Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: wiatr
Data dodania: 25 lutego 2020

 

Wracał tak często, że choć minęło czterdzieści lat, właściwie nigdy nie wyszedł z tego korytarza. Długiego na dwanaście mieszkań, jednakowych, rozmieszczonych symetrycznie, jak cele w więzieniu, naprzeciw siebie. Z tym, że te narożne, na końcach, były większe, trzypokojowe, z kuchnią widną i z oknami na dwie strony bloku, więc z widokiem szerszym, raczej wieżyczki strażnicze niż cele.

Korytarz nie był miejscem zupełnie bezpiecznym. Lastrykowa podłoga,  śliska, bo pastowana co tydzień czujnym wzrokiem sąsiadów, co ludzie powiedzą, jak nie będzie się błyszczeć pod drzwiami, groziła upadkiem. Ale akurat im śliska podłoga nie przeszkadzała nigdy, jeździli po niej prawie jak po lodzie, grając w niby hokeja, pudełkiem zapałek albo odpustową miękkawą piłeczką, póki nie pękła i nie pogubiła tego czegoś, co wypełniało ją w środku. Nazywali sobie te niby drużyny, kanada kontra ruscy, mistrzostwa świata, jeden na jednego plus bramkarz.

Wszystko wtedy jeszcze było na niby i dlatego wydawało im się, że jeszcze wszystko jest możliwe.

Czasem, gdy emocji było za dużo, bo wynik pozostawał bezbramkowy, kłócili się wściekle o faule lub za wysoko uniesione niby kije, aż w końcu z korytarza przeganiali ich ci, którzy mieszkali za cienkimi drzwiami mozolnie, przez lata obijanymi boazerią, dermą albo blachą. Ludzie, którzy dorabiali się tych drzwi, zaradni i sprytni,  wtedy wydawali mu się bardzo starzy, normalne, choć pewnie byli młodsi niż on dzisiaj.

Ale to jest już nowe dzisiaj i tamci nie żyją, a wzdłuż korytarza starzeją się nowi młodzi, którzy nie grają w niby hokeja. Może podłoga już nie taka, choć ze starości powinna być jeszcze bardziej wyślizgana.

Chyba jako ostatnia z tamtych starych umierała Psiara, mieszkająca na końcu, w lokalu z oknami na dwie strony, czyli na pół świata. Zawsze miała psy, bo gdy jedne kończyły swój pieski żywot, całkiem zresztą niezły, rozpieszczała następne. Ale swoje przezwisko dostała nie dlatego. Została Psiarą, bo psy były dla niej ważniejsze niż ludzie, z ludźmi łączyły ją gorsze doświadczenia niż ze zwierzętami, które miała albo którym pomagała. Tak niektórym jest łatwiej.

Była sama, w trzech pokojach, wielkich w porównaniu z pozostałymi mieszkaniami w tym bloku, ale sama nie od zawsze, tylko od śmierci jej Jurka. To znaczy przed Jurkiem też była sama, mówili już nawet o niej stara panna, choć ciągle jeszcze za plecami. On podobno zostawił dla niej żonę i dzieci, jeszcze całkiem małe, ale długo razem też nie pożyli. Za grzechy kociej łapy, szeptała sąsiadkom Kowalska, naprawdę tak się nazywała, mrużąc oczy jak kotka w słońcu przedwiośnia. Możliwe, że wiedziała coś więcej, w końcu w kościele była codziennie, czasem nawet dwa razy, więc może i do wiedzy o przeznaczeniach miała łatwiejszy dostęp.

Gdy umarł jej facet, Psiara znowu zaczęła palić. Rzuciła przed laty, gdy poprosił, podobno, ale teraz paliła jeszcze więcej, jakby chciała zrobić mu na złość za to, że zrobił jej tą niewczesną śmierć. Nie wiadomo, czy czerniała od tych papierosów, czy z tęsknoty, i chudła, przeraźliwie, jakby papierosy podsycały w niej nigdy nie zagaszony pożar, który ją wypalał. Gdy zaciągała się jak mężczyzna, mocno i długo, końcówka extra mocnego rozżarzała się na czerwono, a potem na złoto, jakby ogień z jej płuc próbował wydostać się na zewnątrz i podpalić świat.

W końcu astma unieruchomiła ją na dobre, na dobre – tak mówiły sąsiadki, bezmyślnie, bez sensu, ale z troską, nie wiadomo tylko, czy nie udawaną. Bez wyciętego płuca męczyła się jeszcze bardziej, ale palenia nie rzuciła nawet wtedy, gdy musiała oddać tego ostatniego psa, z którym nie miała już siły wychodzić. Zatroskane nie były zatroskane aż tak bardzo, by zwierzaka wyprowadzać słota czy spiekota.

Zresztą niezbyt przypominał psa, na tych krótkich łapach, z czarno burą szczeciną, przetykaną w kilku miejscach jaśniejszymi plackami łysiny. I uszami jak radary, wielkimi nieproporcjonalnie, ciągle w ruchu, jedno sobie, drugie nie wiadomo komu.

Ciekawe, że Psiara nigdy nikomu nie powiedziała, czy oddała psa jakimś dobrym ludziom, czy też do schroniska, na zmarnowanie.

Zadusiła się tak, jak żyła, w samotności. Musiało dopaść ją nagle, tym razem nie zdążyła zapukać do nikogo z sąsiadów, a komórki nie nauczyła się obsługiwać, może z oszczędności, zresztą wtedy jeszcze nie wszyscy je mieli. Gdy po tygodniu wywalili drzwi, ktoś w końcu dostrzegł, że coś za długo Psiary nie widać, smród był tak wielki, że przez kilka dni nikt nie zamykał drzwi balkonowych na końcu korytarza.

Kowalska mówiła, że z mieszkania umarłej czuć było starym psem. Ale kiedy indziej przekonywała znowu, że zza drzwi śmierdziało raczej siarką. Nikt jej już wtedy nie słuchał, pukali się w czoła jeszcze zanim zwariowała i zabrało ją pogotowie. Napuchniętą, grubą, ledwo zmieściła się w kaftan i nie mogli jej ruszyć, zanim zastrzyk nie zaczął działać na dobre. Znów to dobre.

Krzyczała jakieś pomieszane modlitwy, tak głośno, że słychać je było jeszcze z windy, zza grubych metalowych drzwi szybu, przez który jęcząc i zgrzytając opuszczała się w dół poobijana kabina. Czarek mieszkający u sąsiadów wyjechał wtedy na rekolekcje z seminarium, więc nikt nie potrafił chwilowo orzec, czy krzyki te to bełkot wariatki, czy może bluźnierstwo, złe jakieś, opętane. Te, co to widziały, wolały przeżegnać się, na wszelki wypadek. Przecież księdza nie będą fatygować, woła się go tylko do umierających, a Kowalska żyła, teraz marnie i w wariatkowie, ale jednak.

Pamiętał, że kiedy ją zabierali, po korytarzu snuł się półmrok, pełen poruszonych cieni. Możliwe, że wszystko to działo się nad ranem, ciut świt, choć chyba jednak później, miał już wychodzić do szkoły. Może Śmietek znowu zaspał, bo korytarz co prawda zwykle oświetlały jarzeniówki, ale zapalane przez gospodarza domu, jak nazywało się wtedy dozorcę. Więc gdy ten się zagapił, szczególnie zimą, korytarz pozostawał zaciemniony, prawie całkowicie, przez pół dnia, do samego zmierzchu. Rozświetlała go wtedy tylko kabina windy, żółtym światłem przebijającym się przez zbrojone okienko w drzwiach do szybu, ale na krótko, dopóki ktoś nie ściągnął windy na inne piętro.

Gdy odjeżdżała, piszcząc i rzężąc, wtedy jedynym jasnym punktem, który przyciągał uwagę jak rekwizyt hipnotyzera, pozostawała jaśniejsza plama zamykających korytarz drzwi balkonowych, przez które wlewały się resztki świateł bezsennego miasta.

Te szklane drzwi, otwierające się na balkon, którego nie było, bo zaprojektowano za nimi ledwie jego atrapę, rozmazane, odbijające światło latarni i z rzadka przejeżdżających na dole samochodów, które ciepłe od spalin powietrze unosiło ku górze aż po dziesiąte piętro, te żółtawo pulsujące w ciemności drzwi wyglądały jak wyjście awaryjne. Szczególnie w tak wietrzne dni jak ten, w którym znaleziono martwą Psiarę.

W takie dni łatwo o literówkę, można pomylić wietrzne z wiecznym. Przecież wysoko zawsze wieje najmocniej, a w długim korytarzu przeciąg skomle i wyje pod drzwiami.

Data dodania: 12 marca 2019

Też zapomniałem.
Witold Gombrowicz „Kronos”, ostatni zapisek

To przejęzyczenie, że mądrość przychodzi z wiekiem, z wiekiem przychodzi młodość. Jak w anegdocie o bardzo starym reżyserze, który tak właśnie tłumaczył swą niesłabnącą moc twórczą, opowiadanej przez Poniedzielskiego i innych, mniejsza, czy prawdziwej.

Jest przecież inaczej niż w smutnym tekście Śliwiaka śpiewanym przez Halinę Wyrodek do muzyki Zygmunta Koniecznego: nie ma żadnej pierwszej czy drugiej młodości, ona jest jedna, ta sama, tylko zmieniająca się, z wiekiem.

Najpierw bywa głośna, choć zakompleksiona, pazerna, choć nieumiejętna, bezwzględna, choć załzawiona. Nie bardzo więc można się nią szczycić, gdy nabierze się jakiego takiego dystansu do siebie i świata, pewnie dlatego w wieku dojrzałym skrywana bywa skrzętnie jak wstydliwa choroba, w końcu zapomniana, wyparta. Albo staje się mitologią.

Czasem jednak odnajduje się ta młodość po wielu latach, odkrywamy ją znowu, późno, na progu starości, przez roztargnienie albo sklerozę, oto rozglądamy się dokoła, jakbyśmy byli tu pierwszy raz albo jakby nagle otworzyły się nam oczy, wystarczająco szeroko w końcu.

Patrzymy więc tymi wytrzeszczonymi oczami wokół siebie, zdziwieni, odkrywając, dokąd żeśmy doszli i zastanawiając się, czy przypadkiem nie ma stąd odwrotu albo choćby drogi ewakuacyjnej, a tu nagle coś lub ktoś włazi nam w kadr, całkiem blisko, wypełniając go sobą.

To może być coś nowego, jakiś dar, cios albo wyzwanie, coś w każdym razie, czego się już nie spodziewaliśmy, albo ktoś nowy, obcy, kto tylko przechodził obok i teraz zastanawia się, po co się zatrzymał; ale może też być to coś zwyczajnego, codziennego, dostrzeżonego nagle w świetle padającym pod innym kątem albo ktoś niby dobrze znany, od lat jak od wieków, kto nagle okazuje się kimś innym, to znaczy jest tą samą osobą, ale jednak inną niż wydawało nam się dotychczas, i ani ta osoba, ani ty nie wiesz, co się wydarzyło, co się stało tak nagle, w chwili, gdy – gdy co?

Wtedy jakże pomocna jest skleroza, bezpamięć, która pozwala zapomnieć, nie pamiętać, jak się to wszystko skończy, choć przecież zakończenie takich epifanii, w wielu, tak wielu jego wariantach dobrze już znasz i jest ono zawsze prawie takie samo, ale nie pamiętasz, jaki wariant zdarzy się tym razem, przecież zapominasz coraz więcej, mylą ci się daty, twarze, słowa. Zapominasz, więc możesz jeszcze raz spróbować, nie, nie „możesz” – musisz, przecież musisz przypomnieć sobie to zakończenie, zakończenie tej jeszcze jednej historii. Nie wypada go nie znać, przecież, w tym wieku.

Do sklerozy nikt się oczywiście dobrowolnie nie przyznaje, więc takich poruszonych sklerotyków spotyka się nieczęsto. Może to zresztą wcale nie sklerotycy, lecz wiecznie zieloni straceńcy, ryzykanci, którzy sklerotyków tylko udają, oszukują pamięć, bo wbrew doświadczeniu wciąż mają nadzieję, że tym razem będzie inaczej, ale nie pytajcie ich jak, bo i tego nie wiedzą. Wydają się śmieszni ludziom normalnym, grającym tak, jak przeciwnik – czyli przemijanie -pozwala.

Zdarza się także, że i ci rozsądni, już pogodzeni z przemijaniem, wyciągną sobie swoją młodość przez przypadek, niespodzianie, z jakiejś wewnętrznej kieszeni mózgu. Chowają ją wtedy natychmiast, jeszcze głębiej, przerażeni, w obawie, że ktoś ich przyuważy i wyśmieje. A jeszcze bardziej boją się, że to młodość zauważy ich, gdy jej oczy znów przyzwyczają się do słońca, i zechce z nimi zostać. A po co komu taki kłopot, nikt pod słońcem nie chce kłopotów, a co dopiero tutaj, gdzie tego słońca i tak jest niewiele.

Ale ta młodość, odkryta na nowo, niechciana i odrzucona, wciśnięta znów w zduszoną kieszeń pamięci, złachanej jak stara marynarka, nie jest jednak bezbronna: w końcu i tak ogra zdrowy rozsądek, i zemści się z tym szczególnym, nieuważnym okrucieństwem właściwym właśnie młodości, wracając jako zdziecinnienie.

 

***

Czytam ten fragment zanotowany kiedyś i nie mogę sobie przypomnieć, kiedy? Żebym przynajmniej pamiętał czemu tak serio? Dla czego? Dla kogo? Zapomniałem.

Zapomniałem? A może tylko uciekam, z gębą w rękach? Żeby nie przepowiadać sobie tamtego zdania, jednego z ostatnich zapisanych w „Kronosie”: Skleroza, nic nie robię, słabość. Pogody wciąż fatalne.

Rzeczywiście fatalne. Tej nocy obudził mnie esemesowy alert: Uwaga! Dziś (9.03) wieczorem i w nocy bardzo silny wiatr. Unikaj otwartych przestrzeni. Zabezpiecz rzeczy, które może porwać wiatr. Zostań w domu jeśli możesz.

Zostałem. Była trzecia trzydzieści jeden. Nie mogłem już zasnąć, grzebałem więc w notatkach i w pamięci, zapominając, że rzeczywiście bezpieczniej unikać jej otwartych przestrzeni.

Ale przecież i tak rzeczy, które może porwać wiatr, nie da się zabezpieczyć.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2020 Muzeum Literatury