Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 15 listopada 2011

Dziś będzie osobiście, jak na blog przystało. W sobotę: niby sto lat, i jeszcze raz, i jeszcze, ale smutek w oczach Półwiecznej, smutek, nie smutek, zdziwienie, że już, że tyle, że to tak szybko. Normalne, wiem, bo sam to samo, rok wcześniej. To samo, nie tak samo, bo przecież kobiecość bardziej liryczna, nostalgiczna, co by nie mówić, poprawnością się nie przejmując. Pół wieku było, nie było. Było, bo boli po cichu.

Za oknem słońce, ostatnie tej jesieni. We Wsoli niedawno koncert na temat – jeśli liryka ma jeszcze jakieś imię, to na pewno nazywa się Magda Umer. Pierwsza piosenka koncertu i płyty, której potem słuchamy świętując półwieczność, nie jest optymistyczna. Jest pesymistyczna, ale jakoś tak pogodnie. Pyta Przybora w rytm Wasowskiego: jak zatrzymać tę chwilę jesienną/ – plamę słońca na słot długim paśmie/(…)Jak zatrzymać chwilę tę?/ Jak jej nie dać odejść w mgłę? Po koncercie mówię, że jeśli ktoś ze słuchających nie wiedział, że piękno jest smutne, zaś smutek może być piękny, już wie. Magda Umer ma odwagę przemijania, jej piękna twarz jest coraz dojrzalsza i nie próbuje tego skrywać. Pogodzona, ale nie zrezygnowana.

Lepiej być ze swoją twarzą pogodzonym, by nie przeżyć przerażenia, choćby metafizycznego, ale zbyt gwałtownie przybliżającego do końca. Obsesyjny obrazek u Aleksandra Wata, którego ja obsesyjnie cytuję co i rusz: wyjście z ciemnego kina w rozświetloną ulicę i w lustrze sklepowej witryny obca, zmęczona, zmięta twarz starego człowieka, która po chwili okazuje się własną twarzą. To doświadczenie chyba z natury poetyckie, skoro i W.H. Auden pisał o czymś podobnym: Niemożliwe jest świadome podejście do lustra bez ułożenia lub „zrobienia” specjalnej twarzy, a jeśli nieświadomie spojrzymy na własne odbicie, rzadko rozpoznajemy siebie samych. W tym samym eseju pisze Auden, że każdy z nas niesie przez życie lustro, niepowtarzalne i nieodłączne jak cień. W jednych zwierciadłach jesteśmy powiększeni, w innych pomniejszeni, inne dają obrazy posępne albo komiczne, ironiczne albo przerażające. Ale cechy naszego własnego lustra nie są tak ważne, jak chcielibyśmy czasem myśleć. Będziemy sądzeni nie za lustro, które przy nas znajdą, lecz za użytek, jaki z niego zrobiliśmy, za naszą odpowiedź na nasze odbicie.

Półwieczność to moment, gdy dotkliwiej niż uprzednio dociera do nas prawda o lustrach, o lustrzanych złudzeniach i oszustwach. To także czas, gdy zaczynamy rezygnować z odbić, zwierciadlanego błyszczenia, podobania się, krygowania. Coraz bardziej wiemy, że nas nie będzie i dlatego łatwiej nam nie patrzeć w lustro, nie wpatrywać się krótkowzrocznie w coraz bardziej zamglony obraz. Prawdopodobnie znamy już odpowiedź: Jak zapobiec odejściu tej chwili, która z odejść się składa aż tylu? Chyba tylko tę furtkę uchylić i przez furtkę tę odejść z tą chwilą. Tak, tak- wraz z jesienną chwilą tą – odejść, zasnuć siebie mgłą- odejść, zasnuć siebie mgłą- mgłą.

I najzgrabniej byłoby tę urodzinowo jesienną pisaninę zakończyć, wyciszyć cytatem ze śpiewanej przez Magdę Umer kołysanki Osieckiej: Ach śpij, kochanie, śpij/ Przemijasz – to wszystko -/ Już blisko… już blisko../ Wystarczy za wydmę, wystarczy za morze… Ale to byłoby za łatwo, puentę taką rzucić i czekać. Za łatwo i za wcześnie. Więc jeszcze ta anegdota z początku koncertu, kiedy to Magda Umer przedstawiała swoich muzyków, z niepokojem zerkając na puste krzesło i pozostawiony przy nim akordeon, a kiedy sala zaczęła chichotać i poklaskiwać żart jakiś podejrzewając, zaskakująco młodzieńczy głos Wojciecha Borkowskiego, który od fortepianu się zerwawszy, rozganiając tym zerwaniem otaczającą go mgiełkę jesiennego spleenu, zawołał: ja go w garderobie zamknąłem, chyba. I wybiegł.

Półwieczna moja uśmiecha się słuchając tej anegdoty. I dobrze, przecież to pół to dopiero pół, i co z tego, że dłuższe. Jeszcze w zielone gramy – śpiewa Magda Umer na bis. Jeszcze nie umieramy. Więc bis, moja Półwieczna. Więc bis.

Data dodania: 9 listopada 2011

A jedenastego jesień, nie Polskę zobaczę. Ma być jeszcze polska, złota, więc psy zawołam, szalik już chyba zawiążę, nad barwą jego się nie zastanawiając, kaptur na głowę zaciągnę, ale nie dla niepoznaki, a od zimna. I pójdę niespiesznie przed siebie, bo wreszcie wolny jestem na tyle, by wolnym być także od manifestowania wolności.

Dosyć. Nie dam sobie wmówić, że przeniesienie książki z półki na inną półkę przez prywatną firmę to starcie cywilizacji życia z cywilizacją śmierci i zamach na wolność słowa. Nie wlepię sobie wlepki w obronie zakonnika, który przed półwieczem oddał swoją wolność w pacht posłuszeństwa przełożonym, nie wiedząc przecież, czy mędrcami oni będą czy głupcami. I nie dam sobie wmówić, że zadymiarze blokujący nawzajem swe przemarsze są obrońcami mojej wolności, a choć mi jedni bliżsi od drugich, to boję się ich będę jeszcze bardziej, bo łatwiej mnie mogą namówić, bym ich poparł. A przecież tak jedni, jak drudzy stosują przemoc nie tylko retoryczną, manipulują i grają na emocjach, oczywiście w obronie słusznej sprawy. Jedynie słusznej, tak słusznej, że na widok tej słuszności ciarki mi chodzą po plecach. Szczególnie, gdy verba wbijają pięściami w żebra, by w końcu odróżniać się od siebie tylko barwą szalika twarz skrywającego.

Rzecz jasna, dyskutować trzeba i o książce Szczuki, i o drastycznych protestach obrońców życia poczętego, i o pojmowaniu przez kościół katolicki wolności słowa odmienny od liberalnych definicji. O prawie i sumieniu, o władzy państwa i swobodach obywatelskich, o wierze i niewierze, prawdzie i nie. Ale dyskutować odnosząc te ważne kwestie do indywidualnego doświadczenia, wrażliwości, życia i losu, a nie ideologicznych konstruktów, nie na zawołanie medialnych klaunów z szołbiznesu czy – to przecież prawie to samo – postpolityki. Dyskutować mając minimum wspólnych słów i sensów, a nie wspólny bazar zamiast agory. Na szczęście jest literatura.

Więc jedenastego pójdę powoli przed siebie, pogwizdując na psy po cichu, bo nawet porządnie gwizdać nie potrafię. Spróbuję za to porządnie pomyśleć o pewnym zapisie indywidualnego doświadczenia, o którym nie mogę zapomnieć od kilku miesięcy. O prozie, którą również próbowano poddać ideologicznej obróbce, ale raczej bezskutecznie. Mówię o „Obsoletkach” Justyny Bargielskiej, cieniutkiej książeczce napisanej dziwną, chorobliwie powykręcaną i połamaną polszczyzną, przypominającą trochę polszczyznę Leo Lipskiego z jego boleśnie ekstrawaganckich eksperymentów prozatorskich, mierzących się z podobnie okrutnym, niemedialnym wymiarem życia i śmierci.

Justyna Bargielska swoją nagrodzoną w Gdyni książką znalazła się (bezwiednie?) w samym środku ideologicznego sporu o to, w którym momencie zaczyna się człowiek. Odpowiedź kardynalnie różni obrońców życia poczętego i obrońców prawa do aborcji. Bargielska w tym sporze jakoś uczestniczy, ale nie daje się wpisać w ideologiczny schemat. Unieważnia ideologiczną zerojedynkowość samym wyborem tematu swojej prozy: pisze o ludziach, którzy poronili, o kobietach i mężczyznach, którzy nie mogą nawet pochować swojego dziecka, bo medycyna i obyczaj odmawiają mu prawa do godnej śmierci, pogrzebu i pamięci . Bo urodziło się martwe. „Czy sformułowanie urodził się martwy jest zgodne z konstytucją? Bo z logiką – nie jest” – pada pytanie w „Obsoletkach”. I tak zdanie po zdaniu, rozdział po rozdziale podważa Bargielska nasze przyzwyczajenia językowe i myślowe. Zdejmuje z nas ideologiczną władzę języka, konfrontując go z „nagą rzeczywistością”, czyniąc z niego bardzo literacki użytek – narzędzie do zapisania pojedynczego losu, cierpienia, rozpaczy, bezradności i radości bez pocieszenia.

„Zawołał na położną, żeby przyniosła słoik, podłubał znowu, wyjął ze mnie jakiś kawałek czegoś i wrzucił do słoika. Położna nakleiła poloplast z moim nazwiskiem, kazała mi się przebrać w koszulę nocną i poszłyśmy na oddział. Podziemiem, bo oddział był w innym bloku szpitala. Słoik niosła położna. Na oddziale zrobili mi USG. Lekarz uprzedził, że usłyszę różne dźwięki, ale że żaden z nich nie będzie biciem serca mojego dziecka. – Oj, no wiem – obruszyłam się. – Przecież serce mojego dziecka jest w słoiku”. Niewiele takich zdań, tak mocnych fragmentów napisano po polsku. Pamiętacie Borowskiego: między jednym a drugim kornerem…?

O to, na której półce powinna znaleźć się książka Justyny Bargielskiej, pewnie nikt ważny się nie pokłóci. Nikt ważny dla mediów, które świata nie widzą poza zadymami miłośników wolności i wolność tę kochających inaczej. Ja tej książki wciąż nie potrafię odłożyć na półkę, bo mam wrażenie, ze powinienem czytać ją jeszcze raz i jeszcze, w absolutnej ciszy.

Więc kiedy dojdę do końca ścieżki, coraz bardziej podobnej do ugoru, przez który wiedzie, poczekam na psa, nie wierząc, że tak od razu porzuci świeży zapach zwierzyny. Przystanę pod lasem, przy brzozach, które kiedyś zasadziłem, a teraz zadziwiają mnie, że tak szybko rosną i pewnego dnia, gdy zacznie się budowa drogi, wszystkie pójdą pod topór zanim puszczą soki. W ciszy posłucham trzasku gałęzi, strzelających pod ciężarem przedzierającego się przez las wielkiego czarnego kudłacza z wywieszonym na ukos czerwonym jęzorem. A wieczorem będę tak zmęczony, że może uda mi się nawet nie włączyć telewizora i nie zobaczyć, kto w walce o rząd dusz narodowych mocniej wbijał swe idee w rubaszny czerep przeciwnika.

Data dodania: 24 października 2011

Wszystko łączy się ze sobą poza czasem. To można wyczytać u Aleksandra Wata. Długo nie mogłem zabrać się za lekturę korespondencji jego żony i Czesława Miłosza. Bo w czytaniu cudzych listów, choćby zgodę na ich publikację dali autorzy czy ich spadkobiercy, jest coś staroświecko nieprzyzwoitego. Szczególnie, gdy listy te opowiadają o bólu i śmierci.

Sięgnąłem w końcu po nie sprowokowany rozmową z Ritą Gombrowicz podczas jej niedawnego pobytu we Wsoli. Poprosiłem panią Ritę o krótką wypowiedź dla naszego archiwum i projektowanego portalu. Czasu było mało, więc pytanie musiało być proste. Pytając jak pamięta Gombrowicza i jak by chciała, byśmy go pamiętali, nie bałem się banału, bo wiedziałem, że ustrzeże nas przed nim odpowiedź.

Co Rita Gombrowicz pamięta jako najważniejsze? Poczucie humoru i ironię Gombrowicza, taką codzienną, nie pozwalającą lenić się myślom i uczuciom. Zapamiętała też sceny ostatnie: pokonany już przez astmę i chore serce Gombrowicz, powalony, bezsilny, macha do niej słabą ręką z łóżka, w geście pozdrowienia? pożegnania? czułości? Poruszające: ten gest powtórzony przez panią Gombrowicz w muzealnym wnętrzu, pod wielkim zdjęciem przedwojennej Wsoli i przedwojennych Gombrowiczów, a potem prostota zamykającego wypowiedź wyznania, wypowiedziana po dwóch godzinach uczonych słów i zdań: kochałam go bardzo i kocham go coraz bardziej. Im dłużej go nie ma, tym bardziej. To wyznanie nie zabrzmiało jak skarga mającej żal do losu kobiety, lecz jak mocne słowa osoby, która najbliższego człowieka nie porzuciła także po jego śmierci.

Małżeństwo Watów to oczywiście inna historia, ale na koniec podobna. Byli ze sobą nieporównanie dłużej niż Rita i Witold, choć przecież Ola Watowa mogła przez pewien czuć się jak wdowa, gdy nie wiedziała, czy Aleksander żyje, czy nie umarł w zamarstynowskiej celi. A potem to ona była bohaterką odysei, gdy wracała do męża przez naprawdę nieludzką ziemię, z synem, którego dla nich ocaliła. Opisała potem tę odyseję w książce, którą nazwała „Wszystko, co najważniejsze”. Książka została nawet zekranizowana, ale film był porażką, bo reżyser nie ustrzegł się sentymentalizmu. Wstrząsający banał życia trudno przekłada się na język sztuki.

Zbiór korespondencji Oli Watowej i Czesława Miłosza, prowadzonej po śmierci Aleksandra, nosi tytuł „Listy o tym, co najważniejsze”. Wat odchodził w poczuciu winy, rezygnował z życia, przemienionego w piekło przez nieustanny i nieuleczalny ból, nie przestając myśleć o żonie. Zostawił list, kartkę „zatytułowaną” NIE RATOWAĆ, prośbę o przebaczenie i błagalny nakaz do żony: „Myśl, że skończyła się moja męczarnia, nawet Ty nie znałaś jej głębi całej. Kochana, żyj”.

Podobieństwa i niepodobieństwa. Rita Gombrowicz przeżyła z Gombrowiczem zaledwie ułamek czasu, który dany był Watom. Obie wdowy jednak stały się strażniczkami słów swoich mężów. Wiernymi i stanowczymi, choć są i tacy, którzy twierdzą, że zbyt rygorystycznymi i władczymi. Zapłakana słodycz jest jednak cechą wdów z latynoskich i hollywoodzkich filmideł, życie – także życie literackie – stawia inne warunki. Gdy czyta się listy Oli Watowej, gdy słucha się Rity Gombrowicz, staje się jasne, że łączy je coś jeszcze: pamięć bólu ich najbliższych. Bólu, który był może najważniejszym tematem ubiegłego wieku, ich wieku.

Drugiego września 1967, kilka tygodni po śmierci Aleksandra Wata, Czesław Miłosz napisał w liście do Oli Watowej: „… towarzyszy mi refleksja o naszej znikomości i bezbronności. Miałem sporo rozmów z Gombrowiczem w Vence i o porządku jego myślenia świadczy to, że ból jest dla niego głównym zagadnieniem i kontrolerem wszelkiej filozofii, ból fizyczny, a mnie się też wydaje, że to słuszna hierarchia, że wszystko inne mniej ważne.” Trzy dni później Ola Watowa odpisywała Miłoszowi, relacjonując zmagania z zapiskami męża i własną rozpaczą: „Rozpaczliwie staram się to odczytać i wszystko, wszystko, najbardziej oderwane tematy, wydają się uderzać przeciwko mnie, bo zawsze jest w nich jego cierpienie i samotność w cierpieniu.”

Ta nieuchronność samotności to też jedno z odkryć tamtego wieku. Poza tym wszystko łączy się ze sobą poza czasem. Wszystko, co najważniejsze. I trwa w pamięci.

Data dodania: 17 października 2011

Diabli nadali tę kulturę. W kampanii wyborczej prawie nie istniała. Bo nikogo nie obchodzi? A może obchodzi, ale głównie tych, których już nie obchodzi polityka, więc po co o nich zabiegać?

Najważniejszym tematem kulturalnym w tej kampanii była kwestia, czy piosenkarz Nergal powinien być jurorem w tandetnym show nadawanym przez telewizję publiczną. Dla tych, którzy nie wiedzą: Nergal to wokalista, który na estradzie przebiera się za satanistę i dla skandalu a to Biblię porwie na kawałki, a to odgrywa księdza uzdrawiającego kalekich. Zaś telewizja publiczna to taka telewizja, która ma misję edukacyjną i kulturalną. W teorii, bo w praktyce TVP uprawia misję komercyjną: tyle misji, ile kasy, do diabła!

Dyskusja o Nergalu stała się dyskusją o wolności słowa artystycznego. Na wyrost. Dla mnie sprawa jest prosta: Nergal w programie rozrywkowym telewizji publicznej występować nie powinien, ale nie z racji swego rzekomego (marketingowego?) satanizmu, lecz dlatego, że telewizja publiczna takiej rozrywki nie powinna w ogóle pokazywać. Chyba że zrezygnuje z abonamentu.

Do diabła tam z Nergalem, jego prowokacjami i kasą TVP. W jeden z wrześniowych weekendów rozanieleni seniorzy mogli za darmo napawać się kulturą w publicznych placówkach. Wszystko to w ramach programu „60 + kultura”, który ma pomóc osobom z racji metrykalnych i materialnych wykluczanym z udziału w kulturze. Muzeum Gombrowicza do ministerialnego programu przyłączyć się nie mogło, odkryliśmy bowiem, że od dwóch lat realizujemy nie tylko program „60 + kultura”, ale także 50+, 40+, i tak dalej +. Za zwiedzanie muzeum i udział w naszych wydarzeniach nie żądamy bowiem opłaty. Prosimy natomiast, by ci, których na to stać, przekazali nam anonimową dotację. Po przeliczeniu wpłat okazało się, że zebraliśmy mniej więcej tyle, ile uzyskalibyśmy z biletów sprzedawanych po rozsądnej cenie. Oczywiście gdyby płatna „frekwencja” była równie liczna jak ta „darmowa”.

Nasza argumentacja jest prosta: skoro i tak placówki kultury utrzymywane są z podatków wszystkich mających dochód obywateli, to dodatkowe opłaty za korzystanie z naszej oferty powinni ponosić tylko ci, którzy uważają, że ich na to stać. W ten sposób nie tylko nie zamykamy nikomu dostępu do kultury, ale i racjonalizujemy koszty działalności: artyści chętniej obniżają stawki za udział w imprezie niekomercyjnej, zaś sponsorzy chętniej sięgają do portfela. Pomysł zapewne do dyskusji.

O systemie finansowania kultury nikomu jednak w kampanii dyskutować się nie chciało. TVP zorganizowała co prawda jedną debatę na ten temat, ale jej bohaterami stali się politycy, którzy kompletnie zdominowali zaproszonych twórców. Przy wydatnej pomocy prowadzących dyskusję dziennikarzy, którzy pospiesznie przerywali każdą sensowniejszą wypowiedź, ale na koniec znaleźli kwadrans, by namawiać do płacenia abonamentu RTV. Diabła tam kultura!

Debata pokazała jednak anachroniczność myślenia polityków o kulturze, szczególnie tej poza rogatkami wielkich miast. Chwalili się oni, że do szkół przywrócono lekcje muzyki i plastyki, że do prowincjonalnych bibliotek kupuje się książki, a do niektórych nawet komputery, dając w ten sposób „wykluczonym” narzędzia uczestnictwa w kulturze. Ale przecież to zaledwie minimum: bez edukacji kulturalnej i jej infrastruktury nie ma dziś nowoczesnego społeczeństwa.

Trzeba jednak czegoś więcej, bo dzisiaj nie wystarczy Jankowi Muzykantowi kupić skrzypeczki, by został wirtuozem. Musi najpierw odkryć, że ma w ogóle taka potrzebę. A to da się zrobić jedynie przez uczestnictwo. Ci „wykluczeni”, bo mieszkający z dala od centrów kultury, muszą mieć okazję obcowania z prawdziwą sztuką na żywo, a nie poprzez niszowe kanały telewizji publicznej czy fragmenty na You Tube. W telewizji czy na tanim laptopie Janko może sobie co najwyżej posłuchać Nergala. Pozostanie jednak w sytuacji wiejskiego biedaczyny, podglądającego kulturę wysoką przez pańskie okno. Państwo musi mu pomóc w dostępie do ważnych wydarzeń kulturalnych. Trzeba je (czytaj: ich finansowanie) zdecentralizować. I to szybko, zanim nie będzie za późno. To także interes polityków. Bo kiedy Jaś zamiast na koncert, spektakl lub seans trafi na ławeczkę pod sklepem, pierwsi pożałują właśnie oni, decydujący o kulturze politycy. Głupszy Jaś zagłosuje nie na nich, ale na ich głupszych konkurentów. Swój do swojego po swoje.

W tej kampanii poważnej rozmowy o kulturze nie było. Może będzie w następnej. Tylko czy Jaś, do diabła, doczeka?

Data dodania: 23 września 2011

Nie zadałem go Kazimierzowi Głazowi, który gościł we Wsoli niedawno. Pewnie nie zadam go również Ricie Gombrowicz, która odwiedzi nas wkrótce. Bo pytanie jest niepoważne, może nawet śmieszne. Ale nic nie poradzę na to, że dręczy mnie od dawna. I kusi, by postawić je właśnie tu, na poważnej stronie dostojnego muzeum.

Jakimś usprawiedliwieniem może być dla mnie cytat z Andrzeja Stasiuka, który również na tej stronie się pojawia: „świat pełen jest szczegółów, od których zaczynają się historie”. Czy jakaś historia wysnuć się może z faktu, że spośród zwierząt Gombrowiczów z okresu Vence to pies Psina stał się sławny, spychając w cień kota o imieniu Autostop? Dlaczego tak się stało? Pies, jak wspominał pan Kazimierz, wystąpił nawet we francuskiej telewizji w audycji o Gombrowiczu. O kocie pan Głaz nawet się nie zająknął. Oczywiście można poprzestać na racjonalnym wytłumaczeniu, że kot Autostop mieszkał z Gombrowiczami krótko, krócej niż Psina, jeden sezon zaledwie. I że nie biegał po Vence jak Psina, podstawiając łeb do głaskania i machając rozradowanym ogonem. Ale mnie to wytłumaczenie nie wystarcza, bo kiedy słyszę jakąś kocią historię, mam wrażenie obcowania z tajemnicą. Mroczną jak opowieści o kotach.

Autostop był przybłędą, którego Gombrowiczowie po prostu znaleźli. Znaleźli? A może on ich znalazł? Może chodząc swoimi ścieżkami postanowił właśnie im zajść im drogę? Skrzyżować ich ścieżkę ze swoją. Niepoważne? Może i tak, ale znam podobne historie, o kotach, które przychodziły i odchodziły, kiedy chciały. Czasem ich przyjścia i odejścia miały sens, zbyt osobisty, by o nim tu opowiadać. Ale że koty wybierają ludzi, by korzystać z ich opieki, którą czasem wynagradzają, jestem przekonany. Jeden z przykładów mam w domu, od kilku lat. Ma szylkretowe umaszczenie, zielone oczy, białe, niesamowicie długie wąsy i sposób miauczenia, który brzmi jak najczarniejsza rozpacz i którym terroryzuje nas, wymuszając, co chce – kocie przysmaki i bezwzględną uwagę. Właściwie nie ma imienia, choć ma ich wiele. Gdy przyjęliśmy ją do domu, wyglądała jak siedem nieszczęść, nastroszony pstrokaty kłębek, który gdy nie spał, był w nieustającym ruchu, jakby zabiegać chciał nieszczęśliwy początek żywota. Nazwaliśmy ją Mała Mi, od sympatycznej postaci z Doliny Muminków, ale im dłużej u nas mieszkała, im czuła się bezpieczniejsza, tym mniej miała w sobie sympatycznej słodyczy, zaś więcej rozwrzeszczanej rudawej ruchliwości. niszczącej meble, tapety i ciszę. Aż w końcu przestaliśmy nazywać ją imieniem, które nie przystawało już do istoty. Zaczęliśmy mruczeć pod nosem: diablica.

Ona też nas znalazła i historia o tym, jak nas wybrała, to taka kocia „opowieść wigilijna”. W wigilię Wigilii, w bardzo mroźny wieczór po prostu zaszła drogę synowi, kiedy wracał do domu. Łaciate, wielobarwne maleństwo na zlodowaciałym śniegu, krzyczące tak przeraźliwie, jakby za chwilę miało zamarznąć albo oszaleć ze strachu. Najpierw miała być u nas kilka dni, ale została na zawsze. Właściwie nie wiadomo dlaczego? Nie chcieliśmy pozbywać się z domu dowodu naszej dobroci i wrażliwości na los braci mniejszych? Wzruszyła nas opiekuńczość starego kota, który zajął się maleństwem z troskliwością, którą szybko poddaliśmy antropomorfizacji, bo przecież cały świat jest skonstruowany na naszą miarę? A może bezbronne i przytulne stworzenie wyzwalało w nas tę delikatność, o której już wątpiliśmy, by kiedyś istniała?

Oczywiście mógł tym wszystkim porządzić przypadek. Zbieg okoliczności, los, zwierzęce fatum. Więc nie ma o czym mówić? Opowieść o Lessie, która pokonała setki mil, by udowodnić psią wierność, opowieści o bernardynach, wyciągających ludzi spod śniegu i ogrzewających ich własnym ciałem, opowieści o psach, które latami wyczekują na powrót pana w miejscu jego śmierci, a nawet opowieść o psie, który lubił jeździć koleją – te wszystkie historie mają jasny sens, wzruszają nas bez reszty i nikt się nie będzie zastanawiał, że i one mogą być dowodem na istnienie instynktu oraz gospodina Pawłowa. Tradycyjnych opowieści o kotach lepiej w tym miejscu nie powtarzać, bo jeszcze przypadkiem przeczytają dzieci… Koty z tych ludowych horrorów są wredne, bezwzględne, niezależne i przede wszystkim niepojęte. Są tak różne od bohaterów wzruszających czytanek o dobrych ludziach i jeszcze lepszych uczłowieczonych psich przyjaciołach, że budzą lęk, czasem obrzydzenie. Irracjonalne, inne.

W roku 1223 papież Grzegorz IX oficjalnym dekretem uznał kota za wspólnika czarownicy i diabła. Nienawiść do kotów sięgnęła szczytu po pierwszej krucjacie. Koty jako symbol Araba i Szatana, jako ich podstępne wcielenie, były torturowane i palone na stosach. Gdy czytam o tym, Mi, duża już i niezależna, przygląda mi się zielonymi szparami swoich oczu, z ponurą uwagą, znieruchomiała na skraju biurka. A ja zastanawiam, na ile te straszne, zachowane w tradycyjne kulturze i jej przekazach, opowieści o kotach są opowieściami o nas samych, takich jacy jesteśmy, a nie jakimi siebie sobie wyobrażamy?

Data dodania: 13 września 2011

Wiszą. Na parkietach i na mostach, na ścianach blokowisk, drzewach, płotach i opłotkach, oknach autobusów, słupach i latarniach. Weź mnie, jestem najlepszy, najatrakcyjniejszy – krzyczą niemo twarze kandydatów na wybrańców. Kolejna odsłona marketingowej demokracji, w której o wyborze gatunku kiełbasy i wyborze politycznym decydują te same sztuczki i złudzenia.

Kolejna kampania wrześniowa rozgrzewa graczy i ich polityczną publikę do czerwoności. Ale i w nas, zwykłych przechodniach, budzi emocje, choćbyśmy ich unikali. Tak ma być, na tym polega marketing. Sztuka ściemy. Język kampanii nie jest językiem debaty, nadaje się co najwyżej do debatowania o braku debaty. To, co debatami nazywają telewizyjni dziennikarze, to bijatyka na ringu, sędziowana przez zegarmistrzów. Pański czas się już skończył – krzyczą do przekrzykującego swojego przeciwnika polityka, który ma nadzieję, że jego czas dopiero się zaczyna. Widzowie słuchają, ale nie słyszą, bo i nie mają czego słyszeć. Wyłączają telewizor i wyłączają się z wyborów. Pozostali – widzący, a nie słyszący – głosują na tych, co krawat mają ślicznie zapięty. Koniec widowiska.

Jest jeszcze jedno wyjście: wyłączyć fonię, skupić się na obrazie, na twarzach, na minach i grymasach, uciekających lub łaszących się do kamery spojrzeniach, uśmiechach i zaciskaniu ust. Bo to „prywatna estetyka powołuje do życia postawę etyczną i rozumienie historii”. Taka kolejność rzeczy – twierdził Josif Brodski – czyni nas wolnymi i daje nam wybór. Gdy zaczyna się pora politycznych burz, wracam do esejów Brodskiego, by przypomnieć sobie właściwą miarę dystansu. W przestrzeni publicznej zaczął się wysyp twarzy klejonych na płótnie, tekturze i paździerzu, więc sięgnąłem po „Sprawić przyjemność cieniowi”, hołd poety dla poety i poezji, ale nie tylko.

Esej o Wystanie Audenie to także tekst o czytaniu twarzy. „Nie trzeba być Cyganem albo Lombroso, aby wierzyć w odpowiedniość pomiędzy zewnętrznym wyglądem jednostki a jej postępkami: ostatecznie na tym właśnie opiera się nasze poczucie piękna” – pisze Brodski o zależnościach estetyki i etyki. Wspomina, jak wyobrażał sobie twarz Audena i jak w tej twarzy rysują się zdania jego wierszy, a potem spędzał godziny nad wyszperanym gdzieś w końcu maleńkim portretem fotograficznym. „Ogromnie lubiłem proces wysnuwania domysłów z owej fotografii o rozmiarach znaczka pocztowego. Zawsze szuka się po omacku jakiejś twarzy, zawsze się pragnie, aby ideał oblókł się w ciało…”. Wie o tym nie tylko poeta, spece od politycznego marketingu również.

Nie jestem oczywiście aż tak naiwny, by namawiać kogokolwiek do poetyckiego szukania znaczeń w retuszowanych komputerowo podobiznach porozwieszanych dokoła. Ani tym bardziej do czytania wierszy przed pójściem do urn. Przecież „społeczeństwo nie ma wobec poety żadnych zobowiązań. Będąc większością na mocy definicji, widzi przed sobą inne możliwości niż czytanie wierszy, choćby najlepiej napisanych. Ale nieczytanie wierszy sprawia, że społeczeństwo osuwa się na taki poziom wysłowienia, na którym staje się łatwym łupem demagoga lub tyrana”. Dlatego właśnie proponuję, by na chwilę wyłączyć fonię, zatrzymać stopklatkę, przystanąć przed latarnią i przyjrzeć się twarzom kandydatów na wybrańców. Z Brodskim w pamięci, by „nie pomylić demagoga z półbogiem”.

Pewnie nie sprawiam przyjemności cieniowi, wpychając go w kontekst mizernej kampanii politycznej. Nie miał złudzeń co do historii czy polityki, choć nie był też klerkiem. Nie wierzył, że estetyka kiedykolwiek będzie decydować o wyborach społecznych, a społeczeństwo zasłucha się w głos starego poety. Ale znał też cenę społecznej głuchoty. Ostrzegał: „…społeczeństwo będzie słuchać, co mówi polityk w podobnym czy nawet starszym wieku – ale nie, co mówi poeta. Kryje się za tym szereg przyczyn, od antropologicznych do lizusowskich. Lecz wniosek jest prosty i nieunikniony: społeczeństwo nie ma prawa się skarżyć, jeśli polityk je wykończy”.

Data dodania: 29 sierpnia 2011

Nie wszystko jest literaturą, ale literatura jest wszędzie. Także w piłce nożnej, o czym dobrze i od dawna wiedzą felietonista Pilch i redaktor Wołek. Jeśli literatura jest (także) zaskakującą grą słów i zmaganiem form, to mecz Legii ze Spartakiem* był prawdziwą literaturą. Narodową i w formie, i w treści.

Gol! Goooool! Gool! Janusz! Gol! – wrzeszczeli komentatorzy, gdy piłkarz Janusz Gol w samym końcu meczu strzelił zwycięską bramkę dla Legii. – Gol Janusz! Gol! Goool Gol Goool!. Gra słów jak w tekście poetyckim, a i sama bramka jak poezja, odrywająca się od ziemi, poza czasem. (To znaczy strzelona w doliczonym czasie gry, głową, z wyskoku). Wcześniej mieliśmy dramat i horror, gdy Rosjanie w dwadzieścia kilka minut strzelili dwie bramki i wydawało się, że jest po meczu. Ale było jak u Hitchcocka, mistrza trzymających w napięciu scenariuszy. Napięcie rosło, a Polacy walczyli jak lwy, szarżowali jak husaria pod Wiedniem albo raczej Kłuszynem. Kopali, atakowali ciałem, strzelali, nie cofali nóg, rąk ani innych części – istny epos bohaterski. „Pieśń o Rolandzie” na sztucznej trawie przy akompaniamencie tłuszczy ryczącej w kółko jedyne słowa wyuczone po polsku: Leeegia! Kuu…a!, z całkiem poprawnym akcentem. Tak legioniści polonizowali Wschód. Bogowie byli z nimi, a także tradycja, historyczna i literacka.

Trener legionistów niczym Wernyhora wieszczył przed wyjazdem nasze zwycięstwo. Nie z formy piłkarskiej jednak je wywodził, nie ze składu, z którego wypadli najlepsi, ale z tego, że piłkarze polscy (i Polacy w ogóle) właśnie „w obliczu takich niekorzystnych zbiegów okoliczności potrafią wykrzesać z siebie takie rezerwy, jakich na co dzień nie pokazują”. Polak potrafi, jak musi, bo tak nauczyła go historia i literatura, w szkole do głów wbijana. „Dziady”, „Konrady” i „Kordiany”, Sowiński w okopach woli, a kto Polak na bagnety, hej, okupacje-konspiracje, Samossiery, Kmicice i inne Sienkiewicze, , jak to na wojence ładnie czwórkami do nieba szli, a lato było piękne tego roku.

Wiedział trener Skorża, że Polak, gdy go za mocno biją, gdy do muru przyprą i krzyżyk na nim postawią, to wierzgnąć jeszcze może, gryźć trawę i wroga, samego siebie prześcignąć na nic nie zważając, ani że wróg mocniejszy, a rozsądek podpowiada, iż szans na zwycięstwo nie ma, ani że mięśnie sztywnieją, kości trzeszczą, zaś płuca wyplute nie bolą – jak pisał rewolucyjny poeta. Polak potrafi, o czym przekonała się Wisła, która tutejszych kopaczy zastąpiła armią zaciężną zagraniczną. Tej, jak w potrzebie stanęła, to nad poziomy wzlatywać jej się nie chciało. Co innego gol, przepraszam: Gol oraz piłkarze-herosi: Rybus, Kucharczyk, Borysiuk i Żyro. Zgotowali oni Spartakowi prawdziwe Termopile i na dodatek je przeżyli.

Nazajutrz po meczu tytuły gazet mogły być dla niekibiców mylące. Ogłaszały one „Moskwa zdobyta”. Dzień później przypadała rocznica prawdziwego wzięcia Moskwy – poddania miasta Żółkiewskiemu po zwycięskiej bitwie pod Kłuszynem. Rzecz miała miejsce pięćset jeden lat temu, więc mogliśmy o niej zapomnieć. W końcu bijali nas po głowie, oj, nie raz bijali.

Zresztą zwycięstw takich, jak to pod Kłuszynem, i tak nie potrafiliśmy nigdy wykorzystać. Więc jeśli teraz w dalszych rozgrywkach Legia polegnie, to napiszemy o tym elegię.

* Dla nieświadomych wagi wydarzenia: Legia Warszawa pokonała Spartaka Moskwa w rozgrywkach piłkarskiej Ligi Europejskiej. Spartak w rankingach jest o sto miejsc wyżej od Legii, ma wielokrotnie większy budżet, zaś jego piłkarze zarabiają tyle, że legioniści mogą tylko pomarzyć. Spartak był zdecydowanym faworytem dwumeczu, a z Warszawy wywiózł bardzo korzystny rezultat. Polskie gazety nazwały to zwycięstwo „cudem nad Moskwą”.

Data dodania: 19 sierpnia 2011

Wakacyjny wyjazd i przyjazd przypadły mi przypadkiem na dni narodowej celebry. Żegnało mnie wycie syren ogłaszających czas Powstania nie tylko w Warszawie, ale i w innych miastach, którym oszczędzono masakry. Przywitały kościelne dzwony oznajmiające „cud nad Wisłą”, czyli święto bicia bolszewika z pomocą Przenajświętszej Panienki. Krótka ucieczka od rzeczywistości sprawiła, że polskie świętowanie bardziej niż kiedykolwiek wydało mi się nierzeczywiste i groteskowe.

Rzeczywiste emocje prowokuje pytanie o sens Powstania Warszawskiego. Pytanie to jednak nie ma sensu. I nie dlatego, że w tym roku najgłośniej o Powstanie kłócili się nie naukowcy, eseiści czy poeci, lecz politycy i piłkarscy kibole. To zresztą powinno dać nam do myślenia, bo i jedni, i drudzy żyją w chronicznym stanie wojny, niczym zwalczające się plemiona. Podczas rozpadu Jugosławii fanatyczni kibice byli świetnymi żołnierzami po wszystkich stronach frontów. Ale warto też pamiętać, że Radovan Karadzić, jeden z najważniejszych polityków bałkańskich, był „w cywilu” poetą.

Pytanie o sens Powstania jest bez sensu, bo zakłada istnienie racjonalnego jądra zbiorowych i jednostkowych decyzji o samobójczej walce. A ja sądzę – i tu jestem zgodny na przykład z Jarosławem M. Rymkiewiczem – że są w życiu nie tylko jednostek, ale i zbiorowości, momenty jakiegoś fatalistycznego szaleństwa, jakiejś niecodziennej determinacji na granicy histerii i destrukcji, że istnieje cała sfera odruchów i czynów, które dają się racjonalizować dopiero po fakcie, mówieniem o honorze, umiłowaniu wolności, godności, co nie mogła już dłużej znieść poniżenia. Wsłuchajmy się w relacje tych, którzy tamtą masakrę przeżyli: oprócz Wielkich Słów mówią oni często, że po prostu już dłużej TAK być nie mogło, że dłużej nie dało się TEGO znieść. W czasach szaleństwa szaleni bywają i oprawcy, i ich ofiary. Odpowiedź na szaleństwo czasem musi być szalona.

Podczas walk powstańczych w Warszawie zginęło tyle osób, ile mieszka dziś w polskim mieście średniej wielkości, takim na przykład Radomiu. Tylko 10 procent zabitych stanowili powstańcy. Czcijmy więc przede wszystkim pamięć tych, którzy ginęli bezbronni, bo znaleźli się w oszalałej historii. Ginęli, próbując przetrwać. Powinniśmy świętować nie rocznicę rozpoczęcia rozpaczliwego i szaleńczego zrywu, którego symbolem są kilkunastoletnie dzieci wysyłane pod kule, lecz tragiczny upadek powstania, przez pamięć również o tej milczącej i ginącej większości.

Celebrujemy klęski jak zwycięstwa, więc nie potrafimy świętować prawdziwych zwycięstw. Największego z nich nawet nie nazywamy wprost, wolimy mówić o „cudzie nad Wisłą”. A przecież w 1920 pogoniliśmy bolszewika, bo był w Polsce wybitny przywódca, dobrzy dowódcy, mobilizacja naprawdę powszechna, bitni i odważni żołnierze oraz błędy i bałagan po wrażej stronie. Nam to jednak nie starcza, trza nam jeszcze mesjanizmu i Boskiej Opatrzności? Mówimy o cudzie, bo nie możemy uwierzyć, że Polak po prostu może być zwycięzcą, a nie męczennikiem, że może wroga przepędzić, a nie tylko dać mu się zabić z Ojczyzną na ustach? Nie wierzymy, że sami radę damy, dlatego wciąż za nas zwyciężać musi kobieta, Panienka Przenajświętsza, a w najlepszym wypadku ksiądz Kordecki, też bohater w sukience?

Od polskiej celebry, trzymającej nas w dybach aż do odrętwienia mózgu, uwolnij nas Panie. A jeśli nie możesz, to może chociaż urlop jakiś zdrowotny nam się przynależy?

Data dodania: 30 lipca 2011

Jadę. Na urlop, niby zasłużony, a jednak z wyrzutami. Uświadomiłem sobie bowiem, że jeśli ktoś w dzieciństwie był kolonistą, na starość na pewno zostanie kolonizatorem. Jeśli zaś na dodatek jest biały, to biada mu, biada… Potępiony być musi i będzie.

Ja jestem biały nawet po urlopie. Bo ze słońca korzystam niepazernie i nikogo nie epatuję swoim nadmiarem. Nie smażę się na słońcu, mówiąc po prostu. Ale czy tak po prostu, nieideologicznie i niekrytycznie, wypada jeszcze mówić o wakacjach, podróżowaniu, turystyce. Dyskusja o książce Jennie Dielemans „Witajcie w Raju” w dwutygodniku.com dowodzi, że nie można. I że nikt z tych, którym przydarzy się urlop, nie wróci z niego niewinny. My, biali turyści i wczasowicze chcemy dobrze, a czynimy zło. I to czynimy nic nie czyniąc, przeciwnie – wylegując się na plażach, w basenach i hotelowych łóżkach w różnych zakątkach świata. Strach się bać.

„Turystyka i w ogóle podróżowanie są szkodliwe dla miejsca, do którego jedziemy, i ludzi. Ale o ile tezy Dielemans o szkodliwości wyjazdów all-inclusive – kiedy leżymy na plaży, nie zastanawiając się, co jest za murem – są dosyć oczywiste, to jej przeświadczenie, że każde podróżowanie jest rodzajem turystyki, budzi już wątpliwości”– tak główne tezy szwedzkiej autorki streszcza prowadząca dyskusję Zofia Król. Według uczonych i doświadczonych dyskutantów dobry turysta/podróżnik to ten, kto zastanawia się przede wszystkim, czy pieniądze, które zostawia w jakimś egzotycznym zakątku świata trafią do jego biednych mieszkańców, czy też pomnożą majątek zachodniej korporacji lub lokalnego satrapy. Upraszczam, ale tylko trochę. Turysta nie powinien ulegać przemożnej (i banalnie naturalnej) pokusie zobaczenia po prostu czegoś nowego. „Potrzebę doświadczenia czegoś wyjątkowego trzeba trochę przystopować na rzecz takiej nudnej analizy ekonomicznej” – przestrzega Radosław Muniak.

I żadnych usprawiedliwień, że to my, turyści, napędzamy produkt narodowy brutto i netto odwiedzanych miejsc, że miejscowym dajemy zarobić i jakoś związać koniec wakacji z końcem posezonia, że bez nas nie mieliby często ani na życie, ani na ratowanie swoich zabytków. Żadnych wykrętów. Nawet w najbardziej atrakcyjnym turystycznie miejscu jesteśmy bowiem intruzami. Że tradycyjny turysta to intruz, uważają nie tylko postępowi intelektualiści, ale i zwykli ludzie. Władze Wenecji dla ich dobra wymyśliły, że ponieważ tramwaje wodne są tak zatłoczone przez zwiedzających, iż czasem nie wystarcza miejsca dla miejscowych, wprowadzi się dla tych ostatnich osobne wejścia i pierwszeństwo zajmowania miejsc. Ciekawe, czy pojawią się też tabliczki: „tylko dla wenecjan”?

A może wyjściem z turystycznej okupacji świata (szczególnie trzeciego i czwartego) byłby powrót do dziewiętnastowiecznej idei podróży, zakładającej uczenie się języków i kultur, które odwiedzamy, niespieszne kolekcjonowanie wrażeń i wzruszeń? Bez żartów, „XIX-wieczni podróżnicy jeździli za nostalgicznymi obrazkami, zupełnie nie licząc się z osobami, które spotykali. Szukali cudownej chatynki (…), szukali wzruszeń, gotowi jednocześnie przegnać chłopa, żeby nie psuł pejzażu” – powtarza za autorką „Witajcie w raju” Marcin Michalski. Jeszcze raz dr Muniaki: „Nie idealizujmy tego XIX-wiecznego podróżnika, bo to był biały kolonizator”.
Lektura rozmowy w dwutygodniku może być oświecająca niczym lipcowe słońce. Zrozumiałem, że nic nie odkupi win mych i wstecznictwa. Bo i cóż z tego, że nie jeżdżę do krajów postkolonialnych ani za żadną inną granicę, skoro i na Helu ukochanym zachowuję się jak biały kolonizator. Po kaszubsku nie znam ani słowa, no może jedno: Tusk. Nie tylko mieszkam w domu pani Alicji, ograniczając przesympatycznej gospodyni prywatność i przestrzeń życiową, ale też bezczelnie głaszczę przynajmniej raz dziennie Nelkę, jej uroczą labradorkę. A co najgorsze jem, piję, kupuję, wyleguję się i łażę po tym Helu zupełnie bezrefleksyjnie, ani analizy ekonomicznej nie zrobiwszy uprzednio, ani nawet prostego rachunku sumienia. Nawet turystą nie jestem, ani tym bardziej podróżnikiem. Nie chcę odkrywać, doświadczać, poznawać. Chcę po prostu odpocząć. Można by powiedzieć, że jestem klasycznym wakacjuszem. Żadne to jednak usprawiedliwienie: wakacjusz nawet brzmi podobnie jak utracjusz. Czyli biały kolonizator i basta.

Najważniejsza diagnoza postawiona przez dyskutujących o książce Dielemans jest tyleż prawdziwa, co oczywista: współczesny sposób podróżowania determinują prędkość życia i frustracja; gdyby nie one, nie musielibyśmy szukać równie szybkiego uspokojenia. Nie uciekalibyśmy w agresywną turystykę, gdyby post-modernizm nie rozbił naszego wnętrza. „Nie mamy swojego centrum i szukamy go gdzieś poza nami”.
Zatęsknić za utraconym wewnętrznym centrum przydarza się chyba każdemu. Gdzie go szukać? Jak je odzyskać? Na koniec cytowanej rozmowy nowoczesny demaskator białego kolonizatora wyznaje nieoczekiwanie: „A ja w sobotę byłem na grillu nad Wisłą, pierwszy raz od kiedy mieszkam w Warszawie. Oczywiście od strony praskiej. I naprawdę, jeśli chodzi o emocje, doświadczenia, nie różnił się niczym od grilla z Masajami w Seregenti, gdzie pieką antylopę.”

Na następny weekend polecam Świerże Górne koło Kozienic, najlepiej piaszczystą łachę przy wiślanym promie. Miejsce to ciche i spokojne. Biały kolonizator pojawia się tam niezwykle rzadko, a i Masajowie za bardzo nie przeszkadzają.

Data dodania: 18 lipca 2011

Dwie upalne lipcowe rocznice. Grunwald, pod którym tym razem podobno do końca nie było wiadomo, kto wygra, bo „rycerze” mieli bić się naprawdę. I rocznica Jedwabnego, dziesiąta od przyznania się do grzechu. Tam wiadomo, kto na pewno przegrał.

Na polach Grunwaldu oczywiście tłumy, w Jedwabnem mniej więcej stała liczba polityków, kościelnych hierarchów, polskich i światowych działaczy. Popularne media liczą ich jak przed zaśnięciem. I jeszcze kilkoro gapiących się dzieci. Tamtejsi, nieobecni, swoje wiedzą i swojego wiedzieć nie chcą. Nie chcą brać na siebie całej winy, bo nie była tylko ich winą. Tamtejsi, my wszyscy.

Trochę podsumowań w czasopismach, głównie katolickich. Jedwabne boli wierzących, bo wzięło się z grzechu tak starego, że niemal założycielskiego, starego jak naród wybrany do Zagłady. W tych podsumowaniach rozczarowanie, bo jeśli przez te dziesięć lat toczyła się wokół Jedwabnego jakaś dyskusja, to była ona Grossa warta. Charakterystyczny jest tekst wrocławskiej historyczki, Bożeny Szaynok, zamieszczony w „Więzi”. Publicystycznej tendencyjności Grossa przeciwstawia autorka wrażliwość Barbary Engelking-Boni, która w swojej książce oddała głos autentycznym relacjom świadków i ofiar polskiego udziału w Zagładzie. „Dlatego książka Barbary Engelking jest tak ważna. Dzięki niej szukający pomocy przestają być tylko Żydami, otrzymują imiona. Zaczynamy rozumieć, co oni czuli…”

Czy rzeczywiście? Nadawanie imion i budzenie empatii, wciąganie w świat przedstawiony i w życie wewnętrzne bohaterów opowieści (oczywiście upraszczając) to sprawa literatury. Dobra literatura ma do tego narzędzia. Gdy tymi narzędziami posługuje się nauka, to uprawia literaturę. Tyle że kiepską. W tej samej „Więzi” Władysław Bartoszewski zadaje trafne pytania: „Fakty miały miejsce, ale jak zweryfikować uczucia? Na jakiej podstawie, w oparciu o jakie metody badacze mogą dzisiaj wyrokować o ówczesnych motywacjach i uczuciach?” Te pytania stawia człowiek, który ciemną i złożoną rzeczywistość okupacyjną nosi w swojej pamięci, a nie wyciąga ją z bibliotecznej półki. Dlatego warto nad jego pytaniami pomyśleć. Kiedy bowiem rzeczywistość przekracza rutynę codzienności, kiedy świat wypada z kolein, a to, co uznawane było za nieludzkie, staje się jak najbardziej ludzkie, nauka okazuje się bezradna.

Historycy są w stanie racjonalizować publicystyczne zacietrzewienie Grossów, jakoś tam przy pomocy argumentów i rozsądku usytuować się w przestrzeni ograniczonej dylematem ZŁOTE ŻNIWA czy ZŁOTE SERCA. Ale już kwestia wiarygodnej liczby Żydów, którzy w tamtym czasie ponieśli śmierć z ręki i winy polskich współobywateli, obezwładnia naukowy wywód. Nie chodzi wcale o to, że trudno taką liczbę ustalić. Chodzi o to, jaki taka tragiczna arytmetyka ma sens. Bo co tak naprawdę w pojmowaniu świata, ludzkiej kondycji i natury zmieni ustalenie, czy bratobójczo zamordowanych zostało 10 czy 100 tysięcy Żydów? Czy wina będzie rosnąć wraz ze stosem trupów?

Dwudziesty wiek zaaplikował człowieczeństwu szczególne znieczulenie: przemysły śmierci, mordercze szaleństwa pozostawiły po sobie miliony trupów. Te stosy ciał, góry popiołów i kości mogą przytłoczyć, stępić wrażliwość, zbrodnię i cierpienie odrealnić, zakryć cmentarną statystyką, zagłuszyć martyrologicznymi, rocznicowymi oracjami. Jakby to patetycznie nie zabrzmiało: ratunkiem jest literatura. To ona cierpieniom nadaje imiona.

Po latach dyskusji i badań naukowcy „odkryli” dowody na istnienie polskiego ludowego antysemityzmu. Tego samego „naturalnego” antysemityzmu, który literatura znała i opisała już dawno, a który odnalazła w języku, w mowie. Naukowość nie wytrzymuje konfrontacji z wybitną literaturą, taką choćby, jak małe prozy ze „Skrawka czasu” Idy Fink. Akapit z „Za żywopłotem” mówi o tym ludowym antysemityzmie więcej niż statystyki i analizy. Na leśnej drodze, w mgle gęstej jak mleko, bohaterowie słyszą strzały i głosy. „Głosy słychać ni to blisko, ni to daleko, mgła jakby nam watę w uszy nakładła, co parę minut strzał, trochę krzyku – i cisza. (…) Nic się nie bój – powiada Mikołaj – to Żydów strzelają. Złaź z wozu i do lasu. Teraz nie przejedziemy. Trzeba poczekać aż skończą.”

Taki już los, Żydów i Polaków, cierpieć i na cierpienie patrzeć? Czy rezygnacja wobec losu to już zło? W innym fragmencie „Skrawka czasu”, zatytułowanym schron, dwoje Żydów wraca w kilka lat po wojnie do ludzi, dzięki którym przeżyli wojnę. Chłopu, który ukrył ich przed zagładą w, obiecali, że po wojnie za ich pieniądze wybuduje sobie nowy dom. Teraz jadą go oglądać. Dumny gospodarz pokazuje im kolejne izby, a na koniec nowy, solidny i przestronny … schron, w którym będą mogli żyć wygodnie, gdy znów się będą ukrywać. Bo że będą musieli, ten dobry człowiek nie ma wątpliwości.

„Skrawek czasu” to raptem 101 stron, trzydzieści bardzo krótkich tekstów, niejednoznacznych, przejmujących i przerażających, choć opowiedzianych szeptem. Trzydzieści fragmentów losu, niektórych nie da się przeczytać bez ściśniętego gardła. Dla mnie warte więcej niż dziesiątki analiz i traktatów, bo na pewno bliższe ciemnej tajemnicy człowieczeństwa. Ilu jednak czytelników słyszało i pamięta o Idzie Fink? To nie Gross, nie skandal, nie krzyk i obelgi. To szept, który trzeba chcieć usłyszeć.

Mam wrażenie, że przegapiliśmy moment, który mógł niezwykle poszerzyć naszą zbiorową wyobraźnię, język i wrażliwość. W lęku przed pułapką martyrologicznego banału i balastu zepchnęliśmy do literackiego getta ważne współczesne teksty o śmierci, cierpieniu i mroku ludzkiej natury. Zbyt mocno kłóciły się z nowoczesnością i ponowoczesnością, literacką modą oraz popkultem samozadowolonej witalności. A może ten moment jeszcze przed nami? Zanim znów sobie sami zgotujemy los trudny do opisania.

A pod Grunwaldem jednak i tym razem zwyciężyliśmy.

Strona 15 z 17« First...10...1314151617
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury