Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 19 sierpnia 2011

Wakacyjny wyjazd i przyjazd przypadły mi przypadkiem na dni narodowej celebry. Żegnało mnie wycie syren ogłaszających czas Powstania nie tylko w Warszawie, ale i w innych miastach, którym oszczędzono masakry. Przywitały kościelne dzwony oznajmiające „cud nad Wisłą”, czyli święto bicia bolszewika z pomocą Przenajświętszej Panienki. Krótka ucieczka od rzeczywistości sprawiła, że polskie świętowanie bardziej niż kiedykolwiek wydało mi się nierzeczywiste i groteskowe.

Rzeczywiste emocje prowokuje pytanie o sens Powstania Warszawskiego. Pytanie to jednak nie ma sensu. I nie dlatego, że w tym roku najgłośniej o Powstanie kłócili się nie naukowcy, eseiści czy poeci, lecz politycy i piłkarscy kibole. To zresztą powinno dać nam do myślenia, bo i jedni, i drudzy żyją w chronicznym stanie wojny, niczym zwalczające się plemiona. Podczas rozpadu Jugosławii fanatyczni kibice byli świetnymi żołnierzami po wszystkich stronach frontów. Ale warto też pamiętać, że Radovan Karadzić, jeden z najważniejszych polityków bałkańskich, był „w cywilu” poetą.

Pytanie o sens Powstania jest bez sensu, bo zakłada istnienie racjonalnego jądra zbiorowych i jednostkowych decyzji o samobójczej walce. A ja sądzę – i tu jestem zgodny na przykład z Jarosławem M. Rymkiewiczem – że są w życiu nie tylko jednostek, ale i zbiorowości, momenty jakiegoś fatalistycznego szaleństwa, jakiejś niecodziennej determinacji na granicy histerii i destrukcji, że istnieje cała sfera odruchów i czynów, które dają się racjonalizować dopiero po fakcie, mówieniem o honorze, umiłowaniu wolności, godności, co nie mogła już dłużej znieść poniżenia. Wsłuchajmy się w relacje tych, którzy tamtą masakrę przeżyli: oprócz Wielkich Słów mówią oni często, że po prostu już dłużej TAK być nie mogło, że dłużej nie dało się TEGO znieść. W czasach szaleństwa szaleni bywają i oprawcy, i ich ofiary. Odpowiedź na szaleństwo czasem musi być szalona.

Podczas walk powstańczych w Warszawie zginęło tyle osób, ile mieszka dziś w polskim mieście średniej wielkości, takim na przykład Radomiu. Tylko 10 procent zabitych stanowili powstańcy. Czcijmy więc przede wszystkim pamięć tych, którzy ginęli bezbronni, bo znaleźli się w oszalałej historii. Ginęli, próbując przetrwać. Powinniśmy świętować nie rocznicę rozpoczęcia rozpaczliwego i szaleńczego zrywu, którego symbolem są kilkunastoletnie dzieci wysyłane pod kule, lecz tragiczny upadek powstania, przez pamięć również o tej milczącej i ginącej większości.

Celebrujemy klęski jak zwycięstwa, więc nie potrafimy świętować prawdziwych zwycięstw. Największego z nich nawet nie nazywamy wprost, wolimy mówić o „cudzie nad Wisłą”. A przecież w 1920 pogoniliśmy bolszewika, bo był w Polsce wybitny przywódca, dobrzy dowódcy, mobilizacja naprawdę powszechna, bitni i odważni żołnierze oraz błędy i bałagan po wrażej stronie. Nam to jednak nie starcza, trza nam jeszcze mesjanizmu i Boskiej Opatrzności? Mówimy o cudzie, bo nie możemy uwierzyć, że Polak po prostu może być zwycięzcą, a nie męczennikiem, że może wroga przepędzić, a nie tylko dać mu się zabić z Ojczyzną na ustach? Nie wierzymy, że sami radę damy, dlatego wciąż za nas zwyciężać musi kobieta, Panienka Przenajświętsza, a w najlepszym wypadku ksiądz Kordecki, też bohater w sukience?

Od polskiej celebry, trzymającej nas w dybach aż do odrętwienia mózgu, uwolnij nas Panie. A jeśli nie możesz, to może chociaż urlop jakiś zdrowotny nam się przynależy?

Data dodania: 30 lipca 2011

Jadę. Na urlop, niby zasłużony, a jednak z wyrzutami. Uświadomiłem sobie bowiem, że jeśli ktoś w dzieciństwie był kolonistą, na starość na pewno zostanie kolonizatorem. Jeśli zaś na dodatek jest biały, to biada mu, biada… Potępiony być musi i będzie.

Ja jestem biały nawet po urlopie. Bo ze słońca korzystam niepazernie i nikogo nie epatuję swoim nadmiarem. Nie smażę się na słońcu, mówiąc po prostu. Ale czy tak po prostu, nieideologicznie i niekrytycznie, wypada jeszcze mówić o wakacjach, podróżowaniu, turystyce. Dyskusja o książce Jennie Dielemans „Witajcie w Raju” w dwutygodniku.com dowodzi, że nie można. I że nikt z tych, którym przydarzy się urlop, nie wróci z niego niewinny. My, biali turyści i wczasowicze chcemy dobrze, a czynimy zło. I to czynimy nic nie czyniąc, przeciwnie – wylegując się na plażach, w basenach i hotelowych łóżkach w różnych zakątkach świata. Strach się bać.

„Turystyka i w ogóle podróżowanie są szkodliwe dla miejsca, do którego jedziemy, i ludzi. Ale o ile tezy Dielemans o szkodliwości wyjazdów all-inclusive – kiedy leżymy na plaży, nie zastanawiając się, co jest za murem – są dosyć oczywiste, to jej przeświadczenie, że każde podróżowanie jest rodzajem turystyki, budzi już wątpliwości”– tak główne tezy szwedzkiej autorki streszcza prowadząca dyskusję Zofia Król. Według uczonych i doświadczonych dyskutantów dobry turysta/podróżnik to ten, kto zastanawia się przede wszystkim, czy pieniądze, które zostawia w jakimś egzotycznym zakątku świata trafią do jego biednych mieszkańców, czy też pomnożą majątek zachodniej korporacji lub lokalnego satrapy. Upraszczam, ale tylko trochę. Turysta nie powinien ulegać przemożnej (i banalnie naturalnej) pokusie zobaczenia po prostu czegoś nowego. „Potrzebę doświadczenia czegoś wyjątkowego trzeba trochę przystopować na rzecz takiej nudnej analizy ekonomicznej” – przestrzega Radosław Muniak.

I żadnych usprawiedliwień, że to my, turyści, napędzamy produkt narodowy brutto i netto odwiedzanych miejsc, że miejscowym dajemy zarobić i jakoś związać koniec wakacji z końcem posezonia, że bez nas nie mieliby często ani na życie, ani na ratowanie swoich zabytków. Żadnych wykrętów. Nawet w najbardziej atrakcyjnym turystycznie miejscu jesteśmy bowiem intruzami. Że tradycyjny turysta to intruz, uważają nie tylko postępowi intelektualiści, ale i zwykli ludzie. Władze Wenecji dla ich dobra wymyśliły, że ponieważ tramwaje wodne są tak zatłoczone przez zwiedzających, iż czasem nie wystarcza miejsca dla miejscowych, wprowadzi się dla tych ostatnich osobne wejścia i pierwszeństwo zajmowania miejsc. Ciekawe, czy pojawią się też tabliczki: „tylko dla wenecjan”?

A może wyjściem z turystycznej okupacji świata (szczególnie trzeciego i czwartego) byłby powrót do dziewiętnastowiecznej idei podróży, zakładającej uczenie się języków i kultur, które odwiedzamy, niespieszne kolekcjonowanie wrażeń i wzruszeń? Bez żartów, „XIX-wieczni podróżnicy jeździli za nostalgicznymi obrazkami, zupełnie nie licząc się z osobami, które spotykali. Szukali cudownej chatynki (…), szukali wzruszeń, gotowi jednocześnie przegnać chłopa, żeby nie psuł pejzażu” – powtarza za autorką „Witajcie w raju” Marcin Michalski. Jeszcze raz dr Muniaki: „Nie idealizujmy tego XIX-wiecznego podróżnika, bo to był biały kolonizator”.
Lektura rozmowy w dwutygodniku może być oświecająca niczym lipcowe słońce. Zrozumiałem, że nic nie odkupi win mych i wstecznictwa. Bo i cóż z tego, że nie jeżdżę do krajów postkolonialnych ani za żadną inną granicę, skoro i na Helu ukochanym zachowuję się jak biały kolonizator. Po kaszubsku nie znam ani słowa, no może jedno: Tusk. Nie tylko mieszkam w domu pani Alicji, ograniczając przesympatycznej gospodyni prywatność i przestrzeń życiową, ale też bezczelnie głaszczę przynajmniej raz dziennie Nelkę, jej uroczą labradorkę. A co najgorsze jem, piję, kupuję, wyleguję się i łażę po tym Helu zupełnie bezrefleksyjnie, ani analizy ekonomicznej nie zrobiwszy uprzednio, ani nawet prostego rachunku sumienia. Nawet turystą nie jestem, ani tym bardziej podróżnikiem. Nie chcę odkrywać, doświadczać, poznawać. Chcę po prostu odpocząć. Można by powiedzieć, że jestem klasycznym wakacjuszem. Żadne to jednak usprawiedliwienie: wakacjusz nawet brzmi podobnie jak utracjusz. Czyli biały kolonizator i basta.

Najważniejsza diagnoza postawiona przez dyskutujących o książce Dielemans jest tyleż prawdziwa, co oczywista: współczesny sposób podróżowania determinują prędkość życia i frustracja; gdyby nie one, nie musielibyśmy szukać równie szybkiego uspokojenia. Nie uciekalibyśmy w agresywną turystykę, gdyby post-modernizm nie rozbił naszego wnętrza. „Nie mamy swojego centrum i szukamy go gdzieś poza nami”.
Zatęsknić za utraconym wewnętrznym centrum przydarza się chyba każdemu. Gdzie go szukać? Jak je odzyskać? Na koniec cytowanej rozmowy nowoczesny demaskator białego kolonizatora wyznaje nieoczekiwanie: „A ja w sobotę byłem na grillu nad Wisłą, pierwszy raz od kiedy mieszkam w Warszawie. Oczywiście od strony praskiej. I naprawdę, jeśli chodzi o emocje, doświadczenia, nie różnił się niczym od grilla z Masajami w Seregenti, gdzie pieką antylopę.”

Na następny weekend polecam Świerże Górne koło Kozienic, najlepiej piaszczystą łachę przy wiślanym promie. Miejsce to ciche i spokojne. Biały kolonizator pojawia się tam niezwykle rzadko, a i Masajowie za bardzo nie przeszkadzają.

Data dodania: 18 lipca 2011

Dwie upalne lipcowe rocznice. Grunwald, pod którym tym razem podobno do końca nie było wiadomo, kto wygra, bo „rycerze” mieli bić się naprawdę. I rocznica Jedwabnego, dziesiąta od przyznania się do grzechu. Tam wiadomo, kto na pewno przegrał.

Na polach Grunwaldu oczywiście tłumy, w Jedwabnem mniej więcej stała liczba polityków, kościelnych hierarchów, polskich i światowych działaczy. Popularne media liczą ich jak przed zaśnięciem. I jeszcze kilkoro gapiących się dzieci. Tamtejsi, nieobecni, swoje wiedzą i swojego wiedzieć nie chcą. Nie chcą brać na siebie całej winy, bo nie była tylko ich winą. Tamtejsi, my wszyscy.

Trochę podsumowań w czasopismach, głównie katolickich. Jedwabne boli wierzących, bo wzięło się z grzechu tak starego, że niemal założycielskiego, starego jak naród wybrany do Zagłady. W tych podsumowaniach rozczarowanie, bo jeśli przez te dziesięć lat toczyła się wokół Jedwabnego jakaś dyskusja, to była ona Grossa warta. Charakterystyczny jest tekst wrocławskiej historyczki, Bożeny Szaynok, zamieszczony w „Więzi”. Publicystycznej tendencyjności Grossa przeciwstawia autorka wrażliwość Barbary Engelking-Boni, która w swojej książce oddała głos autentycznym relacjom świadków i ofiar polskiego udziału w Zagładzie. „Dlatego książka Barbary Engelking jest tak ważna. Dzięki niej szukający pomocy przestają być tylko Żydami, otrzymują imiona. Zaczynamy rozumieć, co oni czuli…”

Czy rzeczywiście? Nadawanie imion i budzenie empatii, wciąganie w świat przedstawiony i w życie wewnętrzne bohaterów opowieści (oczywiście upraszczając) to sprawa literatury. Dobra literatura ma do tego narzędzia. Gdy tymi narzędziami posługuje się nauka, to uprawia literaturę. Tyle że kiepską. W tej samej „Więzi” Władysław Bartoszewski zadaje trafne pytania: „Fakty miały miejsce, ale jak zweryfikować uczucia? Na jakiej podstawie, w oparciu o jakie metody badacze mogą dzisiaj wyrokować o ówczesnych motywacjach i uczuciach?” Te pytania stawia człowiek, który ciemną i złożoną rzeczywistość okupacyjną nosi w swojej pamięci, a nie wyciąga ją z bibliotecznej półki. Dlatego warto nad jego pytaniami pomyśleć. Kiedy bowiem rzeczywistość przekracza rutynę codzienności, kiedy świat wypada z kolein, a to, co uznawane było za nieludzkie, staje się jak najbardziej ludzkie, nauka okazuje się bezradna.

Historycy są w stanie racjonalizować publicystyczne zacietrzewienie Grossów, jakoś tam przy pomocy argumentów i rozsądku usytuować się w przestrzeni ograniczonej dylematem ZŁOTE ŻNIWA czy ZŁOTE SERCA. Ale już kwestia wiarygodnej liczby Żydów, którzy w tamtym czasie ponieśli śmierć z ręki i winy polskich współobywateli, obezwładnia naukowy wywód. Nie chodzi wcale o to, że trudno taką liczbę ustalić. Chodzi o to, jaki taka tragiczna arytmetyka ma sens. Bo co tak naprawdę w pojmowaniu świata, ludzkiej kondycji i natury zmieni ustalenie, czy bratobójczo zamordowanych zostało 10 czy 100 tysięcy Żydów? Czy wina będzie rosnąć wraz ze stosem trupów?

Dwudziesty wiek zaaplikował człowieczeństwu szczególne znieczulenie: przemysły śmierci, mordercze szaleństwa pozostawiły po sobie miliony trupów. Te stosy ciał, góry popiołów i kości mogą przytłoczyć, stępić wrażliwość, zbrodnię i cierpienie odrealnić, zakryć cmentarną statystyką, zagłuszyć martyrologicznymi, rocznicowymi oracjami. Jakby to patetycznie nie zabrzmiało: ratunkiem jest literatura. To ona cierpieniom nadaje imiona.

Po latach dyskusji i badań naukowcy „odkryli” dowody na istnienie polskiego ludowego antysemityzmu. Tego samego „naturalnego” antysemityzmu, który literatura znała i opisała już dawno, a który odnalazła w języku, w mowie. Naukowość nie wytrzymuje konfrontacji z wybitną literaturą, taką choćby, jak małe prozy ze „Skrawka czasu” Idy Fink. Akapit z „Za żywopłotem” mówi o tym ludowym antysemityzmie więcej niż statystyki i analizy. Na leśnej drodze, w mgle gęstej jak mleko, bohaterowie słyszą strzały i głosy. „Głosy słychać ni to blisko, ni to daleko, mgła jakby nam watę w uszy nakładła, co parę minut strzał, trochę krzyku – i cisza. (…) Nic się nie bój – powiada Mikołaj – to Żydów strzelają. Złaź z wozu i do lasu. Teraz nie przejedziemy. Trzeba poczekać aż skończą.”

Taki już los, Żydów i Polaków, cierpieć i na cierpienie patrzeć? Czy rezygnacja wobec losu to już zło? W innym fragmencie „Skrawka czasu”, zatytułowanym schron, dwoje Żydów wraca w kilka lat po wojnie do ludzi, dzięki którym przeżyli wojnę. Chłopu, który ukrył ich przed zagładą w, obiecali, że po wojnie za ich pieniądze wybuduje sobie nowy dom. Teraz jadą go oglądać. Dumny gospodarz pokazuje im kolejne izby, a na koniec nowy, solidny i przestronny … schron, w którym będą mogli żyć wygodnie, gdy znów się będą ukrywać. Bo że będą musieli, ten dobry człowiek nie ma wątpliwości.

„Skrawek czasu” to raptem 101 stron, trzydzieści bardzo krótkich tekstów, niejednoznacznych, przejmujących i przerażających, choć opowiedzianych szeptem. Trzydzieści fragmentów losu, niektórych nie da się przeczytać bez ściśniętego gardła. Dla mnie warte więcej niż dziesiątki analiz i traktatów, bo na pewno bliższe ciemnej tajemnicy człowieczeństwa. Ilu jednak czytelników słyszało i pamięta o Idzie Fink? To nie Gross, nie skandal, nie krzyk i obelgi. To szept, który trzeba chcieć usłyszeć.

Mam wrażenie, że przegapiliśmy moment, który mógł niezwykle poszerzyć naszą zbiorową wyobraźnię, język i wrażliwość. W lęku przed pułapką martyrologicznego banału i balastu zepchnęliśmy do literackiego getta ważne współczesne teksty o śmierci, cierpieniu i mroku ludzkiej natury. Zbyt mocno kłóciły się z nowoczesnością i ponowoczesnością, literacką modą oraz popkultem samozadowolonej witalności. A może ten moment jeszcze przed nami? Zanim znów sobie sami zgotujemy los trudny do opisania.

A pod Grunwaldem jednak i tym razem zwyciężyliśmy.

Data dodania: 4 lipca 2011

Paweł Kukiz zagrał się już chyba na śmierć. Grał dla Tuska, teraz zagrał przeciw Tuskowi. Nie chodzi o to, że zmienia poglądy. Każdy ma prawo, nawet jeśli poglądy zmienia zanim je nabędzie. Kukizowi zamarzył się rząd dusz. Zawsze kiedy artyści marzą o rządzie dusz, wydarzają się nieszczęścia. Szczęście, jeśli te nieszczęścia wydarzają się tylko marzącym. Kukizowi właśnie się wydarzyło.

Artystyczne granie dla protestujących tłumów kojarzy się z wielką historią: strajkami, przewrotami politycznymi, rewolucjami. Stocznia, kijowski majdan, czy o wiele wcześniej rewolucja goździków. 30 czerwca Kukiz zagrał na zwyczajnej związkowej demonstracji, nawołującej do podwyższenia płacy minimalnej i obniżenia akcyzy na paliwo. Czy śpiewając tango o posłance Beger (lubię seks jak koń owies) Kukiz nawoływał do użytkowania alternatywnych, proekologicznych środków transportu? Czy śpiewając brutalną, ale socjologicznie prawdziwą piosenkę „Rowerek”, popierał protestujących czy też z nich kpił (warto zajrzeć do tekstu)? Zresztą słuchacze niespecjalnie interesowali się brzmieniem „Piersi”, woleli wycie własnych syren i piszczałek. Coraz mocniej zdenerwowany Kukiz zaciągał się na scenie papierosem i głupio prowokował, unosząc lewą rękę ku górze, w geście niby-hajlowania. Moro i glany dopełniały obrazu. Żałosnego, aż kpić się odechciewa.

Kukiz zgrał się, bo wszedł w politykę. Nie wtedy jednak, kiedy śpiewał ostre i kontrowersyjne kawałki o ZChN, postkomunistach i innych. Takie politykowanie i prowokacje są w historii rocka czymś normalnym. Ale Kukizowi śpiewanie nie wystarczyło. Jak wielu przed nim zamarzył o działaniu politycznym, o akcji bezpośredniej. Popełnił błąd wielu artystów, którzy uznawali, że – jak to określił Kundera – prawdziwe życie jest gdzie indziej. Łapali się na to złudzenie artyści o niebo więksi od Kukiza i potem długo chodzili na smyczy własnych złudzeń. Smycz trzymali w garści cwani politycy i ideologowie. Tak było w państwach totalitarnych. A dziś?

Dziś Paweł Kukiz ma wrażenie, że żyjemy w komunie. „Jest kilka PZPR-ów, kilka partii wodzowskich, które ścierają się między sobą” – wywodził w słynnym „Drugim śniadaniu mistrzów” (czyich?) z Donaldem Tuskiem w roli głównej. Omamiony polityką, sprowadzony do roli partyjnego celebryty, wierzgał i kąsał, by w końcu złożyć miłosne wyznanie: mam z panem kłopot, bo pana lubię. Tamto śniadanie musi odbijać się brzydko Kukizowi do dziś, skoro postanowił zagrać koncert dla demonstrującej klasy robotniczej z Solidarności.

Czy Kukiz decydując się na granie-wiecowanie, myślał na przykład tak: „obowiązkiem twórcy, kształtującego duchową dziedzinę życia narodu, jest wczuć się w tętno pracy mas ludowych, w ich tęsknotę i potrzeby, z ich wzruszeń i przeżyć czerpać natchnienie twórcze do własnego wysiłku, którego celem głównym i podstawowym winno być podniesienie i uszlachetnienie poziomu życia tych mas.”? Raczej chyba nie monologowałby takim językiem, bo to język Bieruta, z 1947 roku na dodatek. Ale czy – posługując się innymi słowami – nie o takiej solidarności artysty z tłumem myślał? Jeżeli myślał.

Kiedy jednak w wiecowym teledysku („szlachetnie” opublikowanym na internetowej stronie GW) przyglądałem się zniszczonej, zmęczonej twarzy Kukiza, kiedy obserwowałem, jak smutek zmaga się w nim z wkur…zeniem, poczułem coś w rodzaju solidarności. Solidarności dla niemal rówieśnika. W biografię pokolenia, które dorosło w nędznych, ale i wielkich czasach beznadziei i przełomów, w latach osiemdziesiątych, to, co dzieje się dziś musi wydawać się za małe, za miałkie, za zwyczajne. Musi czasem boleć jak stracona szansa. Do tego jeszcze dochodzi inna utrata, pewnie ważniejsza: lat, młodości, siły. Niewyrwanych kartek z kalendarza jest coraz mniej, coraz więcej natomiast rzeczy niezrobionych, możliwości niewykorzystanych. Przychodzi więc moment, że trzeba wszystko jeszcze raz – może ostatni – wywrócić, zaryzykować, licytując ostro. Ja w takim momencie uciekłem od polityki, od gadania o niej, Kukiz odwrotnie: w politykę uciekł. Nie wybrał dobrze.

Właśnie tak wolę myśleć o Kukizie, nie dopuszczając małostkowych podejrzeń, że to, co robi, to rozpaczliwa próba znalezienie miejsca na scenie, którą nazajutrz zajmą młodsi i modniejsi. Ratowania się przed losem Rosiewicza, któremu po słynnej piosence dla Michaiła Gorbaczowa pozostała jedynie estrada Radia Maryja.

Data dodania: 29 czerwca 2011

Czy Duch Dziejów może – jeśli istnieje – objawiać się w smaku kiełbasy? W jej zapachu? W jej braku i w jej cenie? Czy to reguła: najpierw wołanie o chleb i kiełbasę, kamienie, pałki, strajki, a potem mozolne nadawanie sensu, by pozostało coś oprócz zapachu przypraw i gazów łzawiących?

W porównaniu z innymi polskimi miesiącami ten Czerwiec, 25 czerwca siedemdziesiątego szóstego roku, jest jakby mniejszy, kłopotliwy, wstydliwy. Przez tę kiełbasę, przez szynki wyrzucane z okien płonącego Komitetu, przez wybite szyby sklepów i rozkradzione bele materiałów? Pewnie tak, bo władza zrobiła wtedy wiele, by pokazać, że burzące spokój warchoły to złodzieje, margines, lumpenproletariat. A wśród protestujących byli rzeczywiście i lumpenproletariusze, i nędzarze z marginesu. Wymarzonych, oglądanych przez szybę rzeczy nie kradną przecież syci i bogaci, tylko biedni i zgłodniali. Opowieść o proteście przeciw upodleniu dopisali potem związani z KOR inteligenci. Co nie znaczy, że Czerwiec nie był protestem przeciw upodleniu. Nawet jeśli chodziło o cenę kiełbasy.

Kiełbasa, jej brak lub cena, są motywami równie ważnymi, co niechęć do tyranii czy bunt przeciw niesprawiedliwości społecznej. Idee pojawiają się później, albo obok, wraz z liderami i doradcami liderów. Tak wyglądały wszystkie polskie miesiące. To była ich siła – bo łaknący są odważniejsi i bardziej zdeterminowani. I to była ich słabość, bo łaknących łatwiej spacyfikować kiełbasą lub jej obietnicą. Spałowawszy wcześniej (dosłownie lub medialnie) tych najbardziej zapalczywych. Albo tych, którzy nawiną się pod rękę, dla przykładu.

Zdziwienie korowców, zawstydzenie, że w Polsce jest taka nędza, jaką wtedy zobaczyli w Radomiu. Nieufność wobec nich, niosących materialną pomoc i gotowe hasła – narracje. Jedno i drugie przyjmowane z niedowierzaniem. I tak już pozostało – nie tylko w tym mieście, ale w tym mieście najbardziej. Oporne zakładanie Solidarności, mizerni przywódcy, przetrącony pałką kręgosłup. Zażenowanie i wyrzuty sumienia, schludne i wyprasowane. Dręczące, skrywane pytanie: czy wstydzić się kiełbasy? Dziś, w demokracji, też mamy jej szczególny gatunek, wyborczy. Smakuje dość podobnie.

Literatura nie zauważyła właściwie Czerwca ‘76. Inne miesiące tak, choć rzadko wprost, rzadko opowiadając wydarzenia najważniejsze dla historii. Można odnieść wrażenie, że pisarze woleli działać niż pisać. Najwięcej literackich stron napisano o „stanie po zapaści”. Wtedy też działano tak jakby pisano opowieść, pisano tak jakby zdania rzeczywiście łamały zęby krat. Mrzonki o solidarności międzyklasowej i jedności do dziś przesłaniają fakt, że „robotnicy” nigdy nie zaufali „inteligentom”, zaś „inteligenci” miłością do „robotników” leczyli swoje kompleksy, przede wszystkim kompleks ludzi zbędnych, niepraktycznych. Zamiast pisać, spiskowali. Dlatego literatura nie dała świadectwa. Nawet nie zapisała doświadczenia. Mamy celebrę, nie mamy sensu.

Obchody rocznic, celebra, są łatwiejsze niż myślenie. Myślących często zbywa wzruszenie ramion, myślących krytycznie – głuchota. Głuchota na pytanie Andrzeja Kijowskiego, który w mniej więcej rok po Czerwcu, w „Rachunku naszych słabości”, pytał wątpiąco, czy gdy Polacy odzyskają wolność i wolny rynek, będą w stanie zrezygnować z byle jakiego, ale jednak spokoju, który dawał PRL. Głuchota na długo niewydawaną książkę Sergiusza Kowalskiego „Krytyka solidarnościowego rozumu”, który w dekadę po Kijowskim w imponującej analizie solidarnościowej semantyki odkrywał, że Polacy w roku 80. wcale nie chcieli kapitalizmu, lecz jedynie „socjalizmu z ludzką twarzą”. I wreszcie głuchota na niedawne prowokacje Stefana Chwina, który w „Dzienniku dla dorosłych” śmiał twierdzić, że wolności i demokracji nie wywalczyliśmy w kolejnych polskich Miesiącach, lecz została nam dana geopolitycznym zbiegiem pomyślności.

Radomski Czerwiec nie ma pomnika, ma kamień węgielny. Tu od dawna niczego nie dokończono, to miasto nie ma formy, daje się ugniatać i wałkować jak ciasto na kluchy. Kluchowatość to jego stan naturalny. Kluchowatość okraszona marzeniami o wielkości. Wtedy spacyfikowane, ze słabą Solidarnością i niechęcią do oporu, w demokrację i kapitalizm moje miasto weszło nieprzygotowane, rozmamłane, i tak zostało do dziś. Nie tylko tutaj, ale tu jakoś szczególnie.

Gdy oglądam kolejne smutne obchody prawie okrągłej rocznicy Czerwca, w głowie kołacze mi pytanie: a co, jeśli przerażające sugestie Kijowskiego, Kowalskiego, Chwina są prawdziwe. Co jeśli wolności nie zdobyliśmy, może nawet nie chcieliśmy jej zdobywać? I co, jeżeli w tych wszystkich polskich miesiącach chodziło może i o wiele spraw, ale najbardziej jednak o kiełbasę? Może dlatego tak obrzydliwie „pragmatyczny” i cwaniacki jest polski kapitalizm, także ten polityczny?

W Radomiu wciąż nie ma pomnika Czerwca, ale jest projekt: pomnik w kształcie bramy, bramy do wolności. „Powiew” (bo tak się nazywa ten projektowany monument) miał być ustawiony tam, gdzie kiedyś stał pomnik radzieckich wyzwolicieli. Gdyby go ustawić tam teraz, byłby bramą do galerii handlowej. Czy tym miał być Czerwiec? Czy taki jest jego sens ostateczny?

Data dodania: 13 czerwca 2011

Mam twarz. Mam książki. Nie mam facebooka. Czy ja istnieję?

W maju i czerwcu we Wsoli wypowiedziano tyle słów i zdań, wspaniałych, mądrych, prawdziwie literackich, skrzących ironią, uwodzących wyobraźnią i melodią, tyle słów i zdań ważnych, że jedynym, co można było zrobić, to pomilczeć. Stąd przerwa w blogowaniu.

Ale gdy tak słuchałem, czasem rozmawiałem, dopytując raczej niż twierdząc cokolwiek (nie takim ja głupi), lągł się we mnie podstępny niepokój i jak soliter pochłaniać zaczął radość mą. Nic to, że milczałem w realu, nic to. Ale milczałem również w Internecie. A skoro ja milczałem, to byłem też przemilczany przez innych, przez tych, którzy na mojego bloga klikali, a tam nic, stary felieton, wręcz zmurszały jak na wymogi wirtualnego świata.

Oni nie czytali, bo ja nie pisałem. Nie czytali, to i nie klikali, czymże więc miała się żywić ona, moja miłość własna? Miłość własna, ta próżność wcale nie próżna, bo lęków pełna, i łechtań, złudzeń i nadziei. Znanych każdemu, kto słowo swoje decyduje się upublicznić. A kto raz się zdecyduje, biada mu, bo już nie będzie potrafił nawet przypomnieć sobie, jak mógł żyć bez bloga. A nawet jeśli sobie przypomni, to strach mu włosy na głowie zjeży z przerażenia.

Odkąd pan Bartłomiej Kwasek, młody mój (i nasz, muzealny) przewodnik po nowych mediach, których używam jak małpa albo pies pana Pawłowa, odkąd więc pan Bartłomiej pokazał mi, jak tekst i jego poczytność rozrastać się mogą w Sieci, ikonka „Lubię to!” nabrała dla mnie zaprawdę religijnego wymiaru. A teraz nikt w nią nie klika, bo ja milczę. Zgroza.

I wtedy trafiłem na tę informację. Znany aktor, reżyser, a ostatnio dyrektor prowincjonalnego teatru, popełnił samobójstwo. Był nieco tylko starszy ode mnie. Zostawił list, w którym uzasadnił odmowę dalszego uczestnictwa. Powody niby banalne, lecz za nimi wielkie zmęczenie i wielkie pragnienie nie-bycia. A pod informacją, w internetowym wydaniu poczytnej gazety, ikonka „Lubię to!” i stu czterdziestu siedmiu, którzy „to” polubili przez parę godzin istnienia informacji. Przez fragment życia zatrzymanego w trupim blasku monitora.

Ja wiem, że na fejsbuku „lubię” znaczy również „zaciekawiło mnie, zaintrygowało”. Ale wychowany w czasach przedinternetowych, w epoce Gutenberga, wciąż nałogowo przywiązuję wagę do słów i ich istotnych sensów. I to już raczej się nie zmieni. Jest zwyczajnie za późno.

Nie obejmie mnie więc wszechmoc Internetu, część jego łask zostanie mi poskąpiona. I znacznie częściej niż dla młodych bók wirtualnego świata będzie miał dla mnie face złośliwego trolla.

Data dodania: 24 maja 2011

A w musejonach znowu spokój. Po nocnym Polaków zwiedzaniu spuchnięte statystyki i nogi opiekunek ekspozycji, zadowoleni urzędnicy i mnóstwo sprzątania. Przerażone muzy wyłażą z kątów i biorą się za przywracanie porządku. Taka łamigłówka dla socjologów i pijarowców: dlaczego Polacy na tę jedną noc majową zamieniają grillowanie na musejowanie?

Z tym grillowaniem to nie do końca prawda. Skruszone wyrzutami sumienia świątynie muz pod osłonę Nocy skrywają elitaryzm jak wstydliwą chorobę, perwersyjnie rzucają się do plebejskich uciech i zamiast nudnych opowieści o przeszłości serwują zgłodniałym kultury masom zupę gulasz, suszi, cygańskie skrzypce, pokazy karate, hawajskie uciechy za płotem jenieckich obozów, a także masowe malowanie, śpiewanie, czytanie, rymowanie, obmacywanie cudów techniki i woskowych lalek, zbiorowe reakcje chemiczne i ludyczne rekreacje na dechach. Umarł Maciek, umarł, zatańczyłby jeszcze, od ucha, do rana, oj dana, dana…

To nic, że potem trzeba marmurowe posadzki szorować z plam po papryce, froterować podłogi po obertasach i hawajskich wygibasach, a urządzenia alarmowe uwalniać z gumy do żucia i kiełbasianych odcisków daktyloskopijnych. Nic to wszystko, bo przynajmniej przez parę dni, tygodni, miesięcy my – strażnicy muz na etacie – mamy wrażenie, że robimy coś równie potrzebnego jak bóstwa kultury masowej. Że jak one możemy błysnąć frekwencją i wyczuciem masowych gustów. Raz do roku, w Skiroławkach i gdzie indziej. Odeśpi się później.

Myśmy w tym roku nie pospali. Tuż po Nocy Muzeów we Wsoli Stefan Chwin. Przy kawiarnianych stolikach już nie tłumy, lecz czytające indywidua. Profesor Chwin lekko ironiczny, bardzo uważny, słowa miarkujący. Wypomina mi lekko, że w „Dzienniku dla dorosłych” wynajduję jedynie prowokacje, a przecież tam tyle innych kwestii, może ważniejszych. Może, ale przecie po to prowokował, bym był sprowokowany. W końcu jednak pytam o Gombrowicza, bo Gombrowicz w „Dzienniku…” Chwina tak obecny, że aż uwiera. Gombrem więc przechodzimy od historii i polityki do literatury, a tu Dominika znów występuje w roli krytyka idealnego, co to czyta więcej, niż autor wie, że powiedział. To też po spotkaniu autor „Panny Ferbelin” nie szczędzi dr Dominice komplementów, wcale chyba nie grzecznościowych.

Samą powieść czyta się świetnie, choć nie jest optymistyczna, inaczej niż taki choćby „Mistrz i Małgorzata” – bez wiary w to, że rękopisy nie płoną. Skojarzenie z Bułhakowem nasuwa się samo, bo wśród słuchaczy na honorowym miejscu pani Krystyna, Żona, w czerwonej sukni z połyskującej dyskretnie materii, usadzona na czerwonym fotelu, dziewiętnastowiecznym, a więc z epoki, z której państwo Chwinowie tak naprawdę przybywają. A i „Panna Ferbelin”, opowieść ewangeliczna, apokryf o powtórnym przyjściu Nauczyciela, polemiczny wobec Pisma, ten wiek dziewiętnasty naturalnie przywołuje.

W końcu XIX i w początkach XX wieku to jednak raczej przyjście Antychrysta testowano: u Dostojewskiego, Sołowjowa, ale i na przykład czytającego ich pilnie Aleksandra Wata. Autora „Bezrobotnego Lucyfera”, ironicznie przewrotnego opowiadania o tym, że szatan przestał być groźny dla człowieka, stał się żałosną figurą, gdyż ludzkość w swoim diabelstwie prześcignęła szatana. Watowi wydawało się, że jest świadkiem dotarcia do granic ostatecznych nowożytnej cywilizacji. Mylił się, bo nie ma takiego diabelstwa, od którego ludzie nie wymyśliliby gorszego. Wat przekonał się o tym boleśnie, dosłownie. To też temat z dziennikowych zapisków naszego gościa. Groza historii. Kiedy w którymś momencie rozmowy Stefan Chwin przypomina, że Wolne Miasto Gdańsk trwało zaledwie dwadzieścia lat, mimowolnie wtrącam: to tak jak nasza najnowsza wolność. – Niech pan tak nie mówi, to niebezpieczne – napomina Profesor, z ironicznym uśmiechem, ale …

Dziewiętnastowieczność smakowaliśmy również w kuluarach spotkania. Po kolacji na wiekowym czeczotowym stole ciasteczka, państwo Chwinowie smakują, chwalą, nas zachęcają. Wzbraniamy się, że niby pora późna, a pani Krystyna z uśmiechem do męża: no tak, zobacz, oni są rozsądni. A mówiąc tak, wydaje na ciasteczka wyrok – że niby my rozsądni, rozsądkiem skrępowani, tacy nieromantyczni? I w galop ku półmiskowi, aż drzazgi z lukrów i ciast kruchych, bo francuskich, idą. No, istna Samossiera cukiernicza, niech nikt nie myśli, że Polak nie romantyk.

Zapisuję te drobiazgi, okruchy, bo może ktoś przeczyta. O tym też rozmawialiśmy: o poczytności, o frekwencji i oglądalności, statystykach i wskaźnikach, tym wszystkim, co mami dzisiejszą kulturę wizją mas czytających i kultury spragnionych. Kiedyś elektryfikacja, dziś cyfryzacja. I obowiązkowy jeden procent. A literaturę czytać będą i tak nieliczni. Wystarczy porównać, ile komentarzy w Internecie (będącym ponoć przyszłością kultury) wzbudziły relacje z Nocy Muzeów, a ile czytanie z ust piłkarza Małeckiego.

Gazeta Wyborcza, w tym samym numerze, co nadzwyczaj obszerne relacje z muzeów, pomieściła subtelne rozważania speców od lip-readingu. Dociekali oni, czy piłkarz Małecki rzeczywiście powiedział do piłkarza Ntibazonkizy: „Co, kur…? Spier…, czarnuchu jeb…”. Specjaliści uznali ostatecznie, że piłkarz Małecki ozwał się do piłkarza Ntibazonkizy subtelniej, bo rzekł jeno: „Co? Spier… skur… jeb…”.

Każdy czyta, co woli. I tak jest dobrze.

Data dodania: 10 maja 2011

W telewizji pokazali. Brat naszego Boga, to w teatrze. Teatr beatyfikacji JP II, Polaka, odcinek serialu trwającego już miesiące (lata? wieki?). Płyta z otwieranego grobu papieża, odkręcona płyta w Smoleńsku, ząb i krew błogosławionego, żądania nieufnej wdowy: ekshumujcie. Trochę wcześniej: łzy skoczka i cały naród nosi wąsy jego, bo on odchodzi. Kubica, rocznica, trans.

Bo potem jeszcze, potem i przedtem (daty są nieostre, jak obraz w starym odbiorniku) kamera zagląda w okna włoskiego szpitala, zastanawiając się czy on, nasza duma i chwała, wróci jeszcze na tor, do formy i Formuły. Zagląda tak samo, jak wtedy, gdy w Rzymie podglądała okna innego szpitala, czekając na koniec, wiedząc, że papież odchodzi. Najazd, zbliżenie, cięcie.

Krzyże, pochodnie, białe kitle, barwne szaty liturgiczne, flagi i transparenty. A w święto narodowe igrzyska na trawie: pały i metalowe sztachety, klubowe szaliki i bandyckie kominiarki, race i gumowe kule, bluzgi i zaciśnięte zęby. Serial żywi się emocjami, bez nich nie istnieje. Księgę zamyka wiatr, już nikt nic nie czyta, wystarcza papka z obrazków. Homo videns, szklana pogoda. Niektórzy wyłączają odbiorniki, przestrajają się na nadawanie. Tylko czy mają jeszcze do kogo?

W deszczowe sobotnie popołudnie we Wsoli Inga Iwasiów, w bardzo dobrej rozmowie z Dominiką Świtkowską („naszą Dominiką”), której przysłuchuje się zaledwie kilkanaście osób. Pewnie pora i pogoda trochę nie te, a i pani Inga, choć czytającym znana dobrze, to mało obecna w telewizorze. Pytana o Gombrowicza, mówi o jałowej lekturze, o tym, że nie przerobiliśmy jego lekcji. Odkąd został włączony do kanonu, przestał inspirować – o tym we Wsoli już kilkakrotnie mówiono. Wszyscy wiedzą, że jest, odłożony na półkę, ukryty między okładkami. Kanonizowanych się nie studiuje, ich się ogląda. Najlepiej przez szybę.

Gdzieś obok tamtych tłumów i naszej garstki toczy się normalne życie. Tak zwane: normalne. Banał, ale trzeba o nim pamiętać, by nie usłyszeć diabelskiego głosu z Nie-boskiej: powieść układasz. Przed spotkaniem z panią Ingą czekam na autobus do Wsoli. Do greckiej knajpy naprzeciwko przystanku podjeżdżają samochody, parkują pod reklamową tablicą, zapraszającą na wesele i stypy. Wysiadający ubrani raczej na czarno, więc stypa. Witają się na schodach, całują, ściskają, spotykają-po-latach. Restaurację wybudowano sprytnie przy rondzie, stąd rozchodzą się drogi na Kraków, Warszawę, Lublin i Rzeszów. Posileni obiadem i rodziną za godzinę, półtorej, wyruszą do siebie, do życia. Będą pamiętać przez chwilę, potem może z okazji rocznic. Zwyczajnie, prywatnie.

W kwietniu, wśród wielkich rocznic i świąt, minęła mniejsza: czterdziesta rocznica śmierci Jerzego Gombrowicza, „mniejszego brata” naszego Gombra. We wspomnieniach, które do wydania przygotowuje nasza Dominika, Jerzy szlachetnie urasta i brązowieje. U Siedleckiej stary stangret wspomina, że mądry był z pana Jerzego pan, bo przeczuł wszystko, przeczuł utratę, więc o majątek nie dbał i bawił się, ile wlezie. Birbant, rubaszny i przyjacielski. Wojnę przeżył patriotycznie: na internowaniu w Rumunii, chadzając do teatrów, studiując sztukę. We wspomnieniach z powojnia raczej nauczyciel młodzieży, animator kultury, organizator i recenzent. Czy pisując mozolnie recenzyjki z prowincjonalnych przedstawień kielecko-radomskiego teatru smażył się w piekle braterskiej zazdrości? Czy raczej próbował się ogrzać w sławie brata, na początku tylko rodzinnej, środowiskowej, potem już powszechniejszej, światowej? A może bycie „człowiekiem kultury” dawało wtedy odrobinę wolności?

Trudny temat: przystosowanie Jerzego do nowego ustroju. Jako jedyny z Gombrowiczów tak przystosowany; pan redaktor wygłaszający pogadanki dla robotników „Waltera” o wyższości nowego ustroju. A na Żeromskiego pod trzydziestym półoficjalne kasyno, noce z brydżem, z dobrym jedzeniem i wyśmienitymi nalewkami, za niewygórowaną cenę. Danina płacona ustrojowi za zgodę na życie bez etatu. Czy Witold pisywał do Jerzego tak rzadko z ostrożności, by mu nie szkodzić, czy z niechęci do mimikry? Potrzeba by z sześćdziesiąt dolarów, na rodzinny grobowiec – pisał Jerzy do Witolda. Mnie bardziej interesują żywi – odpowiadał Witold. Czy przysłał dolary?

Inga Iwasiów mówiła w deszczową sobotę, że jej powieści są również po to, byśmy zastanowili się, czy nie jesteśmy zbyt wymagający wobec swojej biografii i historii. Jest takie zdjęcie z przedwojennej Wsoli, moje ulubione. Rodzina w salonie, ustawiona i udrapowana, w przerwie nudnych towarzyskich obowiązków, w przerwie bycia ze sobą. Wszyscy mają w oczach jakieś szaleństwo i udrękę, rozpaczliwość, jak u uwięzionych zwierząt. Jerzego na zdjęciu nie ma. Gdzie jest? Zabawił za długo w Radomiu? U Wierzbickiego czy gdzie indziej? Stangret zamarza na koźle, bo Gombrowicz zapomniał go odesłać do Wsoli, jak pożali się po dziesiątkach lat pani pisarce.

Im jestem starszy, tym lepiej go rozumiem. I nabieram – wcale nie radosnego – przekonania, że Jerzy, ten brat naszego Gombra, jest bardziej nasz niż wielki i wymagający Witold. Który by pewnie dostał Nobla, gdyby nie umarł, więc naszym, rodaków, obowiązkiem jest nieustannie go kanonizować.

Data dodania: 28 kwietnia 2011

[Witold Gombrowicz, fot. Bohdan Paczowski]

„Niech Pan wie, że nie jestem i nigdy nie byłem HOMOSEKSUALISTA, ale od czasu do czasu mam zwyczaj robić to, kiedy mam ochotę” – pisał Witold Gombrowicz do Juana Carlosa Gomeza, broniąc się przed stereotypem. Dziś znów należałoby go bronić. Poniekąd znów przed gejem i jego obrońcami, którzy Gombrowicza użyli jak retorycznej pałki do walki z ciemnogrodem.

Jako broń w arsenale poprawności politycznej pojawił się Gombrowicz w głośnej radomskiej awanturze o „Żywą Bibliotekę”, akcję mającą oswajać z innościami i odmiennościami, także seksualnymi. W Radomiu żywymi książkami mieli być między innymi: matka niepełnosprawnego dziecka, alkoholik, wegetarianin, dwaj księża (niekatoliccy) oraz homoseksualista. I o niego właśnie rozpętała się awantura, bo swoją szansę zwietrzył pewien bardzo prawicowy radny, dotychczas znany głównie z tego, że nie był znany. Jest za to piśmienny, więc słał listy pełne oburzenia przeciw „propagowaniu dewiacji w miejskiej placówce”. Prezydent miasta na listy zareagował: ustami swego zastępcy, stuprocentowego hetero. „Przekonał” on dyrektorkę Resursy Obywatelskiej, by homoseksualny tom zdjęła z półki albo bibliotekę pogoniła precz. Dyrektorka uległa i wtedy ostro zareagowały nie tylko media, ale i liczne nieuprzedzone organizacje społeczne z całej Polski. Radny homofob tryumfował, bo tą – podejrzewam, że cyniczną – zagrywką wywalczył sobie dobre miejsce na liście kandydatów do parlamentu.

Homoskandal w mieście, o którym Gombrowicz wyrażał się mniej niż rzadko, ale za to zawsze niepochlebnie, pokazał jednak zjawiska poważniejsze niż jeden czy drugi polityk z burleski. Pokazał słabość polskiej demokracji i debaty publicznej. Nie chodzi mi o zaklęcia, którymi w walce o tolerancję posługiwali się aktywiści i niektórzy komentatorzy, mówiąc, że ktoś taki jak ów radomski radny wyleciałby z polityki w każdym „normalnym” kraju. Wystarczy poczytać, co mówią różni skrajni prawicowcy czy lewacy w normalnej Francji, Holandii, Niemczech czy Finlandii. Nie uważam też – inaczej też niż zwolennicy politycznej poprawności – że w publicznym dyskursie nie ma miejsca na takie wypowiedzi jak protesty radnego A. Wybrało go przecież ze dwieście osób, myślących podobnie jak on i póki radny nie łamie prawa, może (a nawet ma obowiązek) w imieniu tej garstki wyborców mówić, co myśli. Wolność słowa jest takim samym konstytucyjnym prawem jak wolność wyboru orientacji seksualnej.

Antydemokratycznym skandalem jest natomiast działanie prezydenta miasta. Nie wolno mu zapominać, że choć władzę dał mu werdykt wyborców, to jednak nie wszystkich. A publiczne instytucje i publiczna przestrzeń są własnością wszystkich obywateli miasta, także tych głosujących na innych lub nie głosujących wcale. Również i tych, których gej w Żywej Bibliotece nie razi. Ideologiczne zakazy czy naciski wobec szefa miejskiej placówki kultury to zwyczajne ograniczanie wolności. Na odległość śmierdzące komuną. I tyle. Elementarz.

Gorzej, że w tym sporze również druga, „postępowa” strona używa czasem języka władzy, posiadania, przemocy i wykluczenia. Czyżby nie było wolności dla wrogów wolności? Sama idea Żywej Biblioteki, idea otwartej rozmowy, opisana została za pomocą słów o mocnej konotacji: wypożyczenie (więc i własność), regulamin, katalog. Wypożyczanie żywych ludzi w cywilizacji wciąż pamiętającej straszliwy wiek XX, wiek reifikacji człowieka, to nie najlepsza metafora. Na dodatek sam pomysł wydaje się zaczerpnięty nie tyle ze świata książek, co z rynku telewizyjnej rozrywki. To taki szlachetny i „postępowy” talk show, rodzaj menażerii, w której homoseksualistę (za)poznaje się podobnie jak babę z brodą. Musi być akcja i sensacja. I pikanteria. I homofob, którego można napiętnować.

Przeciwników Żywej Biblioteki obrońcy tolerancji potraktowali nie tylko konstytucją, ale i Gombrowiczem, odpytując z lektur i dalszych losów Festiwalu Gombrowiczowskiego. Wszak Gombro – mrugali znacząco – do przygód z chłopcami w portowych zaułkach się przyznawał… Nie wiem jednak, czy używający tak Gombrowicza zastanowili się, po której byłby dzisiaj stronie? Czy w ogóle po którejś chciałby być? Czy pamiętali, z jakim dystansem odniósł się do paryskiej rewolty ’68 roku. Albo jak przestrzegał polską kulturę i Polaków przed „doganianiem” Zachodu i upodabnianiem się do niego na siłę. (Nie wiem, czy argument, że Żywa Biblioteka to akcja rekomendowana przez Radę Europy do Gombrowicza by przemówił.) Przede wszystkim jednak przestrzegał Gombrowicz przed zniewoleniem formą, przed stereotypem, przed światem, w którym epitety i etykiety zastępują samodzielność myślenia. W którym rezygnuje się z wolności jednostki na rzecz odruchów stadnych. Ostrzegał chyba nadaremno, skoro w sporze o wolność geja pojawił się jako służąca postępowi retoryczna pałka.

Cały ten spór, podobnie jak polska debata publiczna, potwierdza Gombrowiczowską wizję świata. Ustanawiamy się we wzajemnej relacji z Innym, raczej przemocą niż po dobroci. Jeśli ta relacja jest wyłącznie pojedynkiem na miny i krzyki, to choćby był on toczony w imię szlachetnych nawoływań do tolerancji i dialogu, skończy się jak u Gombrowicza: wielką kupą splątanych w walce i rywalizacji ciał, które już nawet nie będą pamiętały, o co poszło i kto zaczął. I nie będzie wiadomo, gdzie ręka, gdzie noga, a – przede wszystkim – gdzie mózg.

Tomasz Tyczyński

[Witold Gombrowicz, fot. Bohdan Paczowski]

Data dodania: 15 kwietnia 2011

[fot. Jan Bułhak, hale targowe w Nowogródku, ze zbiorów Muzeum Literatury]

Kultura się liczy! – wierzy urzędowy optymizm. Kultura się z wami policzy! – przedrzeźnia ministerialne hasło artystyczna opozycja. A racja jak zwykle ułożyła się pośrodku: z kulturą się liczą, jeśli da się ją policzyć. Oto dowód z ostatnich dni.

W ubiegłym tygodniu w moim rodzinnym mieście otwarto galerię handlową. Pierwszą taką w powiecie. Dlaczego tym banalnym wydarzeniem zajmuję czas (to pieniądz) czytelnikom bloga o tematyce kulturalnej? Bo jak zauważył w przemówieniu pewien Bardzo Ważny Decydent, nowo otwarta galeria pokazuje nie tylko nową jakość zarządzania przestrzenią w mieście, ale także nowy styl zagospodarowania wolnego czasu, czyli kultury. Według BWD współczesna kultura w dużej mierze realizuje się w tego typu obiektach.

Na miejscu, gdzie powstał bazar z kamienia, wielu tutejszych marzycieli (jak to było u Kofty: „tych inteligentów tych, docentów”) widziało budynek filharmonii, tworzący razem z pobliskim teatrem i nieodległą galerią sztuki nowy rynek miejski, miastotwórcze centrum kultury. Nie mam jednak złudzeń, że to nie owi marzyciele, lecz właśnie samorządowcy trafnie odczytali zapotrzebowanie społeczne, decydując, jak nowa radomska agora ma wyglądać. Przecież większości elektoratu kultura w galerii wystarcza. Oczywiście można rwać szaty z tego powodu – tym bardziej, że o nowe szaty w nowej galerii nietrudno. Czy nie lepiej jednak otworzyć się na dobre strony otwarcia?

Kultura się liczy. Dosłownie. Umberto Eco zaproponował przed trzydziestu laty w felietonie pod wymownym tytułem „Ile kosztuje arcydzieło?”, by „zastosować rygorystyczną i chłodną logikę ekonomii do dzieł artystycznych”. Proponowana przekornie przez Eco metoda urynkawia literaturę na tyle, że śmiało może ona stać się towarem z galerii handlowej. Złośliwiec Eco proponuje genialnie prostą klasyfikację wybitnych powieści – według tego, ile musieli wydać ich autorzy, by poznać rzeczywistość, którą następnie opisali.

Weźmy na przykład takiego Manna. „Czarodziejska góra to nie żarty: pobyt w sanatorium, czapka, firma Hansa Castorpa nie przynosząca dochodów. Nie mówiąc już o Śmierci w Wenecji, wystarczy pomyśleć, ile kosztuje pokój z łazienką w hotelu na Lido(…)”. Jeszcze droższy jest Portret artysty z czasów młodości Joyce’a, „gdzie trzeba wziąć pod uwagę jedenaście lat nauki u jezuitów, następnie Conglowes Wood, Belvedere i University College, plus książki”. Co innego „Komu bije dzwon” Hemingwaya. To arcydzieło kosztowało bardzo mało: „podróż do Hiszpanii odbyta nielegalnie, w towarowym wagonie, wikt i mieszkanie na koszt republikanów, dziewczyna w śpiworze, nie trzeba nawet płacić za pokój na godziny”.

W kontekście historii literatury pisanej według kryterium wydatkowego intencje radomskich samorządowców nabierają nowego, szlachetniejszego wymiaru. Zaś twierdzenie, że z nowej galerii najbardziej cieszą się galerianki, bo nie muszą już jeździć do pobliskiej Warszawy czy (o zgrozo!) jeszcze bardziej pobliskich Kielc, staje się małostkową złośliwością wiecznie niezadowolonych inteligentów („tych docentów, tych”). Prawdziwymi beneficjentami decyzji światłych zarządców miejskiej przestrzeni są bowiem artyści, którzy bez zbędnych kosztów podróży będą mogli tworzyć sztukę krytyczną, opisującą te biedne dziewczęta uciskane za pomocą paternalistycznych stereotypów opresyjnego społeczeństwa i sprowadzane na zła drogę poprzez konsumpcjonistyczne wzorce zachowań w służbie bezwzględnego kapitału. Uff…

Samorządowi władcy przestrzeni wiedzą, co czynią. Może i nowe radomskie arcydzieła nie będą aż tak tanie jak „Komu bije dzwon”, ale na pewno nie będą wymagały wspinaczki na Czarodziejską Górę. Wystarczy spacer po galerii.

Tomasz Tyczyński

[fot. Jan Bułhak, hale targowe w Nowogródku, ze zbiorów Muzeum Literatury]

Strona 14 z 15« First...1112131415
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury