Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: Gombrowicz
Data dodania: 4 maja 2018

W mięsnym „u Chochoła” już w piątkowe popołudnie półki puste jak w stan wojenny. Towar mają tu dobry i świeży, choć droższy niż gdzie indziej, ale też okazja nie byle jaka, weekend długaśny jak korki na wylotówkach, więc kto by na świętowanie skąpił. Jesceśmy nie lada jacy. Chochoł nawet ma wolne.

 

***

Cały naród rocznicę swojej pierwszej konstytucji grilluje. Chciałem napisać: miłuje, ale to w sumie na jedno wychodzi. Potomkowie pańszczyźnianych chłopów bawią się dziś po pańsku. Nic to, że z pańszczyzny uwolniła ich nie ta konstytucja, lecz inne akty prawne, narzucone później przez obcych.

Polska historia jest pokręcona, kto by tam pamiętał ją ze szczegółami. Łatwiej zapamiętać temat trzeciomajowej lekcji: pierwsza w Europie, druga na świecie. Nastroiłem pawich piór: postawie se pański dwór!

Co roku w maju poprawiamy sobie narodowy nastrój historyczną klasyfikacją. Znów miejsce na pudle, jak w niegdysiejszym Wyścigu Pokoju. W Europie byliśmy pierwsi, nikt nas nie będzie uczył jeść nożem i widelcem.

Nie wszystkim to jednak wystarcza. Społecznicy z mojego rodzinnego Radomia  ogłosili, że pierwszą polską konstytucją wcale nie była trzeciomajowa „Ustawa Rządowa”, lecz przyjęty w roku 1505, oczywiście w Radomiu, akt prawny znany jako Nihil Novi. Nic to, że w polskiej tradycji prawnej termin constitutiones zarezerwowany był dla wszelkich uchwał sejmowych, zaś współczesne znaczenie słowa konstytucja pojawiło się po uchwaleniu konstytucji Stanów Zjednoczonych.

Nic moich krajan nie powstrzyma w dziele utrwalania konstytucyjnego pierwszeństwa. A także dziale, bo na skwerze obok nieistniejącego zamku historyczni przodownicy ustawili dwie kopie starych armat i nawet z nich już rocznicowo wystrzelili. A jeszcze Zagłobę posadzą w pobliżu, na pamiątkę dziury w czole, co mu ją szlachcic kuflem wybił na sejmiku w Radomiu.

Złośliwi powiadają, że Polska to Radom Europy. Nie cierpię zbyt łatwego dworowania sobie z rodzinnego miasta, ale w tym przypadku… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą!

 

***

I tak poprzez Gombrowicza wracamy znów do Grillowania konstytucji, które z Miłością Kochanej Ojczyzny tak nam się jakoś połączyło: kto wie, czy mielibyśmy co obchodzić, gdyby nie staropolski styl świętowania Wielkanocy i innych okazji, wedle którego świętujących poza obżarstwem, opilstwem i bywaniem niewiele obchodziło. Tygodniami, co tam nasze majówki.

Twórcy projektu konstytucji postanowili z tego obyczajowego rozmachu skorzystać i przyspieszyć jej uchwalenie tak, by konserwatywna  opozycja na poświąteczne obrady sejmu do Warszawy zjechać nie zdążyła. Udało się lepiej niż dieta cud.

Ostatecznie 3 maja 1791 roku zebrało się w stolicy 182 parlamentarzystów, z czego 101 było za projektem konstytucji. Potem jeszcze kilkunastu przyłączyło się, jak to bywa, do zdania większości. Tej większości, która obradowała, bo prawdziwą większość stanowili nieobecni. Sejm i senat składały się wówczas z pięciuset parlamentarzystów, ale też – podkreślmy za prof. Ajnenkielem – stu osiemdziesięciu dwóch obradujących wystarczyło do prawomocności głosowania.

Konstytucję uchwalono – jak byśmy to dziś powiedzieli – poza trybem. Została po prostu odczytana w sali obrad, deputaci nie dostali wydrukowanego projektu do regulaminowego „trzydniowego namyślania się”.

Burzliwe obrady trwały wiele godzin. Sam król był za, a nawet przeciw: miał pewne wątpliwości prawne i żądał, żeby sejm zwolnił go z przysięgi, którą potwierdził niegdyś pacta conventa, gwarantujące wolną elekcję i narzucone przez państwa zaborcze poprzednim sejmom.

W końcu zaczęto domagać się od króla, by przerwał dyskusje i konstytucję zaprzysiągł. Stanisław August podniósł rękę, by – jak potem tłumaczył we wspomnieniach – zabrać głos po raz czwarty. A to nasi wzięli za znak już mojej przysięgi. Rzucili się hurmem do tronu, a ja widząc, że rzecz się daje zrobić, zrobiłem – tak opisywał król wydarzenie rodem z komedii sytuacyjnej.  A brakiem sejmowego głosowania nikt się nie przejął.

 

***

Jeśli dodać do tego naciski, by mimo zgodnego z prawem protestu opozycji deputacja konstytucyjna ustawę podpisała, a także uchwalenie przez sejm, iż nieważne będą wszelkie wystąpienia wobec konstytucji, w tym legalne protesty wnoszone za pośrednictwem sądów, to można pomyśleć, iż wszelkie podobieństwa do konfliktów konstytucyjnych z najnowszej historii są nieprzypadkowe. I nieprzyjemne, jak pamięć o ręce króla.

Tak, tej samej ręce, która nieco przypadkiem o uchwaleniu jednego z najważniejszych polskich aktów prawnych przesądziła. I która – o czym sejmowa publika nie wiedziała – przez lata brała moskiewskie pieniądze.

O tym, że króla polskiego opłacały mniej lub bardziej hojnie zaborcze mocarstwa, pisał sporo Jarosław Marek Rymkiewicz, w „Wieszaniu”. Pisał jak zwykle: wspaniałą polszczyzną i z zamiłowaniem (niektórzy twierdzą, że chorobliwym) do polskich spraw i sprawek potocznych, mniej znanych, bo niejasnych albo i brudnych, powodu do świętowania nie dających.

Kłopot z Rymkiewiczem polega jednak na tym , że jego wizje i tezy bywają szalone, ale też okrutne, kompletnie nie przystające do naszego rzekomego zamiłowania do sielanki i fety narodowej. Więc i za bardzo czytany nie jest, bo nie wypada.

A na pewno nie czyta go lud święta narodowe grillujący. Bo przecież „lud ten dobry jest”, jak w insurekcję pisał do króla Stasia ksiądz Kołłątaj o tłumie, który na warszawskich ulicach ubijał szubienice, by tych, których miał za zdrajców, wieszać na nich bez sądowej zwłoki.

 

***

Nie da się wykluczyć, że niektóre rosyjskie dokumenty finansowe, które Rymkiewicz, w części za Tadeuszem Korzonem, przytacza, to carskie fałszywki, mające króla na gniew ludu narazić. Rosyjska tradycja dzielenia i skłócania niezależnych od Moskwy nie urodziła się, wbrew niektórym megalomanom, w kwietniu 2010 roku.

Są jednak inne papiery, wraże finansowanie potwierdzające. I królewskie wyjaśnienia, dlaczego te ruskie dukaty persony tak wyrafinowanej nie brzydziły:

…zajęte przez wszystkie trzy potencje wszystkie bez excepcji ekonomie żup i intraty moje przyprowadziły mnie i trzymały w tak zupełnym niedostatku, że exacte żyć nie miałem z czego, a zatem że konieczność wyciągała, aby mnie ci sami cóżkolwiek do życia użyczyli, którzy mnie ze wszystkiego obnażyli byli.

Tak pisał król do naczelnika Kościuszki, żądając sprostowania, gdy podczas insurekcji „Gazeta Rządowa” napisała, że Stanisław August brał dieńgi od wrogów, którzy Polskę rozebrali. Brzmi to tłumaczenie bardzo współcześnie.

Przecież do polityki nie idzie się dla pieniędzy, no ale żyć z czegoś trzeba = powiedzielibyśmy dzisiaj, gdyby nie to, że już inni to powiedzieli. I to dawno temu.

 

***

Te rosyjskie wpływy i pieniądze, ta uwalana królewska ręka, ten przewrót sejmowy, w imię wyższej konieczności za nic mający drobne dobra powszednie, jak porządek, procedury, zwyczaje; a także i fakt, że Kościuszko „Gazecie Rządowej” króla przepraszać kazał i publikowania list łapówkarskiej hańby faktycznie zakazał; i jeszcze inne ówczesne zdarzenia nader współcześnie wyglądające – wszystko to kusi, by uznać, iż w genach naszych albo w tym czymś nieokreślonym, niejasnym i wątpliwym, nazywanym charakterem narodowym, skrywa się perwersyjne zamiłowanie do autodestrukcji.

Towarzyszy mu przy tym skłonność do gestów egzaltowanych, efektownych, czasem nawet pięknych, ale niewczesnych, czynionych po szkodzie, a i nieskutecznych. Co na przykład z tego, że Sejm Wielki uchwalił utworzenie stutysięcznej armii, skoro szlacheccy i duchowni patrioci notorycznie zaniżali wartość swoich majątków, by płacić mniejsze podatki. Nazwane zresztą pięknie: ofiarą dziesiątego grosza.

Grosza zabrakło, więc zamiast stu wojsko polskie liczyło ostatecznie czterdzieści sześć tysięcy żołnierzy.

 

Analogii między tamtą historią a dziś znaleźć można rzeczywiście dużo, ale to jednak zbyt łatwe i złudne: takie usprawiedliwiające szukanie przyczyn dzisiejszych słabości i błędów w słabościach przodków, w ich zwycięstwach szukanie nadziei, bez pytania o cenę. Jeżeli historia rzeczywiście jest nauczycielką życia, to trzeba odebrać jej natychmiast prawa do wykonywania zawodu. Niczego nikogo nie uczy.

 

***

Ale mimo wszystko coś nam jednak ta historia polskiej „wielkości w upadku” o nas samych mówi i morał z niej wysnuć można niejeden. Na przykład taki, że zawsze istniała w Polsce mniejszość, która dla demokracji gotowa była poświęcić wiele, nie tylko krew, ale i rozum. Tęskniła za nią słowem i czynem, ale jak twierdził wieszcz, który na romantyczne podium się nie załapał, czyn tu każdy za wcześnie wschodzi, zaś książka każda za późno.

Tylko postrzelać sobie lubimy zawsze, najchętniej ślepakami, na wiwat. Niech się więc święci, skoro musi, skoro tak się boimy, że nas zjedzą. Gombrowicz nie pierwszy raz trafił w dziesiątkę, choć strzelać się wzbraniał.

O naszym zakompleksionym samochwalstwie napisał w „Dzienniku” tak: (…)nic własnego nie może człowiekowi imponować; jeżeli więc imponuje nam wielkość nasza lub nasza przeszłość, to dowód, że one w krew nam nie weszły.

 

Obawiam się, że i z demokracją naszą jest podobnie.

 

 

 

Data dodania: 21 marca 2018

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie, niż się ich śniło waszym filozofom…

 
4 marca, w nocy, w Udine, zmarł Davide Astorii, piłkarz i kapitan Fiorentiny. Miał ukrytą wadę serca, tak ukrytą, że nie znalazła jej nawet medycyna sportowa. Mecz ACF Fiorentina z Udinese Calcio oczywiście odwołano, podobnie jak wszystkie zaplanowane na tamten weekend.

Tydzień później Fiorentina zmierzyła się z Benevento, a mecz – jak twierdzili zgodnie komentatorzy – był emocjonujący głównie z powodu okoliczności, a nie gry w piłkę.

To oraz pozostałe spotkania dwudziestej ósmej kolejki Serie A poprzedziła minuta ciszy i inne gesty upamiętniające zmarłego piłkarza. Z tego powodu grę na stadionie florenckiej drużyny rozpoczęto nie o 12.30, lecz cztery minuty później. To ważne, liczby tego meczu domagają się uwagi.

Davide Astorii zmarł w wieku 31 lat. W Violi grał z numerem 13, dlatego mecz przerwano właśnie w trzynastej minucie, a na trybunach kibice ułożyli z kartoników żałobne puzzle z napisem „Davide 13”. W tej samej minucie lunął deszcz.

Jedyna bramka padła 13 minut później, w 26 minucie spotkania. Strzelił ją Victor Hugo, młody obrońca, który zagrał na pozycji wcześniej zajmowanej przez Astoriego. Na koszulce miał odwróconą trzynastkę, czyli 31. Ponieważ rozpoczęcie meczu się opóźniło, 26 minuta, w której Hugo zdobył zwycięskiego gola, wypadła punktualnie o 13.

Próbowałem opowiadać o tym splocie liczb i zdarzeń mężom biegłym w teologii, filozofii, literaturze, a nawet rachunku prawdopodobieństwa oraz jeszcze mądrzejszym niewiastom. Nawet nie mieli cierpliwości, by wysłuchać do końca. Wzruszali ramionami i patrzyli wymownie, a ja czułem się jak wiejska babka, wróżąca na dwoje i szukająca sensu w fusach wysychających na dnie szklanki wbitej w koszyczek z plastikowej plecionki. Musiałem radzić sobie sam, bo ów splot nie dawał mi spokoju.

I w końcu wymyśliłem: ta bramka wcale nie padła o trzynastej! Bo przecież w dniu meczu i wcześniej cała Europa odczuwała skutki konfliktu między Kosowem a Serbią. Gdzieś tak w połowie stycznia Kosowu zabrakło prądu. Według międzynarodowych umów brakujące megawaty powinna dostarczyć temu państewku sąsiadująca z nim Serbia. Nie zrobiła tego, więc z pomocą przyszły inne europejskie kraje.

Krótkie zaburzenie w przesyle energii elektrycznej miało jednak znacznie dłuższe skutki. Wkrótce prądu w sieci znów było dość, ale spadła jego częstotliwość. A wszystkie czerpiące energię z sieci zegary są uzależnione właśnie od częstotliwości prądu. I dlatego w całej Europie elektroniczne czasomierze zaczęły się spóźniać, nawet o sześć minut.

Prawdopodobnie więc w momencie, gdy Victor Hugo strzelał zwycięską bramkę dla Fiorentiny, była nie trzynasta, lecz kilka minut po. A skoro jedną liczbę z tego splotu okoliczności da się wypruć, to może da się rozbroić resztę?

Ulga to prawdziwa, bo za chwilę kolejne święta i znów nam, niedowiarkom i niewiarkom, przyjdzie zmierzyć się z jeszcze bardziej nieracjonalną historią.

Wynik tych zapasów jest z grubsza znany: pewnie po raz kolejny wykonamy gest Gombrowicza, zapisany w słynnym fragmencie „Dziennika”, opowiadającym o wigilii roku 1956 w Mar de Plata i słynnej burzy, którą autor Kosmosu „powstrzymał” wyciagnięciem ręki. A potem ponownie rozhulał, kolejnym gestem, „przez ciekawość”. Na trzecie uniesienie ręki już się jednak „nie odważył”:

Bardzo przepraszam. Po raz trzeci nie ośmieliłem się wyciągnąć ręki – i ręka moja do dziś pozostała „nie wyciągnięta”, skażona tą hańbą. Bez żartów, co za nędza! Jaka kompromitacja! Ja, który przecież nie jestem histeryk ani półgłówek! Więc jakże – żebym po tylu wiekach znaczonych rozwojem, postępem, nauką, żebym bynajmniej nie z żartobliwej, ale z poważnej, z solidnej obawy nie odważył się wyciągnąć po nocy ręki – podejrzewając, że „a nuż” ona rządzi burzą? Czy jestem człowiekiem trzeźwym, nowoczesnym? Tak. Czy jestem świadomy, wykształcony, zorientowany? Tak, tak. Czy znane mi są najnowsze osiągnięcia filozofii i wszystkie prawdy teraźniejszości? Tak, tak, tak. Czy jestem pozbawiony przesądów? Tak, na pewno! Ale, do diabła, skąd ja mogę wiedzieć – gdzie pewność, gdzie gwarancja, że ręka moja gestem magicznym nie zdoła wstrzymać albo uruchomić burzy?

I on tak serio, ten Gombrowicz? Z tymi pytaniami globalwioskowego głupka? Z tą dziecinną magią? No właśnie: naprawdę serio?

Gest zaniechania gestu, podszyty lękiem. Nawet jeśli żartował, to przecież bardzo, bardzo poważnie.

Data dodania: 19 lutego 2018

Rzadko kręcę się po centrum R., ale wreszcie ją obejrzałem, przechodząc. Dowód pamięci, a raczej jej poszlakę: ławeczkę Gombrowicza. Miejski mebel, pomnik stosowany.

Ławeczka to dwa krzesła i stolik, na nim szachownica. Część pionków leży obok, partia trwa od dawna, z kim gra Gombrowicz, nie wiadomo. Na tym polega chwytliwość takich niby-pomników: każdy może się dosiąść i udawać, że jest w grze. Kto pierwszy, ten lepszy. Tak mu się wydaje.

Przysiąść przy Gombrowiczu można na niby-krześle, z czymś dziwacznym zamiast oparcia: ni to tułów, ni pamiątkowa tablica, zwieńczona wydrążoną pół-czaszką, z niby-lornetkami zamiast oczu. Pusta foremka, do wypełnienia, dosłownie, jak w piaskownicy.

Gombrowicz też jest niby, bo nie wiadomo, do kogo podobny. Na konkursowych makietach przypominał papieża, Polaka oczywiście, inni się w branży pomnikowej nie liczą. Ale w normalnej skali już ten Gombrowicz jakby mniej święty, za to wciąż jakby. On, a jakby nie on, niedorobiony, niedokończony, uformowany z grubsza. Jak R., o którym mawiają czasem, że to niby-miasto.

Nie-miasto, miasto nieistniejące, forma czekająca na wypełnienie. To gdzie ja się, do cholery, urodziłem?

 

***

Metrykalna odpowiedź jest prosta: na Żakowicach, które od kilkudziesięciu lat są dzielnicą na obrzeżach R., dziś zagraconą dużym blokowiskiem i nową nazwą. Zanim zostały zadeptane przez miasto, były zwyczajną wsią, choć niegdyś należącą nawet do Kochanowskich. W końcu jednak miasto zaczęło puchnąć, rozłazić się w szwach, pazernie zagarniając przyległe tereny.

Ale nawet jako dzielnica R., Żakowice długo zachowywały swą wiejskość. Po staremu uprawiało się tu ziemię pokawałkowaną dziedziczeniem, dorabiając robotami miejskimi, w garbarniach, fabrykach broni i butów, przy rozwożeniu węgla. Chłoporobotnicy żyli tu jeszcze zanim realny socjalizm wymyślił, jak ich nazwać.

Urodziłem się w domu, którego już nie ma. Moje Żakowice istnieją więc dziś jedynie w zapisie czasu, w pamięci, a nie w przestrzeni. Krążę wokół tego miejsca, ale nie byłem tam od dawna. A wtedy, przed półwieczem, Żakowice były niemal jedyną daną mi realnością. Moim przed-miastem, tak w czasie, jak i przestrzeni, przez pierwszą dekadę życia, tę najdłuższą.

Odeszliśmy, zanim nienasycone miasto połknęło wieś, do dziś zresztą nie mogąc jej strawić. Wyprowadziliśmy się do mieszkania jak klatka, w nowym bloku, w niby-centrum R., które wówczas od innego przedmieścia oddzielały tylko tory kolejowe. Z balkonu na dziewiątym piętrze widać było wieżę kościoła, do niedawna parafialnego, więc mogłem zerkać w przeszłość.

W mniej pogodne dni widok się rozmazywał i traciłem orientację. Pozostawało  wgapiać się w okna sąsiedniego wieżowca, od którego dzieliło nas mniej niż nasz dawny dom od szosy. Przestrzeń skurczyła się, zamknęła, ale i wyciągnęła ku górze. Gdzieś, niekoniecznie w niebo.

 

***

Nasze miejsce na Żakowicach też było niedookreślone, nieostre: jako jedyni w okolicy mieszkaliśmy na nieogrodzonej posesji. Babci ledwo wystarczyło pieniędzy na sklecenie byle domku, na płot już nie, a prowizorki stawiać nie zamierzała. Miała swój honor. I niewiele więcej.

Mieszkaliśmy sto metrów od szosy, do której prowadziła wąska ścieżka między dwoma zagonami kartofli i małym warzywniakiem, ogrodzonym słonecznikami na wysokich, twardych łodygach. Z drugiej strony horyzont zamykały domy, ustawione na tyle gęsto, że zasłaniały odległy kolejowy nasyp, nie tłumiąc jednak gwizdu pociągów.

Żadnego drzewa przy domu, przestrzeń kusząco otwarta, na dziką gruszę w polu, wabiącą słodkimi ulęgałkami, na powiązane kąkolem i powojem zboża, jesienią skrócone do ściernisk, na pijane ścieżki między orankami, zimą zasypiające pod śniegiem. I na obietnicę podróży do dalekich stacji.

Zagony wyobraźni, kartoflana niby-landia. Mniej zresztą niewinna niż ją tu opowiadam.

 

***

Wyobraźnia wolała jednak krążyć wokół miejsc niewidocznych, ogrodzonych gęstymi żywopłotami, broniących wzrokowi wstępu. Tajemnicze ogrody, dwa, niedaleko domu, łaska nadmiaru. Każdy z nich oczywiście zamieszkały przez zagadkowe postaci, znane bardziej z rozmów dorosłych, widywane rzadko. Zgodnie z regułami gatunku.

W ogrodzie Kacałów, ale jeszcze przed nimi, mieszkały siostry Olszowskie, odgrodzone od świata reputacją dziwaczek. Widywali je ci, którzy przychodzili po jabłka. Sprzedawały je tanio, za bezcen, więc mało komu chciało się przełazić przez dziury w płocie albo przeskakiwać go na złodziejstwo. Może tak właśnie chroniły się przed intruzami, same wybierając czas spotkań?

Nowi właściciele zaczęli od porządków. Wycięli kilkanaście srebrzystych świerków, poprzycinali żywopłot, który teraz więcej odsłaniał niż zakrywał: stare jabłonie, kosztele i renety, pokrzywione, z gałęziami ledwo mogącymi udźwignąć owoce, więc podpartymi drągami. Zniknęły dziury w ogrodzeniu, po podwórku biegały dwa niemieckie owczarki. Porządek, wyzwanie dla odważnych.

 

***

Do końca tajemniczy pozostał natomiast ogród doktorostwa Szajowskich. Czasem przez uchyloną bramę można było zobaczyć piękny drewniany dom. Zdarzało się to rzadko, jeśli w ogóle zdarzyło się więcej niż raz, nie pamiętam. Ale wiem, że dom widziałem.

Pamiętam za to żywopłot, wielkie i gęste cisy, chyba. Krzewom wyrastały jagody, małe, podobno niejadalne, ale i nie trujące, cierpkie po rozgryzieniu i  wypluciu, natychmiastowym, na wszelki wypadek.

O Szajowskich wiedziało się, że byli dobrymi ludźmi, leczyli i pomagali, czasem za dziękuję. Babcia opowiadała wiele razy, jak matka doktora, nauczycielka, chciała zapłacić za jej książki i dalszą naukę po trzech klasach szkoły elementarnej. Zdolna jest, szkoda jej, przekonywała, ale pradziadek się zaparł i koniec.

Honorny, nie dziad przecież, pan chłop, w garbarni grosz niezły dorabiał, pomocy nie potrzebował. Podobno miewał gest, ale nie tym razem, ktoś musiał pasać krowy, jak u Konopnickiej czy innego Sienkiewicza, których babcia nie zdążyła przeczytać. Buntowała się potem przeciw ojcu, całe życie, była tak samo honorna i uparta. I też próbowała być panią.

Ogród Szajowskich otworzył się w końcu z drugiej strony, od szosy, już nie ich, bo część posesji ktoś odkupił. Paskudny letniak, rozbudowany z jednego boku, bez zachowania proporcji, tylko udawał dom. Przed nim bałagan, deski, wory z wiórami, ścinki na opał. Nie zamykali bramy wjazdowej, zepsuła się albo miała zapraszać do warsztatu.

Reklamowała go duża drewniana tabliczka z wypaloną góralską szarotką, taką samą, jak na moim piórniku, ciężkim i nieporęcznym. Wzór na piórniku wyrzeźbił mi ojciec, rozgrzanym gwoździem. Ojciec miał złote ręce i wiele potrafił. Potrafił też o tym przekonująco opowiadać.

 

***

Po przeprowadzce zaczęło się powolne zapominanie kartoflanej niby-landii, odwiedzanej coraz rzadziej. Zresztą babcię po kilku latach też wysiedlono do blokowiska. Pochłonęły mnie inne miejsca i sprawy.

Nowa szkoła, zarażona grypserą, ciasna i przepocona. Ogród za blokami, jak tamte porzucone, ale rozbebeszony koparkami, poprzebijany drutami zbrojeniowymi, przygnieciony betonowymi płytami. Stary park Kościuszki, od zawsze obfajdany przez kruki i wrony, mieszkające tu od pokoleń.

I plac Konstytucji, ten, na którym dziś przysiadł Gombrowicz. Kamienice wokół napoczęte już rozpadem, ale wówczas dla mnie wspaniałe. Wiecznie czynna apteka. Kościół pośrodku, jeszcze otwarty na plac i przechodniów, bez płotu, inny niż wszystkie, bo przerobiony z cerkwi. Ale nie zastanawiałem się wtedy, gdzie podział się prawosławny Bóg. Miałem przecież swoją historię.

Końcówka dzieciństwa, pewnie dość banalnego, ale mojego. Ojciec jak literacka klisza, wszechmogący, do czasu. Opowiadał, pewnie nie on jeden, jak gołymi rękoma polował na lwy w Afryce. Nic prostszego: trzeba zwierza rozdrażnić, a gdy rzuci się z rozwartą paszczą, wyciągnąć wyprostowaną rękę i zanim zaciśnie zębiska, chwycić od środka za ogon i wywrócić bestię na nice.

W pewnym, metaforycznym sensie ten fortel sprawdza się do dziś, czasem mi się udaje. Wtedy oczywiście rozumiałem opowieść dosłownie, naprawdę wierzyłem w taki sposób polowania na lwy i w niezniszczalność ojca. Był przecież niezwyciężony, dopóki tu właśnie, przy wspaniałym dla mnie tamtego placu Konstytucji, nie upokorzyła mnie jego klęska.

 

***

Stało się to w niezbyt epickiej scenografii, bo w zakładzie fryzjerskim. Co prawda nie byle jakim, działającym w budynku najlepszego hotelu w mieście, bardzo drogim i po ówczesnemu ekskluzywnym. Byliśmy w nim raz i nigdy więcej, ale nie z powodu cennika. Z powodu warcabów.

Ojciec grał w nie świetnie i świetnie grał w nie mistrz sztuki fryzjerskiej, jego nazwiska wykaligrafowanego na dyplomie nad lustrem nie zapamiętałem. Starszy od ojca, siwiejący, wydawał mi się całkiem stary. Wystylizowany zgodnie z profesją: baki, fala nad wysokim już czołem, dwie mniejsze na skroniach, policzki wyskrobane niemal do krwi i duszący zapach wody kolońskiej, obowiązkowy.

Też potrafiłem już grać, nauczyłem się wcześnie i wściekałem zawsze, gdy ojciec pozwalał mi wygrywać, królewskim gestem. Królował – choć w szachy nie grywaliśmy, to nie jest gra dla zagonionych – aż do pojedynku z fryzjerem. Że trafiliśmy do wyższej ligi, widać było od razu: na stoliku lakierowana drewniana szachownica, żadnej tektury i plastiku, pionki solidne, metalowe, z wierzchami z jakiejś nieznanej mi materii, może nawet kościanymi.

Pojedynek był długi. Kilka remisów jako uwertura. Fryzjerzy porzucili swoje fotele, klienci ich nie naglili, wszyscy ściśnięci wokół stolika i graczy. Zrobiło się duszno, zapach niby-lawendy i czegoś jeszcze, piżma albo ałunu, otumaniał. Jeszcze jeden remis, a potem trzy szybkie porażki, ostatnia z zablokowaną w narożniku – mówiło się: zakiblowaną – damką.

Fuj, śmierdzi, zażartował któryś golibroda, a ja, przysięgam, naprawdę to czułem, tę szaletową woń, smród klęski skropiony wodą kwiatową. We lwy wywracane na nice przestałem wierzyć już wcześniej.

 

***

Czy właśnie wtedy zrozumiałem, że damka to broń mordercza, piony przeciwnika wycina w pień, po kilka naraz, prawda, ale to jeszcze nie zwycięstwo? Że czasem lepiej, choć mniej efektownie, pilnować ustawienia pionków, by trzymały się w kupie i w odpowiednim momencie mogły zastawić pułapkę.

Bezsilność damki, która pozostaje przecież pionkiem, odwróconym jedynie do góry nogami, i przypomina sobie o tym, gdy wpada w pułapkę przymusowego bicia. Raz, dwa, trzy, poświęcone taktycznie kamienie spadają z szachownicy, ale czwarty, sprytnie przyczajony, wyrzuca z niej źle ustawioną damkę. Kto grał, ten wie.

Potem i ja wygrywałem z ojcem, coraz częściej, choć już bez radości. Ojciec wciąż stał na cokole, ale kruszący się, pochylony, poszarzały. Pomnik coraz bardziej cmentarny, choć wtedy jeszcze tego nie widziałem. Wierzgał na ościeniu, złapany w pułapkę choroby i nadziei, kolejnych wizyt, kuracji, operacji. Przymusowe bicie. W końcu zupełnie zarzuciliśmy warcaby.

Więcej czasu spędzałem teraz poza domem. Nawet wracając ze szkoły porzucałem szybki ruch po prostej, najkrótszą drogą, siedemnaście minut. Zacząłem krążyć, kluczyć po mieście już nawet nie na skos, ruchem warcabowego pionka, lecz jak szachowy skoczek, trochę do przodu i uskok, coraz więcej uskoków.

Wtedy przez plac przechodziłem codziennie, nie po drodze. Fryzjera już chyba nie było, nie pamiętam, nie zwracałem uwagi. Włóczyłem się, by dotrzeć do domu chociaż trochę później. Ojciec czekał w dusznym, szczelnie zasłoniętym przed słońcem i hałasem pokoju – na dotyk, słowo, obecność, odwracające uwagę od bólu martwiejących tkanek.

Bürger, choroba krążenia, nazwa twarda jak wyrok, na razie odroczony. Upał, kurz, prawie wakacje. Nawet opiaty były za słabe.

 

***

To też trzeba w końcu opowiedzieć, choćby tylko sobie. Pamięć stanie się kiedyś twarda i zimna jak kolana niby-Gombrowicza, na których właśnie przysiadła do fotografii roześmiana dziewczyna, zgarnąwszy z nich wilgotny, przybrudzony śnieg.

Data dodania: 22 września 2014

Nie ma sensu powtarzać po raz kolejny słynnego zdania Gombrowicza o Radomiu, że nigdy nie jest poematem i tak dalej. Dalej zresztą każdy może zobaczyć, a radomianie znają na pamięć. Nawet jeśli generalnie nie zachwyca, to jednak zachwyca. Czasem. Bo zdarzają się tu wydarzenia cudowne, na przekór i na szczęście.

Doświadczenia Gombrowiczów z Radomiem rzeczywiście najlepsze nie były, owszem, Jerzy, brat Witolda, przystosował się do tego miasta i stał się ważną tu postacią, ale on przystosowywał się chyba w ogóle dość łatwo. Zresztą, jak wielu po wojnie, nie miał wyjścia.

Nie były najlepsze to nawet za mało powiedziane, skoro jednym z miejsc związanych z rodziną pisarza było radomskie więzienie. Siedzieli w nim i ojciec Witolda, za rewolucję 1905 roku, dosyć wygodnie – z własnymi meblami i obiadami z restauracji, i brat Janusz, z sadystycznymi kryminalistami w jednej celi, fałszywie oskarżony o kolaborację z hitlerowcami, on, więziony przez Niemców w obozie koncentracyjnym.

Były jednak i jaśniejsze momenty: wszak przedwojenna radomska palestra zasłużyła się dla polskiej literatury bardzo, odrzucając prośbę Gombrowicza o aplikację. Kto wie, co byłoby z jego pisarstwem, gdyby autor „Opętanych” zasmakował w prawniczej karierze?

Żarty żartami, ale kiedy na początku lat 90. ubiegłego stulecia Maciej Bargiełowski, Wojciech Kępczyński i Marek Szyjko wpadli na szalony pomysł, by w mieście, w którym lud wszedł do śródmieścia jak mało gdzie, zorganizować jedyny na świecie festiwal jednego z największych, ale i najtrudniejszych polskich pisarzy, był to akt naprawdę twórczy, bo ironiczny. A oni na dodatek pomysł ten oblekli w teatralne ciało, co wydawało się niemożliwe jak cud. Najcudowniejszy zaś, przynajmniej tak to zapamiętałem, był ten drugi festiwal, Gombra łączący z Schulzem i Witkacym, mimo nie najlepszych relacji za ich życia.

Zapamiętałem tę edycję nie tyle nawet ze względu na repertuar, wspaniały zresztą, ile na rozmach imprez towarzyszących. I na sceny, które w dekoracje zużytego, zmęczonego miasta wnosiły życie, to intelektualne, ale też i ludyczną witalność.

Oto po osypującej się w ruinę starówce, którą z literaturą łączyły tylko wymyślne nazwy spożywanych przez tubylców od świtu do rana tanich mikstur, kojących ból istnienia, snuli się odziani z eleganckim luzem okularnicy. Nieświadomi lokalnych strachów, prowadzący głośne rozmowy, egzotyczne nie tylko ze względu na języki, w których się odbywały.

W poświęconym Gombrowiczowi seminarium pod przewodnictwem profesora Jana Błońskiego uczestniczyli twórcy i badacze naprawdę wybitni, że przytoczę parę nazwisk dla przykładu:  Jerzy Jarzębski, Aleksander Fiut, Anders Bodegard, Francesco M. Cataluccio, Allen Kucharski, Olaf Kuhl, Jacques Rosner, Alejandro Russovich. Seminarium odbywało się m.in. we wnętrzach Muzeum im. Jacka Malczewskiego, gdzie za scenografię służyły fragmenty chłopomańskiej wystawy. Miało się chwilami wrażenie, że na koniec musi pojawić się Walek, i może nawet się zjawił, tylko w przebraniu, więc nikt go nie poznał.

Tych ludowych akcentów było więcej, bo i jeszcze biesiada w skansenie, fragmentami przypominającym wieś jaką oglądał Gombrowicz, odpoczywając we Wsoli. Biesiada nie tylko intelektualna, ale i dosłowna, po dwakroć więc upojna, aż niektórym wieczorem zmęczenie nie pozwalało skupić się na legendarnym „Ślubie” krakowskiego Teatru Starego.

I jeszcze postać główna tamtego festiwalu, Rita Gombrowicz, wożona w wielkiej, białej limuzynie, z wdziękiem i godnością znosząca ten hollywoodzki przepych. Patronka i animatorka pierwszych festiwali, ku naszej radości – po przerwie – także i dwóch ostatnich edycji. A we Wsoli gościmy ją co roku.

Festiwal wraca do tamtej, wysokiej formy (i Formy), choć w porze nie tak fotogenicznej, trochę nazbyt dla kultury jesiennej. Pora inna, więc biesiady pod strzechą nie będzie, ale będą pasjonujące debaty i pół setki referatów, i znów Gombrowicz będzie na językach uczonych. Pamiętających, mam nadzieję, o Gombrowiczowskiej przestrodze, że kto o nim zwyczajnie opowiada i nudzi, temu się na języku w trupa przemienia i trupem otwór gębowy wypełnia paskudnie. I tematy, i nazwiska uczestników gwarantują, że tak się u nas nie zdarzy. A że jeszcze młodość z doświadczeniem na konferencji pomieszamy, to będzie tym bardziej interesująco. U nas, to znaczy we Wsoli i w teatrze, miejscach oswojonych Gombrowiczem.

Wsola, od niedawna znów Gombrowiczowska, stara się dawać do myślenia, więc miejscem jest naturalnym. Dla historii literatury to miejsce znaczące, nigdy dość przypominać, bo tu Jerzy Witolda do wyruszenia w świat namawiał, siedemdziesiąt pięć lat temu dokładnie. I dobrze, że go przekonał, bo co to byłby za Gombrowicz, gdyby w kraju pozostał? Co by napisał, jeśli w ogóle by pisał, a nie stał się kolejnym martwym, młodym i zdolnym, którymi nasza kultura i historia z rozmachem szafowały. A tak żywy jest do dziś, o czym uczestnicy i konferencji, i festiwalu będą mogli przekonać się i innych.

Konferencja zagości też w teatrze, przez dzień cały aż po festiwalowy spektakl. Zagości oczywiście na scenie, w „Kotłowni” nieco przypominającej scenografię „Ślubu” wystawionego przed półwieczem przez Jorge Lavellego i Krystynę Zachwatowicz. Trochę więc ten Gombrowicz będzie jednak podziemny, offowy, i słusznie, bo przecież bronić go musimy wszyscy, by się nam w klasyka nie zmarmurzył, mchem nie porósł, słów i form okolicznościowych nadmiarem nie został przysypany.

A bronić Gombrowicza możemy jedynie wciąż na nowo go wystawiając i oglądając, czytając i interpretując, i rozmawiając, słowem i formą tyleż odświętnymi, co nie nudnymi. Więc kończę.

(Muzeum Witolda Gombrowicza wraz z radomskim Uniwersytetem Technologiczno-Humanistycznym zaprasza w dniach 20-22 października na międzynarodową konferencję poświęconą twórczości Gombrowicza. Współorganizatorem wydarzenia jest radomski Teatr powszechny, w którym od 18 do 25 października odbywał się będzie XI Międzynarodowy Festiwal Gombrowiczowski.)

Data dodania: 19 sierpnia 2014

W „Salkach”, chyba najciekawszej książce o podróżowaniu, jaką zdarzyło mi się czytać, Wojciech Nowicki z bolesną szczerością (to nie frazes: naprawdę i bolesną, i szczerością) opowiada, co zmusza go do podróży. To potężne lęki: reisefieber, lęk własny oraz lęki cudze, dziedziczne – absolutna niechęć przodków do ruszania się ze swojego miejsca, która owładnięci byli od czasu, gdy wygnano ich z rodzinnych domów i rodzimych kresów.

Podróż, jak opisuje ją Nowicki, to zarazem pogoń i ucieczka, przekraczanie granic i ich rysowanie, próba odnalezienia i zarazem zgubienia przynajmniej części siebie. Ludzkie, arcyludzkie, prawie wszystkie podróże da się z tego wywieść.

***

Ale jest też inny sposób wędrowania w przestrzeni i czasie, bardziej koci niż ludzki. Koty, nawet te udomowione, wchodzą w dorosłość sporządzając mapę swojego świata. Krążą wokół miejsca, które wybrały na „dom”, zataczając coraz szersze kręgi, nawet w promieniu kilkunastu kilometrów. Zapamiętują szczegóły: ludzkie i zwierzęce ścieżki, zapach modrzewiowego lasu, wilgoć ciągnącą od strumienia, szum szuwarów, ujadanie psów i ptasi świergot w krzakach głogu, metaliczny stukot szyn na chwilę przed pociągiem, odgłosy polowania, wysokość traw, południowe słońce i grubość piasku pod poduszkami łap, a także opuszczone nory i rozpadające się zabudowania, z których wywietrzał zapach dawnych mieszkańców i teraz mogą dać schronienie, łatwo dostępne gniazda, w których można się pożywić, zacienione, wiecznie wilgotne łęgi, które zawsze dadzą parę kropli wody.

Taką właśnie mapę koty noszą w głowie do końca życia. Można powiedzieć, że to także rodzaj zmagań z lękami, ale bardziej naturalny, bez ludzkich sublimacji, dyktowany przez instynkt przetrwania: trzeba poznać swój świat, swoje okolice po to, by nie słuchać lęku, gdy dopadnie w chwili zagrożenia, ale ratować się, wybierając instynktownie właściwą ścieżkę. Wiedzieć, gdzie się schronić w razie czego. W każdym razie.

Swoją mapą po raz ostatni posługują się koty tuż przed śmiercią: przepadają gdzieś, gdzie nikt ich nie znajdzie i umierają w samotności.

***

Tam, gdzie – choć blisko – jeszcze nas nie było, wyruszyliśmy w niedzielne przedpołudnie, nic więc dziwnego, że na pierwszym postoju w ośrodku nad Pilicą trafiliśmy na mszę i nie mogliśmy dobrze się rozejrzeć. Dawny ośrodek wypoczynkowo-szkoleniowy związku młodzieży socjalistycznej po śmierci socjalizmu popadł w ruinę, w końcu stał się ośrodkiem wypoczynkowo-rekolekcyjnym diecezji rzymskokatolickiej. Ewangelię postępu zastąpiła na powrót objawiona. Podkreśla to nazwa ośrodka: Emaus. Biblijne nazwy mają tu również domki campingowe: Betlejem, Nazaret i inne. Nie zapamiętałem, czy jest tu również Kana Galilejska?

A Golgota? Gdyby tak nazwać któryś z domków? Czy znalazłby się śmiałek, który chciałby zamieszkać w Golgocie? Człowiek bez lęku, bo wielkiej wiary? Czy może raczej wiary całkiem pozbawiony?

***

Naprawdę tego nie planowaliśmy: droga do Białej Góry tak właśnie prowadzi. Jedziemy przez Boże, kilka krętych kilometrów i za łukiem objawia się Boża Wola, ze dwadzieścia kominów, ani biednych, ani bogatych, pola daleko od zabudowań. Dalej semantyka bliższa już ziemi: następna wieś nazywa się (i słusznie) Budy Boskowolskie, nie ma o czym mówić.
Nawigacja internetowa, która dziś zastępuje podróżnym przeznaczenie, wyprowadza nas w pole, na polną drogę, dziurawą, całą w kępach traw, niech to diabli, można stracić zawieszenie. Można stracić, diabli nadali.

Więc pytamy o drogę, na szczęście jest kogo, choć pustkowie. Dom jeden, stary, drewniany, niszczejący, ale okazały. Stodoła, obora, komórki z pustym gołębnikiem, chyba wszystko to jeszcze używane, ale raczej nie przez staruszka, który siedzi, jak Bóg w niedzielę przykazał, na niskiej ławeczce przed wpółotwartą bramą. Prosto, tłumaczy, panie, jak asfalt prowadzi. Dziadek towarzyski jest albo wyglądam mu na niezbyt rozgarniętego, bo aż na drogę wychodzi kierunek pokazać, paluchem pokrzywionym, poczerniałym, oklejonym brudnym plastrem, chyba więc jeszcze w obejściu jest z niego jakiś pożytek.

To tam, panie, gdzie tańce kiedyś były, zabawy, tłumaczy i diabliki skrzą mu się w oczach pod zniszczoną bejsbolówką. Przytakuję, głupio jakoś, bo przecież skąd mogę wiedzieć, gdzie tu tańczono. – Tylko tej pani niech pan tam gdzie nie zgubi – żartuje i śmiejemy się wszyscy, jakby było z czego.

A zgubiliśmy się później, w Nowej Wsi, choć byłem pewien, że pamiętam drogę.

***

Biała Góra nie była nagrodą: tłok, śmietnisko, pastwisko zamiast plaży, tylko Pilica niezmiennie kręta i piękna. Uciekliśmy więc w sentyment, do Świerży, nad Wisłę. Woda naprawdę wielka, wylała jak prawie co roku. Betonowa opaska oddzielająca nurt i brzeg skruszała zupełnie już kilka lat temu, więc i spacerować nie ma po czym.

Siedzimy w łódce wyciągniętej na brzeg, przy takiej wodzie mało kto odważa się wypływać na rzekę. Ale prom kursuje, częściej niż rozkład każe, bo chętnych dużo. Nam ruszyć się nie chce, gorąco, nawet komary nie gryzą, poza tym czasu nie wystarczy na drugi brzeg, jak zwykle.

Przyglądam się czekającym na przeprawę, mimowolnie słuchając ich rozmów. Dwaj młodzi, oparci wystudiowanym gestem o maski starych, wychuchanych samochodów, nie wiem, jakie to marki, nie znam się, ale takimi resorkami bawił się już mój syn.

Dziewczyna na trawie, nijaka, nawet nie wiem, ładna czy brzydka. Gada głośno, przez telefon wielki jak pokład promu, który właśnie odbił od drugiego brzegu. Płyniesz? Czekam? Dobra. Tak, tutaj, no gdzie, na brzegu. Nara. Nara? Brzmi jak starohebrajskie imię. Tutaj?

Tak, trzeba tu wrócić na tygodniu, po ciszę, obiecujemy sobie bez przekonania, wiemy przecież, że ten tydzień zdarzy się może za kilka lat albo wcale. Jeszcze chwila postoju we wsi, piaszczystej łachy przed rozjazdem już nie ma, schowana pod kostką, trawnikiem, ławkami. Skwer, za unijne, jak wszędzie. Trzy sklepy, dwa czynne w dzień wolny, domy i bloki odnowione, wiadomo, elektrownia, energia.

Dwaj mężczyźni na rowerach, zsiedli, rozmawiają. …Na rybach byłeś teraz kiedyś?.. Dzisiaj nie, nie mas co, przybiera, to uciekają na środek… Ale coś może się trafić… Może, jutro, zobaczymy… Przystaje trzeci, młodszy, opalony, aż czarny. – Dobry, jak rzeka – pyta rytualnie, a oni znowu: przybrała, przybywa, jeszcze.

Rozmowa ludzi nadrzecznych. Przypływy, odpływy. Jesteśmy znów jak w domu, tym bardziej, że nad Zagożdżonką, leniwym dopływem Wisły, bez zmian: komary tną jak licho, zarośnięta rzeczka ledwo płynie, droga przesypuje piasek, pewnie ciągle ten sam.

***

Na szosę warszawską skręcamy w Nowej Wsi, nazywającej się tak, bo wybudowana została na miejscu starej, doszczętnie spalonej i teraz ciąży na niej przekleństwo młodości – nigdy już nie będzie stara. Drogę wskazał nam ręką wolną od butelki dobry człowiek, przed dobrym sklepem, dobrym, bo otwartym w niedzielę i sprzedającym piwo dobre, choć ciepłe. Każdy ma swoją miarkę dobra.

Po obu stronach szosy puszcza, las gęsty, z mchem rozmaicie zielonym, obfitym. Grzybny, tylko trzeba znać miejsca. Znać miejsce, podstawa.

Przed Kozienicami tablica: Uwaga! zaniżone pobocze. Niedawno do Krakowa jechałem wagonem pierwszej klasy, przekwalifikowanym na klasę drugą. Napis na drzwiach informował: wagon zdeklasowany. Pańskość i kompleksy wyłażą z naszego języka jak rozwalone worki ze śmieciami z zarośniętych rowów wzdłuż szosy.

***

W najbliższej okolicy na szczęście rzeczy wracają do ładu, także semantycznie. Znów można „jechać do łabędzi”, bo ptaki wróciły na jeziorko za Chałupkami po długim remoncie, ciągnącym się jak podjazd w Wysokiej. Zbiornik mocno przez remont zdeklasowany, na szczęście przyroda ma za nic ludzką zapobiegliwość i już wylewa swoje zielenie poza narzucone przez meliorantów formy.

Ptaki kryją się w odrośniętych szuwarach, teraz nie podpływają nawet po chleb, skupione, czujne, prowadzą swe młode, ucząc je wszystkiego przed nieuchronnym rozstaniem. Te cztery młode już niewiele mniejsze od starych, tylko jeszcze szare i przez to niepiękne, po kaczęcemu.

Wydarzenie, bo pojawia się czapla, pewnie przelotem, biała albo nadobna, z daleka nie widać dobrze.

***

Nadobna… Niedobitki starej polszczyzny kryją się jeszcze w nazwach, partyzanci na terytorium podbitym przez makaronizmy.

Gdzieś w trasie drogowskaz: Osiny Mokra Niwa. Niwa – czyli łąka granicząca z polem? A może tylko miara, kawałek pola, wczorajsza parcela, dzisiejsza działka. Trzeba by sprawdzić, kto jeszcze pamięta dawne znaczenia?

Następnego dnia w Ciepłej skręcamy na Bąków, przy kamieniu ku czci miejscowych oraz żołnierzy zwiadu dywersyjnego AK porucznika „Roberta”, zamordowanych za niepodległość w latach 1939-45 oraz 1946-56. Pełna pamięć wraca powoli.

***

W wigilię 15 Sierpnia rwę i pogryzam małe czerwonawe jabłka z przydrożnej dziczki. Słodko cierpkie, soczyste. Zjadam je jednak, obawiam się, wcale nie patriotycznie, nie komuś na złość, a po prostu, jak zawsze. Jabłonka ma gdzieś embarga, putinców i geopolitykę.

Spokój, cisza, słońce osusza załzawione rosą rowy. Chmury podniosły się wysoko, pod nimi stado bocianów. To już? Szykują się do odlotu, na razie ćwiczą, szybując bezładnie w poszukiwaniu dobrych wiatrów. Wracający co roku, kołujący nad głowami smutek.

Na tablicy z nazwą wsi CIEPŁA ktoś dopisał TASMANIA. Doprawiona ironią tęsknota? Mnie już nie dotyczy, dawno postanowiłem: zostaję tutejszy. Moje lęki i smutki pochodzą z innych okolic niż te zadekretowane geografią. Mam swoją własną mapę.

***

Mapopisanie można też, za Białoszewskim, nazwać obmapywaniem. Ten genialny neologizm brzmi trochę jak – obłapywanie. Podobieństwo nie tylko w fonetyce: w obmapywaniu rzeczywiście skrywa się żądza, wilczy apetyt na życie. I też bierze się z lęku. Bardziej jednak z lęku niesionego przez czas niż tego czającego się w przestrzeniach.

Data dodania: 14 lipca 2014

fot. Maciek Bociański

Fot. Maciek Bociański / ML

Ostatecznie Messi nie został Messiaszem. Nie wprowadził Argentyńczyków do raju, a jedynie huknął Panu Bogu w okno, z wolnego w ostatniej minucie dogrywki. Modły piłkarzy i kibiców argentyńskich nie zostały wysłuchane, na nic się zdało żegnanie po trzykroć, załamywanie rąk w modlitewnym geście i wznoszenie oczu do nieba. Zwyciężyła nie wiara, lecz rzemiosło, solidne i nudne jak niemiecki realizm – Niemcy niczym Adolph Menzel zafundowali Argentyńczykom iście królewską walcownię żelaza.

Przed rozpoczęciem meczu telewizyjna kamera zajrzała do szatni Argentyńczyków. W szafce jednego z piłkarzy, Mascherano czy może Di Marii, zobaczyliśmy kilka plastikowych figurek świętych, charakterystycznych dla estetyki argentyńskiego katolicyzmu. Takich samych, jak te wyprodukowane przy współudziale Witolda Gombrowicza, które można obejrzeć w naszym muzeum.

Autor „Kosmosu” nie był wcale aż takim outsiderem, jak chciał, by go postrzegano. Więcej, wykazywał nieraz dużą, choć szczególną, zaradność. Inwestycja w dewocyjny biznes jest właśnie tego przykładem. W 1959 roku pisarz postanowił przeznaczyć  zaliczkę od niemieckiego wydawcy „Ferdydurke” na … zakup wtryskarki do plastiku. Wydzierżawił ją swoim przyjaciołom Świeczewskim, którzy mieli fabryczkę wyrobów plastikowych, a co ważniejsze – w odróżnieniu od Gombrowicza mieli smykałkę do interesów. Choć oddajmy szacunek i pisarzowi, szczególnie jego swoistym talentom finansowym: zaskakująca drobiazgowość, by nie rzec małostkowość, Gombrowicza w pilnowaniu swoich dochodów wyziera przecież nie tylko z zapisków „Kronosu”, ale i z wcześniej znanej korespondencji oraz relacji znajomych pisarza.

Wielcy twórcy są wielcy między innymi dlatego, że, niczym Niemcy Argentyńczykom, nie poddają się rzeczywistości. Dlatego nawet gdy wtryskarkowy biznes świątkowy przestał się opłacać, Gombrowicz zamęczał Świeczewskich, domagając się wypłaty dywidendy. Nie mógł pewnie uwierzyć, że inwestycja, którą wymyślił, nie była arcydziełem. Ponieważ prawdziwych przyjaciół poznaje się nie tylko w biedzie, ale i później, to chociaż produkcja świętych figurek prawdziwych zysków już nie przynosiła, Świeczewscy jeszcze przez czas jakiś nieistniejącą dywidendę pisarzowi przesyłali.

Podobną, mówiąc delikatnie, skrupulatnością, wykazywał się Gombrowicz w kontaktach z wydawcami, o których myślał zresztą nie najlepiej, podejrzewając, że chcą go wykiwać. Pilnował ich twardo i  nieustępliwie niczym Schweinsteiger Messiego, zaskakując przy tym błyskotliwością i niekonwencjonalnymi zagraniami niczym Goetze argentyńską obronę.

Prawie Argentyńczyk, pisarz swojej kariery i finansów wolał pilnować osobiście, z prawdziwie niemieckim pragmatyzmem, nie zawracając głowy Panu Bogu. Niemcy zostali mistrzami świata, Gombrowicz jednym z najbardziej znanych na świecie pisarzy.

Nie jest bowiem jasne, czy Bóg ma czas na oglądanie futbolu i czytanie książek.

Data dodania: 28 października 2013

Dobrze zachowane, pożółkłe i pokruszone, wszystko jedno, płoną czy nie płoną – mówią wszystkie. Jeśli porzucić edytorską  szlachetną małostkowość i przyjrzeć się uważnie rękopisowi jako formie, to okaże się, że rytm prozy „Kronosu” jest podobny do formy jego rękopisu*. Łudząco podobny.

Niektóre karty rękopisu, pokryte równym pismem bez skreśleń, wyglądają jak starannie przepisane, na nowo. Inne, zabazgrane w różnych kierunkach, jakby nie mogły udźwignąć nadmiaru treści: rozchwiane, rozkołysane przeciążonymi burtami marginesów, sprawiają wrażenie, że rozpadną się za chwilę, poddadzą wirowi i rozlecą na kawałki, którym łatwiej przepaść w odmętach. Ogryzmolony i w siebie pochylon pamiętnik artysty? Tak, ale przede wszystkim notatnik przerażonego Chronosem człowieka.

Dwa rytmy „Kronosu”. Pierwszy na przykład w zdaniach streszczających październik 1953 roku: Idem. Giedroyć przysyła 1000 pezów zadatku. Ostatnie korekty. Złamałem drugiego zęba. Nuda. Czytam Prousta, Ciano etc. (Harrods). Nic nie piszę. Nowiński bardziej pojednawczy. Śmierć Lolka Wickenhagena . Retiro. Budżet, literatura, marudny szef, tragiczna śmierć znajomego, pokątna erotyka, nuda, nuda. No i jeszcze ułamany ząb, wszystko na jednym oddechu, monotonnym, turkoczącym jak wózek zbieracza złomu, ciągnącego za sobą wszystko to, co składa się na jego życie. Na przeżycie.

******

W październiku tego turkotu jakby więcej, szczególnie pod koniec . Zaczyna się w zupełnych jeszcze ciemnościach, kiedy ze zbyt płytkiego snu, wyrzucającego na  mieliznę przed świtem, wyrywa dźwięk kościelnego dzwonu, a właściwie jego elektrycznej namiastki, nie wymagającej już kunsztu dzwonnika. Trzaśnięcia drzwi, którym znowu puściły hamulce, a potem turkotanie kół, miarowe, monotonne, do pierwszego wyboju. Gdy ucho zacznie przyzwyczajać się do zrazu zbyt głośnych dźwięków, można rozróżnić wielkość bagażu osadzonego na kółkach, a nawet rozmiar kół. Trzeba tylko wychwycić odpowiedni moment, zanim turkoty nie połączą się w stadka, po dwa lub trzy, i zanim nie przytłumi ich rozmowa podróżników.

Podróżnicy, tak o nich myślałem najpierw. Sądziłem, że budząc się zbyt rano, przyłapałem właśnie Polskę prowincjonalną z Polski wyjeżdżającą, wynoszącą się do krajów bardziej mlecznych i miodnych, za pracą, za chlebem, za nudą normalności. W końcu jednak rozmowom za oknem zacząłem przysłuchiwać się uważniej, bo wydało mi się, że głosy się powtarzają i że niemożliwe, by tak wielu wyjeżdżało wciąż z miejsca, z którego przecież pojechał już, kto mógł.

Dobrze podejrzewałem: to nie były głosy ludzi zbierających się do odlotów, nie było w nich ani siły, ani młodości, niezbędnych, by zaczynać wszystko od nowa. Przeciwnie, brzmieli jak zmierzający do końca, obmyślający puentę albo też chcący ją zagadać: rozmową o sąsiadach, kolejkach u lekarzy, cenach chorób i cenach na targu. Kapusty, jabłek, kartofli, mięsa i ogórków na kiszenie, małych, nierefundowanych, bez recepty – jak znaleźć te sto procent z emerytury, waloryzowanej o półtora procenta i kolejną przepuklinę w kręgosłupie.

Im bliżej prawdziwej jesieni i zimy, wszystkich świętych i nie, a później pierwszej gwiazdki na wysokościach, tym więcej w ich rozmowach nieobecnych, tych nieobecnych na zawsze, czyli do spotkania gdzieś tam gdzie nie wiadomo, i tych nieobecnych, co pojechali niby nie na stałe, ale którym wrócić coraz trudniej, trudniej nawet zadzwonić. I dobrze, wie pani, że mój tego nie dożył, zamartwiłby się na śmierć, że dziecko tak się tam tułać musi, że ani na groby, ani na opłatek przyjechać nie da rady. Nie da, bo nie ma.

Im dalej w jesień, tym ciężej turkocą kółka, bo więcej w tych uczepionych kółek torbach odświętnego bagażu: zniczy bo tańsze, jedliny bo świeższa, mostku cielęcego niech tam raz w roku. I coraz większych fragmentów biografii, kawałków życia, których nikt nie chce nawet za darmo.

******

Rytm drugi „Kronosu”, z podsumowania roku 1966: Dziennik i Ope. po polsku, Porno norweska i angielska, Cosmo włoski, Ślub w Sztokholmie, Nagroda Jurzykowskiego, telewizja francuska – wzrost prestiżu. Ero: nic. Walczę z mnóstwem chorób, zdycham, z Ritą na ogół lepiej, ale nie zawsze… Boże, Boże, jak długo?  Monotonny turkot wyliczanki tym razem wykolejony, na wielokropku,  przerwany okrzykiem przerażenia, może wołaniem o ratunek?

Za oknem krzyków nie słychać, zwyczajni zrozpaczeni nie zabierają ich, wychodząc z domu. Pozostają za ścianą, stłumione i opuszczone. To chyba najbardziej odróżnia samotność pisarza od zwykłej samotności. Pierwsza jest ceną za własny język. Tej drugiej brakuje słów, a przede wszystkim słuchaczy.

————————————————————————–

* 25 października rękopis „Kronosu” w drodze z Krakowa do Biblioteki Narodowej w Warszawie zatrzymał się na trzy godziny we Wsoli.

Data dodania: 4 czerwca 2013

Na obejrzenie Barcelony Gombrowicz miał zapewne mniej czasu niż my. Ledwie tyle, co spacer po starym porcie, do wieży Kolumba. My oprócz kilku godzin na akademicką i nieakademicką rozmowę o nim mieliśmy jeszcze trochę czasu na wędrówki po mieście. Jakieś dziesięć godzin i trzy kwadranse.

Gombrowiczowi trochę czasu zabrało sprawdzenie, czy nie nadszedł wyczekiwany przekaz pieniężny. Czekał na pieniądze nie tylko dlatego, że od czasów argentyńskiej nędzy wprawiały go w drżenie. Został okradziony jeszcze w Buenos, zaraz po wejściu na pokład statku do Europy, więc przekaz miał pomóc w spłaceniu długów i napiwków. Nas też ostrzegano przed złodziejami, kiedy wchodziliśmy na zatłoczoną jak arabski targ La Ramblę. Złodzieje nas jednak oszczędzili, uważaliśmy przecież, a i z zatłoczonej ulicy skręciliśmy szybko, daleko jeszcze przed portem…

Barcelona zaczęła się jednak epicko – od panoramy, oglądanej wkrótce po przylocie. Prosto z lotniska zawiezieni zostaliśmy na Tibidabo, najwyższe wzniesienie w Barcelonie, prosto pod schody prowadzące do kościoła. Z jego tarasów oswajaliśmy Barcelonę z wysokości, jak skoczek, który za chwilę poleci ze skały, głową w dół, w morze skrywające pod taflą wody niebezpieczne, bo nieznane, uroki. Jak się okazało, była to chwila na oddech przed szaleńczym tempem, w jakim przez następne półtora dnia przepłynęliśmy miasto.

Ze wzgórza Barcelona wygląda jak kiszka wciśnięta między góry a morze, stłoczona, wykorzystująca każdy skrawek wolnej przestrzeni. Nawet tu, u stóp kościoła, pod opieką rozłożonych ramion wieńczącego budowlę Chrystusa (pomniejszonego bliźniaka Jezusa z Rio de Janeiro) rozłożył się bezwstydnie lunapark, z rolerkosterem wśród porastającej zbocze zieleni, z kiczowato złocącą się karuzelą. Zapowiadały one barceloński zawrót głowy, południowy karnawał mieszający zmysły i pamięć, poplątanie wysokiego i niskiego, kultury i natury. Pachnące kurzem, słońcem i świeżo wypaloną trawą, której woń snuła się po schodach prowadzących do wielkiej biblioteki, umieszczonej w dawnym szpitalu dla biedaków. Tym samym, w którym umarł Gaudi.

… kiedy więc skręcaliśmy z La Rambli, ulicy ulic, złożonej z kilku innych, która by odłożyć swój koniec jeszcze o kilkadziesiąt metrów, żarłocznie zaanektowała nawet molo w porcie; kiedy więc kończyliśmy ten spacer obowiązkowy, nie żal mi było nawet wspaniałych platanów i ich szeleszczącego cienia, bo ledwo napoczęta Barcelona przygniatać mnie już zaczynała swoim nadmiarem, posklejanym z tysięcy szczegółów i setek tysięcy turystów. Podobno tą najsłynniejszą aleją barcelońską przechodzi dziennie 150 tysięcy osób. Platany miałem za hotelowym oknem, a ocieniony zaułek, w który skręcaliśmy, obiecywał, że nie poddamy się do końca hałaśliwej turystycznej rutynie.

Hala targowa La Boqueria to królestwo tych, co czynią sobie ziemię poddaną. I wszystkie jej owoce, tu ułożone w stosy, piramidy, figury geometryczne, także te nieznane podręcznikom geometrii, odurzające papuzim przepychem barw i smaków, pozostających w domyśle, ale na wyciągnięcie ręki. Targowisko apetycznej próżności, przyciągające tłumy turystów; od ich platonicznych, błyskających fleszami zachwytów co bardziej niecierpliwi handlarze odgradzają się dużymi znakami zakazującymi fotografowania. Obrona to daremna, zresztą niezbyt serio czyniona, tyle tylko, by turyści nie zastawiali zbyt długo dojścia do straganu kupującej tu od lat znajomej…

… przy jednym ze straganów przegonieni zostaliśmy bezceremonialnie, gwizdem i machaniem rękami. Handlarz zachowywał się jak pastuch, a jego stragan był jak ilustracja zwierzęcej natury człowieka wysublimowanej w perwersje kulinarne, przyprawiane okrucieństwem. To równie malownicza, ale ciemniejsza strona La Boquerii. Stoiska z podrobami, obowiązkowo ozdobione główką jagnięcia z wytrzeszczonymi na nas, przerażonymi na zawsze źrenicami. Owoce morza, poukładane brzuchami do góry, na wszelki wypadek, gdyby raz jeszcze próbowały ucieczki, machające co jakiś czas odnóżami, w przyprawiającym o wcale nie egzystencjalne mdłości geście pozdrowienia. Morituri te salutant, powtarzane potem w kolejnych scenach zwiedzania.

Oglądamy szybko, ale dobrze i dużo, dzięki Pani Konsul, która z energią zdobywcy porządkuje barcelońską przestrzeń i nas czasem przywołując do porządku, gdy zatrzymuje nas jakiś detal. Docenię to tempo ostatniego dnia przed odlotem. Na razie poganiana pamięć próbuje zachować kolejne obrazy: przekładaniec historii, kolejne miejsca i budowle, stawiane na ruinach poprzednich, sklejane rzeziami i złotem, dziś tkwiące w półsennym spokoju, który jednak tu, na tym chwilami otępiającym słońcu, skrywa przemoc, która wybuchnie wkrótce, jak długie by to wkrótce nie było. Chodzimy więc prawie bez zatrzymania po śladach Fenicjan, Rzymian, Kartagińczyków, Wandalów, Wizygotów, Maurów. Po Dzielnicy Gotyckiej mijamy Dzielnicę Żydowską, jej mieszkańcom nie dane było przeminąć po prostu, zostali wygnani, zbyt obcy i niepokojący. Co stanie się z mieszkańcami dzielnicy muzułmańskiej, po której wieczorami strach spacerować? Szlachetnie łudzącym się zwolennikom wielokulturowości taki spacer może odebrać złudzenia. Wystarczą spojrzenia tych, co w odrapanych zaułkach nie mogę odnaleźć ani nowego życia, ani już też tego, które zostawili w swojej ziemi i którego tak naprawdę porzucić nie chcieli. Choć może „Trojka”, sklep z mydłem i powidłem wykwitły cyrylicą wśród arabskich napisów zwiastuje, że jednak jakaś pokojowa różnorodność jest możliwa? A może to jedynie kolejny dowód na tutejsze poplątanie i nadmiar?

Nadmiar splątanych motywów, symboli i znaczących ozdób, ekshibicjonistycznie kiczowatych, nieznośnie pięknych, tworzących trudne do rozsupłania kłębowisko, rozgałęziających się roślinnie, pnących ku górze, oplatających kolejne postacie, opowiadających niestworzone historie za pomocą przepychu stworzenia. Barcelona ubóstwia Gaudiego, a Gaudi to Sagrada Familia, katedra ze snu, z daleka przypominająca jakąś monstrualnie wybujałą w południowym słońcu roślinę, wciśniętą w barcelońską ciasnotę, strzelającą ku niebu, jakby chciała się w nie wedrzeć. Kościół bez Boga, kościół arcyludzki, świątynia artystycznej wyobraźni, wypełniona mierzwą turystów. Z tabernakulum zepchniętym do podziemi, ale z symboliką biblijną w każdym szczególe, bez przypadku, choć w porządku nieludzkim.

Krążymy po Sagradzie jak po hali odlotów, aż w końcu opowiadana przez architekturę katedry biblijna historia zaczyna docierać do świadomości, rozgrzebywać pamięć, zadzierać głowę ku niebotycznym kolumnom zbudowanym na podobieństwo drzew, ku owalnemu świetlikowi w dachu najwyższej z wież, przez który słoneczne światło spada na cudownie kiczowaty baldachim, osłaniający ukrzyżowanego, o twarzy niepokojąco odmiennej od znanych nam wizerunków. Sagrada Familia to kościół niebezpieczny i dla wierzących, i dla niewierzących, mogący zarówno wiarą obdarzyć, jak i ją odebrać. Kościół władający tajemnicą, także i tajemnicą ludzkiej wyobraźni, przekraczającej swoją kondycję, oszalałej i rozszalałej, pędzącej ku niebu albo ku szczytom. Czy taka wymurowana z wyobraźni katedra to tylko artystyczny gest? Możliwy bez wiary? W Boga? W człowieka? Bogoczłowieka?

Tak więc Gombrowiczowski kościół międzyludzki obecny był nie tylko podczas seminarium na dziewiętnastowiecznym dostojnym Uniwersytecie Barcelońskim, którego stara część wygląda po prostu tak jak powinien wyglądać uniwersytet. W dniu seminarium na jednej z barcelońskich uliczek zobaczyliśmy tłum ludzi z krwistoczerwonymi różami w dłoniach, ustawiających się w karną kolejkę, której początek skrywał się gdzieś za rogiem. Poszliśmy więc, potomkowie kolejkowych staczy, atawistycznie ciekawi, w tamtym kierunku. Odkryliśmy kolejny kościół, pod wezwaniem świętej Rity, patronki spraw niemożliwych, której święto przypada właśnie 22 maja. „Żyję jak w klasztorze” – taki wyrzut Rity Gombrowicz zapisał Witold w „Kronosie”. W uniwersyteckiej auli pani Gombrowicz z nami nie było, zachorowała. Puste, przeznaczone dla niej miejsce, zasłaniały kupione w porcie czerwone róże. Barcelona supłała pracowicie kolejne wątki.

Przy kolacji – na którą jadłem tutejszą czarną kiełbasę, przypominającą raczej naszą kiszkę kaszaną, przyrządzoną niezwykle, z zaskakująco słodkim sosem – a także później rozmawialiśmy sporo o „Kronosie”, opowiadając o nim tutejszym slawistom, którzy książki jeszcze nie czytali. Pytany, jak „Kronos” ma się do „Dziennika”, odpowiedziałem trochę wykrętnie, że tak jak gwałt do uwiedzenia. „Dziennik” to uwodzenie, „Kronos” to gwałt na zbyt ufnym czytelniku.

Tak, zamiast opowiadać o barcelońskim oszołomieniu, powinienem wreszcie napisać o „Kronosie”. Tylko jak opisywać gwałt?

Data dodania: 6 maja 2013

Listy zostały złożone*. Uwierzytelniające zdradę. Zamknięte w sejfie jak w krypcie, wiodły będą  dostojne życie po życiu. Marszcząc się, blaknąc i krusząc, będą wspominały lepsze czasy, gdy przenosiły na odległość emocje i uczucia, nie dbając ani o wiedzę następców, ani o historycznoliteracki ciężar. Pełne życia fruwały ponad wodami, nie dostrzegając nadciągającej jesieni. Aż w końcu młodość je zdradziła, wydając muzeom i bibliotekom.

To zdarza się wszystkim, ale niewielu potrafi ten moment opowiedzieć. Gombrowiczowi zdarzyło się podczas rejsu do Europy, na północny wschód od Wysp Kanaryjskich, wczesnym świtem po nocy bezsennej. Scena dziwnego „spotkania” jak z filmu, którego nikt by dzisiaj pewnie nie nakręcił:

…Wreszcie noc nie powiem, żeby rozwidniła się, ale sczezła, oklapła, zatraciła się sama w sobie, wówczas tu i ówdzie pojawiły się białe zagęszczenia, które w surowości coraz obojętniejszej przedświtu wypełzły niczym wata…

…Wtenczas wypłynął z białych opatuleń, też biały, z dużym kominem, który zaraz rozpoznałem, w odległości jakichś 3 – 4 kilometrów. Zaraz zapadł się w kłąb mgły, znowu się wychylił, ja co prawda nie patrzyłem, w wodę raczej byłem zapatrzony… wiedząc dobrze, że to się nie dzieje, tego nie ma, wolałem nie patrzeć, ale niepatrzenie moje jakby potwierdzało jego obecność…

…Tymczasem zjawisko przepływało – nie przepływało w fantasmagorii rozwichrzonych kłębów z operowym prawie patosem i coś, jak zatracone braterstwo, jak brat zabity, brat umarły, brat niemy, brat zagubiony na zawsze i zobojętniały … coś takiego ujawniło się i zapanowało w rozpaczy głuchej i doszczętnie oniemiałej, wśród kłębów białych.

Te scenę można uczenie objaśniać Buberem. W całej tej powrotnej podróży do Europy relacja Gombrowicza z młodością zmienia się radykalnie: z relacji Ja-Ty staje się relacją Ja-On. Młodość swoją i może nawet młodość w ogóle czyni Gombrowicz obrazem młodości, przedmiotem odesłanym w przeszłość. Zupełnie też możliwe, że naginam myśl Martina Bubera  do gombrowiczowskiej biografii. Jeśli tak, mszczę się za to, jak bardzo niemiecki filozof nie rozumiał Gombrowicza: „Ślub” był dla niego jedynie literacką zabawą, więc wyniośle odmawiał dramatowi Gombrowicza pokrewieństwa ze swoją myślą, w liście ugrzecznionym, ale wypranym z emocji, który pisarz niemal wymógł na nim po zbyt długim oczekiwaniu na recenzję. Na szczęście nie był to ani jedyny, ani nawet pierwszy zawód Gombrowicza.

Buber zresztą nie jest tu niezbędny, bo można też tę scenę i całą podróż powrotną Gombrowicza do Europy interpretować prościej, po ludzku. Zmęczony walką o literackie istnienie,  wracał na Stary Kontynent, chcąc – zanim sam wypali się do cna – wyrwać historii pisarską sławę. Inaczej niż ćwierć wieku wcześniej, nie płynął po przygody, krajobrazy i przyjaźnie, po młodość i witalność, po nowe, którego wtedy nie znajdował w Europie. Wracał zmęczony i zmieniony tak bardzo, że wobec tamtego, młodszego o w innych czasach równe wiekowi ćwierć stulecia, czuł jedynie solidarność, współczującą, taką, jaką czujemy wobec nieświadomej swego kresu młodości wyruszającej poznawać życie. Wracał inaczej niż odpływał:  Nie. Nie chcę poznawać. Jestem zamknięty i podsumowany. I śmiertelnie zmęczony, pamiętajmy.

Samoświadomość Gombrowicza bywa przerażająca. Potoczność sama podsuwa mu znaczenia, gdy notuje wygodę kajuty i wykwintność kuchni na statku, którym wraca: żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu, cały ten ocean jest bardziej z czasu  zrobiony niż z bezmiernych dalekości, jest to przestrzeń nieskończona, która nazywa się śmierć.

Kończy Gombrowicz ten akapit zadziwiająco, zdaniem jak wzruszenie ramionami: Wszystko jedno. Rezygnacja? Pozbawiona złudzeń wiedza o zakończeniu własnej historii? W liście do brata parę miesięcy później napisał: Oczywiście domyślam się, i nawet wiem, że Wasze kłopoty znacznie większe, ale co z tego? Każda egzystencja jest klęską. Trzeba będzie, przypuszczam, prędzej czy później połknąć jakiś proszek i skończyć z tym; póki co żyje się przez ciekawość i z dnia na dzień. Przed wyjazdem z Argentyny mówił swoim młodym przyjaciołom, że ten, który odjeżdża, już jest umarły. Europejskie zapiski Gombrowicza to zapiski skazańca, czekającego na nieuchronne wykonanie wyroku, więc też już jakby martwego. Wszyscy wspominający pisarza z ostatniego etapu biografii, szczególnie z okresu berlińskiego, podkreślają jego samotność, mimo tłumu wokoło. Helmut Jaesrich: zawsze sprawiał na mnie wrażenie rozbitka: to pojęcie wzięte od Heideggera. Trafne i bez Heideggera.

Na koniec  zdradziła go młodość. Nic młodzieńczego nie dostrzegał w schludnym Berlinie, może z wyjątkiem pamięci, która udawała, że nie sięga zbyt daleko wstecz. Młodość Paryża była młodością dla pięćdziesięciolatków, udawaną, oswojoną przez formy kultury. Przede wszystkim jednak zmęczone ciało stawało się coraz bardziej nieposłuszne, bolesne, obezwładniające. Przez jakiś czas wyrywał się jeszcze na powrót, do słonecznego południa, do Argentyny. Chciał wracać, raz jeszcze planował życie, jeszcze jedną przygodę z młodymi i wiernymi, w istocie wampiryczną. Zapomniał, że młodość jest egoistyczna i wierna przede wszystkim sobie?

W listach wciąż jeszcze drażnił ich, łajał i prowokował. Zmuszał do myślenia i słuchania. Jednocześnie odsuwał powrót w coraz mniej określoną przyszłość. Pod koniec lutego 1965 roku, wyraźnie zniecierpliwiony, list do J.C. Gomeza zamienił w listę swoich chorób i przypadłości: ciężka astma, zmarnowane serce, zatrucie organizmu cortizonem leczącym astmę, straszliwe zapaści nerwowe, bóle żołądka, na szczęście wrzód, nie rak, sypia po półtorej godziny, w ubraniu, po dziesięciu krokach dusi się, w końcu jest trochę lepiej. Lepiej? Gombrowicz nie stara się nawet skrywać irytacji: Wy, a także Ada uważacie, że wyleguję się na łożu z róż, w dodatku z Ritą. A tymczasem ja się tu wykańczam po trochu z każdej strony. Pod listem dopisek: Teraz ważę 68 kg. Ważyłem 83 kg.

Właściwie nie wiadomo, dlaczego Gombrowicz zerwał korespondencję z Gomezem. Może zrobiło mu się szkoda słów, bo uznał, że młodość już go nie może zrozumieć, że nie jest już jego udziałem? Jak miał wytłumaczyć, że on, burzyciel form, sam stał się formą. I że już jej nie zburzy, bo siły odebrało mu uległe wobec starzenia się ciało. Odmęt – to tylko jest twoje, notował dwa lata wcześniej w słonecznej Barcelonie. Już wtedy wiedział, że podróż się kończy, a powrotu nie ma?

Tak mogła wyglądać ta scena: samotny Gombrowicz na pokładzie, widzi – nie patrząc – tamtego, sprzed ćwierćwiecza, rozmazującego się w mgłach przedświtu. Nieistniejącego już, obcego, oddanego przeszłości. Szum fal nie zagłusza słów mamrotanych przez Gombrowicza z irytacją, a może i rozbawieniem: co za mania, wpatrujesz się w kulę szklaną, w szklankę wody, i nawet tam coś ci się z niczego wysnuje, bezkształt…

Kamera odjeżdża do szerszego planu,  jakby chciała nam pokazać jeszcze kogoś, przysłuchującego się milczącej rozmowie dwóch Gombrowiczów. Zgarbiony nad burtą pisarz odrywa dłonie od mokrego drewna balustrady, prostuje się, podnosi głowę i odwraca od nas. Patrzy z uwagą w nową chmurę mgły, gęściejszą, skrywającą go powoli. Obraz nieruchomieje, słowo za słowem pojawiają się napisy. Końcowe.

 

*Od 8 do 28 kwietnia pokazywaliśmy we Wsoli oryginały listów Witolda Gombrowicza do Juana Carlosa Gomeza. Wystawa przypominała o 50. rocznicy powrotu  Gombrowicza do Europy po 24 latach życia Argentynie.

Data dodania: 6 marca 2013

Prawie jak Zuzanna, bo podglądaczami nie są wyłącznie śliniący się starcy. Najpierw były plotki, potem pogłoski, a wreszcie wybrańcy przeczytali „dziennik intymny” Gombrowicza i ogłosili, że dowiemy się nie tylko, co Gombrowicza bolało i co myślał o bliskich, ale nawet jak często sypiał z kobietami, a jak częste stosunki miewał z mężczyznami. Za kilka miesięcy ukaże się niepublikowany notatnik autora „Pornografii”, a kampania marketingowa Wydawnictwa Literackiego stanie się wzorem, jak wykorzystać podświadome ciągoty do podglądactwa do szlachetnych celów: promocji literatury i kumulacji zysku. W końcu zarobek to też cel szlachetny, szczególnie dla zarabiającego.

Trudno wyrokować, co o sterowanym zamieszaniu wokół swoich notatek sądzić by mógł sam autor. Przypuszczam, że Gombrowicz świetnie by się odnalazł w świecie kultury, w którym hierarchie ustalają celebryci i medialne dziwactwa. Odnalazł, to znaczy wykorzystał, jak artyści-celebryci, którzy wiedzą, że dobra sztuka to za mało, potrzeba jeszcze sztuczek, które atrakcyjnie wypadną w forszpanie i na okładce. Potrzeba szpanu. Celebrować swoją wielkość i uświadamiać ją otoczeniu potrafił Gombrowicz jeszcze przed epoką Internetu i mody na sukces. Mistrz autopromocji, zniewolił swoich czytelników i badaczy na długo. Może nawet na zawsze.

Dlatego oprócz podglądackiego oblizywania się w oczekiwaniu na intymne zapiski autora „Operetki” pojawia się i inne pragnienie, szlachetniejsze w wyrazie. W poważnych publikatorach literaccy krytycy wyrażają nadzieję, że oto już wkrótce zobaczymy prawdziwą twarz Gombrowicza. Nie artystycznie upudrowany wizerunek z „Dziennika”, nie gębę pojawiająca się w prozie i dramacie, ale prawdziwą twarz autora „Operetki”, zbolałą, przerażoną, postarzałą nagle od astmy, serca, bezsenności, walki o przetrwanie. Twarz, na której odmaluje się prawda. Naga prawda.

Jest w tym pragnieniu, tak naprawdę nie różniącym się wiele od pragnień podnieconych podglądaczy, rodzaj podświadomej mściwości: oto ten, który tak wiele razy nabierał nas na swoją niby-autobiograficzną łże-szczerość; ten, który zrywał z nas maski przyrośnięte do twarzy, a potem udowadniał, że pod nimi jest jedynie kolejna gęba; ten, który zwodził nas minami i grymasami, kpiarz i prowokator, ukaże nam się nagi i prawdziwy. Wreszcie się dowiemy…

Właśnie, czego się dowiemy? Przecież wiemy już wszystko: że jesteśmy skazani na samotność, ale nie z braku drugiego, lecz z jego winy. Bo to on, Inny, sprawia, że istniejemy, kiedy na nas patrzy i od jego spojrzenia zależymy. Widzi jednak nie nas, lecz gębę, którą nam właśnie dorabia, gdyż nie może widzieć czegoś, czego nie ma, co jest stawaniem się i nieustanną zmianą.

W przekonaniu, że zobaczymy w „Kronosie” (tak zatytułowane mają być te notatki WG) Gombrowicza nagiego i prawdziwego jest naiwność opowieści, zarejestrowanej przez twórców nowego filmu dokumentalnego o argentyńskim etapie Gombrowiczowskiej biografii. Jedna z wspominających twierdzi, że udało jej się – jeden jedyny raz – podejrzeć „prawdziwą twarz” Gombrowicza, gdy myślał, że nikt na niego nie patrzy. Nikt? A on sam?

Najbardziej uważnym obserwatorem twarzy Witolda Gombrowicza był Witold Gombrowicz. Uważnym i bezlitośnie analitycznym – dlatego w „Dzienniku” kluczył i gubił tropy, podrzucając nowe klucze i wskazówki. Dlaczego intymne zapiski mają być wolne od autokreacji? Rozróżnienie na literacką kreację i życiową rzeczywistość traci sens w przypadku pisarza, który uprawiał „życiopisanie”. A zapisywanie tylko dla siebie natężenia bólu i lęku sens ma niewielki, bo to akurat się pamięta.

Film „Zabijcie Gombrowicza” pokażemy we Wsoli w maju. Kilkanaście dni wcześniej będziemy gościć Ritę Gombrowicz. Chcę zapytać ją, czy sensacyjnej publikacji „Kronosa” jako prawdopodobnie ostatniego niepublikowanego utworu Gombrowicza, nie zaplanowali przypadkiem z Gombrowiczem wtedy, gdy czynił ją strażniczką swojego literackiego życia po życiu. Nie wiem, czy tak było, ale bardzo bym chciał, żeby było. Nawet jednak jeśli pani Rita zaprzeczy, to i tak – jeśli wierzyć publicznym relacjom osób dopuszczonych do lektury rękopisu – „Kronos” jest kolejną prowokacją Gombrowicza: mistrzowską obroną przed kanonizacją i zmarmurzeniem.

„Jeżeli szczerość nie jest mi dostępna, jedyna dostępna mi szczerość polega na wyznaniu, że szczerość jest mi niedostępna.” I tyle.

Strona 1 z 212
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury