Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: Gombrowicz
Data dodania: 16 września 2019

1.

Polska i Argentyna, dwie ojczyzny Gombrowicza, do obu miał stosunek miłosny, więc obie można traktować jako porzucone, zostawione, nieoczekiwanie i bezwzględnie.

 

Nawet złudzenia odjeżdżającego od nich były jak z romansowej opowieści: płynął do Argentyny nie myśląc o emigracji, został tam, gdy okazało się, że do Polski wrócić nie może; a z Argentyny wracał do Europy tylko na chwilę, kilkanaście miesięcy stypendium, nawet kiedy okazało się, że nie ma sił, nie tylko fizycznych, na powrót, to i tak swojego miejsca szukał na Południu.

 

I jak do porzuconych kochanek miał Gombrowicz stosunek bardzo emocjonalny i bardzo krytyczny. Siebie nimi tłumaczył i usprawiedliwiał.

 

2.

Znaków do napisania o tym dano mi niewiele, ale i tak oddajmy ich część Gombrowiczowi, niech mówi tekstem z „Dziennika”, bardzo znaczącym:

 

Burza, jaką nas powitał Atlantyk, nie była taka sobie codzienna (powiedział mi potem steward, że od bardzo dawna taka mu się nie zdarzyła), ocean był wszechzatracający, wiatr dławił i wiedziałem że na tej pustyni szalonej wyrasta już przede mną, wyznaczona kierunkiem naszym, Europa – tak, nadciągała już, a ja nie wiedziałem co zostawiam za sobą. Jaką Amerykę? Jaką Argentynę? Och, co to właściwie było, tych lat dwadzieścia i cztery, z czym ja płynę do Europy? Ze wszystkich spotkań, jakie mnie oczekiwały, jedno było najkłopotliwsze… musiałem się spotkać z jednym białym statkiem… który wypłynął z polskiej Gdyni w drodze do Buenos… z którym więc miałem się spotkać nieuchronnie za jakiś tydzień na pełnym oceanie… Był to „Chrobry”. „Chrobry” z roku 1939-go, z sierpnia, ja na nim byłem i Straszewicz i Rembieliński, senator, i minister Mazurkiewicz, rozbawione grono… tak, wiedziałem, że spotkać się muszę z owym Gombrowiczem, płynącym do Ameryki, ja, Gombrowicz, dziś odpływający z Ameryki. Jakaż ciekawość żarła mnie wtedy, potworna, odnośnie do losu mojego, czułem się wtedy w losie moim jak w ciemnym pokoju, gdzie pojęcia nie masz o co nos rozbijesz, ileż bym dał za najniklejszy promyk rozświetlający zarysy przyszłości – i oto dzisiaj ja nadpływam tamtemu Gombrowiczowi, jak rozwiązanie i wyjaśnienie, jestem odpowiedzią. Czy jednak, jako odpowiedź, będę na wysokości zadania? Czy zdołam w ogóle coś powiedzieć tamtemu, gdy „Federico” wynurzy mu się na mglistym obszarze wód z żółtym, potężnym kominem swoim, czy nie będę musiał przemilczeć?…

To byłoby przykre…

 

Tylko przykre? Mocarz Gombrowicz, który gdzieś tam po cichu myślał o sobie jako o współczesnym Szekspirze, zakłopotany? Tylko? Jak sztubak przyłapany na … (tu najbardziej wstydliwe skreślić).

 

3.

Wyczytany z tekstów Gombrowicza powrót do Europy po stabilizację, sukcesy i uznanie jest jednak klęską, w tym sensie, w jakim klęskę ponosimy wszyscy, nie znajdując odpowiedzi na pytania o egzystencję: po co? dla czego? w jakim sensie? Tyle, że Gombrowicz i z tej klęski potrafił zrobić literaturę. Takie spotkanie na pustyni oceanu zdarza się większości z nas. Zapisać je potrafi niewielu. Zapisać tak, żeby było znaczące i przejmujące po ponad półwieczu – mało kto.

 

4.

Wiadomo, opisywano to już po wielekroć: Gombrowicz z Polski do Argentyny uciekał przed formą narzuconą, w poszukiwaniu jeśli nie formy własnej, bo w nią już po „Ferdydurke” raczej nie wierzył, to formy luźniejszej, gęby dopiero stającej się, dającej jeszcze kształtować podług własnej twarzy. Ta polska forma, wspominana czy odtwarzana raczej po emigranckich latach, nie była imponująca: błoto, bieda, coraz bardziej dyktatorska forma urządzenia kraju, słabość i wtórność intelektualna. Do czego tęsknicie, pytał Gombrowicz bogoojczyźnianą emigrację:

Wiedzcie, że ojczyzna wasza to nie Grójec, ani Skierniewice, nawet nie kraj cały, i niech krew uderzy wam na policzki rumieńcem siły na myśl, że ojczyzną waszą wy sami jesteście! Cóż z tego, że nie przebywacie w Grodnie, Kutnie lub Jedlińsku? Czyż kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej, niż w sobie? Jesteście u siebie, choćbyście znajdowali się w Argentynie lub w Kanadzie, ponieważ ojczyzna nie jest miejscem na mapie, ale żywą istotnością człowieka.

 

Gombrowicz uciekał również i przed formą własną, to też wiadomo. Z teatru, w którym role rozdane były raz na zawsze, czyli otępiającego środowiska ziemiańskiego, które w dworku w Bartodziejach pod Radomiem tak wykpiło jego debiut. Z żałosnej bohemy artystycznej, do której nawet dobrze nie należał, choć przecież z zawiścią zerkał na skamandrycki stolik w „Ziemiańskiej”. I od rodziny będącej źródłem cierpień, mówiąc banalnie, ale trafnie:

 

Więc cierpiałeś a jednocześnie wstydziłeś się swego cierpienia i ty, który już wówczas wcale nieźle dawałeś sobie radę z demonami o wiele groźniejszymi, tu załamywałeś się okropnie; dyskwalifikowany własnym bólem swoim. Biedny, biedny chłopcze! Dlaczego mnie wtedy nie było przy tobie, dlaczego nie mogłem wejść wtedy do tego salonu i stanąć tuż za tobą abyś poczuł się uzupełniony późniejszym sensem twego życia.

 

Tak do siebie bartodziejskiego mówił jeszcze w Argentynie, ale przecież potem w Europie mógł to powtórzyć do siebie argentyńskiego, teraz z pozycji kończącej się starości. Zresztą robił to, odpominając i zmyślając „Kronos”, inkrustowany wzruszającymi inwokacjami do siebie sprzed lat.

 

5.

Puszczając się do Argentyny i potem podejmując decyzję o niepowrocie Gombrowicz uciekał od słabości nieuleczalnie chorej Europy, szykującej się do samobójstwa, oraz z marszowej kolumny ustawionej przez Marszałka i jego następców. Ale uciekał także od słabości bardziej intymnych: wstydliwego erotycznego niezdecydowania, rozbuchanego na kuchennych schodach i na gumnach, a także od dusznego sporu z czytelnikami i krytyką, nie czytającymi wcale albo tak, jakby wcale nie czytali. Gdy po latach odtwarza polską biografię w dzienniku intymnym, to właśnie o tym pisze najwięcej: o pokątnym erotyzmie i otwartej walce o pozycję i uznanie artystyczne.

Chyba od początku wiedział, iż pisarz, żeby się stworzyć, musi najpierw zostać nikim. Więc gdzie, jak nie na argentyńskim końcu świata, przynajmniej tego europejskiego?

 

6.

Pomógł przypadek, zaproszenie na dziewiczy rejs „Chrobrym”, choć jak wiadomo nie ma przypadków, przynajmniej w literaturze, są kreacje i konstrukcje:

 

… i skądże bym wiedział wtedy, że moim losem będzie Argentyna? To słowo nigdy nie dało się przeczuć. A jednak napisałem wówczas opowiadanie pod tytułem Zdarzenia na brygu Banbury. Płynę w tym opowiadaniu do Południowej Ameryki. (…)

Złudzenia! Miraże! Fałszywe związki! Żaden ład, żadna architektura, ćma w moim życiu, z której nie wyłania się ani jeden prawdziwy element kształtu – a przecież dzisiaj atakują mnie całe ustępy tego opowiadania, rodzące się we wspomnieniu, blade, zrozpaczone, jak zjawy.

 

Gombrowicz wiele był w stanie zrobić dla symbolicznego znaczenia, nawet datę przypłynięcia do Buenos Aires sfałszował, żeby była taka jak jego znacząca, najważniejsza liczba 22. Numerologia jak z „Paragrafu 22”. To nie był jednak „Paragraf…”, już raczej cyrograf.

Bo ta Argentyna była jednak diabelstwem, cena za wolność od siebie tamtego, za wolność poszukiwań artystycznych i erotycznych była wysoka: bieda, chwilami głodowa, kulturalne żebractwo i włóczęgostwo, kłopoty z policją ścigająca homoseksualizm, choroby weneryczne, chora nuda w Banco Polaco. Ale powstawały ważne teksty i zaczęły się tłumaczyć szerszej, międzynarodowej publiczności. Tłumaczyć przy użyciu młodości.

 

O tym też już powstały książki, o wampiryzmie Gombrowicza wysysającym  życie z młodości i przedłużającym własną. O argentyńskich ćwiczeniach w uwodzeniu, w stylu, o uczeniu się języka nowego, choć polskiego. Argentyna jako młodość i niższość, prawdziwie arystokratyczne. I jako możliwość.

 

7.

Polska w argentyńskim bezczasie była obecna chyba bardziej niż w polskim fragmencie biografii Gombrowicza. Człowiek Gombrowicz próbujący się spod niej wydobyć, ale przecież i patrzący na nią z oddali  – jak się okaże w Berlinie – patrzący tęsknie. Powrotu jednak nie było, w powietrzu berlińskiego ogrodu wisiał tamten zapach, zapamiętany z przedwojnia, ale był to zarazem zapach śmierci i rozkładu. Nie było już świata, do którego Gombrowicz mógł wrócić. Ale też imitował go do końca, Rita Gombrowicz wspomina, że ich mieszkanie w Vence umeblował pisarz według Małoszyckiego gustu.

 

Powrót okazał się niemożliwy w każdym wymiarze, nie tylko w przestrzeni i czasie, przetrwała przecież tylko pamięć tamtego świata. Niemożliwy okazał się także powrót do siebie tamtego. A potem i do siebie argentyńskiego, bo jak żalił się gdzieś w Dzienniku, argentyńska pamięć o nim pozostała powierzchowna, pamięć o skandaliście i oryginale, płytka. Trzeba było mocniej zadbać o swój obraz, wyrzuca sobie Gombrowicz, by potem do końca zajmować się już głównie właśnie tym – autokreacją.

 

8.

Więc tak naprawdę klęska, ani nie zostało ustalone, kim się jest, ani nie zaprogramowało się wystarczająco pamięci o sobie. Nawet spóźniony sukces artystyczny i komercyjny zostaje pomniejszony degrengoladą ciała. Ostatnie gry z młodymi, i jeszcze te zabiegi, nieco żenujące, do ostatniej chwili, ostatniego zapisu „Kronosu”, te gadaniny o Noblu, wykłócanie się o tłumaczenia i honoraria nawet z najbliższym przyjacielem. Małostkowość? Może, ale pewnie także to pragnienie, którego nasycić chyba nigdy nie można: żeby chociaż ta tak diabelnie kosztowna literatura przetrwała i była obecna, miała życie po życiu.

 

9.

Więc jaki był bilans tych porzuceń, ucieczek, poszukiwań?

To byłoby przykre. Jeśli on mnie zapyta ciekawie:

– Z czym wracasz? Kim teraz jesteś?… a ja mu odpowiem zakłopotanym gestem rąk pustych, wzruszeniem ramion… i może czymś w rodzaju ziewnięcia „aaach, nie wiem, daj mi spokój!” Kołysanie, wiatr, szum, ogromne piętrzenie się i rozbełtanie zlewające się u horyzontu z niebem nieruchomym, które nieruchomością uwieczniało płynność, a w dali majaczący się z lewej strony brzeg amerykański, jak wstęp do wspomnienia… czyż nie zdobędę się na inną odpowiedź? Argentyna! Argentyna! Jaka Argentyna? Co to było – Argentyna? A ja… co to jest teraz, to ja?

To ja teraz to literatura. Wielka, bo wielkim i odważnym pisarzem był, przyjmując bez uników swoją biografię i wpisując ją w tekst literacki.

 

10.

I jest jeszcze kwestia obecności/nieobecności, odwagi/dezercji, drażliwa dla Gombrowicza bardziej, niż chciał się do tego przyznawać. W „Kamiennym Potoku” Jan Kott przywołuje pewną scenę, rozgrywającą się w okupowanej Warszawie, podczas prywatki, która siłą godziny policyjnej trwała do rana:

Nad ranem dobiegły mnie dziwne odgłosy z sąsiedniego pokoju. Uchyliłem drzwi i zobaczyłem dwóch młodych mężczyzn klęczących naprzeciwko siebie. Walili głowami o podłogę, a potem na: raz, dwa, trzy! Podnosili głowy i przedrzeźniali się wzajemnie, wykrzywiając się jak najpotworniej. Była to walka na miny, aż do zupełnego zniszczenia przeciwnika, aż do miny, na którą nie było już żadnej kontrminy.

Ci dwaj mężczyźni, w których zabawie trwał Gombrowicz w miejscu najmniej oczekiwanym, nazywali się Jerzy Andrzejewski i Czesław Miłosz.

 

Zresztą, jak pisze Kott, nie ma to większego znaczenia, że byli to akurat ci dwaj. Albo ma o tyle, o ile pokazuje prawdziwą obecność pisarza, poprzez jego dzieło. Jedyną daną mu i możliwą formę obecności, jeśli naprawdę jest twórcą.

*tekst napisany na zamówienie „Teologii Politycznej Co Tydzień” i opublikowany w poświęconym Gombrowiczowi rocznicowym wydaniu tego czasopisma

Data dodania: 30 lipca 2019

                     …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?

                                                                                                   Witold Gombrowicz „Dziennik”

 

1.

Ta obserwacja się powtarza, ostrzeżenie, najczęściej lekceważone. Pojawia się u filozofów i pisarzy, ale ponieważ w prowincji Gombrowicza jesteśmy, niech mówi on:

… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu, cały ten ocean jest bardziej z czasu  zrobiony niż z bezmiernych dalekości, jest to przestrzeń nieskończona, która nazywa się śmierć.

Cytowałem już ten fragment Dziennika, opisujący powrót Gombrowicza do Europy. Przypomina mi się on zawsze, ilekroć przyjeżdżamy do Vence. Tym razem przypomniał się mocniej, bo w ostatnim miejscu Gombrowicza byliśmy w czasie szczególnym: równo pięćdziesiąt lat po jego śmierci.

A i naruszenie przestrzeni było większe niż zwykle, bo po drodze zahaczyliśmy na półtorej doby o Paryż, w którym mieliśmy spotkać się z Ritą Gombrowicz. Między innymi. Z innymi się spotkaliśmy, z Ritą nie. Chociaż…

2.

Rity nie było, trafiła nagle do szpitala, badania miały trochę potrwać. Ale niczego nie odwoływała, wszystko odbyło się prawie tak, jak wyreżyserowała. Mieliśmy z E. być po raz pierwszy w mieszkaniu pani Gombrowicz i byliśmy, zabrała nas tam M., jej asystentka i nasza wielka gombroprzyjaciółka.

Co tu gadać, było wzruszająco, nawet dla takiego starego cynika jak ja. Więc tylko trochę szczegółów: piliśmy zadanego przez Ritę szampana, zjedliśmy kolację w wybranej przez nią, bo ulubionej, włoskiej knajpce.  Reszta niech pozostanie milczeniem, zbyt jednak jest osobista. W każdym razie zaśmiewaliśmy się razem z Ritą przez telefon, więc jakby z nami trochę była, taka jak zwykle, tylko jeszcze dzielniejsza.

Zastanawiałem się prawie cały wieczór, co by było, gdyby Rity nie było naprawdę? Gdyby nie zdarzyła się Gombrowiczowi na te kilka ostatnich lat? Gdzie byłby on, tak kiedyś, teraz, jak i na wieki?

Pewnie i tak byłby zwycięski. I tak, czyli jak? Inaczej, bez dopełniacza i bez wołacza, służącego także do inwokacyjnych westchnień, wewnętrznych oczywiście, bo Gombrowicz się nie obnażał, nawet jeśli  czytelnikowi wydaje się czasem inaczej, nawet gdy zapachnie mu sensacją.

3.

Zapach Vence ma ingrediencje niezmienne, rozpoznawalne przy każdym powrocie. Platany, nagrzane słońcem kamienie pod stopami, zmywany co rano kurz i brud na schnących potem do południa wąskich i zacienionych uliczkach.

Ale teraz, pod koniec lipca, schną one szybciej, niemal od razu, bo słońce operuje od rana, ostre, tnie przestrzeń stwardniałym światłem i rozżarzonym jeszcze z nocy powietrzem. I teraz czuć w nim jeszcze jeden składnik, mdłą, chałwowatą woń rozkładu, przyczajonego jak wygrzewające się tu pod ścianami koty, powolnego jak kroki po uliczce, wspinającej się w tym gęstym powietrzu.

Potem, w samo południe, jest jeszcze gorzej, jakby słoneczny skalpel próbował usunąć martwicę zakażoną umieraniem, odciąć ją od reszty, by nie sprawiała bólu. Niemożliwe.

Gombrowicz umierał w upale, ale podobno jednak nie aż takim.

4.

My, śmiertelni, którzy nie możemy pogodzić się ze śmiercią i z tym aby młodość i piękność miały być tylko pochodnią przekazywaną z ręki do ręki, nie przestaniemy buntować się przeciw tej brutalnej perfidii natury.

Taki cytat z Dziennika wyświetliliśmy na naszej stronie w rocznicę śmierci Gombrowicza. Opatrzyliśmy go zdjęciem, udostępnionym nam przez Ritę. Ona też na nim jest, młoda, piękna, indiański typ urody, z dodatkiem jakiegoś ironicznego błysku inteligencji. Siedzi na oparciu fotela, w nim Gombrowicz, wychylony ku szachownicy, przytrzymuje cybuch fajki, marszczy oczy i czoło. Próbuje rozgryźć strategię przeciwnika, o którym na tym zdjęciu niewiele wiadomo, zostało tak wykadrowane, że widać tylko dłoń odstawiającą z szachownicy zbity pionek.

To zdjęcie jest Bergmanowskie, mogłoby bowiem przedstawiać rozgrywkę ostateczną, ze śmiercią, która nie tylko w Skandynawii jest mężczyzną. Znamy jednak całość fotografii, więc wiemy, że przeciwnik Gombrowicza w tej partii był z nim zaprzyjaźniony. A czy śmierć może być przyjacielem?

Że to rozgrywka ostateczna, świadczyć też może skupienie Gombrowicza, dla którego wtedy pewnie już każda chwila była mierzeniem się z końcem, przymierzaniem do niego. Przeczuwał, że się zbliża, ale przecież zawsze miał problem z wymyślaniem ostatnich zdań.

Nie za każdym razem można wykpić się bombą i trąbą.

5.

Wieczór w Vence nie przynosi ulgi, zresztą zmierzcha się tu późno i długo. Upał wciąż nie do wytrzymania, ale trzeba jakoś przeżyć, skoro się żyje. Na cmentarz przeciskamy się przez rozżarzone powietrze, półgęste jak lawa albo dobrze zagniecione ciasto.

Żar podnosi tętno, zmusza serce do szybszej pracy, na granicy wytrzymałości. Rozdrażnia, budząc krew i emocje. Gdy uzyska nadmiar, spowolnić może wszystko, zwalniając z obowiązku życia. Więc spokojnie.

Jak tu się jednak nie denerwować, gdy po dojściu na cmentarz okazuje się, że brama jest zamknięta na głucho, choć ustalenia były inne. Naiwni, uwierzyliśmy w zapewnienia tych, co rządzą grobami i życiem po śmierci.

Wysokie napięcie rozładowuje mistrz Andrzej Seweryn odgrywając scenę zdziwienia i zakłopotania jak z niemego filmu. Stara, dobra szkoła, śmiejemy się wszyscy, nawet ci, którym przed chwilą nie było do śmiechu.

Wcześniej mistrzostwo Aktora ogłuszyło francuską publiczność w małej salce urządzonej w dawnej manufakturze produkującej oliwę z oliwek. Mistrzowski monodram z Gombrowiczowskiego Dziennika wycisnął wszystkie sensy, także te ukryte w języku, jego strukturze i ucieczkach od niej. Wielki artysta spotkał wielkiego artystę. Objawiła się nam synergia, trudne, ulubione słówko polityków.

6.

Polityki tym razem nie było. Ojczyzna nie przygniotła Gombra ani mowami, ani wieńcami, ani krzyżem. Rita opowiadała, jak po pogrzebie Witolda zdejmowała z grobowca wielkie krzyże, którym rodacy dociskali ateusza po śmierci. Za każdym razem w miejsce zdjętego, pojawiał się nowy, jeszcze większy. W końcu za czyjąś radą powiesiła maleńki krzyżyk bez ukrzyżowanej postaci. Pomogło, wisi do dziś. Nie róbcie ze mnie taniego demona…

W rocznicę były róże, białe i czerwone, rozdaliśmy je tym, którzy chcieli po spektaklu pójść z nami na grób. Poszli prawie wszyscy, dziwny pochód przez miasto, pół setki czytelników Gombrowicza w pięćdziesiąt lat od jego śmierci.

Andrzej Seweryn przeczytał wzruszający list, który pani Gombrowicz dostała od Kota Jeleńskiego w parę dni po śmierci męża. A potem milczeliśmy, po prostu, jakby Gombrowicz już wszystko powiedział. I poczuliśmy się jakoś bliżsi jego wielkości.

7.

Vence to zresztą takie miasteczko na miarę, na tyle przyciasne, żeby każdy mógł poczuć się tu większy niż jest. I daje złudzenie spokoju, przez większą część roku, choć nie w lipcu. Czterdzieści stopni przekroczone, gorączka, od której można zejść.

Gombrowicz też chyba nabrał się na to złudzenie spokoju. Może to zresztą nawet nie kwestia miejsca, lecz wnętrza, własnego metrykalnego lęku i nieustannego niepokoju, który gna siebie i część nas, nie pozwalając śmierci za nami nadążyć.

Ten pęd, ucieczka, to jedyne wyjście, bo zwolnienie, przecież w końcu nieuniknione, może okazać się niebezpieczne, bardzo, właśnie śmiertelnie, może po prostu zmęczonego zwolnić z życia na zawsze.

W biografii Gombrowicza też tak jest: sukces, stabilizacja, spokój po latach przechodzą miękko w umieranie, jakby śmierć rozmiękczała je po trochu, powoli. Wtedy ktoś taki jak Rita to skarb, to jeszcze życie, po prostu.

8.

…ale zanim jeszcze Mistrz zacznie czytać nad grobem przyjacielskie pożegnanie od Kota, kwiaty od Rity Gombrowicz składa E., na jej życzenie, kwiaty takie jak zleciła – zlecaj nam, wspaniała Rito, co tylko zechcesz! – więc E. kładzie na grobie biało-zielony bukiet, wcale nie cmentarny, i jest tak, jakby to młodość i jej piękno, trochę egoistyczne i narcystyczne jak pisał Gombrowicz, jakby to młode piękno oddawało czułość Witoldowi, który tak za nim tęsknił;

tę czułość, której tak bardzo pragnął i która, podarowana przez Ritę, tak go cieszyła, aż do Kronosowych niedyskrecji, a o którą prosić się wstydził, wstydził się nawet ją przyjmować, bo jednak nie miał złudzeń, wiedział boleśnie, co może dostać, a co musi oddać;

więc E. kładzie wiązankę na pustej jeszcze płycie kamiennego grobu, za chwilę przykryją go inne kwiaty, i to jest tak piękna chwila, nie wstydzę się powiedzieć: piękna, tak piękna, że nie chce się kończyć tego zdania, choć przecież nikt nie uniknie kropki, kończącej każde wyznanie i wyzwanie, wcześniej czy później, lecz zawsze za wcześnie…

9.

… było więc skromnie i kameralnie, polskość nie przygniotła tym razem Gombra, choć była obecna w całej naszej peregrynacji do jego grobu. Polacy, naród wybrany, bo gnany z miejsca na miejsce, z musu i z chęci, albo z tęsknoty niejasnej, mętnej. Szkoda, że nawet nie zapytałem o te powody rodaka, który mnie, marudzącego młodym towarzyszkom włóczęgi nadsekwańskiej, poratował zimnym napojem rzeźwiącym choć na chwilę, mimo że już zamykał swoją knajpkę,. Więc nie pogadaliśmy dłużej, jedynie poklepał mnie po ramieniu, jakoś tak serdecznie, jakby coś rozumiał z mojego życia, którego sam nie rozumiem.

A potem po trudnych rozmowach z Vencjanami, na ulicy przed tamtejszym muzeum starszy, nobliwy pan z długą twarzą i perfekcyjnie przystrzyżonym wąsikiem odezwał się do nas przy stoliku artystów polszczyzną nie tylko czystą, ale wręcz źródlaną, jakby przedwojenną. A potem się przedstawił: Czartoryski jestem i zdążył użalić się nad rodzinną kolekcją sztuki i jej losami oraz rozczulić wiekiem swojej ponad stuletniej matki, najstarszej z żyjących Radziwiłłówien, zanim obudziliśmy się z naszego skamieniałego zdziwienia.

Nawet znajomego kamieniarza tu spotkaliśmy, współpracujemy w R., skąd się wziął, nie wiem, może przypadkiem. Gdy się pojawił, wyglądało to trochę tak jakby był jakimś odpryskiem obłapiającego nas natarczywie  gęstego powietrza, zamazującego wszystko, nawet niezniszczalny uśmiech E., nie dającego rady jedynie pomnikowym rysom pana Czartoryskiego.

10.

Sprzedawca nagrobnych kamieni twierdzi, że jego branża we Francji umiera, nomen omen. Pewnie wie, co mówi. Przed spacerem na cmentarz przysiadłem na chwilę kawy, która wydłużyła się w fascynujące widowisko: policjanci ratowali leżącego na rozpalonych kamieniach rowerzystę, pewnie niewiele młodszego ode mnie.

W pogoni za młodością, uciekającą szybciej niż jego markowy rower pędzący na najlepszej przerzutce, zasłabł i stracił przytomność. Starość dopadła go na szczęście w pobliżu ratownika  z defibrylatorem, więc potraktowane napięciem serce jeszcze ożyło.

Rowerzysta wyjechał z bocznej uliczki, takiej samej, jak te, którymi szliśmy potem na cmentarz. Te węższe były pełne gorącego powietrza, rozżarzonego jakby przed chwilą wydmuchał je hutniczy piec. Rozgrzane mury nie miały komu oddawać żaru, rozpaleni byli już wszyscy.

Przedpokoje piekła – taki żart, niespecjalnie udany, przemknął mi przez głowę. Jakoś musiałem odreagować ciężar, który pojawił się nagle w klasycznym miejscu, jego ucisku nie czułem przecież od tak dawna. Dwuznaczność serca i jego przypadłości.

11.

A w rocznicową noc, wolni już od obowiązków, piliśmy wino. Zapaliłem papierosa, pierwszego od siedemnastu lat, przełamawszy zabobonny lęk, bo kiedyś, w szpitalu, przyrzekłem, że rzucę palenie na zawsze.

Wypalony w połowie papieros ani mnie nie zabił, ani mi nie smakował. To jednak była już inna przestrzeń i inny czas. Raz jeszcze okazały się łaskawe.

Możliwe też, że obezwładnione nieziemskim upałem, inaczej niż pisał Gombrowicz, po prostu nie zareagowały na moją prowokację.

Data dodania: 10 czerwca 2019

1.

Czas ostatni, dosłownie, zapisany we fragmencie kończącym „Kronos”, intymny dziennik Gombrowicza. Warto przytoczyć ten zapis w całości, pokazuje grę, którą autor „Kosmosu” prowadził do końca, ze sobą, czytelnikami, pamięcią i przemijaniem.

Bankiety. Crevettes, pasztet z sałatą, kiełbasa, escalope z puree, oto szczytowe momenty. Przyjazd Dominika, kursy filozoficzne (raz z Izą, potem z Witoldą). Witolda 2 dni. Lumbago w krzyżach, raczej leżę. Skleroza, nic nie robię, słabość. Pogody wciąż fatalne (do dn. 8 V 69). Zapomniałem: de Gaulle ustąpił. Entretiens po niemiecku, Operetka po francusku. Też zapomniałem.

W tym zapomniałem, też zapomniałem nie ma nic niezwykłego, na pozór: Gombrowicz przed śmiercią był człowiekiem schorowanym, miał za sobą wiele trudnych lat, jego wiek fizyczny był na pewno poważniejszy niż metrykalny. Więc i demencja, to powtarzające się zapomniałem, nie powinno dziwić.

Przecież starość zaczyna się ponoć wtedy, gdy człowiek pamięta subiektywnie ważne wydarzenia, szczególnie i szczegółowo te z przeszłości, a zapomina, co wczoraj jadł na obiad. Gombrowicz pamięta, crevettes, pasztet z sałatą, kiełbasa, to szczytowe momenty, mówi.

Pamięta też lumbago w krzyżach, bo dotkliwe, ale „zapomina” o ważnym wydarzeniu z życia politycznego, którym się wcześniej pasjonował, a nawet o kolejnym sukcesie swoich utworów, o których powodzenie troszczył się jak sknerowaty ojciec jedynaczki o posag i pozycję jej przyszłego męża. Zapomina? Czy raczej tak sobie wykoncypował? Zagrał pamięcią i niepamięcią, bo do końca igrał z Kronosem?

„Zapomniałem” nadaje temu ostatniemu fragmentowi intymnego dziennika dramatyczność i rytm. Jest chwytem literackim, jak i cała ta buchalteria rzekomo szczerych zapisków była literacką kreacją. To Gombrowicz wciąż decydował (i wskazywał – sobie? nam?), o czym warto pamiętać, a o czym zapomnieć. Dyskretny dydaktyzm nauczyciela życia, ironicznie tragiczny.

O tej grze z pamięcią i czytelnikiem warto pamiętać szczególnie w półwiecze jego śmierci. Żeby go za bardzo nie obchodzić.  Dopóki można powiedzieć o nim coś zaskakującego, zmarły przemienia się i nie jest martwy – to już nie Gombrowicz, lecz Canetti, znawca śmierci.

 

2.

W połowie maja z Evelyne Temmam, wicemer Vence, podpisaliśmy porozumienie o działalności przestrzeni muzealnej w miasteczku, w którym umarł Gombrowicz. Gdyby nie pamięć o pisarzu i upór Evelyne, Espace Gombrowicz nigdy by nie powstało. To być może dzieło jej życia. I zapewne jedno z najważniejszych dzieł Jacka Milera, ministerialnego urzędnika, który sam stał się już tylko pamięcią.

To także jedna z najważniejszych prac, które w życiu wykonywałem, to krzątanie się wokół pamięci o autorze „Kosmosu”. Ale piętnasty maja jest dla mnie i tak datą szczególną od wielu lat, z czasów jeszcze przed Wsolą, choć przecież teraz zapomniałem, że to akurat tego dnia przed dwudziestu dwu laty umarł Andrzej Drawicz, jeden z najważniejszych ludzi w moim życiu. Dwadzieścia dwa, liczba Gombrowicza, taki splot.

Z Andrzejem łączyła nas książka, którą on wymyślił i zredagował, a ja wraz z nim i innymi pisałem, aż do ostatniej kropki i bruderszaftu gruzińskim koniakiem. To było ostatnie dzieło jego życia, bardzo ważne, choć nie najważniejsze pewnie. Pierwsza po upadku komunizmu monografia złotego wieku literatury rosyjskiej, kilka lat pracy i intelektualnej przygody. Takiego szefa nigdy nie miałem, a znoszę ich nie najlepiej.

Chętnie bym mówił o Drawiczu mistrz, ale nie wiem, czy on nazwałby mnie swoim uczniem. Nauczył mnie jednak wiele, w ważnym momencie. I zawdzięczam mu więcej, niż mi się wydawało, dziś widzę to jaśniej.

Zawdzięczam mu na przykład to, że nie zostałem naukowcem, i potem robiłem w życiu tak wiele różnych ciekawych rzeczy. Pisz tak, jak musisz i chcesz, powtarzał, sam daleki od akademickiej dyscypliny. Pisałem, wszystko, byle nie doktorat.

Zaufaj życiu, po prostu – słów kolejnej rady nie zapamiętałem dokładnie, ale taki był sens tego, co powiedział, gdy jeden jedyny raz opowiadałem mu o sprawach bardzo osobistych, na jakimś tam życiowym zakręcie. Że z niego nie wypadłem, także zawdzięczam Andrzejowi, tym kilku, może kilkunastu zdaniom, które wtedy powiedział. Mistrz, nie musiał więcej.

Był mistrzem życia, nic więc dziwnego, że wszyscy go kochali lub nienawidzili, nie dało się pozostać obojętnym. Pod koniec, gdy wydawał się zmierzać do spełnienia, pojawiło się wokół niego wiele złych słów i złych ludzi. Wtedy już od dawna nie płynął z prądem, przeciwnie, pewnie także dlatego, że wiedział, iż nie wygra z chorobą, którą dyskretnie nosił przez lata.

Pocieszające, że tych zakochanych w Drawiczu było chyba jednak więcej. Pocieszające, bo dla niego miłość była osią życia, tak go pamiętam. Pocałunek na mrozie, ta miłość do Rosji, która też jest rodzaju żeńskiego, ale nie tylko – w którymś momencie wszystko się połączyło, zawęźliło, a on to przyjął, po prostu.

Zaufał miłości, miała urodę i imię pewnej Rosjanki. Właściwie o tym prawie nie mówił, ale wiedzieliśmy: ryzykował dla niej wiele, przyjaźnie, środowiskową akceptację, wreszcie to rozmoczone na nowo błoto, którym go w końcu obrzucono. To ciemne sprawy, szkoda słów.

Lepiej cytować, właśnie fragment „Pocałunku na mrozie”, kończący tę wciąż ważną książkę o Rosji. Zdania, które mówią nie o historii czy geopolityce, lecz o poezji i kobiecie, choć może jednak i o czymś mniej indywidualnym – o Rosji, też osobistej, bo tak się Drawiczowi zawsze zapętlały literatura i życie. W intymnym podziemiu są przecież tym samym:

…coś mi się tam wówczas zadzierzgnęło. Może to była nitka, o której pisałem; nitka czy żyłka wysnuta ze szczenięcych lat. Tyle, że zamiast wzroku Majakowskiego trzymały mnie na uwięzi inne oczy. Bo dziewczyna mi się podobała. To decydowało. A dalej nawijał się i motał cały kłębek naszych tożsamości i różnic, niby znak losu.

(…) W  trzy tygodnie później postanowiliśmy się pobrać. Zrobiłem w życiu wiele głupstw, a jeśli coś naprawdę mądrego, to, Bogu dziękować, właśnie to.

Z tego wszystkiego ułożyła mi się moja Rosja.

Wysoka, szczupła, czarnowłosa, poznali się w moskiewskim Związku Pisarzy, kilka dni wcześniej.

 

3.

Drawiczowi zawdzięczam też Josifa Brodskiego. Również dosłownie: nieopierzony interpretator literatury poznaje noblistę, to musiało być przeżycie. „Poznaje” to zresztą za dużo powiedziane, zostałem poecie przedstawiony jako jeden z kilkunastu uczestników sesji towarzyszącej przyznaniu mu honoris causa śląskiego uniwersytetu.

O czym był referat, pamiętam słabo, wiem, że był naiwnie emocjonalny, choć naukowy bardzo w metodzie. Brodski go oczywiście nie słyszał, za to ja słyszałem Brodskiego, następnego dnia, w ozdobnej bombonierkowej sali katowickiego teatru mówił swoje wiersze. Nie mówił, to było coś więcej, coś między rozlewną cerkiewną melorecytacją a żydowskim lamentem przed ścianą płaczu. Spotkanie prowadził Andrzej i wydawało się to naturalne.

Myślę, że z Drawiczem łączyła Brodskiego apoteoza miłości, cierpkawa jak dobre wino. Być może zresztą dla mężczyzn z tamtego pokolenia i tamtego ustroju to miłość była jedyną dziedziną, w której mogli się odnaleźć i spełnić. Możliwe też, że to w ogóle jedyna taka dziedzina, bez względu na czas.

Jego anachroniczne już wiersze „miłosne”, ironiczną ciepłą melancholię, można cytować – ja mógłbym cytować – w nieskończoność, powtarzając skończoną przecież liczbę fragmentów, jak w życiu powtarza się skończoną liczbę gestów, zdań, emocji.

Takie na przykład fragmenty „Sonetu”:

Jakże mi smutno, że nigdy tym samym,

czym dla mnie stało się twoje istnienie,

nie było moje istnienie dla ciebie.

(…)

Niestety, temu, który nie potrafi

zamienić swego świata, pozostaje

kręcić szczerbatą tarczę telefonu

jak na seansie spirytystów stolik,

dopóki widmo nie odpowie echem

ostatnim w nocy zawodzeniom dzwonka.

 

I tak samo pogodnie smutne „Proroctwo”:

Będziemy razem mieszkali na brzegu

i odgrodzimy się wysokim płotem

od kontynentu, w tym niewielkim kręgu,

zamkniętym lampą domowej roboty.

(…)

Ja będę stary, ty – młoda. I na to

w końcu nam wyjdzie, że, jak powiadają,

mierzyć się będzie na dni, nie na lata

okres do nowej ery pozostały.

 

Albo początek i koniec „Elegii”, również w świetnym przekładzie Katarzyny Krzyżewskiej:

Najmilsza moja, wciąż ta sama knajpa,

ciągle te same kicze lśnią na ścianach,

te same ceny. A czy lepsze wino?

Nie sądzę; ani lepsze, ani gorsze.

Nie ma postępu, i dobrze, że nie ma.

(…)

Czemu kłamałaś? A mój słuch dlaczego

kłamstwa od prawdy nie może odróżnić

i oczekuje słów zupełnie nowych,

obcych dla ciebie – głuchych i nieznanych,

lecz które mogą być wypowiedziane

tak jak uprzednio, tylko twoim głosem.

 

Kiedyś znałem te wiersze na pamięć, lecz teraz, gdy wróciły po latach, już pewnie się nie nauczę. Pamięć już nie ta, w końcu.

 

4.

Cytowanie literatury, nie tylko z pamięci, jest grzeszną pokusą. Gombrowicz ostatniego zapisku w „Kronosie” nie skończył tak, jak go tu przytoczyłem. Opuściłem krótki fragment, psujący elegijny ton tekstu. Bo Gombrowicz po tym ostatnim też zapomniałem dopisał jeszcze jedno zdanie, potocznie złożone:

Serreau z Kotem odmawiają autoryzacji na wydanie Iwony u Bourgois, ja grożę niepodpisaniem umowy na Operetkę, stosunki z Kotem bliskie zerwania (do 8 V).

Tak kończy się, a właściwie urywa „Kronos”: drobiazgi, praktyczne, i jeszcze te daty, ścisłe, dzienne, jakby coś po nich miało się wydarzyć, jakby życie miało toczyć się jeszcze przez lata. A trwało dwa miesiące.

Drawicz dzieło swojego życia, może nie tylko naukowego, zdążył jeszcze zobaczyć, odebrał z wydawnictwa pierwsze egzemplarze promocyjne, tuż przed śmiercią.

Na grobie Brodskiego wyryto łacińską sentencję: letum non omnia finit, śmierć nie kończy wszystkiego.

Może i tak. Pozostaje przecież pamięć-nie-pamięć.

Data dodania: 3 maja 2019

Wybiegi, wybiegi, gdzie jest to wszystko, czym byłeś?

                                                                              Elias Canetti „Księga przeciwko śmierci”

 

Koniec kwietnia, imieniny Rity, świętej od spraw beznadziejnych, jej dzień czczą w Barcelonie czerwonymi różami i długą kolejką do kościoła pod jej wezwaniem. A inna Rita, ta od Gombrowicza – byłaż i ona prawie świętą, męczennicą? Żyję jak mniszka, notuje Gombrowicz w ”Kronosie” jej słowa, ale sama Rita mówi teraz, po latach, że nie, nic podobnego, nigdy tak się nie czuła. My mówimy o tym różnie i – na Gombrowicza! – nasze doświadczenia, nawet nieuświadamiane, nie są tu bez winy. Ale po kolei.

1.

Wracamy do Vence: w wieczór, gdy płonęła paryska katedra, rozgorzał też spór między E. a mną, właśnie o Ritę Labrosse i jej poświęcenie. Że rozgorzał, tak przynajmniej mogło wydawać się z boku, więc A. starała się jak mogła, by odwrócić naszą uwagę od gorącego tematu i zgasić zacietrzewienie. Ale nas już wciągnęło: więc poświęciła się dla Gombrowicza, poświęciła mu życie? czy raczej, choć już nie żył, dobrze przeżyła z nim i dzięki niemu swój czas? Nadawał jej życiu sens, jeden z możliwych sensów, czy jednak mogła wybrać inny? A może to on przeżył dzięki niej, dzięki jej swoistej wierności?

Klasyczna wizja kobiety zawsze oddanej, poświęconej czemuś poza nią, spełniającej się tak właśnie, taki los. Prawo mężczyzny do nadwrażliwości, nieakceptowalnej w stereotypie, bo niegodnej przecież tego, który powinien zawsze wiedzieć, czego chce. Powtarzamy się, kończąc jak zwykle, złośliwościami i machnięciem ręką, bo spór to nie nowy, toczymy go od dawna, zresztą nie tylko my. Powraca w różnych wariantach i z powodu różnych pretekstów, więc nie ma sensu powtarzanie argumentów.  Ciekawsze jest, o czym spierając się tak naprawdę rozmawiamy? I dlaczego?

2.

To chyba Aleksander Wat, a może ktoś inny, napisał, że spieramy się o cudze życie, żeby nie kłócić się ze swoim. Opowiadamy o innych, żeby nie opowiadać o sobie, pamiętamy cudze grzechy, żeby nie przypominały nam się nasze. I tak dalej, i dalej.

Brzmi to jak fragment gazetowej porady psychologicznej, ale nie musi być nieprawdą, psychologia zna takie mechanizmy, opisywała je na wiele sposobów. Prawda, nie jesteśmy mechanizmami, ale jest taki poziom ogólności, na którym da się jednak nasze życie sprowadzić do sentencji albo reguły. Słusznej tylko na tym poziomie, jak ta Gombrowiczowska, że mężczyzna postrzega kobietę zawsze poprzez innego mężczyznę.

3.

A on sam, Gombrowicz? Dawał mi wolność, byliśmy takim nowoczesnym związkiem, opowiada Rita, a ja zawsze wtedy zastanawiam się nad ceną, jaką on za tę wolność płacił. Jest o tym trochę w „Kronosie”, chyba chciał o tym opowiadać, albo nie potrafił tego przemilczeć.

„Kronos” to taka czarna skrzynka, czujny rejestrator słabości Gombrowicza, nie tylko tych fizycznych. Odkrywa więc i tłumioną zazdrość, wstydliwe cierpienie starzenia się, zmaganie z czasem i sobą wobec niej, jej młodości, a także wysiłek, by do końca prowadzić grę, być podmiotem, nie przedmiotem, na koniec także przedmiotem opieki, być subiektem, nie obiektem. Nikomu nie dawał do czytania swoich zapisków, zresztą Rita i tak nie czytała po polsku. … zdycham, z Ritą na ogół lepiej, ale nie zawsze… Boże, Boże, jak długo?

Można przytaczać wiele cytatów opowiadających niedopowiedzianą historię: Rita spotyka się albo wyjeżdża z przyjacielem, z przyjaciółmi, młodymi i pięknymi jak ona, wraca i wracają jej histerie, akupunktura, pomaga na czas jakiś, ale ślady pozostają. A poza tym: z Ritą nic, to też niełatwe do zniesienia.

Podobno był niezdolny do miłości, lubił tak o sobie mówić, ale przez te notatki, prawie szczere, na ile szczera może być literatura, wiele przebija: i pragnienie, nie tylko to erotyczne, ale także pragnienie prostej obecności, bliskości, i zazdrość, i tłumiona rezonerstwem potrzeba posiadania, przywiązania, maskowane w listach do rodziny grubymi żarcikami o dobrej dziewczyninie, i wreszcie słabość największa – żal za przyszłą utratą.

To wszystko tam jest, kotłuje się pod łże-lakonicznością Kronosowych zapisków. Tak to czytam, choć przecież nie mam pewności, co czytam. I kogo.

4.

Chyba potrafię już wyobrazić sobie ówczesną sytuację Gombrowicza, wczuć się w nią – sentymentalnie naiwna teoria wczucia spoczywa w lamusie teorii literatury, ale jako narzędzie biograficzne może się jeszcze przydać. Zaczynam go rozumieć, na swoje szczęście powoli, mężczyznę wyrwanego nagle z przedłużanej młodości, obezwładnianego nudą przemijania. Mam przecież tyle lat, co Gombrowicz w momencie powrotu do Europy, na statku, którym – jak pamiętamy – płynął ku śmierci. Poetyckie to określenie, bezwstydnie wręcz poetyczne, przynajmniej jak na Gombrowiczowską miarę.

Myślę o tym za każdym pobytem w Vence i okolicach. Nie uwolniła mnie od tej obsesji i Nicea, pochmurna i już zatłoczona. Tu, na tych lazurach, wszystko układa się w literaturę, więc i biograficzna buchalteria „Kronosu” współgrała z powodem jazdy do Nicei, czyli spotkaniem w kancelarii księgowej. Prawie w południe, duszne, przykryte chmurami, brudnawe i wygasłe, jakby pogodzone, świadome końca. I nudne, zwyczajnie.

Jeden z ostatnich zapisków w „Kronosie”: Monotonia. Nuda. Nic.

5.

Nicea, w której bywał, ale pisał o niej niewiele. A i my niewiele zdążyliśmy zobaczyć, więc do opisania raczej jakieś tylko wrażenia. Niby tu kolorowo, jednak bardziej kolorami skóry niż ubrań, stonowanych, zdominowanych czernią i szarością, dziwne, może mnie pamięć myli albo wtedy zmylił brak słońca. Sytuacji nie ratowały nawet fasady, wymalowane w stylu południowym, iluzjonistycznie, papuzio bezczelne, błękity i inne niebieskości, żółcie i beże, ale i one mdłe jakieś bez słońca.

Podobno można tu kupić włoskie buty i inne rzeczy, atrakcyjnie, ale nie wchodzę do sklepów, odmawiam, wolę posłuchać, jak młody chłopak gra na czerwonym pianinie, kolorowa plama ustawiona na szachownicy z białych i czarnych kamieni tworzącej Plac Massena. Stąd już całkiem blisko nad morze, jest zachmurzone, wciąż duszne, choć wbrew prognozom nie pada. Nic więcej mi na razie do szczęścia nie potrzeba, może prócz burzy, która jednak nie nadchodzi.

Przed wyjazdem z Nicei E. i A. robią jeszcze jakieś zakupy, słodycze, coś tam jeszcze, a ja czekam snując się po Placu Garibaldiego, brudnawym, niezamiatanym. W podcieniach zaschnięte ślady rewolucji żołądkowej, wieczory muszą być tu upojne. Dwa wielkie dęby, na ławkach wokół nich bezdomni, zlatują się jak ptaki do snu, ostatnia krzątanina. Niektórzy leżą już wokół rozłożystych drzew, jak żołędzie, jakoś tak na swoim miejscu, zadomowieni. Spokojni.

Właściwie można by zostać, to miejsce przygarnie każdego, ale trzeba wracać do Vence, na scenę ostatniego Gombrowiczowskiego aktu. Nie wolno wypaść z roli.

6.

Kto więc napisał, że opowiadamy o innych, żeby nie opowiadać o sobie?  Wat? A może raczej Brodski? Nieważne, to tak oczywiste, że nawet ja mogłem to napisać. Ale trzeba pamiętać, że paralele są niebezpieczne, nie tylko dlatego, że zmuszają do łamańców językowych – spróbujcie powtórzyć ten wyraz kilkanaście razy, szybko, bez przerw. Są niebezpieczne, bo spuszczają wyobraźnię z łańcucha, wymuszającego bezpieczny dystans. A wtedy wyobraźnia nasz los, naszą przygodę z życiem wkłada w schemat innej opowieści, wciska ją w formę łatwą i atrakcyjną, bo już raz dobrze opowiedzianą. I możemy zobaczyć coś, czego nie ma, bo jest tylko urojeniem.

Więc lepiej opowiadać tamtą historię, przygodę Rity i Gombrowicza jako wyłącznie ich historię, zakończoną, zamkniętą, nie do powtórzenia, nie do zdarzenia się innym. Tak jest bezpieczniej i rozsądniej. W naszym wieku – naszym, czyli moim – musimy być mądrzy i ostrożni, szczególnie pod słońcem południa. To nas, snujących się od dawna w smudze cienia, łączy.

I jeszcze łączy nas nieufność wobec uczuć, niewarta zresztą funta kłaków, i tak jesteśmy bezbronni, wbrew doświadczeniu. Żaden geniusz, talent ani cynizm tu nie pomogą, Gombrowicz dowodem. Tyle tylko, że niektórym jest dane wiek męski wiek klęski przemielić na literaturę. Co nie bez znaczenia w czasach, kiedy emotikony bierze się za emocje.

To tak na marginesie „Kronosu”. Wiem, nieładnie mazać po książkach.

7.

27 kwietnia 1969 roku Witold Gombrowicz zapisał: …miałem bardzo małe szanse na przeżycie. Polemika w „Wiadomościach”. Problem windy. Opieka Izy i Charlotte. Masaże. Właściwie nic. Jestem jeszcze oszołomiony pastylkami, które mi redukują. Monotonia. Nuda.

Uczepiony szczegółu, konkretu, nie poddawał się na tym Południu, które coraz bardziej stawało się Zmierzchem. Jeszcze czasem spacery, cóż, że samochodowe, nauka chodzenia, po zawale, duszności, ironia już bez hucpy. I gniew, bunt, już nie przeciw światu, a częściej przeciwko własnej kondycji, ciału, które bardziej niż kiedykolwiek ciążyło i cierpiało, przeciwko zanikającym siłom i pamięci, przeciw temu, co miało nadejść, od wypłynięcia z Buenos Aires oczywiste.

Znalazł nowy temat: ból. Coraz gorzej sypiał.

8.

To też przypadłość wieku, że sypia się coraz mniej. Po sporze o poświęcenie Rity nosi mnie, jednak emocje, więc jeszcze nocny spacer, nieodległy, bo tu wszędzie pod górę. Vence o tej porze prawie puste, jeśli nie liczyć trzech czarnoskórych odymionych marihuaną, cichych jak cienie, i nieszkodliwego wariata, któremu dnia za mało na pospieszne truchtanie w rytm półgłośnego monologu. Monotonnego jak cykady.

Wracam po godzinie, wciąż nie do spania, więc jeszcze trochę posiedzę. Recepcjonista o urodzie i sposobie bycia Jeana Reno sprząta po gościach, dziś po raz pierwszy hotel nie był pusty. Can you help me? – pytam retorycznie. Whiskey? – odpowiada równie retorycznym pytaniem. Nalewa alkohol do długiej, wąskiej szklanki, tak tu piją whisky, po francusku, i bardziej już stwierdza, niż pyta: double?

Jasne, że double. Wszystko jest tu literaturą, więc i ta rutynowa życzliwość Leona zawodowca, może nawet podszyta empatią, sprawia, iż czuję się tak, jakbym był jednym z bohaterów Ślubu, pomniejszym, ale przez moment jakże ważnym dla rozwoju akcji i jakbym tu, przy barze małego hotelu zbudowanego na skale uczestniczył w dziwnym obrzędzie, stwarzającym Gombrowiczowski kościół międzyludzki.

Double, podwójny, można powiedzieć. Wszystko można powiedzieć, żeby wszystko przemilczeć.

Data dodania: 12 marca 2019

Też zapomniałem.
Witold Gombrowicz „Kronos”, ostatni zapisek

To przejęzyczenie, że mądrość przychodzi z wiekiem, z wiekiem przychodzi młodość. Jak w anegdocie o bardzo starym reżyserze, który tak właśnie tłumaczył swą niesłabnącą moc twórczą, opowiadanej przez Poniedzielskiego i innych, mniejsza, czy prawdziwej.

Jest przecież inaczej niż w smutnym tekście Śliwiaka śpiewanym przez Halinę Wyrodek do muzyki Zygmunta Koniecznego: nie ma żadnej pierwszej czy drugiej młodości, ona jest jedna, ta sama, tylko zmieniająca się, z wiekiem.

Najpierw bywa głośna, choć zakompleksiona, pazerna, choć nieumiejętna, bezwzględna, choć załzawiona. Nie bardzo więc można się nią szczycić, gdy nabierze się jakiego takiego dystansu do siebie i świata, pewnie dlatego w wieku dojrzałym skrywana bywa skrzętnie jak wstydliwa choroba, w końcu zapomniana, wyparta. Albo staje się mitologią.

Czasem jednak odnajduje się ta młodość po wielu latach, odkrywamy ją znowu, późno, na progu starości, przez roztargnienie albo sklerozę, oto rozglądamy się dokoła, jakbyśmy byli tu pierwszy raz albo jakby nagle otworzyły się nam oczy, wystarczająco szeroko w końcu.

Patrzymy więc tymi wytrzeszczonymi oczami wokół siebie, zdziwieni, odkrywając, dokąd żeśmy doszli i zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma stąd odwrotu albo choćby drogi ewakuacyjnej, a tu nagle coś lub ktoś włazi nam w kadr, całkiem blisko, wypełniając go sobą.

To może być coś nowego, jakiś dar, cios albo wyzwanie, coś w każdym razie, czego się już nie spodziewaliśmy, albo ktoś nowy, obcy, kto tylko przechodził obok i teraz zastanawia się, po co się zatrzymał; ale może też być to coś zwyczajnego, codziennego, dostrzeżonego nagle w świetle padającym pod innym kątem albo ktoś niby dobrze znany, od lat jak od wieków, kto nagle okazuje się kimś innym, to znaczy jest tą samą osobą, ale jednak inną niż wydawało nam się dotychczas, i ani ta osoba, ani ty nie wiesz, co się wydarzyło, co się stało tak nagle, w chwili, gdy – gdy co?

Wtedy jakże pomocna jest skleroza, bezpamięć, która pozwala zapomnieć, nie pamiętać, jak się to wszystko skończy, choć przecież zakończenie takich epifanii, w wielu, tak wielu jego wariantach dobrze już znasz i jest ono zawsze prawie takie samo, ale nie pamiętasz, jaki wariant zdarzy się tym razem, przecież zapominasz coraz więcej, mylą ci się daty, twarze, słowa. Zapominasz, więc możesz jeszcze raz spróbować, nie, nie „możesz” – musisz, przecież musisz przypomnieć sobie to zakończenie, zakończenie tej jeszcze jednej historii. Nie wypada go nie znać, przecież, w tym wieku.

Do sklerozy nikt się oczywiście dobrowolnie nie przyznaje, więc takich poruszonych sklerotyków spotyka się nieczęsto. Może to zresztą wcale nie sklerotycy, lecz wiecznie zieloni straceńcy, ryzykanci, którzy sklerotyków tylko udają, oszukują pamięć, bo wbrew doświadczeniu wciąż mają nadzieję, że tym razem będzie inaczej, ale nie pytajcie ich jak, bo i tego nie wiedzą. Wydają się śmieszni ludziom normalnym, grającym tak, jak przeciwnik – czyli przemijanie -pozwala.

Zdarza się także, że i ci rozsądni, już pogodzeni z przemijaniem, wyciągną sobie swoją młodość przez przypadek, niespodzianie, z jakiejś wewnętrznej kieszeni mózgu. Chowają ją wtedy natychmiast, jeszcze głębiej, przerażeni, w obawie, że ktoś ich przyuważy i wyśmieje. A jeszcze bardziej boją się, że to młodość zauważy ich, gdy jej oczy znów przyzwyczają się do słońca, i zechce z nimi zostać. A po co komu taki kłopot, nikt pod słońcem nie chce kłopotów, a co dopiero tutaj, gdzie tego słońca i tak jest niewiele.

Ale ta młodość, odkryta na nowo, niechciana i odrzucona, wciśnięta znów w zduszoną kieszeń pamięci, złachanej jak stara marynarka, nie jest jednak bezbronna: w końcu i tak ogra zdrowy rozsądek, i zemści się z tym szczególnym, nieuważnym okrucieństwem właściwym właśnie młodości, wracając jako zdziecinnienie.

 

***

Czytam ten fragment zanotowany kiedyś i nie mogę sobie przypomnieć, kiedy? Żebym przynajmniej pamiętał czemu tak serio? Dla czego? Dla kogo? Zapomniałem.

Zapomniałem? A może tylko uciekam, z gębą w rękach? Żeby nie przepowiadać sobie tamtego zdania, jednego z ostatnich zapisanych w „Kronosie”: Skleroza, nic nie robię, słabość. Pogody wciąż fatalne.

Rzeczywiście fatalne. Tej nocy obudził mnie esemesowy alert: Uwaga! Dziś (9.03) wieczorem i w nocy bardzo silny wiatr. Unikaj otwartych przestrzeni. Zabezpiecz rzeczy, które może porwać wiatr. Zostań w domu jeśli możesz.

Zostałem. Była trzecia trzydzieści jeden. Nie mogłem już zasnąć, grzebałem więc w notatkach i w pamięci, zapominając, że rzeczywiście bezpieczniej unikać jej otwartych przestrzeni.

Ale przecież i tak rzeczy, które może porwać wiatr, nie da się zabezpieczyć.

Data dodania: 4 marca 2019

…zbliżyć się cokolwiek niekiedy do ośrodka bólu.
To wciąga. Potem już trudno się wydostać.
(Witold Gombrowicz, Dziennik, 1966)

Doczekać się słońca. Nie takiego jak dziś, przegnanego chmurami, po godzinie, przeczesanego lodowatym wiatrem, na którym skrzydła marzną nawet wronom. Końcówka lutego, trochę nadziei, długie czekanie.

Dzwoni B., kolega z klasy, z liceum, podzwania przeszłością. Zaprasza na czterdziestą rocznicę matury. Trzeba się spotkać, mówi, na pięćdziesiątą pewnie już nie wszyscy przyjdziemy.

Ma rację, ale nie lubię tego oglądania własnej niemłodości w oczach innych postarzałych. To jakby badać przeszłość pod zepsutym mikroskopem, który zniekształca i rozmywa obraz. Istnieliśmy młodzi, teraz jesteśmy jak bóle fantomowe.

Żartuję z jego krakania o następnej okrągłej rocznicy, a B. podejmuje ton, ha, ha, nie przejmuj się, ja przyjdę o kulach, miałem niedawno operację biodra, ha, ha, pociesza, kogo? Śmieszne, boki zrywać, może jeszcze pozszywają.

Wybiorę się, mówię w końcu, dobra data, tego dnia po raz ostatni będę miał piątkę na początku liczby lat. Naprawdę dobry moment, żeby wyjść.

Zapominam o tej rozmowie, zaraz, siedzimy z A. i E. przez kilka godzin, planujemy przyszłość, nowe idzie, z rozmachem, one młodsze ode mnie o kilkanaście, kilkadziesiąt lat. Więc jednak jest przyszłość, wystarczy się nie dać, nie zezować za siebie.

W domu wsiadam na rower, przecież się nie daję, po piętnastu kilometrach nuda, włączam telewizor, kiepski mecz naszej futbolowej ekstraklasy, zawsze to jednak jakaś rozrywka, zabijanie czasu.

Ale mecz się nie zaczyna, minuta ciszy, brzmi rockowe epitafium, taka moda. Na trybunach transparent, zdjęcie sympatycznego, nobliwego mężczyzny z siwym wąsem, wygląda na starszego niż daty poniżej: 1963 – 2019.

Ta pamięć jak seryjny zabójca, profil łatwy do rekonstrukcji: wczoraj Janusz Skowron, kilka dni temu Mark Hollis, wcześniej jeszcze tamten znajomy… sześćdziesiąt jeden, sześćdziesiąt cztery, sześćdziesiąt…

Jest ostatni dzień lutego, wieje lodem z rozmrażających się chmur. Dotrwać do słońca. Do końca. Łatwo się rymuje.

Żart sytuacyjny. Suspens.

Data dodania: 22 lutego 2019

Słowa zdradziecko łączą się za plecami

I to nie my mówimy słowa, lecz słowa nas mówią

                                                                                                                Witold Gombrowicz „Ślub”

Znacie? To posłuchacie, bo warto, Dorota Landowska wielką aktorką jest, a biografia Stryjeńskiej też niesamowita, żeby nie używać większych słów. Już wkrótce, opowieść o miłości ponad stan, samotności i szaleństwie, w muzeum człowieka, który mówił o sobie: „zupełnie niezdolny byłem do miłości. Miłość została mi odebrana na zawsze”. Ironia we Wsoli czai się wszędzie, za każdym krzakiem wokół stawu.

Rzecz będzie więc o uczuciach, przetworzonych w sztukę, czyli zupełnym przeciwieństwie niedawnych walentynek, które są sztuką przemieniania emocji w pieniądze. Ów zabieg dokonuje się z miłości do biznesu, perwersyjnie, w dzień patrona chorych na epilepsję i inne objawiające się gwałtownie przypadłości.

Życie to śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową, mówi tytuł filmu Zanussiego, i miłość też nie jest tu bez winy.

***
Tak się złożyło, że 14 lutego spędziłem w tym roku w szpitalu, bezboleśnie, bo jako osoba towarzysząca wizycie tylko kontrolnej. Pozwoliłem sobie nawet na luksus pozostawienia mojej podopiecznej (bardzo by się obruszyła na to określenie) w kolejce przed gabinetem onkologa, by znaleźć bardziej przyjazne miejsce. Wiedziałem, że sobie poradzi i rzeczywiście, gdy zajrzałem po godzinie, ledwo wychynęła z wirów opowieści, jak zwykle znalazła słuchaczy i sama stała się słuchaczką.

Ludzie w kolejce do lekarza karmią się swoimi opowieściami, tak podobnymi do siebie, nawet zakończeniem, prawie szczęśliwym, przecież opowiadający wciąż je jeszcze opowiadają. Choroby, rodzina, żałosna młodość, której żal, stary, popsuty świat, wcale nie wyrywają sobie tych opowieści z serca i pamięci, z trudem i bólem, jak zwykło się uważać. Nie, mają je przygotowane, jak kanapki zabrane do szpitala na długie czekanie, zawsze to wychodzi taniej niż zawinięta w folię bułka z serem i jajkiem, kupiona w szpitalnym bufecie.

***
Uciekłem więc, by poszukać odrobiny samotności, prawie tu przecież nieosiągalnej nawet dla zdrowych. Najpierw na parter, korytarz wydawał się pustawy, prowadził na kardiochirurgię. Obok, wejście przy wejściu, kaplica Matki Bożej z Lourdes. Potrzeba cudu, niewątpliwa, pytanie tylko, które operacje na otwartym sercu są bardziej niebezpieczne.

Dokładnie na wprost kaplicy jej rewers, materialny, prawie zmysłowy, na stoiskach i wieszakach feeria barw i kształtów, raczej plus size, majtki, biustonosze, nocne koszule i koszulki, halki, szlafroki. Przegrzebki w drucianych koszach i na wychudzonych wieszakach, wszystkie w bieliźnianych beżach, szarościach, bielach, i różach oczywiście, w nadmiarze raczej usypiającym zmysły, chyba że ktoś lubi przesadę albo stare kino Ettore Scoli.

Szybko przeniosłem się wyżej, po schodach, na windę czeka się tu dłużej niż na diagnozę, zresztą jestem zdrowy. Pierwsze piętro, wygodne krzesełka na korytarzu, w lekkim przeciągu, udowadniającym, że jednak jest stąd jakieś inne wyjście, nie tylko na poziom minus jeden.

Na korytarzu w wielkich donicach palmy, rododendrony, paprocie, mech, ocieniający błyskawicznie staruszki, gdy zatrzymują się, nagle zamarłe, zagubione w tej dżungli, w labiryncie przypominającym jako żywo te z wnętrz piramid, wystawianych śmierci. I kogo tu pytać o drogę?

***
Ten korytarz prowadzi z oddziału ratunkowego na inne, pozwalające chorować mniej pospiesznie. Dużo dziennego światła, prawie cisza, tylko czasem wiozą jakiegoś pacjenta – nie wiedziałem, że choroby mogą mieć tyle kolorów, siny, czerwony, biały, zielony, żółty, fascynujące, takie kolorowe zakończenie, mimo wszystko.

Chorych na łóżkach z kółkami przewożą najczęściej rozszczebiotane praktykantki, chichoczące do iphonów, swoich i cudzych, albo salowe, nie takie już młode, więc doświadczone. Głośno opowiadają jakieś historie, niemiłosne, sądząc z fragmentów, bo wiesz, co on o niej wypisywał i rozsyłał, chyba chciał się rozwieść, może miał młodszą, albo dosyć. Między kolejnymi przejazdami szpitalnych konwojów następuje chwila ciszy, dłuższa na szczęście niż minuta. Trzeba zajrzeć w kolejkę, czy się wzruszyła.

***
Przed gabinetem bez zmian, opowiadają, wciąż, w najlepsze, choć przecież najgorsze. Tu historie też raczej niemiłosne, pamiętam jednak tamtą parę, potwierdzającą regułę. Ona w kolorowej chustce, która to już chemia, on przy niej, tak wyraźnie przy, zdecydowanie, nie odchodzi prawie ani na moment. Ale też opowiada, chętnie, jaka to ona dzielna i że on z nią, nie może odejść, zostawić, zawsze razem, cały czas, a czasem to ona nie ma siły zjeść, a nawet się uśmiechnąć.

Nie uśmiechała się i wtedy, gdy opowiadał, milczała, może nie miała sił, rzeczywiście. Ale mi, nie wiedzieć czemu, wydawało się, że ona jest zmęczona, potwornie zmęczona nie tylko chorobą, ale i jego dobrocią, i obecnością, i mówieniem tych wszystkich dobrych rzeczy, tymi wyznaniami.

Miłość wcale nie musi być dobra, myślałem o nich i nie tylko o nich, szczególnie ta wielka, zachłanna, zaborcza, która kończy się szaleństwem. Banał, ale gdy poświadczony, przeżyty, przestaje być banałem. Może nawet przemienić się w sztukę, monodram, jak ten o Stryjeńskiej, tylko nie każdy ma szczęście do autora, choć każdy jest samotny, jak we wsolskim śnie Gombrowicza.

Tamtą parę obserwowałem z jakąś zawziętą ciekawością, chorą, kołatały mi się strzępki opowieści, myśli niewymyślne, gdzieś pewnie zasłyszane, trywialne, ale natrętne. Że szczęście to nie jest uczucie dane wszystkim po równo, na szczęście, zawsze ktoś kocha bardziej, nawet jeśli kochają oboje. A czasem przecież jest jeszcze ktoś trzeci albo jest lęk przed nazywaniem, przed szczerością i doprawdy nie wiadomo, co lepsze, bo może rzeczywiście lepiej nie opowiadać o dobroci, nie wypowiadać tych wszystkich dobrych słów, nie kusić losu, nie prowokować szaleństwa, odrzucenia, końca szybszego niż początek.

O tym wszystkim myślałem i teraz, w tym małpim gaju, dziwnie zielonym w sterylności szpitala i choroby, wcielonej w ciche postaci poskręcane lub wyciągnięte, równie sztucznie, na szpitalnych łóżkach turkoczących po rozświetlonym korytarzu. Wjeżdżający w tę jasność przymykali powieki, jakby odmawiali już randki ze zbyt mocnym słońcem.

***
A następnego dnia równie jaskrawe światło z trudem przebijało się przez kawiarnianą szybę, odsłoniętą przez życzliwą kelnerkę, która zabrała mi sprzed oczu zwiewną firankę z czerwonymi serduszkami, usychającymi na niej od wczoraj. Siedziałem tam, póki słońce nie zaszło nad ulicą, tonąc w błękitniutkich, niemal białych obłoczkach, wyglądających jak poszarpane kawałki waty cukrowej. Czerwone promienie zabarwiały je majtkowym różem, ślicznym jak nie wiem co, i dobrze.

Ironia, która porzuciła mnie na moment, wróciła z tym właśnie obrazkiem. Tak, to jest to, co czasem ratuje przed beznadziejną śmiesznością i zdziecinniałym sentymentalizmem, ten landszaftowy kicz, rozmazany jak różowe pasmo na brzegu kieliszka, ściekające wolno na dno, którego już nie warto napełniać.

W końcu i tak wszystko stanie się literaturą. Rozmaże się w pamięci, jak ciemność, ledwie podświetlona żółtymi latarniami ulicznymi, zmęczona już zimą, próbującą wcisnąć się do dusznego wnętrza przez brudne kawiarniane okno.

Nie my mówimy słowa. To one mówią nas.

Data dodania: 30 stycznia 2019

No, wszystko może nie jest aż tak tragiczne. Są też chwile  dobrego nastroju.

(W. Gombrowicz do J. C. Gomeza, luty 1965)

Opowiem wam historię, nic spektakularnego, przeciwnie, ale to przecież opowieść dodaje przygodom znaczenia, odsłaniając je. Czy wiecie na przykład, co znaczy powtórzona Azjatka i to wcale nie we śnie, lecz na jawie? Ja nie wiem, a chciałbym.

1.

Przygoda, którą opowiem, łączy się z kolejną podróżą do Vence, w tym roku chyba trochę ich jeszcze będzie. W dzień przed wyjazdem żartowałem z E., że pewnie znów się postara i dostanę bilet obok sympatycznej Azjatki, jak w czasie poprzedniego lotu do Vence. Dla człowieka moich gabarytów nie jest obojętne, koło kogo siedzi w samolocie, szczególnie w klasie ekonomicznej, ale to nie był główny powód rozważań o latającym sąsiedztwie: E. jest tak niepoprawną perfekcjonistką, że nie potrafię sobie odmówić złośliwego jej prowokowania.

Z żartami jednak trzeba ostrożnie, bo oczywiście znów dostałem osobny bilet, nie do pary, lecieliśmy we trójkę. W samolocie okazało się, że także tym razem będę miał dużo przestrzeni dla siebie i dodatkowy powód do gapienia się przez okno, przy którym siedziała już Azjatka, o uśmiechu może i mniej sympatycznym niż tamta sprzed paru miesięcy, ale o jeszcze subtelniejszej urodzie. Parsknęliśmy śmiechem, a ja pomyślałem, że do trzech razy sztuka, bo to nie może być zwyczajny przypadek.

Że i w drodze powrotnej usiądę koło kogoś obcego, wiedziałem już w przeddzień wylotu, bo E. sprawdziła to oczywiście najwcześniej, jak mogła, w autobusie wiozącym nas na wybrzeże. Tym razem w agendzie pobytu w miejscu kończącym biografię Gombrowicza znalazło się również odwiedzenie jego okolic i morza, które lubił.

2.

Do Cagnes-sur-Mer pojechaliśmy w południe, po porannej poczcie (wnioski do budżetu, wnioski!), trochę zmęczeni zeszłodniowymi rozmowami o świętowaniu półwieczności Gombrowicza nie tylko od święta. Rozmowami długimi i niełatwymi, ale dobrymi, bo na pograniczu marzeń i możliwości.

Wczorajsze chmury zabrały się w przeszłość, słońce wzeszło co prawda późno, ale prawie letnie. Przejścia między nocą a dniem są tu długie, niespieszne, jak tutejsza kuchnia i sztuka życia, nie dla nas, przyzwyczajonych do wschodniej gwałtowności. Na szczęście w Cagnes przynajmniej niebo nie było tak beznadziejnie gładkie i błękitniutkie jak w Vence, rozmazało się na nim kilka obłoków, kiczowatych nieco w swych bladościach, ale dobre i to.

Blady, pastelowo różowy, jest tu nawet zmierzch, słońce, inaczej niż to nadbałtyckie, chowa się za widnokrąg zupełnie bezkrwawo. Plaża, choć kamienista, nie rani, wygłaskana przez fale, grzechoczące po kamieniach, burzące się całkiem głośno. Uwierzyłem w końcu, że i to Śródziemne bywa morzem, nawet jeśli kolor zachodzącego nad nim słońca może komuś przypominać róż na policzkach hrabiny Hańskiej, pozierającej na Balzaka w bieliźnie.

Wcześniej, przez kilka godzin, słońce świeciło wyraźnie, jakby kalendarz tylko przez przypadek pokazywał 24 stycznia. Grzało i opalało, w Radomiu było wtedy minus siedem, a w Krakowie sypał śnieg. Już to powinno było wystarczyć do szczęścia.

3.

Snuliśmy się po plaży i promenadzie, która – zaanektowana przez rowerzystów i biegaczy, wszędobylskich heroldów poprawnościowej witalności – na pewno nie pamiętała Gombrowicza, choćby dlatego, że była późniejsza niż jego śmierć. My pamiętaliśmy, z obowiązku, ale i dla przyjemności zatrudniania wyobraźni: zapięty pod szyję mimo upału, zmęczone blaskiem oczy schowane za grubymi ciemnymi szkłami, grymas ust, odętych jak zwykle, chwytających powietrze nerwowymi haustami. Podejrzewam, że i tak uśmiechał się tu częściej niż gdzie indziej w Europie, na przykład wtedy, gdy widział, jak na Ritę spoglądają inni mężczyźni.

Pamiętaliśmy, bo nasz wypad do Cagnes-sur-Mer nie był przecież turystyczną wycieczką, byliśmy w końcu w podróży służbowej, w przeszłość, z bagażem wyczytanych przez lata wspomnień i relacji o Gombrowiczu, a także jego zapisków, jak wiemy szczególnie mylących, bo lubił zmyślać i swoje życie.

Więc co na przykład tu, w takim Cagnes, mógł robić? Raczej nie schylał się jak my po dziwne, wzorzyste kamienie, pewnie nie wzbudzały w nim większej ciekawości. Jeśli nawet przyciągały uwagę, to nie tak wielką, by trafić miały do Dziennikowych zapisków, jak choćby żuki z argentyńskiej plaży. Tamta plaża leżała jednak w strefie oceanicznej namiętności i rozmachu, a nie nad morzem przez większość roku cichym i łagodnym jak jezioro.

Ale to jednak tu, w tym miejscu umiarkowanych już sił i możliwości, udało się Gombrowiczowi, choć przyznawał się do tego z przekąsem, zażyć nieco „normalnego” szczęścia. Normalnego, czyli takiego, które co prawda nie wywołuje artystycznych i intelektualnych erupcji, ale pozwala na chwilę zwyczajnej przyjemności, bezinteresownej, przynajmniej wtedy, gdy trwa.

Przez chwilę, której nie warto rozmieniać na słowa.

4.

Ten dzień nad morzem, choć zaczęty dość późno, dłużył się przyjemnie. Palmy w słońcu wyglądały tak samo sztucznie jak zwykle. Tym razem jednak nie zobaczyłem na nich ani jednej sroki, więc swojskości egzotycznemu pejzażowi dodawały jedynie wróblowate, kręcące się przy portowych knajpkach, wśród zieleni odżywającej zimą.

Stłoczone w porcie maszty trzymały się prosto i wyniośle, jakby znały swoją wartość, dosłownie. W marinie wielkie jachty, wyjęte z wody i okryte obszernymi, dopasowanymi do nich pokrowcami, wyglądały jak martwe wieloryby w białych worach, czekające na sekcję w morskim prosektorium.

Wokół ludzie, choć jeszcze nie tłum, starzy i tuż przed starością, odkładający ją na później, na święte nigdy, zabiegani na ścieżkach pieszych i rowerowych, pędem mijający tych wolniejszych albo leniwszych. Elektroniczne gadżety, obcisłe kostiumy, kolorowe i nowoczesne. Wszystko pod kontrolą, nawet zęby wyszczerzone z wysiłku.

Kręciliśmy się pośród nich niespiesznie, przysiadając co jakiś czas na ciepłych kamieniach albo przy stolikach, trzymających dystans. Ta odmowa pośpiechu zbliżała nas do tamtego Gombrowicza, tak śmiem sobie wyobrażać, nie, nie nas, mnie zbliżała – mów o sobie, w swoim imieniu, napomina narrator Dziennika. Czy to nie u Gombrowicza właśnie podejrzałem ten ironiczny dystans, którego stałem się wyznawcą. Dystans podszyty tyleż poczuciem obcości, co i skrywaną zazdrością kogoś, kto raczej już nie pobiegnie i komu wcale nie spieszy się do mety, bo nie wierzy w nagrodę?

Jestem jego wyznawcą od dawna, ale czy byłem także tego dnia, gdy wydawało mi się, że młodnieję na tym słońcu i w huczącym lazurze? Pewnie każda radość niewypracowana, lecz dana nagle i nie wiedzieć czemu, każda chwila niczym niezasłużonego po-prostu-szczęścia są przebłyskami młodości, powrotem do niej, przynajmniej na chwilę, którą chciałoby się zatrzymać.

Tak, to był naprawdę dobry dzień i dosyć już o tym. Reszta jest przemilczeniem, hałaśliwym jak mewy, nieduże tu, śnieżnobiałe i wysmukłe, widziałem tylko jedną olbrzymkę. Gibkie i krzykliwe, walczyły o kawałki bułki, pysznego lokalnego specjału, zapomniałem, jak się nazywa.  Mewy łapały je w locie, tuż nad moją głową, zderzając się, zaciekłe, nienasycone. Było ich coraz więcej, prawie jak u Hitchcocka.

5.

Ciekawe, czy Gombrowicz lubił karmić mewy? Wyobrażam sobie, jak rzuca im okruchy, z tym swoim grymasem: nie, to nie ja, to niepoważne, żadnych sentymentów. One otaczają go, coraz bliżej, coraz liczniejsze, kołują nad jego głową, w końcu musi wytrzeć chusteczką klapę marynarki, bo w locie mewy nie tylko jedzą, nic przyjemnego, przekonałem się sam. Może więc jednak miał rację, że lepiej i od natury trzymać się na dystans?

Gdy mewy, te rzeczywiste, odleciały, wróciła cisza, morze zagłuszało szum aut. Cisza, ładne słowo, delikatne, jeszcze ładniejsze: tiszina, i tak znów biorą nas tu za Rosjan, serdeczni kelnerzy w sympatycznej kafejce. Spasiba, mówi jeden z nich, uśmiechnięty, bardzo się stara. Nie jesteśmy Rosjanami, tłumaczy E., trochę poirytowana, że znowu. Oui, bien sur, Pologne, Pologne, powtarza  śniady Francuz, kiwając głową, jakby o Polsce i o nas rzeczywiście coś wiedział.

Tej niewiedzy Gombrowicz im, Francuzom i innym Europejczykom, nie mógł chyba nigdy wybaczyć, wbrew temu, co mówił. To jednak, jestem przekonany, nie przeszkadzało mu bywać szczęśliwym w ich towarzystwie. Dobrze, że i my tu przyjechaliśmy, choć dobre myśli i słowa już pod koniec dnia zacznie przedrzeźniać Gombrowiczowska szczepionka na sentymentalizm, ironia.

Gombrowicz to przecież ironista codzienny. Jak wspomina Rita Gombrowicz, gdy wszystko szło dobrze i bywał szczęśliwy, powtarzał: jak mówiła matka Napoleona, żeby to tylko trwało. Wyraźnie wolał tę żartobliwą i trochę przesądną formułę od faustowskiego zaklęcia – przecież nie do wszystkiego można się tak po prostu przyznać, na pewno nie do uczuć albo sentymentów. Wyznawał, że brak szczerości to jedyna szczerość mu dostępna, więc jak miałby wzdychać po prostu: trwaj chwilo, jesteś piękna.

6.

W samolocie powrotnym siedziałem w końcu sam, z głową przy oknie, przeniosłem się na wolne miejsca. Trzeciej Azjatki nie było, widać wcześniejsze oznaczały tylko tyle, że miałem więcej miejsca do dyspozycji. Teraz, samemu, było mi dobrze.

Lecieliśmy nad alpejskimi dolinkami, białymi jak chmury zsuwające się z gór i ocieniające wioski, zapocone od przedwczesnego słońca. Buro białe szczyty poprzerastane ciemniejszymi liniami dróg przypominały kamienie, które zbieraliśmy wczoraj nad morzem.

Po godzinie widok w dole zaczęły przesłaniać gęściejsze chmury, w końcu zasnąłem, na kwadrans. Obudził mnie komunikat, kapitan ogłaszał, że lecimy nad Katowicami, osiemset kilometrów na godzinę, jedenaście tysięcy metrów nad poziomem morza.

Popatrzyłem w dół, ale tam nie było już niczego, tylko skłębiona biel, spieniona jakby zderzyły się dwie wielkie fale, nie dając spocząć kamieniom. Ta sama biel przesłaniała słońce.

7.

Pomyślałem, że to właśnie pożądanie słońca, radości i młodości było  istotą bezkrwawego wampiryzmu, uprawianego przez dojrzałego Gombrowicza w Argentynie. Potem, już po powrocie do Europy, pisał, że jednak młodość go zdradziła. Zapadał na starość, ale jeszcze się nie poddawał, dlatego po Berlinie i Paryżu wybrał mademoiselle Labrosse i Lazurowe Wybrzeże, ich urodę i rozsłonecznioną bliskość.

Cieszył się, że w końcu może wybierać, że jest prawie spełniony, ale ta radość podszyta była melancholią, smutkiem po utracie, która dopiero miała nastąpić. To poważna choroba, więc trudno mi uwierzyć, że naprawdę potrafił zadowalać się nieoczekiwanymi, małymi  radościami.

8.

Był przede wszystkim pisarzem, więc czy mógł cieszyć się chwilą, która trwa dopóty, dopóki nie spróbuje się ją zapisać?

Data dodania: 15 stycznia 2019

 

To taki rok, pięćdziesiąty już po śmierci Gombrowicza, że pewnie będziemy o niej i o nim, poprzez nią, mówić na wiele sposobów. Słowami służącymi tu za tytuł zakończył Gombrowicz list do Jeana Dubuffeta z 14 lipca 1968 roku. Niespełna rok później napisał do francuskiego malarza po raz ostatni, choć wcale nie pożegnalnie, nie, zupełnie zwyczajnie, praktycznie nawet, rzec by można.

1.

To była dziwna korespondencja i przyjaźń, właściwie też głównie korespondencyjna – a korespondowali ze sobą nie tyle poglądami, co postawą wobec sztuki, kultury i zasad dyskusji. Spór, zainicjowany przez redaktorów czasopisma „L’Arc”, opisany już po wielekroć, mądrze i jeszcze mądrzej, dotyczył „autentyzmu” malarstwa i innych rodzajów sztuki, mówiąc najprościej. Polemiści, których łączył swoisty antykulturalizm, niechęć do sztuczności nadętych artystycznych hierarchii, publicznych zachwytów i różnych rodzajów snobistycznego znawstwa, dyskutowali ostro, chwilami brutalnie, błyskotliwie, ze świadomością, że ich argumenty pozna również kulturalna publiczność.

Dla przypomnienia, ciągle w uproszczeniu, w korespondencyjnym sporze Gombrowicz dowodził, że malarstwo (w odróżnieniu od literatury) jest potrzebą sztuczną, wykształconą przez kulturę, nieautentyczną, wtórną, jak papieros, jak nałóg palenia. Dubuffet twierdził natomiast – nadal upraszczam – że taka „nienaturalna” sztuczność właściwa jest wszystkim dziedzinom sztuki, także słowu literackiemu, że ich odbiór jest wyuczony, a nie wynika z jakiejś pierwotnej czy transcendentnej potrzeby. Dubuffet argumentację ilustrował obrazem karczocha: obierany z liści nie ukazuje nam żadnego jądra, lecz głąb, który tworzą również liście, tyle że ściśnięte i już stwardniałe.

Rzecz interesująca dla wielbicieli erystyki, przyznam jednak, że mnie  najbardziej wciągnęły didaskalia tej korespondencji. Gombrowicz jest w tej polemice bardziej zacietrzewiony, gorętszy, Dubuffet uprawia raczej intelektualne ćwiczenia, poranną „gimnastykę reedukacyjną” umysłu. Jest bardziej formalny, mniej autentyczny. Nie tracę z oczu faktu, że myśl nie jest niczym innym (…) niż manipulowaniem pewnym słownikiem – w całości danym przez kulturę – pisze malarz i po takim wstępie formułuje nihilistyczny (jak sam go nazywa) i mocno teoretyczny postulat osiągnięcia tabula rasa w odbiorze wszelkiej sztuki.

Gombrowicz unika takich sofistycznych skrajności, woli trzymać się życia, jest po stronie Schopenhauera, nie jego „przebrzmiałego” systemu filozoficznego, ale jego stosunku do świata: Ale jakiż zmysł rzeczywistości, jaka wizja świata, oparta na wrażliwości i bólu, przejmująca i pouczająca! Tymczasem Hegel [za którym podążył Zachód, podobnie jak za Nietzschem] nazbyt często okazuje się mistrzem abstrakcyjnych formułek, a Nietzsche nadużywa deklamacji i fortissimo.

 

2.

Kogo pasjonują takie, nienowe zresztą, filozoficzne spory, niech sięgnie po cienką książeczkę z ich intelektualna ustawką. Ale warto ją przeczytać także dlatego, że spierają się dwaj wybitni styliści, którym nie brakuje swady i ostrości.

Pozwalałem sobie na ten agresywny ton, lecz tylko dlatego, że mieścił się on, by tak powiedzieć, w ramach naszej gry – zastrzega się Gombrowicz w liście podsumowującym dyskusję. Oczywiście, że po tej polemice nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i kumplami, a wydawcy Pańskiej książki mogą poinformować o tym czytelnika, jeśli mają go za takiego durnia, że nie potrafi sam zrozumieć – odpowiada Dubuffet. I dodaje: argumenty to tylko czcze pozory. Wypływają z tego bądź innego wybranego przez kogoś nurtu i nie rozjaśniają spraw – bo te nie tkwią w substancji żadnego z nurtów, lecz w kształcie wiru rodzącego się z ich zderzenia. Odwagi!

Odwagi? Dlaczego: odwagi? Dlaczego tak mentorsko, choć są kumplami, przyjaciółmi? Są, ale to jednak Gombrowiczowi zależy, by świat czytający się o tym dowiedział. Że on i sławny, wielki Dubuffet. Że jego, Gombrowicza, tamten uznany uznaje za partnera, godnego przeciwnika, przyjaciela. Gombrowiczowska nieustanna niepewność, kompleks, żarliwa potrzeba akceptacji jest w tej korespondencji widoczna także w warstwie głębszej niż polemiczne łamańce. Otóż dla mnie ten burżuazyjny czy arystokratyczny luksus, ten komfort, te rafinady to achillesowa pięta Paryża i Francji. Tutaj rewolucje są luksusowe. Wasz sposób widzenia, odczuwania i pojmowania świata jest zbyt dobrze odżywiony – atakuje Gombrowicz wprost z piekła resentymentu.

 
3.

Diabeł, także diabeł historii, kryje się w metaforyce tego literackiego sporu. Dubuffet posługuje się obrazem drzewa, którego słoje są coraz bardziej ściśnięte, im drzewo starsze. Mniejsza, co z tej metafory filozoficznie wywodzi, ważniejsze, że odsyła ona do długiego trwania, przyrastania tradycji i pamięci. Drugi, już tu przywoływany, obraz obieranego karczocha intuicje Gombrowicza o „zbyt dobrym odżywieniu” kultury zachodniej potwierdza wprost.

Autor „Operetki” tym metaforom przeciwstawia swoją: papierosa, pisanego wersalikami, ewokujacego nałóg, namiętność, trudną do opanowania, niszczącą, akt palenia krótkotrwały i żarliwy, powracający nieuchronnie, aż po ostatni chorobliwy wdech. To Wschód, ale nie ten mityczny, do podróży duchowych, lecz ten bliższy, dosłowny, gwałtowny, konwulsyjnie bolesny. I bliższy brutalności życia. Gdyby ktoś pytał, to ja jestem po stronie Gombrowicza, choć nie palę od wielu lat. Kogóż jednak stać na Gombrowiczowską konsekwencję: …prawdy artysty mogą być ważniejsze od filozoficznych formuł, gdyż rodzą się z afirmacji życia, z woli wyposażenia dzieła w możliwie największą żywotność. Taka afirmacja wymaga niezwykłej dzielności.

Życie w tej korespondencji zajmuje mniej miejsca niż kulturalna erystyka, ale nie jest mniej ważne. Gombrowicz z Dubuffetem polemizowali na papierze, ale poznali się też i rozmawiali osobiście. Nie tylko o sztuce, malarz w jednym z listów zapowiada na przykład: w  czerwcu zamierzam wybrać się do Vence, żeby zademonstrować Panu moje techniki terapeutyczne względem lumbago, od którego jestem specjalistą i w którego leczeniu jestem o wiele zręczniejszy niż w roztrząsaniach. Gombrowiczowi jednak dolegają już wtedy choroby znacznie poważniejsze niż uprzykrzające życie lumbago. Jest po zawale, który wraz z astmą wymusza przeprowadzkę pisarza i jego towarzyszki do mieszkania z windą, tak się składa, że w pobliże cmentarza. Jak żartował Gombrowicz, w pobliże jego ostatniego adresu.

To właśnie takie fragmenty korespondencji dotyczące spraw praktycznych, „życiowych”, czynią ją przejmującą. Dubuffet podziwia codzienną dzielność Gombrowicza: W jaki sposób potrafi Pan zachowywać umysł tak bohatersko żywy, choć nękają Pana te duszności? Nie sądzę, by głupi klimat Vence dobrze Panu służył, by zresztą w ogóle działał inaczej niż zgubnie. To idiotyczne „Lazurowe Wybrzeże” jest nadzwyczaj trujące. Żeby przetrwać na nim bez szwanku, trzeba Pańskiego rzadko spotykanego męstwa. Takie słowa, pisane na rok przed śmiercią Gombrowicza, musiały głaskać jego może i hipochondryczne, nawet megalomańskie, ale przecież usprawiedliwione poczucie niezrozumienia, nękające zresztą zwykle psychikę wszystkich poważnie chorych.

Ostatni list Gombrowicza do Dubuffeta, datowany na 28 czerwca 1969 roku, nie jest listem pożegnalnym, nie ma w nim wysokich tonów, pisarz może się nawet wydawać znużony własną słabością. U mnie – osłabienie, choroba, bóle itd. Jestem do niczego – odnotowuje. Jego męstwo jest praktyczne, pyta o pozwolenie na umieszczenie kolejnego fragmentu listu Dubuffeta w planowanej przez „L’Herne” publikacji ich korespondencji, zajmuje się wysłaniem mu swojej książki, itp., itd.

Dalej była śmierć, więc ten list to w pewnym sensie także ostatnie, jedno z ostatnich, słowo Gombrowicza.

 
4.

Do „słów ostatnich” znanych ludzi przywiązuje się dużą wagę, często naddając im znaczenia. Odczytywane metaforycznie, pomagają tworzyć legendę. Nawet z Norwidowego przykryjcie mnie lepiej, naturalnego pragnienia ciepła wypowiedzianego w niedogrzanym przytułku, uczyniono zdanie znaczące, przesłanie z późnym wnukiem w tle. Dobrze więc, zaryzykujmy, dajmy się skusić metaforze, ona też jest afirmacją życia.

Schorowany Gombrowicz, ze słabnącym krążeniem, także marzł, nawet w upał. Przejmujący obraz, o którym pisałem już nieraz, bo wraca maniakalnie: Gombrowicz w kapocie, na łóżku, w rozsłonecznionym pokoju, patrzący gdzieś w to światło zza kadru, ręce rozplecione przed chwilą, na prawej więcej słońca. Kolejny atak bólu – już od lat najważniejszego życiowego zagadnienia? Chwila odpoczynku, chwilowa słabość, zamyślenie bez konieczności zapisywania?

Uważam, że jest Pan bardzo szczęśliwy, skoro może Pan jąć się swego zadania z całą potrzebną energią – pisze w ostatnim liście do Dubuffeta, może nawet trochę z zazdrością. On całej energii już nie ma, jej resztki zużywa na zabiegi o odpowiedni kształt ostatnich publikacji, w ostatnich listach jest uważny, drobiazgowy, nawet apodyktyczny. Jakby pilnował, by okryć się po swojemu.

Chciał okryć się, po swojemu, nie tylko dlatego, że dookoła coraz zimniej, że martwiejące słońce grzeje coraz słabiej, ale przede wszystkim po to, byśmy my  odkrywali go później według jego autorskiego zamysłu?

myśl nie jest niczym innym, nie może być niczym innym niż manipulowaniem pewnym słownikiem.

To samo dotyczy pamięci.

 

 

 

 

Data dodania: 23 grudnia 2018

1.

W tym roku przedświąteczny czas poprzecinany śmiercią, grasującą niedaleko, w okolicy, więc trudno snuć jeszcze jedną wigilijną opowieść. Literacka tradycja podpowiada, że opowieść ta musi być optymistyczna: zapowiedź, oczekiwanie na przyjście, które odmieni wszystko, krusząc lodowate serca i sumienia, a potem hosanna, zmieniająca zwykłych zjadaczy chleba w anioły. Zwykłych przecież nigdy nie brakuje, za to aniołów zawsze niedostatek.

Opowieść wigilijna powinna być więc słodka, choć lukrowana nie przesadnie, jak dobrze zrobiony makowiec. Pachnieć musi choinką i wypastowanymi podłogami, błyszczeć jak posypana brokatem bombka albo nieoskrobane z łusek dzwonko karpia. I kończyć się dobrze jak list do świętego Mikołaja.

Im jednak człowiek starszy, tym słabiej reaguje na świat: smak i sumienie rozpuszczają się w refluksach, węch ulega wiecznemu katarowi i zanika, jaskrawość świata oślepia w końcu tak mocno, że zmienia się w jaskrę, łuski opadają z oczu jak brokat i obnażają świat wcale nieświąteczny, szary i pluchowaty niczym ostatnie wigilie.

Na dodatek zwyrodnienia nie pozwalają podnosić głowy ku niebu, więc spuszczone oczy gapią się w ziemię, szukając dziury w niegdyś całym.

I w końcu rzeczywistość dopieka tak bardzo, że przestaje się wierzyć wigilijnym opowieściom, zapowiadającym przemianę świata na lepsze, wiarę w cuda zastępuje wiara w magiczne działanie reklamowanych w telewizji suplementów, niezbędnych do dobrej przemiany materii.

2.

Przecież i biblijna opowieść o cudownych narodzinach podszyta jest myślą o śmierci. Te narodziny to tylko początek, zaledwie obietnica, widowiskowa zapowiedź zakończenia: odkupienia, które odbędzie się (i odbywa) przez zdradę, cierpienie i śmierć, zadaną gwałtem, który ma wprowadzić na ziemi ład nie z tej ziemi. Trudne do uwierzenia i do spełnienia, rozum wodzące na pokuszenie spekulacji i na podszepty megalomanii.

Wigilijna opowieść może być więc radosna o tyle, o ile zapomnimy o jej zakończeniu, w którym krzyżują się odkupicielskie pomysły ludzkości. Zaczyna się szopką, siankiem, pastuszkami i bydlątkami, ale kończy krwią, żółcią, pragnieniem gaszonym octem, ropą wyciekającą z przebitego boku – jak więc może być radosna, przynajmniej w ludzkim wymiarze. A innego wymiaru dostępują nieliczni, jest przecież kwestią epifanii albo szaleństwa.

3.

Pomieszanie wiary i szaleństwa to w polskim paradygmacie kulturowym romantyzm i jego przekleństwo, poetycki mesjanizm, wiara, że stylizowana na Chrystusową ofiara jednostki daje przewodnictwo i władzę nad pospolitym tłumem, że wola wybranych, wiedzących lepiej, może nieświadomą swoich możliwości tłuszczę poprowadzić do przebóstwienia.

Taki odziedziczyliśmy testament, by przywołać Słowackiego:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami;

Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny:

Dziś was rzucam i dalej idę w cień — z duchami,

A jak gdyby tu szczęście było, idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica

Ani dla mojej lutni, ani dla imienia:

Imię moje tak przeszło, jako błyskawica,

I będzie, jak dźwięk pusty, trwać przez pokolenia.

(…)

Niech przyjaciele moi siędą przy pucharze

I zapiją mój pogrzeb — oraz własną biedę:

Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,

Jeśli Bóg mnie uwolni od męki, nie przyjdę…

 

Dalej następują słynne kawałki o niesieniu narodowi oświaty kagańca i kamieniach rzucanych na szaniec, aż w końcu czytamy patetyczną i megalomańską pochwałę poezji stosowanej w Chrystusowym geście:

 

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi

Iść?… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?

Być sternikiem duchami napełnionej łodzi

I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,

Co mi żywemu na nic, tylko czoło zdobi;

Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,

Aż was, zjadacze chleba — w aniołów przerobi.

 

4.

Dziś wiemy aż za dobrze, choć opowieści o tym raczej nie lubimy słuchać, czym zakończyły się szaleńcze próby przeanielania innych w imię „wyższych racji”. W dwudziestym stuleciu przerabiano ludzi rzeczywiście – na zwierzęta robocze, na popiół, mydło, rękawiczki albo abażury.

Zuzanna Ginczanka, przed wojną dobrze zapowiadająca się liryczka, modna teraz, bo wciąż uwielbiamy tragicznych i martwych poetów, po dwakroć wydawana hitlerowcom i w końcu zamordowana przez nich za bycie Żydówką, po pierwszym donosie i udanej jeszcze ucieczce odpowiedziała wieszczowi wspaniałą ironią kogoś, kto doświadczył żelaznego wieku:

(…)

Nie zostawiłam tutaj żadnego dziedzica,

Niech więc rzeczy żydowskie twoja dłoń wyszpera,

Chominowo, lwowianko, dzielna żono szpicla,

Donosicielko chyża, matko folksdojczera.

Tobie, twoim niech służą, bo po cóż by obcym.

(…)

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze

I zapiją mój pogrzeb i własne bogactwo:

Kilimy i makaty, półmiski, lichtarze —

Niechaj piją noc całą, a o świcie brzasku

Niech zaczną szukać cennych kamieni i złota

W kanapach, materacach, kołdrach i dywanach.

O, jak będzie się palić w ręku im robota,

Kłęby włosia końskiego i morskiego siana,

Chmury prutych poduszek i obłoki pierzyn

Do rąk im przylgną, w skrzydła zmienią ręce obie;

To krew moja pakuły z puchem zlepi świeżym

I uskrzydlonych nagle w aniołów przerobi. 

 

Czy to aby nie jedyne przeanielenie dostępne nam w doświadczeniu historycznym?

 

5.

 

Nigdzie naokoło nie było łaski. Ani za grosz – napisał Gombrowicz we fragmencie Dziennika, opowiadającym tragiczną historię cierpiącego ojca, którą zresztą sobie na użytek literacki wymyślił.

 

W takiej sytuacji są ci, którzy nie wierzą albo nie dowierzają religijnej opowieści o równie radosnych narodzeniu i  śmierci, które dawać mają życie wieczne. Wierzącym łatwiej o tyle, że są mniej samotni, mogą sądzić, iż stanowią część boskiej ekonomii zbawienia.

 

Napisano o niej teologiczne tomy, pełne przypuszczeń, twierdzeń i metafor – od zawsze ludzka potrzeba uwięzienia tajemnicy w słowie kończyła się logoreą. Ale wobec boskiej ekonomii człowiek jest bezradny i bezbronny, może wierzyć albo nie, lecz oba rozwiązania niosą lęk i niepewność. Bóg jest w lepszej sytuacji, nawet jeżeli w Betlejem urodził się jako człowiek. I jest w tym „pewna dawka hipokryzji”, by użyć zgrabnego określenia z  eseju Giorgio Agambena „Piłat i Jezus”.

 

Ta mała książeczka z wielkimi pytaniami nie jest jednak „zgrabna”, uwiera, bo objaśniając, wywołuje jeszcze ciemniejsze pytania.

Piłat, jak każdy człowiek poddany ekonomii zbawienia, pozbawiony jest – twierdzi Agamben – pewnego przywileju danego Chrystusowi wcielonemu w człowieka: w swym starciu z Wiecznym ma tylko naturę ludzką. Jest człowiekiem, i tyle. Nie ma, w przeciwieństwie do Chrystusa, dwóch natur, dzięki którym może powiedzieć jednocześnie „niech mnie ominie ten kielich” i „nie jak ja chcę, ale jak Ty”, lecz tylko jedną, z pomocą której szuka, na swój sposób, sprawiedliwości i prawdy.

Strategie tych poszukiwań są różne, człowiek postawiony wobec tak ostatecznych wyzwań może również odmówić wyboru, powtórzyć Piłatowy gest umywania rąk. Ten gest, arcyludzki, nie przypadkiem tak łatwo zadomowił się w języku. Agamben zwraca uwagę, że prokurator Judei w końcu wydał Jezusa na ukrzyżowanie zgodnie z wolą żydowskiej starszyzny, ale niezgodnie z rzymską procedurą prawną nie zakończył procesu wyrokiem, uchylił się od osądzenia króla żydowskiego.

Nie wydał wyroku, nie orzekł, więc nie zakończył swojego rozdziału opowieści.

7.

Czy taki gest ma jakiekolwiek znaczenie? Czy unik zmęczonego światem człowieka ma wpływ na ekonomię zbawienia, nawet jeśli nie wierzymy i traktujemy ją tylko jako spekulację, mająca jakoś uporządkować beznadziejny świat? Czy wigilijna opowieść o nadziei narodzenia i przemiany może zakończyć się dobrze? Czy – mówiąc po ludzku – zaznamy w końcu świętego spokoju?

Odpowiedź, którą da się wyczytać z eseju Agambena, nie jest optymistyczna. Ekonomia zbawienia ma swoją logikę: Chrystus chciał być osądzony i skazany, godził się na ziemskie wyroki, by dać nam szansę na sąd ostateczny, sąd po którym miało już nie być żadnego sądu, więc miał być więc także ucieczką z ludzkiej historii.

Historia jest częścią ekonomii zbawienia, ale jest jej częścią jako rzeczywistość z krwi i kości, a nie teatr marionetek – pisze Agamben. Piłat to nie tylko wykonawca boskiego planu, executor Novi Testamenti, to historyczny aktor ze wszystkimi swymi niemożliwymi do wyeliminowania sprzecznościami.

Jak pokazuje właśnie historia, bywamy nieobliczalni, dlatego niełatwo wpisujemy się w cudzą ekonomię, w cudze scenariusze. Ale wszystko ma swoją cenę: unik Piłata, owa odmowa wydania wyroku utrudniła, a może nawet uniemożliwiła, zakończenie procesu, którego wynikiem miało być postawienie nas przed ostatnim sądem, dającym wyzwolenie.

Piłat, wybierając swój sposób poszukiwania prawdy poprzez wstrzymanie się od osądu, zaburzył logikę ekonomii zbawienia W świetle Piłatowego uniku ekonomia ta nie jest tak jasna i oczywista, jak by mogło się wydawać. Jasne i oczywiste przestaje też wydawać się zakończenie wigilijnej opowieści.

8.

To w końcu nieuchronne: im mocniej przygina nas do ziemi, tym bardziej opowieść o narodzinach wielkiej przemiany zmienia się w opowieść o śmierci. Wtedy zakończenie tej opowieści – jak i samą śmierć – próbujemy odłożyć na później, na święte kiedyś albo na święte nigdy, nie wiemy przecież, co w końcu nastąpi.

I nie wyjaśni się to aż do końca, który też nie jest oczywisty, bo przecież może wcale nie nastąpi. A wówczas skazani będziemy na nieustający ciąg dalszy, który nastąpi zamiast zakończenia.

A jeśli już na zawsze utknęliśmy w historii, w nierozwiązywalnym krisis i na darmo czekamy zakończenia wigilijnej opowieści, jakie by ono nie było?

Bóg nie osądzi człowieka, bo człowiek nie osądził Boga – orzeka w swoim eseju Agamben i nie jest to dobra nowina.

Bo co jeżeli ma rację?

Więc nigdy już nie odpoczniemy?

Strona 1 z 3123
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury