Blogi Muzeum Literatury
Data dodania: 13 czerwca 2011

Mam twarz. Mam książki. Nie mam facebooka. Czy ja istnieję?

W maju i czerwcu we Wsoli wypowiedziano tyle słów i zdań, wspaniałych, mądrych, prawdziwie literackich, skrzących ironią, uwodzących wyobraźnią i melodią, tyle słów i zdań ważnych, że jedynym, co można było zrobić, to pomilczeć. Stąd przerwa w blogowaniu.

Ale gdy tak słuchałem, czasem rozmawiałem, dopytując raczej niż twierdząc cokolwiek (nie takim ja głupi), lągł się we mnie podstępny niepokój i jak soliter pochłaniać zaczął radość mą. Nic to, że milczałem w realu, nic to. Ale milczałem również w Internecie. A skoro ja milczałem, to byłem też przemilczany przez innych, przez tych, którzy na mojego bloga klikali, a tam nic, stary felieton, wręcz zmurszały jak na wymogi wirtualnego świata.

Oni nie czytali, bo ja nie pisałem. Nie czytali, to i nie klikali, czymże więc miała się żywić ona, moja miłość własna? Miłość własna, ta próżność wcale nie próżna, bo lęków pełna, i łechtań, złudzeń i nadziei. Znanych każdemu, kto słowo swoje decyduje się upublicznić. A kto raz się zdecyduje, biada mu, bo już nie będzie potrafił nawet przypomnieć sobie, jak mógł żyć bez bloga. A nawet jeśli sobie przypomni, to strach mu włosy na głowie zjeży z przerażenia.

Odkąd pan Bartłomiej Kwasek, młody mój (i nasz, muzealny) przewodnik po nowych mediach, których używam jak małpa albo pies pana Pawłowa, odkąd więc pan Bartłomiej pokazał mi, jak tekst i jego poczytność rozrastać się mogą w Sieci, ikonka „Lubię to!” nabrała dla mnie zaprawdę religijnego wymiaru. A teraz nikt w nią nie klika, bo ja milczę. Zgroza.

I wtedy trafiłem na tę informację. Znany aktor, reżyser, a ostatnio dyrektor prowincjonalnego teatru, popełnił samobójstwo. Był nieco tylko starszy ode mnie. Zostawił list, w którym uzasadnił odmowę dalszego uczestnictwa. Powody niby banalne, lecz za nimi wielkie zmęczenie i wielkie pragnienie nie-bycia. A pod informacją, w internetowym wydaniu poczytnej gazety, ikonka „Lubię to!” i stu czterdziestu siedmiu, którzy „to” polubili przez parę godzin istnienia informacji. Przez fragment życia zatrzymanego w trupim blasku monitora.

Ja wiem, że na fejsbuku „lubię” znaczy również „zaciekawiło mnie, zaintrygowało”. Ale wychowany w czasach przedinternetowych, w epoce Gutenberga, wciąż nałogowo przywiązuję wagę do słów i ich istotnych sensów. I to już raczej się nie zmieni. Jest zwyczajnie za późno.

Nie obejmie mnie więc wszechmoc Internetu, część jego łask zostanie mi poskąpiona. I znacznie częściej niż dla młodych bók wirtualnego świata będzie miał dla mnie face złośliwego trolla.

Data dodania: 24 maja 2011

A w musejonach znowu spokój. Po nocnym Polaków zwiedzaniu spuchnięte statystyki i nogi opiekunek ekspozycji, zadowoleni urzędnicy i mnóstwo sprzątania. Przerażone muzy wyłażą z kątów i biorą się za przywracanie porządku. Taka łamigłówka dla socjologów i pijarowców: dlaczego Polacy na tę jedną noc majową zamieniają grillowanie na musejowanie?

Z tym grillowaniem to nie do końca prawda. Skruszone wyrzutami sumienia świątynie muz pod osłonę Nocy skrywają elitaryzm jak wstydliwą chorobę, perwersyjnie rzucają się do plebejskich uciech i zamiast nudnych opowieści o przeszłości serwują zgłodniałym kultury masom zupę gulasz, suszi, cygańskie skrzypce, pokazy karate, hawajskie uciechy za płotem jenieckich obozów, a także masowe malowanie, śpiewanie, czytanie, rymowanie, obmacywanie cudów techniki i woskowych lalek, zbiorowe reakcje chemiczne i ludyczne rekreacje na dechach. Umarł Maciek, umarł, zatańczyłby jeszcze, od ucha, do rana, oj dana, dana…

To nic, że potem trzeba marmurowe posadzki szorować z plam po papryce, froterować podłogi po obertasach i hawajskich wygibasach, a urządzenia alarmowe uwalniać z gumy do żucia i kiełbasianych odcisków daktyloskopijnych. Nic to wszystko, bo przynajmniej przez parę dni, tygodni, miesięcy my – strażnicy muz na etacie – mamy wrażenie, że robimy coś równie potrzebnego jak bóstwa kultury masowej. Że jak one możemy błysnąć frekwencją i wyczuciem masowych gustów. Raz do roku, w Skiroławkach i gdzie indziej. Odeśpi się później.

Myśmy w tym roku nie pospali. Tuż po Nocy Muzeów we Wsoli Stefan Chwin. Przy kawiarnianych stolikach już nie tłumy, lecz czytające indywidua. Profesor Chwin lekko ironiczny, bardzo uważny, słowa miarkujący. Wypomina mi lekko, że w „Dzienniku dla dorosłych” wynajduję jedynie prowokacje, a przecież tam tyle innych kwestii, może ważniejszych. Może, ale przecie po to prowokował, bym był sprowokowany. W końcu jednak pytam o Gombrowicza, bo Gombrowicz w „Dzienniku…” Chwina tak obecny, że aż uwiera. Gombrem więc przechodzimy od historii i polityki do literatury, a tu Dominika znów występuje w roli krytyka idealnego, co to czyta więcej, niż autor wie, że powiedział. To też po spotkaniu autor „Panny Ferbelin” nie szczędzi dr Dominice komplementów, wcale chyba nie grzecznościowych.

Samą powieść czyta się świetnie, choć nie jest optymistyczna, inaczej niż taki choćby „Mistrz i Małgorzata” – bez wiary w to, że rękopisy nie płoną. Skojarzenie z Bułhakowem nasuwa się samo, bo wśród słuchaczy na honorowym miejscu pani Krystyna, Żona, w czerwonej sukni z połyskującej dyskretnie materii, usadzona na czerwonym fotelu, dziewiętnastowiecznym, a więc z epoki, z której państwo Chwinowie tak naprawdę przybywają. A i „Panna Ferbelin”, opowieść ewangeliczna, apokryf o powtórnym przyjściu Nauczyciela, polemiczny wobec Pisma, ten wiek dziewiętnasty naturalnie przywołuje.

W końcu XIX i w początkach XX wieku to jednak raczej przyjście Antychrysta testowano: u Dostojewskiego, Sołowjowa, ale i na przykład czytającego ich pilnie Aleksandra Wata. Autora „Bezrobotnego Lucyfera”, ironicznie przewrotnego opowiadania o tym, że szatan przestał być groźny dla człowieka, stał się żałosną figurą, gdyż ludzkość w swoim diabelstwie prześcignęła szatana. Watowi wydawało się, że jest świadkiem dotarcia do granic ostatecznych nowożytnej cywilizacji. Mylił się, bo nie ma takiego diabelstwa, od którego ludzie nie wymyśliliby gorszego. Wat przekonał się o tym boleśnie, dosłownie. To też temat z dziennikowych zapisków naszego gościa. Groza historii. Kiedy w którymś momencie rozmowy Stefan Chwin przypomina, że Wolne Miasto Gdańsk trwało zaledwie dwadzieścia lat, mimowolnie wtrącam: to tak jak nasza najnowsza wolność. – Niech pan tak nie mówi, to niebezpieczne – napomina Profesor, z ironicznym uśmiechem, ale …

Dziewiętnastowieczność smakowaliśmy również w kuluarach spotkania. Po kolacji na wiekowym czeczotowym stole ciasteczka, państwo Chwinowie smakują, chwalą, nas zachęcają. Wzbraniamy się, że niby pora późna, a pani Krystyna z uśmiechem do męża: no tak, zobacz, oni są rozsądni. A mówiąc tak, wydaje na ciasteczka wyrok – że niby my rozsądni, rozsądkiem skrępowani, tacy nieromantyczni? I w galop ku półmiskowi, aż drzazgi z lukrów i ciast kruchych, bo francuskich, idą. No, istna Samossiera cukiernicza, niech nikt nie myśli, że Polak nie romantyk.

Zapisuję te drobiazgi, okruchy, bo może ktoś przeczyta. O tym też rozmawialiśmy: o poczytności, o frekwencji i oglądalności, statystykach i wskaźnikach, tym wszystkim, co mami dzisiejszą kulturę wizją mas czytających i kultury spragnionych. Kiedyś elektryfikacja, dziś cyfryzacja. I obowiązkowy jeden procent. A literaturę czytać będą i tak nieliczni. Wystarczy porównać, ile komentarzy w Internecie (będącym ponoć przyszłością kultury) wzbudziły relacje z Nocy Muzeów, a ile czytanie z ust piłkarza Małeckiego.

Gazeta Wyborcza, w tym samym numerze, co nadzwyczaj obszerne relacje z muzeów, pomieściła subtelne rozważania speców od lip-readingu. Dociekali oni, czy piłkarz Małecki rzeczywiście powiedział do piłkarza Ntibazonkizy: „Co, kur…? Spier…, czarnuchu jeb…”. Specjaliści uznali ostatecznie, że piłkarz Małecki ozwał się do piłkarza Ntibazonkizy subtelniej, bo rzekł jeno: „Co? Spier… skur… jeb…”.

Każdy czyta, co woli. I tak jest dobrze.

Data dodania: 10 maja 2011

W telewizji pokazali. Brat naszego Boga, to w teatrze. Teatr beatyfikacji JP II, Polaka, odcinek serialu trwającego już miesiące (lata? wieki?). Płyta z otwieranego grobu papieża, odkręcona płyta w Smoleńsku, ząb i krew błogosławionego, żądania nieufnej wdowy: ekshumujcie. Trochę wcześniej: łzy skoczka i cały naród nosi wąsy jego, bo on odchodzi. Kubica, rocznica, trans.

Bo potem jeszcze, potem i przedtem (daty są nieostre, jak obraz w starym odbiorniku) kamera zagląda w okna włoskiego szpitala, zastanawiając się czy on, nasza duma i chwała, wróci jeszcze na tor, do formy i Formuły. Zagląda tak samo, jak wtedy, gdy w Rzymie podglądała okna innego szpitala, czekając na koniec, wiedząc, że papież odchodzi. Najazd, zbliżenie, cięcie.

Krzyże, pochodnie, białe kitle, barwne szaty liturgiczne, flagi i transparenty. A w święto narodowe igrzyska na trawie: pały i metalowe sztachety, klubowe szaliki i bandyckie kominiarki, race i gumowe kule, bluzgi i zaciśnięte zęby. Serial żywi się emocjami, bez nich nie istnieje. Księgę zamyka wiatr, już nikt nic nie czyta, wystarcza papka z obrazków. Homo videns, szklana pogoda. Niektórzy wyłączają odbiorniki, przestrajają się na nadawanie. Tylko czy mają jeszcze do kogo?

W deszczowe sobotnie popołudnie we Wsoli Inga Iwasiów, w bardzo dobrej rozmowie z Dominiką Świtkowską („naszą Dominiką”), której przysłuchuje się zaledwie kilkanaście osób. Pewnie pora i pogoda trochę nie te, a i pani Inga, choć czytającym znana dobrze, to mało obecna w telewizorze. Pytana o Gombrowicza, mówi o jałowej lekturze, o tym, że nie przerobiliśmy jego lekcji. Odkąd został włączony do kanonu, przestał inspirować – o tym we Wsoli już kilkakrotnie mówiono. Wszyscy wiedzą, że jest, odłożony na półkę, ukryty między okładkami. Kanonizowanych się nie studiuje, ich się ogląda. Najlepiej przez szybę.

Gdzieś obok tamtych tłumów i naszej garstki toczy się normalne życie. Tak zwane: normalne. Banał, ale trzeba o nim pamiętać, by nie usłyszeć diabelskiego głosu z Nie-boskiej: powieść układasz. Przed spotkaniem z panią Ingą czekam na autobus do Wsoli. Do greckiej knajpy naprzeciwko przystanku podjeżdżają samochody, parkują pod reklamową tablicą, zapraszającą na wesele i stypy. Wysiadający ubrani raczej na czarno, więc stypa. Witają się na schodach, całują, ściskają, spotykają-po-latach. Restaurację wybudowano sprytnie przy rondzie, stąd rozchodzą się drogi na Kraków, Warszawę, Lublin i Rzeszów. Posileni obiadem i rodziną za godzinę, półtorej, wyruszą do siebie, do życia. Będą pamiętać przez chwilę, potem może z okazji rocznic. Zwyczajnie, prywatnie.

W kwietniu, wśród wielkich rocznic i świąt, minęła mniejsza: czterdziesta rocznica śmierci Jerzego Gombrowicza, „mniejszego brata” naszego Gombra. We wspomnieniach, które do wydania przygotowuje nasza Dominika, Jerzy szlachetnie urasta i brązowieje. U Siedleckiej stary stangret wspomina, że mądry był z pana Jerzego pan, bo przeczuł wszystko, przeczuł utratę, więc o majątek nie dbał i bawił się, ile wlezie. Birbant, rubaszny i przyjacielski. Wojnę przeżył patriotycznie: na internowaniu w Rumunii, chadzając do teatrów, studiując sztukę. We wspomnieniach z powojnia raczej nauczyciel młodzieży, animator kultury, organizator i recenzent. Czy pisując mozolnie recenzyjki z prowincjonalnych przedstawień kielecko-radomskiego teatru smażył się w piekle braterskiej zazdrości? Czy raczej próbował się ogrzać w sławie brata, na początku tylko rodzinnej, środowiskowej, potem już powszechniejszej, światowej? A może bycie „człowiekiem kultury” dawało wtedy odrobinę wolności?

Trudny temat: przystosowanie Jerzego do nowego ustroju. Jako jedyny z Gombrowiczów tak przystosowany; pan redaktor wygłaszający pogadanki dla robotników „Waltera” o wyższości nowego ustroju. A na Żeromskiego pod trzydziestym półoficjalne kasyno, noce z brydżem, z dobrym jedzeniem i wyśmienitymi nalewkami, za niewygórowaną cenę. Danina płacona ustrojowi za zgodę na życie bez etatu. Czy Witold pisywał do Jerzego tak rzadko z ostrożności, by mu nie szkodzić, czy z niechęci do mimikry? Potrzeba by z sześćdziesiąt dolarów, na rodzinny grobowiec – pisał Jerzy do Witolda. Mnie bardziej interesują żywi – odpowiadał Witold. Czy przysłał dolary?

Inga Iwasiów mówiła w deszczową sobotę, że jej powieści są również po to, byśmy zastanowili się, czy nie jesteśmy zbyt wymagający wobec swojej biografii i historii. Jest takie zdjęcie z przedwojennej Wsoli, moje ulubione. Rodzina w salonie, ustawiona i udrapowana, w przerwie nudnych towarzyskich obowiązków, w przerwie bycia ze sobą. Wszyscy mają w oczach jakieś szaleństwo i udrękę, rozpaczliwość, jak u uwięzionych zwierząt. Jerzego na zdjęciu nie ma. Gdzie jest? Zabawił za długo w Radomiu? U Wierzbickiego czy gdzie indziej? Stangret zamarza na koźle, bo Gombrowicz zapomniał go odesłać do Wsoli, jak pożali się po dziesiątkach lat pani pisarce.

Im jestem starszy, tym lepiej go rozumiem. I nabieram – wcale nie radosnego – przekonania, że Jerzy, ten brat naszego Gombra, jest bardziej nasz niż wielki i wymagający Witold. Który by pewnie dostał Nobla, gdyby nie umarł, więc naszym, rodaków, obowiązkiem jest nieustannie go kanonizować.

Data dodania: 28 kwietnia 2011

[Witold Gombrowicz, fot. Bohdan Paczowski]

„Niech Pan wie, że nie jestem i nigdy nie byłem HOMOSEKSUALISTA, ale od czasu do czasu mam zwyczaj robić to, kiedy mam ochotę” – pisał Witold Gombrowicz do Juana Carlosa Gomeza, broniąc się przed stereotypem. Dziś znów należałoby go bronić. Poniekąd znów przed gejem i jego obrońcami, którzy Gombrowicza użyli jak retorycznej pałki do walki z ciemnogrodem.

Jako broń w arsenale poprawności politycznej pojawił się Gombrowicz w głośnej radomskiej awanturze o „Żywą Bibliotekę”, akcję mającą oswajać z innościami i odmiennościami, także seksualnymi. W Radomiu żywymi książkami mieli być między innymi: matka niepełnosprawnego dziecka, alkoholik, wegetarianin, dwaj księża (niekatoliccy) oraz homoseksualista. I o niego właśnie rozpętała się awantura, bo swoją szansę zwietrzył pewien bardzo prawicowy radny, dotychczas znany głównie z tego, że nie był znany. Jest za to piśmienny, więc słał listy pełne oburzenia przeciw „propagowaniu dewiacji w miejskiej placówce”. Prezydent miasta na listy zareagował: ustami swego zastępcy, stuprocentowego hetero. „Przekonał” on dyrektorkę Resursy Obywatelskiej, by homoseksualny tom zdjęła z półki albo bibliotekę pogoniła precz. Dyrektorka uległa i wtedy ostro zareagowały nie tylko media, ale i liczne nieuprzedzone organizacje społeczne z całej Polski. Radny homofob tryumfował, bo tą – podejrzewam, że cyniczną – zagrywką wywalczył sobie dobre miejsce na liście kandydatów do parlamentu.

Homoskandal w mieście, o którym Gombrowicz wyrażał się mniej niż rzadko, ale za to zawsze niepochlebnie, pokazał jednak zjawiska poważniejsze niż jeden czy drugi polityk z burleski. Pokazał słabość polskiej demokracji i debaty publicznej. Nie chodzi mi o zaklęcia, którymi w walce o tolerancję posługiwali się aktywiści i niektórzy komentatorzy, mówiąc, że ktoś taki jak ów radomski radny wyleciałby z polityki w każdym „normalnym” kraju. Wystarczy poczytać, co mówią różni skrajni prawicowcy czy lewacy w normalnej Francji, Holandii, Niemczech czy Finlandii. Nie uważam też – inaczej też niż zwolennicy politycznej poprawności – że w publicznym dyskursie nie ma miejsca na takie wypowiedzi jak protesty radnego A. Wybrało go przecież ze dwieście osób, myślących podobnie jak on i póki radny nie łamie prawa, może (a nawet ma obowiązek) w imieniu tej garstki wyborców mówić, co myśli. Wolność słowa jest takim samym konstytucyjnym prawem jak wolność wyboru orientacji seksualnej.

Antydemokratycznym skandalem jest natomiast działanie prezydenta miasta. Nie wolno mu zapominać, że choć władzę dał mu werdykt wyborców, to jednak nie wszystkich. A publiczne instytucje i publiczna przestrzeń są własnością wszystkich obywateli miasta, także tych głosujących na innych lub nie głosujących wcale. Również i tych, których gej w Żywej Bibliotece nie razi. Ideologiczne zakazy czy naciski wobec szefa miejskiej placówki kultury to zwyczajne ograniczanie wolności. Na odległość śmierdzące komuną. I tyle. Elementarz.

Gorzej, że w tym sporze również druga, „postępowa” strona używa czasem języka władzy, posiadania, przemocy i wykluczenia. Czyżby nie było wolności dla wrogów wolności? Sama idea Żywej Biblioteki, idea otwartej rozmowy, opisana została za pomocą słów o mocnej konotacji: wypożyczenie (więc i własność), regulamin, katalog. Wypożyczanie żywych ludzi w cywilizacji wciąż pamiętającej straszliwy wiek XX, wiek reifikacji człowieka, to nie najlepsza metafora. Na dodatek sam pomysł wydaje się zaczerpnięty nie tyle ze świata książek, co z rynku telewizyjnej rozrywki. To taki szlachetny i „postępowy” talk show, rodzaj menażerii, w której homoseksualistę (za)poznaje się podobnie jak babę z brodą. Musi być akcja i sensacja. I pikanteria. I homofob, którego można napiętnować.

Przeciwników Żywej Biblioteki obrońcy tolerancji potraktowali nie tylko konstytucją, ale i Gombrowiczem, odpytując z lektur i dalszych losów Festiwalu Gombrowiczowskiego. Wszak Gombro – mrugali znacząco – do przygód z chłopcami w portowych zaułkach się przyznawał… Nie wiem jednak, czy używający tak Gombrowicza zastanowili się, po której byłby dzisiaj stronie? Czy w ogóle po którejś chciałby być? Czy pamiętali, z jakim dystansem odniósł się do paryskiej rewolty ’68 roku. Albo jak przestrzegał polską kulturę i Polaków przed „doganianiem” Zachodu i upodabnianiem się do niego na siłę. (Nie wiem, czy argument, że Żywa Biblioteka to akcja rekomendowana przez Radę Europy do Gombrowicza by przemówił.) Przede wszystkim jednak przestrzegał Gombrowicz przed zniewoleniem formą, przed stereotypem, przed światem, w którym epitety i etykiety zastępują samodzielność myślenia. W którym rezygnuje się z wolności jednostki na rzecz odruchów stadnych. Ostrzegał chyba nadaremno, skoro w sporze o wolność geja pojawił się jako służąca postępowi retoryczna pałka.

Cały ten spór, podobnie jak polska debata publiczna, potwierdza Gombrowiczowską wizję świata. Ustanawiamy się we wzajemnej relacji z Innym, raczej przemocą niż po dobroci. Jeśli ta relacja jest wyłącznie pojedynkiem na miny i krzyki, to choćby był on toczony w imię szlachetnych nawoływań do tolerancji i dialogu, skończy się jak u Gombrowicza: wielką kupą splątanych w walce i rywalizacji ciał, które już nawet nie będą pamiętały, o co poszło i kto zaczął. I nie będzie wiadomo, gdzie ręka, gdzie noga, a – przede wszystkim – gdzie mózg.

Tomasz Tyczyński

[Witold Gombrowicz, fot. Bohdan Paczowski]

Data dodania: 15 kwietnia 2011

[fot. Jan Bułhak, hale targowe w Nowogródku, ze zbiorów Muzeum Literatury]

Kultura się liczy! – wierzy urzędowy optymizm. Kultura się z wami policzy! – przedrzeźnia ministerialne hasło artystyczna opozycja. A racja jak zwykle ułożyła się pośrodku: z kulturą się liczą, jeśli da się ją policzyć. Oto dowód z ostatnich dni.

W ubiegłym tygodniu w moim rodzinnym mieście otwarto galerię handlową. Pierwszą taką w powiecie. Dlaczego tym banalnym wydarzeniem zajmuję czas (to pieniądz) czytelnikom bloga o tematyce kulturalnej? Bo jak zauważył w przemówieniu pewien Bardzo Ważny Decydent, nowo otwarta galeria pokazuje nie tylko nową jakość zarządzania przestrzenią w mieście, ale także nowy styl zagospodarowania wolnego czasu, czyli kultury. Według BWD współczesna kultura w dużej mierze realizuje się w tego typu obiektach.

Na miejscu, gdzie powstał bazar z kamienia, wielu tutejszych marzycieli (jak to było u Kofty: „tych inteligentów tych, docentów”) widziało budynek filharmonii, tworzący razem z pobliskim teatrem i nieodległą galerią sztuki nowy rynek miejski, miastotwórcze centrum kultury. Nie mam jednak złudzeń, że to nie owi marzyciele, lecz właśnie samorządowcy trafnie odczytali zapotrzebowanie społeczne, decydując, jak nowa radomska agora ma wyglądać. Przecież większości elektoratu kultura w galerii wystarcza. Oczywiście można rwać szaty z tego powodu – tym bardziej, że o nowe szaty w nowej galerii nietrudno. Czy nie lepiej jednak otworzyć się na dobre strony otwarcia?

Kultura się liczy. Dosłownie. Umberto Eco zaproponował przed trzydziestu laty w felietonie pod wymownym tytułem „Ile kosztuje arcydzieło?”, by „zastosować rygorystyczną i chłodną logikę ekonomii do dzieł artystycznych”. Proponowana przekornie przez Eco metoda urynkawia literaturę na tyle, że śmiało może ona stać się towarem z galerii handlowej. Złośliwiec Eco proponuje genialnie prostą klasyfikację wybitnych powieści – według tego, ile musieli wydać ich autorzy, by poznać rzeczywistość, którą następnie opisali.

Weźmy na przykład takiego Manna. „Czarodziejska góra to nie żarty: pobyt w sanatorium, czapka, firma Hansa Castorpa nie przynosząca dochodów. Nie mówiąc już o Śmierci w Wenecji, wystarczy pomyśleć, ile kosztuje pokój z łazienką w hotelu na Lido(…)”. Jeszcze droższy jest Portret artysty z czasów młodości Joyce’a, „gdzie trzeba wziąć pod uwagę jedenaście lat nauki u jezuitów, następnie Conglowes Wood, Belvedere i University College, plus książki”. Co innego „Komu bije dzwon” Hemingwaya. To arcydzieło kosztowało bardzo mało: „podróż do Hiszpanii odbyta nielegalnie, w towarowym wagonie, wikt i mieszkanie na koszt republikanów, dziewczyna w śpiworze, nie trzeba nawet płacić za pokój na godziny”.

W kontekście historii literatury pisanej według kryterium wydatkowego intencje radomskich samorządowców nabierają nowego, szlachetniejszego wymiaru. Zaś twierdzenie, że z nowej galerii najbardziej cieszą się galerianki, bo nie muszą już jeździć do pobliskiej Warszawy czy (o zgrozo!) jeszcze bardziej pobliskich Kielc, staje się małostkową złośliwością wiecznie niezadowolonych inteligentów („tych docentów, tych”). Prawdziwymi beneficjentami decyzji światłych zarządców miejskiej przestrzeni są bowiem artyści, którzy bez zbędnych kosztów podróży będą mogli tworzyć sztukę krytyczną, opisującą te biedne dziewczęta uciskane za pomocą paternalistycznych stereotypów opresyjnego społeczeństwa i sprowadzane na zła drogę poprzez konsumpcjonistyczne wzorce zachowań w służbie bezwzględnego kapitału. Uff…

Samorządowi władcy przestrzeni wiedzą, co czynią. Może i nowe radomskie arcydzieła nie będą aż tak tanie jak „Komu bije dzwon”, ale na pewno nie będą wymagały wspinaczki na Czarodziejską Górę. Wystarczy spacer po galerii.

Tomasz Tyczyński

[fot. Jan Bułhak, hale targowe w Nowogródku, ze zbiorów Muzeum Literatury]

Data dodania: 28 marca 2011

[fot. ze zbiorów Muzeum Literatury: uzdrowisko w Chorwacji, fragment fotografii]

Koniec marca to jeszcze nie sezon, więc tłoku tu nie ma. Ale nie brakuje tych, którzy zawczasu chcą posmakować zaświatów: smrodliwych siarkowych kąpieli czy panicznego strachu w przypominającej ciemny grobowiec kriokomorze, lodowatej niczym czyśćcowe przedsionki. Kiedyś zjeżdżało się tu do wód, dziś przyjeżdża się do sanatoriów. Z których najlepszą renomę ma wciąż plebejski „Włókniarz”.

Literackiego kontekstu sanatoryjnego urlopu właściwie przypominać nie trzeba. Mann, Schulz, z najmłodszych Paziński. Egzystencja, esencja, filozoficzne spory i rozhowory, cienie przeszłości wyłażące z niepamięci i wymyślana przyszłość, której już raczej nie będzie. Jest też drugi nurt opowiadania o sanatoriach: lżejszy, satyryczny, ludyczny. Groteskowe fajfy, podczas których zmartwychwstają nad grobem stojący; trwające dziesiątkami lat romanse, w zasadzie platoniczne, odżywające raz do roku w Świeradowie Zdroju lub innych Międzyzdrojach; wreszcie obrazek z lat ostatnich: spacerowicze, których najwyraźniej dotknęła miażdżyca tak wielka, że zapomnieli założyć narty i w żółwim tempie okrążają park zdrojowy wymachując „nordyckimi” kijkami.

(Ci ostatni wywołują w mojej pamięci jeszcze jedno skojarzenie: pokazywaną przed laty na festiwalu Gombrowicza „Iwonę” w wykonaniu teatru z Nowosybirska. Wszystkie postaci w tym spektaklu (chyba z wyjątkiem Iwony) ubrane były w coś pomiędzy skafandrem kosmonauty a strojem narciarskim, w rękach zaś dzierżyły mocno utrudniające grę kijki do nart. Spektakl był kompletnie nieudany, zaś aktorzy – mimo starań scenografa – wyglądali mniej groteskowo niż miłośnicy nordic walking.)

Z sanatoryjnego przebywania śmiać się można oczywiście tylko wtedy, gdy jest się w uzdrowisku osobą towarzyszącą. Ale pamiętam sprzed kilku lat pierwszy spacer po nałęczowskim parku, do którego z sanatoryjnego szpitala kardiologicznego jest dosłownie pięć kroków. W bocznej alejce, przed pozbawionym już liści krzakiem stał człowiek z wyciągniętą przed siebie, otwartą dłonią. Stał bez ruchu, z determinacją szaleńca, wpatrzony w punkt pomiędzy gałęziami. Wyglądał jak ktoś chory na autyzm lub nieuleczalną melancholię. I nagle ów punkt barwnie zatrzepotał, zaświergotał, podfrunął i usiadł na cierpliwej dłoni, niespiesznie coś z niej wydziobując. Jak później się przekonałem, najlepiej gdy tym czymś były drobno pokruszone orzechy. Większe kawałki oddawało się wiewiórkom, kokieteryjnie zabiegającym drogę. Zwierzęca, radosna ufność leczyła pewnie nie gorzej niż bicze wodne czy umywanie reumatycznych rąk w wanienkach z solankami. Zdarzało się jednak, że i te zupełnie oswojone istoty wpadały w panikę, gdy parkowe alejki przecinała skrótem karetka na sygnale, spiesząca pewnie do kogoś, kto właśnie zaczynał odchodzić.

Do Buska na szczęście jeżdżę tylko jako towarzysz spacerów, oddając się terenoterapii i nie musząc pędzić z zabiegu na zabieg. Jedną z tras spacerowych lubię szczególnie. Prowadzi ona od Łazienek Marconiego, główną aleją parku, a potem – za parkową bramą i niezbyt ruchliwą jezdnią -prosto i szeroko, aż na buski rynek. Prosto, szeroko i ostro pod górę. W nagle gorące dni, które na przełomie marca i kwietnia bywają dokuczliwe dla kiedyś przytkanych arterii, ta droga pod górę wymaga wysiłku, do którego zasiedziały w zimie organizm nie jest przygotowany. I kiedy pod byle pretekstem przystaję obok jednego ze starych drzew wyznaczających trakt, przypomina mi się początek eseju Jana Kotta:

„Na dwa dni przed tym zaproszony byłem na obiad do przyjaciół w alei Róż. Mieszkałem na Nabielaka tuż przy rogu Gagarina (…). Tego przedpołudnia nie miałem nic do roboty, nie musiałem się śpieszyć, postanowiłem przejść koło Oranżerii i potem w górę do Belwederu. Szedłem blisko godzinę, serce podchodziło mi do gardła i co najmniej trzy razy musiałem przysiąść na ławkach. Wszyscy wiemy, kurczy się świat, kiedy wychodzimy z dzieciństwa. (…)Świat skurczony i oswojony, kiedy się wyszło z dzieciństwa, rozciąga się, kiedy zaczyna się starość. Ale nie w poziomie, tylko w wysokościach. To, co było równe, staje się nierówne, płaskie nagle piętrzy się pod górę. Domy, które nie mają windy, nagle mają piętra. Przedtem nie miały. (…) Wiedziałem oczywiście zawsze, że Łazienki są Dolne i Górne. Ale dopiero wtedy, w czasie tego ostatniego spaceru przed zawałem, zauważyłem ze zdumieniem, że Łazienki Dolne są w dole, a Łazienki Górne na górze.” (Przyczynek do biografii)

W Nałęczowie Kott odpoczywał w Sanatorium Kolejowym, po sąsiedzku ze szpitalem sanatoryjnym, w którym byłem wiele lat później. Być może, choć akurat o tym nie wspomina, również jemu sikorki jadły z cierpliwie nieruchomej ręki. I z sanatorium, i ze szpitala do parku jest przecież pięć, może dziesięć kroków. Wystarczy przejść koło smutnego Bolesława Prusa, przyspawanego na zawsze do żeliwnej ławeczki.
Pięć, może dziesięć kroków. Z góry w dół, łagodnie.

Tomasz Tyczyński

[fot. ze zbiorów Muzeum Literatury: uzdrowisko w Chorwacji, fragment fotografii]

Data dodania: 21 marca 2011

[fot. B. Paczowski]

W czasach kompletnie spostponowanych i zdekonstruowanych twierdzenie, że literatura może komuś uratować życie, wydaje się anachronizmem, naiwnością, czystym wariactwem. Byliśmy ponoć świadkami końca paradygmatu romantycznego i wiemy dobrze, że literatura nie zbawia i nie wybawia jako w niebie, tak i na ziemi. A jednak…

Stanisława Cichowska, pasierbica i towarzyszka życia Janusza Gombrowicza, opowiedziała Joannie Siedleckiej, jak Witold – a właściwie jego literatura – uratował życie swojemu bratu, gdy ten trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen:

„…któregoś dnia brano więźniów setkami do gazu. Janusz był już w jednej z nich, gdy nagle jakiś szrajber, Polak, krzyknął:

– Gombrowicz?
– To ja – mówi Janusz.
A on na to:
– Witold?
– Tak – mówi bezwiednie Janusz, bo co to w końcu za różnica umierać jako Janusz czy Witold?
– Pisarz? Autor Ferdydurke? – pyta ten dalej i nie czekając na odpowiedź, wyciąga Janusza z szeregu. Janusz nigdy więcej już go nie widział i nie dowiedział się, kto go uratował. Czy ten szrajber wykonywał czyjeś polecenia? A może sam znał lub czytał Witolda? (…) Po tym incydencie starano się odsuwać Janusza od najcięższych robót. W ogóle traktowano go jako pisarza, którego trzeba szczególnie chronić. Oczywiście niczego nie prostował i przeżył.”

Przyznać się muszę, że ten fragment reportaży Siedleckiej brzmiał mi zawsze jakoś niewiarygodnie, trochę jak scenariusz łzawego melodramatu z wojną w tle. Ale nie przypadkiem kolorowe pisma i autorzy scenariuszy serialowych tasiemców wystrzegają się „historii z życia wziętych” jak diabeł święconej wody. Zmyślone historie są „bardziej prawdopodobne” niż samo życie. Więc i na temat obozowej historii zapisanej przez Siedlecką zmieniłem w końcu zdanie. Niedawno, po tym, jak Wsolę odwiedził pewien pisarz nieznany. Odwiedził i opowiedział nam swoją historię.

Ten człowiek, nazwijmy go X, nagle stracił żonę i wszystko inne, co kochał. Potem było jak w serialu: rozpacz, samotność, depresja, i tak dalej, tak dalej. I jak w serialu – los się nagle odwrócił, szykując dobre zakończenie. Zupełnie jednak nieserialowe. Bo X zwariował. Oczywiście zwariował w pewnym sensie, to znaczy takim, w jaki wariują wszyscy, którzy nagle nad uciechy rzeczywistego świata przedkładać zaczynają czytanie, pożeranie cudzych myśli i fikcji. X zwariował na punkcie Gombrowicza. Twierdzi ni mniej, ni więcej, że to dzięki lekturze jego dzieł pokonał depresję i opanował myśli samobójcze.

Ja nie wiem, jak lektura na przykład „Kosmosu” może wyciągnąć kogoś z depresji. X to wie i mam nadzieję – opisze. Na razie nic jeszcze nie napisał. Jest możliwością pisania. Takim pisarzem, który nosi książkę w sobie. I w innych, gdyż X szuka innych ludzi, którym – jak jemu – Gombrowicz uratował życie. Chce spisać nie tylko swoje, ale i ich świadectwa. Bez innych świadectw pewnie swojego nie zapisze. Jesteśmy tylko wobec Innych, tak mówił Gombrowicz.

Szaleństwo? Dziwactwo? A może raczej: dziwność? Dziwność istnienia. Więc niechże ktoś z nas opowie X-owi swoją historię.

Tomasz Tyczyński

[fot. B. Paczowski]

Data dodania: 7 marca 2011

[drzewo w Muzeum Gombrowicza, fot. Tadeusz Bielawski]

Aferę medialną wywołało ostatnio sfinansowanie przez Ministerstwo Kultury haftowanych banerów z sugestią wobec zimy, żeby się wyniosła. Sfinansowanie przez ministra publikacji zawołania „Zimo wyp…” to moim zdaniem jeszcze nie skandal. Skandalem byłoby finansowanie przez ministra samej zimy.

Ta kończy się na szczęście, niezależnie od woli artystki-autorki banerów, ministra czy vox populi. Nasze przydrożne zacisze odżywa. Bo zimą, choć trakt przejezdny, to wszyscy spieszą do miejsc cieplejszych: zapiecków, kominków, Egiptów. Na stajanie u nas nie mają ochoty, gdy jeszcze tyle staji przed nimi. Omijają nas więc i zwykli wędrowcy, i co bardziej bogate orszaki. Trzej Królowie tu nie zaglądają, prezentami nie obdarowują, a oratoria wyśpiewuje nam na naszych sześciu hektarach wiatr. Zimą bardziej niż kiedykolwiek natura wciska się u nas w kulturę, jakby chciała ją zamrozić albo siebie ogrzać.

We Wsoli dokuczliwość zimy mierzymy w bażantach. W tym roku na zimowych kwaterach w naszym parku zjawiło się zaledwie kilka tych wspaniałych ptaków. I właściwie już w styczniu ogłosiły one odwrót zimy, bo wróciły w mniej cywilizowane okolice, rezygnując z darmowego ziarna. Rozmarzła przyroda karmi je wystarczająco.

Być może to jednak nie łagodniejsza zima sprawiła, że porzuciły nas bażanty. Jesienią udało się wreszcie uporządkować stary sad, który ukrywał pałac przed jadącymi „siódemką”. Zgodny ze sztuką ogrodniczą ład zaprowadzony w zdziczałym parku zubożył go jednak. W chaszczach pomieszkiwały sarny, które żywiły się zakonserwowanymi pod śniegiem jabłkami, opadłymi z naszych jabłoni. Zadomowiły się tak bardzo, że nie uciekły do lasu nawet wtedy, gdy na świat przyszły młode. Aż do czasu, gdy do sadu wkroczyli kosiarze w pomarańczowych kamizelkach, z warczącymi chrapliwie kosami, którym chaszcze dawały mocny, choć bezskuteczny, odpór. Przerażone sarny miotały się po parku, klucząc między intruzami a rozkopanymi stawami i monotonnie skrzypiącą w nich koparką. Sarni exodus obserwowaliśmy przez okna na piętrze, aż do momentu, gdy zwierzęta zniknęły, zostawiając nas ze wzrokiem utkwionym w opustoszałej przestrzeni. Świat za szybą, którego chciałoby się dotknąć. Literatura.

We Wsoli natura i kultura skazane są na sąsiedztwo i przenikanie. Przed laty powstała nawet śmiała koncepcja aranżacji pałacowych wnętrz, wprowadzająca do muzeum te elementy przyrody, które Gombrowicz – choćby w „Kosmosie” – oswajał, czyniąc z nich znaki kultury. Koncepcja wylądowała na półce, ale natura i tak wciskania się do literatury nie zaprzestała. Również za sprawą bażantów. Poprzedniej zimy pomieszkiwało ich we wsolskim parku znacznie więcej. W ciągu dnia, zmarznięte, przesiadywały w ciasno zbitych stadkach pod krzakami, od czasu do czasu biegając po zaśnieżonych trawnikach i regularnie odwiedzając miejsca, gdzie wysypywaliśmy ziarno. Noce spędzały na wysokich drzewach. Nie wszystkie jednak. Któregoś lutowego dnia przymarzniętego do śniegu, martwego już, bażanta znalazł na naszym balkonie Zbigniew Kruszyński, który przyjechał do Wsoli na spotkanie autorskie.

Zastanawiałem się długo, dlaczego ten bażant nie schronił się na noc, wzorem innych osobników, na gałęzi drzewa? Ktoś wreszcie mi to wyjaśnił. Okazuje się, że nie wszystkie spotykane w lasach czy parkach bażanty rodzą się na wolności. Istnieją od dawna specjalne hodowle tych ptaków, gdzie trzyma się je aż dorosną, a następnie wypuszcza. Nie na wolność jednak, lecz pod lufy myśliwych, by ułatwić im sadystyczny triumf. Części z wypuszczanych ptaków udaje się uciec spod ostrzału. Jednak wychowywane w nienaturalnych warunkach, w naturze czasem przeżyć nie potrafią. Być może nasz bażant wpadł w mroźną pułapkę, bo wbrew instynktowi szukał schronienia tam, gdzie ludzkie obejścia i cywilizacja.

Witold Gombrowicz na szczęście polowań nie lubił. A w kilka tygodni po znalezieniu zamarzniętego ptaka na naszym balkonie Kruszyński przysłał maila z wiadomością, że martwy bażant wszedł właśnie za sprawą jego nowego tekstu do historii literatury. Skoro hafty uliczne znajdą swoje miejsce w historii kultury (i mecenatu), to tym bardziej nasz bażant się w niej zmieści.

Tomasz Tyczyński

[drzewo w Muzeum Gombrowicza, fot. Tadeusz Bielawski]

Data dodania: 21 lutego 2011

["Krzak niegorejący" - fot. Aleksandra Tyczyńska]

Nie chcieliście przemyśleć Gombrowicza, to podniecajcie się Grossem. Tak można powiedzieć tym, którzy tego publicystę i jego książki najchętniej spaliliby na metaforycznym, albo i dosłownym, stosie. Dyskusja o książce, którą mało kto czytał, ale za którą wydawca zdążył już przeprosić wszystkich potencjalnie dotkniętych, to dyskusja histeryczna, a nie historyczna. Ale o naszej winie i niewinie w zagładzie polskich Żydów sensownie rozmawiać będziemy w końcu zmuszeni. Już zaczynamy.

W „Dwutygodniku” (www.dwutygodnik.com.pl) znalazłem – zacytowany przez Joannę Tokarską-Bakir – wiersz młodego poety Grzegorza Kwiatkowskiego:

Pan Cogito i litera Pisma

jest wojna i do pana Cogito przychodzą Niemcy
i pytają go czy ukrywa w piwnicy Żydów
a pan Cogito ponieważ ceni prawdę
a jego orężem nigdy nie jest kłamstwo
mówi:
w mojej piwnicy przechowuję piętnastu Żydów
w tym sześcioro dzieci dwóch mężczyzn
i siedem kobiet

ze ściany spada płat tynku
na korytarzu przepala się żarówka

a czarny kot
miłośnie zawodzi
i ociera się o nogawkę

pan Cogito schodzi do piwnicy
po nową żarówkę
a następnie wkręca ją
i zapala światło

i stoi w oknie
i widzi jak Niemcy
wyprowadzają żydowską rodzinę

a potem otwiera Pismo Święte
i zakreśla ołówkiem:
a mowa wasza
niech będzie prosta
tak tak
nie nie

Wiersz poruszający, ważny. Także jako polemika ze stereotypem bohaterskiej polskości. Takie wrażenie daje pierwsza lektura. Ale…

Diabeł tkwi w szczegółach, jest szczególarzem. W szczegółach tego wiersza tkwi – pewnie niezamierzony – fałsz. Pan Cogito Herberta był (pewnie był) Polakiem. A przynajmniej mógł być również Polakiem. Pan Cogito z wiersza Grzegorza Kwiatkowskiego może być Francuzem, Belgiem, Holendrem, Włochem, nawet prawie każdym Duńczykiem, ale na pewno nie jest Polakiem. Gdyby był Polakiem, to nie zszedłby do piwnicy po żarówkę, nie wkręciłby jej, nie stanął w oknie i nie patrzył na wyprowadzaną przez Niemców żydowską rodzinę. Gdyby był Polakiem i gdyby przyznał się Niemcom, że ukrywa w swoim domu Żydów, to zostałby wyprowadzony razem z nimi i zostałby zabity. Razem z nimi albo osobno. A nawet gdyby się nie przyznał, nawet gdyby zaprzeczył, nic by to nie dało, bo skoro Niemcy przyszli pytać go o ukrywanych (być może przyszli sprawdzić sąsiedzki donos), to na pytaniu by nie poprzestali i znaleźliby Żydów (piętnastu Żydów w tym sześcioro dzieci dwóch mężczyzn i siedem kobiet), wbrew zaprzeczeniom albo milczeniu Pana Cogito.

Ja wiem, że Kwiatkowski napisał wiersz, a nie realistyczne opowiadanie, i że taki logiczny rozbiór zdarzenia zapisanego w wierszu jest może niestosowny. Ale to sam autor zdecydował Herbertowski koncept poetycki i filozoficzny skonfrontować z realną, konkretną sytuacją, więc ta niekonsekwencja osłabia wywód, osłabia polemikę i z Herbertem, i z polskością idealizowaną, i z faryzejską wiernością literze pisma.

Książek Grossa nie trzeba palić na wirtualnych czy realnych stosach. Trzeba jedynie pamiętać o faktach historycznych; na przykład o tym, że w Polsce za ukrywanie Żydów Niemcy zabijali ukrywających. Trzeba pamiętać o faktach historycznych, bo one – w odróżnieniu od prawdy historycznej – istnieją.

Tomasz Tyczyński

[„Krzak niegorejący” – fot. Aleksandra Tyczyńska]

Data dodania: 11 lutego 2011

["Kochajcie sponsorów" - fot. Bartłomiej Kwasek]

Wbrew tytułowi to nie będzie tekst walentynkowy. Choć będzie o pozytywnych uczuciach: hojności, życzliwości, wdzięczności. Niewymuszonych, nieobowiązkowych, bezinteresownych. O rozmowach na kulturalne tematy i na temat kultury. O mecenacie Państwa i Państwu mecenasach. Czyli kraina łagodności, Walentynowa kartka z różowym serduszkiem? Niezupełnie.

W marcu kończy się czas na społeczne konsultacje „Paktu dla kultury”. Pakt zawarli Rząd RP i społecznicy, którzy nazwali się wymownie „Obywatele Kultury”. Dokument zawiera kilka doniosłych myśli, „co nie nowe”: że kultura jest jednym z najważniejszych elementów rozwoju społecznego i ekonomicznego oraz społecznego kapitału; że stan kultury przekłada się bezpośrednio na stan państwa, spraw publicznych i publicznej debaty; że państwo ma obowiązek budować infrastrukturę kultury i warunki dla twórczości, wydając przy tym pieniądze w sposób racjonalny, gospodarny i przemyślany. Autorzy „Paktu” nie boją się nawet patosu, gdy piszą, że „kultura musi być narodowym obowiązkiem, przedmiotem szczególnej odpowiedzialności tak władzy politycznej, jak i obywateli”. A więc czymś więcej, niż redystrybucją naszych podatków i przeznaczaniem na kulturę mniej więcej jednego procenta wydatków budżetowych. Raczej zresztą mniej niż więcej.

Pakt przypomina też oczywistości tak oczywiste, że łatwo zapominane. Że państwo daje z łaski, ale to nasza, obywateli, łaska. I że konstytucja mówi twardo: „Rzeczpospolita Polska stwarza warunki upowszechniania i równego dostępu do dóbr kultury”. W rzeczpospolitej wsolskiej artykuł 6 konstytucji realizujemy z prostotą: wstęp na wszystkie nasze wydarzenia jest bezpłatny. Udało nam się bowiem stworzyć lokalny pakt dla kultury, nieformalny, niezapisany, ale realizowany w przyjacielskich kontaktach ze sponsorami. Uprawiamy kulturalną żebraninę, a potem jej wynik zamieniamy na dobra artystyczne i intelektualne. Nasi dobroczyńcy, w większości sąsiedzi zza miedzy, nie oferują może oszałamiających kwot, ale dają nam coś cenniejszego, do czego pieniądze są tylko środkiem: wolność sensownego działania.

O czym mówię najłatwiej wyjaśnić na przykładzie. Przykładzie z Ameryki, a więc oazy wszelkich wolności. W grudniu ubiegłego roku w Waszyngtonie wybuchł skandal: dyrektor słynnej National Portrait Gallery usunął z otwartej już wystawy kontrowersyjne video Davida Wojnarowicza. Mniejsza o treść ocenzurowanej pracy; poszło jak zwykle o AIDS, homoseksualizm i rzekomą obrazę uczuć religijnych, a protestującym był polityk, który oczywiście wezwał rząd, by zaprzestał finansowania galerii z budżetu federalnego. Dalej też było klasycznie: republikańscy kongresmeni zażądali rewizji finansowania publicznych instytucji sztuki, przywalając Obamie, przy okazji oczywiście. (Gdyby rządził republikanin, dowaliliby mu co bardziej konserwatywni demokraci.) I wtedy – jak relacjonowała rzecz całą „Gazeta Wyborcza” – do gry wszedł kolejny rozgrywający: prywatna fundacja Andy’ego Warhola zapowiedziała wycofanie swojej pomocy dla stosującej cenzurę instytucji. Groźba jak najbardziej realna, bo chociaż budżet federalny finansuje koszty stałe NPG, to już wystawy czasowe powstają za pieniądze prywatnych sponsorów. Fundacja mogła więc pogrozić palcem politykom i uległemu wobec nich dyrektorowi.

Dlaczego opowiadam tę historię? Ano dlatego, że jednym z najważniejszych postulatów, które zgłaszają Obywatele Kultury, jest oczekiwanie, by państwo tworzyło warunki zachęcające do prywatnego mecenatu kultury. Tworzyło je dla własnego dobra, żeby uniknąć pokus, opisanych w poprzednim akapicie. Afera z cenzurą zdarzyła się w Ameryce, czyli daleko, gdzie – jak mówi brodaty dowcip – niegrow bijut’. Ameryką się nie przejmujmy: obowiązuje w niej Pierwsza Poprawka do Konstytucji. W Polsce poprawek do konstytucji nie ma, ale są na szczęście prywatni mecenasi. Kochajmy więc sponsorów, bez względu na to, czy są strategiczni czy tylko (aż!) życzliwi. Bo w razie potrzeby mogą okazać się sponsorami artystycznej i intelektualnej wolności.

Tomasz Tyczyński

[„Kochajcie sponsorów” – fot. Bartłomiej Kwasek]

Strona 14 z 15« First...1112131415
O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury