wyznaczają sobie sanktuaria, do których wracają. Sami, na własne ryzyko. Ćwiczą się w indywidualizmie, oswajają samotność.
Być samemu wśród tłumu namaszczonego tymi samymi olejkami, wśród niewolników słońca, padających przed nim na twarz – to dopiero sztuka. Można też łatwiej: po prostu uciec od ludzi, wystarczy kilometrowy spacer.

***
Podróż na Hel jest zawsze trochę odrealniona, tym bardziej, że wybieramy pociąg. Wagon sypialny pamięta „Ostatni dzień lata”. Dwanaście godzin, połowa jednego z danych nam dni, by przejechać prawie siedemset kilometrów, ze dwieście więcej niż to konieczne. Poruszamy się jak żmija z nadmorskiego lasu, zygzakiem: najpierw na wschód, w stronę Pilawy, by z niej odbić do stolicy; potem nagłym manewrem na zachód lekko pochylony ku północy, Toruń, Bydgoszcz. Gdzieś, w którymś z tych miast (nigdy nie wiem, w którym, bo zmianę przesypiam), nasz pociąg zaczyna jechać w stronę zupełnie przeciwną, jakby postanowił zawrócić. Zapowiedź Helu: na półwyspie pole manewru jest mocno ograniczone, żadnych uskoków w bok, uników. Można posuwać się tylko do przodu, do piaszczystego końca, albo cofać. Jak w życiu, choć dostrzega się to późno, już za smugą cienia.
Tu jednak, przez te kilkanaście godzin nocnej podróży, czas i przestrzeń trwają w zawieszeniu. W ciemnościach, przez które przeciska się pociąg, nie widać nic oprócz odbić rozświetlonych okien, które wydają się nieruchome mimo pędu wagonów. Powietrze pachnie wysmołowanymi podkładami i wciąż rozgrzanym metalem torowiska. Świerszcze ukryte w nieco jaśniejszych od bryły lasu pnączach, których nazwy nie znam, wypełniają sielski krajobraz monotonnym dźwiękiem.
Rankiem robi się zimno, ale to nic, bo widać już zatokę, rozkręcające się słońce i wiatraki, dające energię.

***
Żeby opis był dokładniejszy, trzeba się jednak zatrzymać. Jak zwykle wybieramy Kuźnicę, niemal najwęższe miejsce na półwyspie, trzy, cztery minuty z brzegu zatoki na brzeg morza. Ani słońce, ani deszcz nie zatrzymują się tu na dłużej, zresztą miejsca brak dla kolejnych letników, miejscowi jakoś się mieszczą. Prawie nie ma wolnej przestrzeni, wieś rozparcelowana na małe podwórka, okna bezczelnie zaglądają w inne okna, żyć trzeba przyzwoicie, bo nic się tu nie ukryje. Wolną przestrzeń można znaleźć tylko na wodzie.
Cel naszej corocznej pielgrzymki to rzeczywiście taka ziemia (prawie) święta, usiana pobożnymi znakami. Maleńkie kapliczki na podwórkach, pilnujące obejścia, bo tu jeszcze nie wierzy się w ogrodowe krasnoludy. Święta Barbara od pająków, osłonięta postawioną dziobem do nieba łódką, strzeże rybaków i ich rodziny, dając też schronienie pajęczakom, otulającym ją czule swymi sieciami. Chrystus na cmentarnym krzyżu już na szczęście wymyty przez sztormowe deszcze z różów i błękitów, więc mniej odświętny, a bardziej człowieczy.
Ten w wyremontowanym porcie, zdjęty ze starego, drewnianego krzyża i ukrzyżowany na nowo: ramiona z nierdzewnej stali, iluminatory, które wieczorem świecą, nachalnie wskazując drogę spóźnionym żeglarzom. Iluminacja współfinansowana z funduszy unijnych, znak czasu. W porcie sporo nowych łodzi i kutrów, jest na co popatrzeć. Więc ludzi tu więcej, trzeba uciekać za przystań, tam, gdzie na nową plażę przeniosły się kormorany. Polują długo nurkując w zatoce albo suszą wielkie skrzydła i wtedy wyglądają jak diabelski emblemat. Co potem próbują odkupić w locie, przypominając czarne krzyże nad wodami. Tyle, że odwrócone.
Na szczęście na Helu nikomu nie przychodzi do głowy, by do nich strzelać jak na Mazurach. Podana bez komentarza informacja w telewizorze: ponad tysiąc tych pięknych ptaków zostanie zabitych, bo niszczą drzewa i wyjadają ryby ze stawów hodowlanych. Grzeszą więc przeciw władzy człowieka, który najbardziej zapamiętał jedno zdanie z Pisma i czyni sobie ziemię i wody, broniąc monopolu na zniszczenie i pazerność.

***
W końcu tygodnia odkrywamy, że i do Kuźnicy dotarł nowy kult, panreligia rozrywki. Niby nic tego nie zapowiada: siedzimy na ławce nad zatoką, spory kawałek od oberży, w której ktoś śpiewa bluesa, tu ledwie słyszalnego. Gapimy się, jak księżyc chudeusz próbuje przemienić zatokę w cynową paterę, nieudolnie, bo woda i tak marszczy się drobnymi falami, przypominając arabskie pismo. I wtedy od portu niesie się pierwsze zawołanie muezina, potem drugie, jeszcze jedno i kolejne. Koncert. Jeszcze głośniej, głośniej – nawołuje zgromadzonych pod sceną muezin-wodzirej. Wyznawcy wyją, ile głosu w gardle.
Błogosławieni cisi, ale to później.

***
Następnego dnia przezornie uciekamy na plażę, jeszcze przed zmierzchem. Siadamy nad samym brzegiem, który w dzień pełni rolę oświetlonego wysokim słońcem wybiegu. Ale sylwetki z kanonicznych obrazków popkultury są na nim w mniejszości. Inspirujące modele znaleźli by tu i Rubens, i Dwurnik, może i Picasso.
Obserwuję ten wybieg przez najcudowniejszy wynalazek człowieka: ciemne okulary, nie tylko pozwalające podglądać świat bez wchodzenia z nim w interakcje, ale także pozwalające bezkarnie spojrzeć w twarz Innego i pozostać dla niego zagadką. Ale czy komuś chciałoby się rozwiązywać zagadki na wakacjach?
Wieczorem plaża wyludnia się i wkraczają na nią krzykliwe sprzątaczki, mewy wydziobujące resztki z ludzkiego odpoczywania. Bardziej jednak skupione są na rywalizacji, na przeganianiu innych dziobiących. Nerwowo rozglądają się wokół, gotowe porzucić wygrzebany z piasku kawałek bułki, byle tylko inna go nie dostała. Wiem, antropomorfizacja to trop kompletnie zużyty, ale nie mogę oprzeć się myśli, że dzięki mewom plaża nie wyludnia się tak zupełnie. Czas wracać.

***
Powroty są trudne, wpędzają w melancholię. Więc coś optymistycznego: w tym roku kormorany zebrały się do odlotu dość późno, później niż zwykle, bo dopiero w dzień naszego wyjazdu. Może to oznaczać, że zimna i słotna jesień tak szybko nie nadejdzie. Może nawet nie będzie jej wcale?

***
Arabskiego poetę i jego zdanie wymyśliłem sobie dla literackiego alibi w dobrym tonie. Czy Hel też sobie zmyślam?

Data dodania: 29 lipca 2013

Złe wieści osaczały nas jak wrodzy żołdacy. Wieszczka, której przerażenie zjeżyło włosy w przeogromne afro, przepowiadała kolejne klęski. Front wschodni był już całkiem blisko. Z południa nadciągały gorące masy. Te nadciągające z północy były zdecydowanie zimniejsze, morskie, a nawet polarne.

Jak zwykle, zetrzeć się miały nad naszym biednym krajem. Komunikaty o frontach nadciągających ku nam nie pozostawiały złudzeń: wkrótce zderzą się na lądzie i w powietrzu. Rozlegną się grzmoty zagłuszające walenie serc uwięzionych w gardłach. Szeroko przerażone oczy oślepną od błysków kaleczących niebo. Tętnice pulsujące popędzaną strachem krwią wydadzą się cichymi strumykami, gdy wroga fala znów przerwie nie naprawione na czas wały obronne.

Znikąd ratunku, mimo że skakaliśmy po kanałach, z jednego w drugi, łudząc się, że któryś wskaże bezpieczne wyjście. Prawie pogodziliśmy się z myślą, że odcięci i osaczeni, zostaniemy w domu. Z nadzieją, jak zwykle w naszej historii, zerkaliśmy jeszcze na zachód. Może stamtąd nadejdzie odsiecz, a przynajmniej słowa otuchy. „Na zachodzie bez zmian” – gibki gawędziarz, plączący się tanecznie przed mapą, na której zaznaczono fronty, linie i rubieże, pozbawił nas złudzeń bezwiednym cytatem.

Mieliśmy uwierzyć? Jemu? Kretowi? Wydaliśmy komendę pilotowi, na wygaszonym ekranie zapanował pokój. Przyszłość niech pozostanie nieznana, przynajmniej przez dwa tygodnie.
Jedziemy. A pogoda jest w nas.

Następny wpis pod koniec sierpnia, po urlopie. Dobrej pogody, ducha oczywiście.

Data dodania: 19 lipca 2013

Wydaje mi się czasami, jakby ten, który jest, jeśli jest, chciał zacząć wszystko od nowa. Bez swoich urzędników, bez korporacji w sutannach, bez wielkopańskiego sznytu hierarchów. Wiem, że podobne literackie mrzonki roiły się w głowach odszczepieńców od zawsze, od pierwszych chrześcijan począwszy. Czy jednak bez utopijnej wiary w cudowny nowy początek, w niepokalane jeszcze odrodzenie, możliwa jest wiara? Jakakolwiek, nie tylko religijna.

Znak czasów: kto ciekaw, mógł na żywo obejrzeć transmisję z „aktu zgorszenia”, rozgrywającego się na dwóch scenach: przed jasienicką plebanią i w kurialnych zaciszach gabinetowych. Nie mam ochoty rozsądzać, które racje w potyczce wyświęconych kogutów były cięższe. Żadne to odkrycie, że instytucje Kościoła są tak totalnie zhierarchizowane, iż w istocie totalitarne.

Niewiele mam zrozumienia dla tych, którzy niedyskutowalny obowiązek posłuszeństwa właściwy takim systemom odkrywają po latach funkcjonowania w nich. Jednak biograficzno-pokoleniowa przypadłość wywołuje niechęć do wszelkich funkcjonariuszy, więc i moja sympatia pozostaje po stronie prowincjonalnego proboszcza postawionego naprzeciw namaszczonej maszynerii władzy, której butnym uosobieniem w konfrontacji przed kamerami był kanclerz kurii, zachowujący się właśnie jak funkcyjny w korporacji.

Wracając do początku: wiem, że literacki koncept Chrystusa odrzuconego, którego powtórnego przyjścia nie zauważa ani świat, ani Kościół, pospołu pogrążone w materialistycznym oszołomieniu i namiętnej walce o władzę, to dziś motyw już wyświechtany i trącący myszką. Pokusa metafory jest jednak silniejsza niż lęk przed powtórzeniem. Kiedy więc w czasie włóczęgi rowerowej po znanych od lat trasach znów przejeżdżam obok małej, błękitnawo pobielonej kapliczki, zawieszonej na drzewie stojącym przy rozstaju leśnych dróg, tym razem przystaję.

Przyglądam się miniaturowej matce z dzieckiem o przedwcześnie dorosłej twarzy. Pochłonięci sobą, rękoma zajętymi zwyczajną czułością nie próbują nawet wskazywać, który z krzyżujących się duktów mam wybrać. Wystarczy, że mnie zatrzymali i dają do myślenia. Dają pomyśleć.

Jak to zapisano w – dla wielu świętej – prozie? Błogosławieni cisi. Ich będzie królestwo. Jeżeli będzie.

Data dodania: 9 lipca 2013

Więc leżę, leżę tak leniwie, że nawet nie chce mi się poprawić tego zdania, by nie zaczynało się od więc. Leżę, a świat domaga się mojej interwencji, więc: leżę mimo że świat domaga się mojej interwencji.

Leżę z łokciem pod głową, na trawie, gapiąc się jak urosła grubo ponad wysokość do koszenia, którego się dopomina. Wykrzywiony starością płotek, tak mały, że lekceważony zwykle przez spojrzenie, teraz wpycha się przed oczy rozbieganymi sztachetkami w trzech coraz bardziej domyślnych kolorach. Czerwień, zieleń i żółć wyblakły już dawno, tak dawno, że nowej farby domagają się bez wiary w dzień malowania.

Płotek odgradza użytkową zieleń trawy od ozdobnej jaskrawości tego, co za nim. Pokręcone, nieregularne, niepodległe głupocie symetrii i regularności grządki z kwiatami kontestują wszelki ład. Bóg pomieszał ludziom języki, resztę stworzenia potrafią pomieszać sobie sami, z fantazji albo lenistwa. Lub z tęsknoty za wolnością.

Wsadzone za płotek kwiaty rwą się, by przekroczyć granicę ogródka. Poruszone słonecznym żarem, wychylają się w stronę mojego cienia, obiecującego wilgotną ulgę. Ledwie dyszący podmuch gorącego powietrza sprawia, że drżą małe pomarańczowe pióropusze, dygocą kiście dzwonków i dzwoneczków, niebieskich i fioletowych, uczepionych długich łodyg, przechylających się pod ich ciężarem. Dzwonki górują nad resztą, więc podmuch dopada je wcześniej niż te trochę niższe, łososiowe albo żółtawe, nienaturalnie delikatne, jakby wycięte z cieniutkiej bibułki. A jeszcze niżej, tam gdzie nie ma pewności, że powiew w ogóle dotrze, rozpychają się czerwone karłowate słoneczka i postrzępione różnokolorowe rurki.

Wszystko to wychyla się do mnie w ucieczce przed palącą światłością i krzyczy o wodę. Odwracam głowę, udając głuchotę, nie chce mi się nawet pamiętać, jak wszystkie te cuda się nazywają. W odwrocie ledwo zauważam krzaki róż, rozbuchane w górę i na boki, daremnie ufające w rękę ogrodnika. Wzrok ociężale wędruje w lewo, wbrew wskazówkom zegara; tak się zresztą tylko mówi, bo rzecz dzieje się poza czasem, czas zdrzemnął się za moim przykładem. Gapię się na wrota do stodoły, prześwitujące odartym z farby drewnem jak wyrzutem i przez głowę przeczołguje się myśl, a gdzież tam myśl – pół albo i nawet ćwierć myśli: jeżeli kiedyś pomaluję wreszcie te wrota, to czy będę się gapił na nie jak wół?

Ta ćwiartka myśli od razu wydaje mi się tak idiotyczna, że odruchowo odklejam wzrok od horyzontu, wertykalnie, tym bardziej że ruchoma wata na niebie pożera błękity, ratując świat od słonecznego pożaru, blisko, blisko, tuż nad moją twarzą. Bezszumnie kołyszą się wierzchołki modrzewi, zbyt wysmukłe, bo podcięte kiedyś bez potrzeby niewprawną ręką gospodarza i może dlatego nie domagające się już niczego ode mnie.

Prawie zasypiam, gdy dopada mnie psi jęzor, obmiatając pół twarzy wraz z uchem, odganiam radosne bydle, ale wraca, przez zmrużone powieki widzę, jak skrada się, czarny, kudłaty, z pulsującą mgiełką komarów nad brodatym pyskiem. Psia intuicja podpowiada mu w końcu, że ze spaceru nic dziś nie będzie, las musi sobie poradzić bez nas, niezerwane grzyby niech robaczywieją w spokoju. Wali się więc ciężko tuż koło mnie, do góry brzuchem czekającym na pieszczoty, próbuje zaczepić mnie łapą z pazurami jak u niedźwiedzia, chybia i nieruchomieje. Nieruchomiejemy obaj, w brzęczeniu komarów i chłodniejszych podmuchach ze szczytów modrzewi.

Tak leżę, leżę nie po coś albo przeciw czemuś, nie ze zmęczenia ani nawet z lenistwa, z żadnej tam depresji ani afirmacji. Nie, leżę nawet nie dla samego leżenia, nawet nie ot-tak- sobie. Leżę po prostu i jest mi absolutnie dobrze. Dobrze. I absolutnie.

Data dodania: 3 lipca 2013

Historia wraca rotą jak refrenem. Kiepski serial niemieckiej telewizji „Nasze matki, nasi ojcowie” w Polsce wywołał histeryczne pytania, czy polska tv jest jeszcze polską. Pokazaliśmy, żeby każdy mógł sobie o filmie wyrobić zdanie – tłumaczył się prezes TVP. Odwołać prezesa – żądali obrońcy szarganej historii. Myślenie totalitarne w natarciu: na szarganie świętości odporne są jedynie partyjne autorytety, zaś maluczkich obejrzenie kontrowersyjnego filmu deprawuje i wypacza.

Oczywiście, łzawa i banalna opowieść o „ich matkach, ich ojcach” budzić może, jak mówią politycy, zrozumiały sprzeciw. Oczywiście, Niemcy nieprawdziwie pokazali Armię Krajową jako organizację antysemicką. Oczywiście, równie niesprawiedliwie z polskiej perspektywy pokazali siebie jako (w większości) ofiary wojny. Ale jeżeli dyskusję o filmie ZDF oczyścimy z politycznej interesowności, nieoczywistość tych oczywistych oczywistości okaże się oczywista.

Bo owszem, kłamstwem jest ogólne stwierdzenie, że wszyscy akowcy byli antysemitami. Ale nie znaczy to, że wśród akowców nie było antysemitów. Trafiali się pewnie wcale często, równie często jak zdarzali się w przedwojennej Polsce, nie tylko wśród niewykształconych chłopów czy proletariatu, ale i wśród inteligencji, nawet w akademickich elitach.

Owszem, w pewnym sensie nie wszyscy Niemcy wojujący za fuhrera byli katami – nawet wśród tych, którzy  podbijali świat dla Rzeszy były ofiary narodowosocjalistycznej przemocy, do zabijania zmuszone strachem o własne życie. Teraz, że dziesięcioleciach kulturowej tresury w narodowej winie, wkuwania swojej winy na pamięć, ordungu bycia winnym z definicji i poprawności, Niemcy chcą wreszcie mówić i o swoich cierpieniach, o swoim umieraniu, bólu, tęsknocie i rozpadzie. Czy można mieć o to do nich pretensje?

Nie można, chyba że – tak jak w serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” – próbują zacierać śmiertelnie ważne rozróżnienia. Serial banalnie, ale prawdziwie przypomina, że na wojnie wszyscy są ofiarami w tym sensie, że nikt nie pozostaje niewinny. Ale stwierdzenie, że wojna nikogo nie pozostawia niewinnym nie znaczy, że winni są wszyscy. Ktoś jednak tę wojnę zaczął, ktoś był agresorem, choćby jedynie ze słabości i strachu o życie. Ktoś był katem, nawet jeżeli tego bardzo nie chciał, a ktoś inny, choć rozpaczliwie tego nie chciał, stawał się ofiarą.

Niebezpieczne jest nie podszczypywanie utwardzonych stearyną świętości czy wzruszanie aksjomatów wbitych do głów grubaśnym brykiem z historii, lecz zapominanie o tym prostym rozróżnieniu. Niebezpieczne jest zrównywanie w historycznej narracji cierpienia  ofiary i kata, niebezpieczne, bo prowadzące do zapomnienia i do powtórki. Dręczony wyrzutami sumienia kat nie przestaje być katem, zaś nawet najbardziej upodlona i ze zwierzęcego lęku gotowa na wszystko ofiara nie przestaje być ofiarą. O tym trzeba mówić wprost, nawet dziś, kilkadziesiąt lat po wojnie. Choć prawdopodobnie nawet najlepsza pamięć chroni przed powtórką tylko do czasu, bo – jak (nie)uczy właśnie historia – wcześniej czy później samobójcze szaleństwo dopada nawet najbardziej higieniczne kultury i cywilizacje.

W Warszawie artystyczny Ruch Higieny Moralnej w proteście przeciw serialowi rozwiesił plakaty, wzorowane na wojennych plakatach z 1939, nawołujących do czujności i obiecujących zwycięstwo. Ruch do oporu wobec niemieckiej manipulacji nawoływał obrazkiem polskiego żołnierza bagnetem przebijającego germańską łapę. W czasach pokoju od ruchu oporu i powtarzania gestów z przegranej kampanii lepsza jest jednak rozmowa. Warkot werbli zagłusza myśli, symboliczny bagnet wbity we wrażą  dłoń przecina zarazem wszelką dyskusję i zwalnia od myślenia. Anachroniczne gesty nie budują ani sensu, ani rozumienia, mogą co najwyżej poprawić krążenie zmęczonym nieprzespaną nocą artystom.

Próba zrozumienia wcale nie oznacza zbyt łatwego usprawiedliwienia czy wybaczenia. Interpretacja to nie kapitulacja. „Miejsce zbrodni czy cnoty? (…)wciąż miałem wrażenie, że Berlin, jak lady Macbeth, bez wytchnienia myje sobie ręce…” To Gombrowicz z „Dziennika” berlińskiego, jednego z najgłębszych opisów zapętlenia niemieckiej winy i niewinności, tekstu zawierającego genialne, dalekie od politycznej poprawności zdania o pracowitych i czystych dłoniach Niemców, o niemieckich rękach, co w każdej chwili…

„Ręce zbrodnicze? Ależ skąd, nowe przecież, niewinne… Nowe i nie te same, a jednak, przecież, takie same. (…) I w tejże chwili prześliczne dziewczę wzruszyło ramionami zabawnie, chodziło o miłość, miłość, tak, ale tamto też było miłością, las, las rąk wyciągniętych przed siebie zdobywczo, miłośnie, heil, ręce stwarzające.”

Ten berliński dziennik nie był dla Niemców przyjemny ani łatwy. Nie tylko zresztą dla Niemców. Gombrowicz i tym razem szedł pod prąd: Europy Zachodniej z przymkniętymi oczami jednoczącej się przeciwko Europie sowietyzowanej; biskupów polskich przebaczających i proszących o przebaczenie.  “Na nic! Na nic! Nie bądźcie dziećmi, wasze uśmiechy i wszystkie wygody, jakie moglibyście mnie ofiarować, nie zniweczą jednej minuty jednego jedynego z polskich konań wielotysięcznych, a tak urozmaiconych, o tak rozpiętej skali udręczenia. Nie dam się uwieść! Nie przebaczę!”

Zamiast pointy informacja: „Dziennik” z okresu berlińskiego w Niemczech ukazał się pod tytułem „Berliner Notizen” już w roku 1965. I ostrzeżenie dla wszystkich, którzy chcieliby pałować Niemców przytoczonymi powyżej cytatami – Gombrowicz napisał też w tym samym czasie i takie zdanie:

„Narody świata: czy wciąż wam się zdaje, że Hitler był li-tylko Niemcem?”

Data dodania: 20 czerwca 2013

Widokówka z R. to nie landszaft z natury, ani malownicze ruiny zgarbione pod ciężarem historii, ani nawet postindustrialna betonowa pustynia. Obraz R. jest nieostry, rozmazany, tym bardziej, że miasto nie ma szczęścia do mediów. Jeżeli już się w nich pojawia, to albo jako czarna dziura z popularnych seriali i kabaretowych dowcipów, albo bastion jakiejś ideologii. Jedni mieszkańcy R. odwracają się więc od tego wszystkiego, co za miejskimi rogatkami i wpadają w autarkiczną śpiączkę, inni powtarzają stary dowcip, że największą zaletą R. jest istnienie dworca kolejowego, bo można stąd wyjechać na zawsze.

Czasami jednak to do R. wpadają ważni i znani, nadęci jak rewizorzy. Wpadają na chwilę, z szumem i pędem, głośni niczym bojowe wozy na poligonie. Wytyczają fronty, rozstawiają swe armie, bombardują wrogów i pouczają maluczkich, a potem jadą dalej, pozostawiając rozdziawione gęby w połowie okrzyku, zdrętwiałe od zaciskania w pięść palce i tęsknotę za czymś wielkim, nieuchwytnym, co pojawi się znowu, pewnie w następnej kampanii. Wojennej, wyborczej. Taki widać los prowincji, przez którą sprawy wielkiego świata przetaczają się niczym wojenne pułki. A gdy się tak żyje na skrzyżowaniu ważnych dróg, nie pozostaje nic innego jak albo zabrać się z podążającymi na wojnę, albo zostać i żmudnie liczyć straty: utracone złudzenia i marzenia.

Po tych historycznych przemarszach pozostają wspomnienia. I pomniki. Chwalą zwycięzców lub przegranych, którzy czasem zamieniają się rolami. Wtedy pomniki bywają burzone, jak ten wdzięczności sowieckim wyzwolicielom Radomia, który przez dziesięciolecia stał na jednym z głównych placów miasta. Był dosyć typowy, bo zdobywcy mają skłonność do fallicznej symboliki, do prężenia się ku górze kolumnami i obeliskami. Kiedy ich czas mija, wtedy lud kolumny w gruz obala, choćby nie wiem jak zbrojone były i choćby się już do nich nie wiem jak przyzwyczaił.

Gdy na Placu Zwycięstwa w R. burzono obelisk wyzwolicieli, co okazali się okupantami, byłem wśród tych, którzy proponowali, by go zostawić, z nowym opisem, nadającym prawdziwy sens zabytkowi socrealistycznej łżeprawdy. Ku przestrodze, dla przypomnienia, że nikt nam niczego nie da za darmo, że bronić i budować musimy sami, że kłamstwo nie jest zwycięskie … To wymagałoby jednak wysiłku większego niż praca buldożera. Napisałem wtedy, że dziura po socrealistycznym kłamstwie pozostanie na kolejne ćwierć wieku. Pozostała, tylko plac przestał być zwycięstwa, a stał się jagielloński, na pamiątkę krótkiego momentu Kazimierzowskiej prawie stołeczności.

Plac oprócz zmiany nazwy prawie się nie zmienił, choć prosi się o remont, widocznie za słabo. Rekonstrukcji nie doczekała się też pokawałkowana tożsamość miasta. Nie zapełniliśmy miejsca po fałszywej zadekretowanej wdzięczności, nie znaleźliśmy nowych bohaterów, własnego znaku, który by mówił o nas coś istotnego. W ten pustawy fragment przestrzeni publicznej wcisnął nam się więc złoty cielec handlowej galerii, która architektoniczną urodą konkurować może ze słynnym więzieniem na Koziej Górze. Znak siermiężnego kapitalizmu. Tu w R. nie mniej siermiężnego od realnego socjalizmu, choć oczywiście siermiężnego inaczej.

A historię i tożsamość R. mógłby symbolizować przecież inny pomnik: niepokornych, co w imię godności (nawet jeśli nie bardzo wiedzieli, że takie słowo istnieje) zbuntowali się wtedy, gdy jeszcze odwaga nie była tania, a za sprzeciw przeciwko rządzącym groziły kary cięższe niż sejmowa dieta w opozycyjnej ławie czy związkowa pensja kilkakrotnie wyższa od przeciętnej. Pomnika Czerwca ’76 nie doczekaliśmy się w R. do dzisiaj, kamień węgielny nie stał się zaczątkiem czegokolwiek – zapowiedź porzucona i zapomniana jak wiele innych. I tak już chyba pozostanie, bo obok postumentu, w który kamień pod pomnik wbudowano, postawiono coś na kształt tablic mojżeszowych, które upamiętniają modlitwę Jana Pawłą II w tym właśnie miejscu. Więc pewnie ciężkiego od świętości kamienia nikt już nie ruszy. Zresztą ludzi przy nim gromadzi się w kolejne rocznice coraz mniej i gdyby nie stał tuż przy jednym z głównych skrzyżowań w mieście, to na kolejne obchody nie trzeba by nawet zatrzymywać ruchu.

W R. na odsłonięciu pomnika państwa Kaczyńskich tłumy były. Na modlitwie nie poprzestano. Biskup pomocniczy (komu, na Boga!) z kunsztem rapera rymował miłosne wyznania ze słowami nienawiści. Niebo raz grzmiało i błyskało, raz paliło tropikalnym słońcem, za każdym razem otwierając perspektywę dla domorosłych mistyków. Biednych (w znaczeniu z Dostojewskiego) ludzi chlastały  strugi deszczu i oskarżycielskie inwokacje. Trąby niebieskie uparcie jednak milczały, nie opowiadając się po żadnej ze stron. Ten pomnik powinien łączyć, a nie dzielić – powtarzał polityk, zgrabnie upychając przeciwników na ławie oskarżonych w trybunale historii. Histerii nie było, trudno ją reżyserować.

Pomniki w R., a pewnie i gdzie indziej, przestrzegają przed systemem i przed polityką, której współczesne wydanie zawsze kończy się klęską osoby, indywidualnej biografii. Na cokole, podtrzymującym serdeczną wobec siebie parę, nieszczęśliwie zaplataną w politykę, a po śmierci służącą jako emblemat w polityce historycznej, umieszczono napis: DLA CIEBIE POLSKO. Romantyczny martyrologiczny refren, przekleństwo naszej historii. Patrzę na zbrązowiałe twarze, które twórca pomnika nie wiedzieć czemu wyrzeźbił brzydszymi niż w rzeczywistości, i myślę sobie, że oni jednak woleliby żyć. Pewnie i dla Polski, na pewno dla siebie.

Data dodania: 4 czerwca 2013

Na obejrzenie Barcelony Gombrowicz miał zapewne mniej czasu niż my. Ledwie tyle, co spacer po starym porcie, do wieży Kolumba. My oprócz kilku godzin na akademicką i nieakademicką rozmowę o nim mieliśmy jeszcze trochę czasu na wędrówki po mieście. Jakieś dziesięć godzin i trzy kwadranse.

Gombrowiczowi trochę czasu zabrało sprawdzenie, czy nie nadszedł wyczekiwany przekaz pieniężny. Czekał na pieniądze nie tylko dlatego, że od czasów argentyńskiej nędzy wprawiały go w drżenie. Został okradziony jeszcze w Buenos, zaraz po wejściu na pokład statku do Europy, więc przekaz miał pomóc w spłaceniu długów i napiwków. Nas też ostrzegano przed złodziejami, kiedy wchodziliśmy na zatłoczoną jak arabski targ La Ramblę. Złodzieje nas jednak oszczędzili, uważaliśmy przecież, a i z zatłoczonej ulicy skręciliśmy szybko, daleko jeszcze przed portem…

Barcelona zaczęła się jednak epicko – od panoramy, oglądanej wkrótce po przylocie. Prosto z lotniska zawiezieni zostaliśmy na Tibidabo, najwyższe wzniesienie w Barcelonie, prosto pod schody prowadzące do kościoła. Z jego tarasów oswajaliśmy Barcelonę z wysokości, jak skoczek, który za chwilę poleci ze skały, głową w dół, w morze skrywające pod taflą wody niebezpieczne, bo nieznane, uroki. Jak się okazało, była to chwila na oddech przed szaleńczym tempem, w jakim przez następne półtora dnia przepłynęliśmy miasto.

Ze wzgórza Barcelona wygląda jak kiszka wciśnięta między góry a morze, stłoczona, wykorzystująca każdy skrawek wolnej przestrzeni. Nawet tu, u stóp kościoła, pod opieką rozłożonych ramion wieńczącego budowlę Chrystusa (pomniejszonego bliźniaka Jezusa z Rio de Janeiro) rozłożył się bezwstydnie lunapark, z rolerkosterem wśród porastającej zbocze zieleni, z kiczowato złocącą się karuzelą. Zapowiadały one barceloński zawrót głowy, południowy karnawał mieszający zmysły i pamięć, poplątanie wysokiego i niskiego, kultury i natury. Pachnące kurzem, słońcem i świeżo wypaloną trawą, której woń snuła się po schodach prowadzących do wielkiej biblioteki, umieszczonej w dawnym szpitalu dla biedaków. Tym samym, w którym umarł Gaudi.

… kiedy więc skręcaliśmy z La Rambli, ulicy ulic, złożonej z kilku innych, która by odłożyć swój koniec jeszcze o kilkadziesiąt metrów, żarłocznie zaanektowała nawet molo w porcie; kiedy więc kończyliśmy ten spacer obowiązkowy, nie żal mi było nawet wspaniałych platanów i ich szeleszczącego cienia, bo ledwo napoczęta Barcelona przygniatać mnie już zaczynała swoim nadmiarem, posklejanym z tysięcy szczegółów i setek tysięcy turystów. Podobno tą najsłynniejszą aleją barcelońską przechodzi dziennie 150 tysięcy osób. Platany miałem za hotelowym oknem, a ocieniony zaułek, w który skręcaliśmy, obiecywał, że nie poddamy się do końca hałaśliwej turystycznej rutynie.

Hala targowa La Boqueria to królestwo tych, co czynią sobie ziemię poddaną. I wszystkie jej owoce, tu ułożone w stosy, piramidy, figury geometryczne, także te nieznane podręcznikom geometrii, odurzające papuzim przepychem barw i smaków, pozostających w domyśle, ale na wyciągnięcie ręki. Targowisko apetycznej próżności, przyciągające tłumy turystów; od ich platonicznych, błyskających fleszami zachwytów co bardziej niecierpliwi handlarze odgradzają się dużymi znakami zakazującymi fotografowania. Obrona to daremna, zresztą niezbyt serio czyniona, tyle tylko, by turyści nie zastawiali zbyt długo dojścia do straganu kupującej tu od lat znajomej…

… przy jednym ze straganów przegonieni zostaliśmy bezceremonialnie, gwizdem i machaniem rękami. Handlarz zachowywał się jak pastuch, a jego stragan był jak ilustracja zwierzęcej natury człowieka wysublimowanej w perwersje kulinarne, przyprawiane okrucieństwem. To równie malownicza, ale ciemniejsza strona La Boquerii. Stoiska z podrobami, obowiązkowo ozdobione główką jagnięcia z wytrzeszczonymi na nas, przerażonymi na zawsze źrenicami. Owoce morza, poukładane brzuchami do góry, na wszelki wypadek, gdyby raz jeszcze próbowały ucieczki, machające co jakiś czas odnóżami, w przyprawiającym o wcale nie egzystencjalne mdłości geście pozdrowienia. Morituri te salutant, powtarzane potem w kolejnych scenach zwiedzania.

Oglądamy szybko, ale dobrze i dużo, dzięki Pani Konsul, która z energią zdobywcy porządkuje barcelońską przestrzeń i nas czasem przywołując do porządku, gdy zatrzymuje nas jakiś detal. Docenię to tempo ostatniego dnia przed odlotem. Na razie poganiana pamięć próbuje zachować kolejne obrazy: przekładaniec historii, kolejne miejsca i budowle, stawiane na ruinach poprzednich, sklejane rzeziami i złotem, dziś tkwiące w półsennym spokoju, który jednak tu, na tym chwilami otępiającym słońcu, skrywa przemoc, która wybuchnie wkrótce, jak długie by to wkrótce nie było. Chodzimy więc prawie bez zatrzymania po śladach Fenicjan, Rzymian, Kartagińczyków, Wandalów, Wizygotów, Maurów. Po Dzielnicy Gotyckiej mijamy Dzielnicę Żydowską, jej mieszkańcom nie dane było przeminąć po prostu, zostali wygnani, zbyt obcy i niepokojący. Co stanie się z mieszkańcami dzielnicy muzułmańskiej, po której wieczorami strach spacerować? Szlachetnie łudzącym się zwolennikom wielokulturowości taki spacer może odebrać złudzenia. Wystarczą spojrzenia tych, co w odrapanych zaułkach nie mogę odnaleźć ani nowego życia, ani już też tego, które zostawili w swojej ziemi i którego tak naprawdę porzucić nie chcieli. Choć może „Trojka”, sklep z mydłem i powidłem wykwitły cyrylicą wśród arabskich napisów zwiastuje, że jednak jakaś pokojowa różnorodność jest możliwa? A może to jedynie kolejny dowód na tutejsze poplątanie i nadmiar?

Nadmiar splątanych motywów, symboli i znaczących ozdób, ekshibicjonistycznie kiczowatych, nieznośnie pięknych, tworzących trudne do rozsupłania kłębowisko, rozgałęziających się roślinnie, pnących ku górze, oplatających kolejne postacie, opowiadających niestworzone historie za pomocą przepychu stworzenia. Barcelona ubóstwia Gaudiego, a Gaudi to Sagrada Familia, katedra ze snu, z daleka przypominająca jakąś monstrualnie wybujałą w południowym słońcu roślinę, wciśniętą w barcelońską ciasnotę, strzelającą ku niebu, jakby chciała się w nie wedrzeć. Kościół bez Boga, kościół arcyludzki, świątynia artystycznej wyobraźni, wypełniona mierzwą turystów. Z tabernakulum zepchniętym do podziemi, ale z symboliką biblijną w każdym szczególe, bez przypadku, choć w porządku nieludzkim.

Krążymy po Sagradzie jak po hali odlotów, aż w końcu opowiadana przez architekturę katedry biblijna historia zaczyna docierać do świadomości, rozgrzebywać pamięć, zadzierać głowę ku niebotycznym kolumnom zbudowanym na podobieństwo drzew, ku owalnemu świetlikowi w dachu najwyższej z wież, przez który słoneczne światło spada na cudownie kiczowaty baldachim, osłaniający ukrzyżowanego, o twarzy niepokojąco odmiennej od znanych nam wizerunków. Sagrada Familia to kościół niebezpieczny i dla wierzących, i dla niewierzących, mogący zarówno wiarą obdarzyć, jak i ją odebrać. Kościół władający tajemnicą, także i tajemnicą ludzkiej wyobraźni, przekraczającej swoją kondycję, oszalałej i rozszalałej, pędzącej ku niebu albo ku szczytom. Czy taka wymurowana z wyobraźni katedra to tylko artystyczny gest? Możliwy bez wiary? W Boga? W człowieka? Bogoczłowieka?

Tak więc Gombrowiczowski kościół międzyludzki obecny był nie tylko podczas seminarium na dziewiętnastowiecznym dostojnym Uniwersytecie Barcelońskim, którego stara część wygląda po prostu tak jak powinien wyglądać uniwersytet. W dniu seminarium na jednej z barcelońskich uliczek zobaczyliśmy tłum ludzi z krwistoczerwonymi różami w dłoniach, ustawiających się w karną kolejkę, której początek skrywał się gdzieś za rogiem. Poszliśmy więc, potomkowie kolejkowych staczy, atawistycznie ciekawi, w tamtym kierunku. Odkryliśmy kolejny kościół, pod wezwaniem świętej Rity, patronki spraw niemożliwych, której święto przypada właśnie 22 maja. „Żyję jak w klasztorze” – taki wyrzut Rity Gombrowicz zapisał Witold w „Kronosie”. W uniwersyteckiej auli pani Gombrowicz z nami nie było, zachorowała. Puste, przeznaczone dla niej miejsce, zasłaniały kupione w porcie czerwone róże. Barcelona supłała pracowicie kolejne wątki.

Przy kolacji – na którą jadłem tutejszą czarną kiełbasę, przypominającą raczej naszą kiszkę kaszaną, przyrządzoną niezwykle, z zaskakująco słodkim sosem – a także później rozmawialiśmy sporo o „Kronosie”, opowiadając o nim tutejszym slawistom, którzy książki jeszcze nie czytali. Pytany, jak „Kronos” ma się do „Dziennika”, odpowiedziałem trochę wykrętnie, że tak jak gwałt do uwiedzenia. „Dziennik” to uwodzenie, „Kronos” to gwałt na zbyt ufnym czytelniku.

Tak, zamiast opowiadać o barcelońskim oszołomieniu, powinienem wreszcie napisać o „Kronosie”. Tylko jak opisywać gwałt?

Data dodania: 13 maja 2013

Pisać  o „Kronosie” za wcześnie, skoro czytali go na razie jedynie wybrani. Wydawcy liczą, że przeczyta i naród cały, a jak nie cały, to przynajmniej ten skandale lubiący.  Ale właściwie po co ma czytać, skoro wybrani chętnie o tajnych jeszcze przez chwilę zapiskach opowiadają. Więc pogadać już jest o czym:

– Słyszała pani? w telewizji, że ten cały Gombrowicz to ten tego?
– Ten tego ten, pani kochana, ja od razu mówiłam.
– Ale żeby i ten, i tego, no niechże pani powie?

***

Po prawdzie, to naród więcej chyba o czekoladowym orle ostatnio gadał: czy dobry to patriota, co godło wcina, paluchy upaprane oblizując i czy nie zły to ptak, co czekoladową masą gniazdo wspólne kala? Pobłogosławionego przez prezydenta ptaka z białej czekolady widziałem tylko na zdjęciu. Nie jestem ornitologiem, ale wronę niezgrabną przypominał mi raczej ten orzeł na wesoło, orzeł przeciw smutasom, orzeł na miarę naszych potrzeb i możliwości, orzeł z pożółkłej białej czekolady, co na czekoladowej kupce ni to przysiadł, ni to do lotu się przyczaił, skrzydła rozkładając, ale bez przekonania do podniebnych podróży, po to raczej, by inne wrony od skórki chleba wypatrzonej opodal śmietnika odgonić.

***

Zdaję sobie sprawę, że z wiekiem zrzędliwy się robię, anachroniczny, niepostępowy. Ale jako nieślubne dziecko panny „S” i patosu, pamiętam przecież, jak komendami radość urzędową próbowano wywoływać i jak pałami wybijano radość spontaniczną. I pierwszego, i trzeciego maja, i w inne dni. Dlatego z tamtym białoczerwonym serio kłóci mi się dziś kabaretowy lilaróż baloników, dmuchanych w święto flagi, jak na razie wciąż tylko w połowie białej. A w głowie zaczadzonej ulicznym romantyzmem sprzed ćwierćwiecza kołacze mi się bez sensu: orła wrona nie pokona.

Wrona, wiadomo, była czerwona, więc szczególnie lekko rymowała się do skona.

***

Skojarzanki jak na maturalnym teście, tej usankcjonowanej szkolnym przymusem formie familiady, w której tajemna komisja osądza, co populi, a co dei. W tym roku komisja wysoka i centralna na maturę z polskiego  wymyśliła młodym ludziom autorów i tematy niezwykle współczesne, tyle że współczesne inaczej: Orzeszkowa, Żeromski, Baczyński, nad Niemnem i na przedwiośniu. Jakby nic nie wydarzyło się przez ostatnie stulecie, jakbyśmy nie mieli innego języka, niż odwieczne chwała zwyciężonym oraz innych marzeń, niż szklane domy, przynależne czy się stoi, czy się leży. I jakby białoczerwona była jeszcze i biała, i czerwona tylko dlatego, że za mało krwi utoczyć sobie daliśmy, by cały sztandar ufarbowała.

***

Bitwy dzisiaj inne, więc może jednak nie rozdziobią nas kruki i wrony. Co innego nas zniszczy. Kiedy w świąteczne dni jadę starymi trasami za miastem, oglądam krajobraz po bitwie stoczonej z przyrodą przez tubylców i tych, co na ojcowiznę wracają rekreacyjnie, w dzień święty. Przy drogach wypalone pnie drzew ściętych razem z dopiero co skleconymi ptasimi gniazdami, zielone gałęzie poukładane równo na rowach jak kończyny obcięte jeńcom, a opodal  żelastwo, którego nikt już nie przekuje ani na zbroje, ani na lemiesze. Gdzie indziej opakowania po namiastkach wieczności – nigdy nie poddających się rozkładowi  olejach i smarach, i butelki, morze butelek, wyspy z butelek, butelczane fisharmonie pijackich uniesień i czkawką roztłuczone okruchy alkoholicznych upadków. I jeszcze: wychudzone worki, nie pamiętające, co je niedawno rozpychało; reklamowe obietnice rajów, poblakłych od czekania; a także rdzą poranione ślady zmechanizowanego dobrobytu i nadgniłe pozostałości parcianego luksusu. Nie pożywią się ni kruki, ni wrony.

***

W jednej z ostatnich rozmów Jan Nowak-Jeziorański, bohater nielukrowany, powiedział, że w czasie pokoju, gdy nie trzeba dla kraju narażać życia, patriotyzmem jest wrzucenie papierka do kosza na śmieci. Prawdziwi bohaterowie nawet banału bać się nie muszą. I nie muszą nam słodzić.

Strona 5 z 13« First...34567...10...Last »
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2014 Muzeum Literatury