Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: Wsola
Data dodania: 8 lutego 2019

Są książki, które przychodzą w samą porę, dosłownie, jakby autor znał dobrze swojego czytelnika, zawsze tego jednego. Styczeń we Wsoli to pora książek, kurier przynoszący paczkę z wydawnictwa jest więc widokiem tak codziennym, jak chmury, które wcześniej czy później odbiorą nam słońce. Tego dnia pojawił się także, z kilkoma paczkami, ale jedna była wyraźnie mniejsza, więc raczej nie mogła pomieścić ośmiu egzemplarzy dzieła zgłaszanego do Nagrody Gombrowicza.

Czyżby ktoś wydawał jeszcze coś poza debiutami?

***

Dzień nie był dobry, od rana, żadnych szans na słońce. Na trawnikach przedwczorajszy śnieg, przewiany i topniejący, z trudem przykrywał skiszoną trawę, wyglądały jak wywalone sprzed drzwi wielkie szmaciane wycieraczki, zbutwiałe, poprzecierane i postrzępione. Namokłe namioty magazynów po drugiej stronie ulicy Gombrowicza domagały się czyszczenia lub wymiany równie niemo jak zwykle, ale znacznie wymowniej. Czekało mnie mnóstwo biurokracji, zaległej, innej nie ma, a także kilka telefonów żebraczych, budżet domagał się zapięcia.

Od razu, na dzień nie dobry, dowiedziałem się, że T. ma SN, cholerne litery, skrywające wyrok, odłożony w czasie, jak wybuch granatu z odwleczoną i zapodzianą gdzieś zawleczką.

T. jest prawie w moim wieku, chodząca pogodna witalność, nawet sportował się jeszcze po pięćdziesiątce. Ale to w tym przypadku nie ma znaczenia, nic nie ma znaczenia, ma je tylko ślepak – przypadek. Rzecz nie do przyjęcia w świecie opętanym zdrowiem tym bardziej, im bardziej go traci, opętanym ideą niekończącej się młodości, giętkiej i atrakcyjnej, podległej przykazaniom zdrowego trybu życia, fizycznego i psychicznego. Bądź szczęśliwy albo giń, dziś nie bierzemy jeńców.

Ze zdrowym stylem życia mam osobiste porachunki, bo przed kilkunastu laty rzuciłem palenie. Ostatniego niewypalonego papierosa żal mi do dziś, czekałem w kolejce do kardiologa, ale nie chciało mi się wychodzić przed budynek, październikowe wieczory były już zimne. Zapalę po wizycie, pomyślałem. Z gabinetu jednak wyjechałem prosto do szpitala, parę dni później w łóżku na odcinku ratunkowym złożyłem przyrzeczenie, że rzucę, strach takie złamać.

Teraz, po prawie dwudziestu latach, ochota, żeby zapalić, czasem wraca. Zdarza się, że czuję wręcz głód nikotynowy, ale tylko wtedy, gdy jest mi naprawdę dobrze. Czyli na szczęście rzadko. Tani paradoks.

Tani jak całe to gadanie o wieku, chorobach, umieraniu, że biorą już z naszej półki, od pewnego czasu, całkiem szerokim gestem. Albo jak tłumione, bo przecież nie wypada, westchnienie ulgi, że to jeszcze nie ja, choć świst kosy słychać całkiem blisko. A może to tylko wiatr w szparach okiennych gwiżdże na wszystko?

Sentymentalne gie, kocopoły*, ale wobec fizjologicznego bólu i śmierci nawet Gombrowicz bywał stylistycznie bezradny jak zabobonna, rozhisteryzowana baba.

***

Ja na taką sentymentalną ulgę jestem już chyba za stary, nie działa na mnie, nie uspokaja ani pociesza. Co tu dużo mówić, przeszedłem w stadium następne i moja wyobraźnia popada czasem w stan paniki, gdy zaczynam myśleć o bezruchu i bezdechu, ostatecznym, bo w życie po życiu coraz trudniej mi wierzyć.

Ta panika nie jest – choć może to i tak wyglądać – objawem brzydkiego starzenia się czy hipochondrii. Nie bierze się nawet z chęci epatowania znużonej widowni, choć przyznaję, że drażnienie eschatologiczno-lirycznym gadaniem bywa czasem zabawne, szczególnie gdy młodość udaje, że słucha albo, zdenerwowana, szuka zdroworozsądkowych argumentów, na odczepnego.

Zresztą lepiej, a na pewno łatwiej, filtrować to wszystko ironią, flirtować z nią, obracać w lekki żart ciężkie przerażenie, że tyle jeszcze spraw niedokończonych, tekstów nie napisanych, uczuć nie wyczutych do końca, a nawet jeszcze nie odkrytych, i że jak to wszystko tak zostawić, co z tego, że taka kolej, kolej też się czasem spóźnia. U nas nawet dość regularnie.

Tym, którzy wiedzą, a raczej wietrzą w metalicznym styczniowym świście początek ciągu dalszego, być może jest trochę łatwiej, bo nie da się wykluczyć, że ciąg dalszy nastąpi. Ale też łatwiej tylko trochę, bo oni mają swoje podwójne rachunki, podwójną księgowość, która nie zawsze się zgadza, jako w niebie, tak i na ziemi.

To, co można zrobić jeszcze tu, w jedynym pewnym życiu, które niestety nie jest snem, to znaleźć sposób, język, słownik i gramatykę, by mówić o tym wszystkim, o żalu, o lęku, o chwilach radości i spełnienia, na zawsze już podszytych bólem, o utracie sił i o bezsilności kolejnej utraty. Znaleźć styl, odpowiednio miękki, by malował półcienie i odpowiednio twardy, by w karbach trzymał łzawy kicz, gdy opowiadamy, jak toczymy się z górki.

Do mówienia O TYM potrzeba stylu stwardniałego, lakonicznego, ale pozwalającego jednak wypowiedzieć się przerażonemu życiu. Trzeba znaleźć takie zdania, w których powie się to, co chce i ani słowa więcej, w których opowie się strach, skrywając zarazem jego wstydliwą dosłowność.

Jednym słowem, trzeba stwardnieć, twardym być, jasne – ale przecież być, czyli mówić. A skały milczą.

***

Ta najmniejsza paczka adresowana była do mnie, imiennie. W środku książka Mariana Pilota wydana niedawno przez Wydawnictwo Literackie, z dedykacją autora, krótką i serdeczną. Nienowe, ale ważne prozy mistrza polskiej mowy peryferyjnej. Wznawiają, znaczy pamiętają, choć przecież można dziś odnieść wrażenie, że polska proza jest jedną wielką, rozpisywaną co roku na pół setki wydawnictw, nowością.

Dla mnie największą prozą Pilota pozostanie już chyba Pióropusz. Nie dlatego, bym wątpił, że wiekowy autor (rocznik 1936) jest w stanie napisać kolejną wybitną powieść, nie, chodzi o co innego.

Trudno byłoby po raz drugi zamknąć tak wielki ładunek egzystencjalny i emocjonalny, tak intensywne doświadczenie życia w formie równie oszczędnej, co precyzyjnej, w języku, który akrobatycznie porusza się między ostrością i szaleństwem, nędzą i przepychem, metaforycznością a komunikatywnością.

Trudno byłoby ponownie zapisać ten garb w języku, który mówi o życiu i śmierci tak jasno i głęboko, nie wstydząc się ani ubabranej gnojem fizjologii, ani zasmarkanej od płaczu, dziecięco naiwnej wiary i któremu jednocześnie udaje się uciec przed banałem.

Książka, którą przysłał mi Mistrz, nosi tytuł Życie. Sposób użycia, przywołujący nieco wstydliwą dziś funkcję literatury, w której – naiwny albo i nie – czytelnik poszukuje właśnie sposobu. Nie recepty na dobre życie czy szczęśliwą długowieczność (te łatwo znaleźć w poradnikach i na jakże stosownych kursach), ale właśnie sposobu mówienia o tym życiu tak, by się i z nim, i z jego końcem łatwiej godzić. Przynajmniej ja takiego sposobu szukam.

***

W wydanych przed dwoma laty Niebotykach, przedziwnym zbiorze mniejszych i większych próz Mariana Pilota, znalazłem takie zdanie: U schyłku chłodnego kwietniowego dnia szliśmy z matką polną dróżką z cmentarza, na którym matka jest pogrzebana. Niespiesznie rozmawialiśmy o codziennych jakichś domowych sprawach.

Długo tego zdania, a formalnie dwóch, rozpoczynających fragment zatytułowany ZMARTWYCHWSTANIA, nie musiałem szukać, bo otwierają one całą książkę. I znacznie więcej.

***

Panu Marianowi jeszcze nie odpisałem z podziękowaniem. Bo jak tu zacząć list do kogoś, kto w jednym zdaniu potrafi zmieścić całe życie?

 

* https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/kocopoly;12321.html

Data dodania: 9 października 2014

Pierwsza pięciolatka za nami. Plany skorygowane, wskaźniki przycięte do rzeczywistości, za to wydajność nielicznej załogi dużo wyższa od normy. Osiągnięcia i niedociągnięcia niechaj oceniają nasi goście, zwiedzający, słuchający, czytający i dyskutujący. Z pokorą (ale nieprzesadną) przyjmiemy wszystkie oceny.

Dziś parę obrazków z czasów, gdy wcale nie było takie pewne, że Muzeum Witolda Gombrowicza uda się w ogóle otworzyć. Do Wsoli przyszedłem dwa lata przed inauguracją działalności, dokładnie w momencie, gdy kończył się, niespiesznie przeciągając, remont pałacu. Bardziej generalny niż się to projektantowi wydawało. A że projektant imaginacyją miał nieco osłabioną, zaś przedmiot remontu stawiał wszystkim złośliwy opór, miałem przekonać się już wkrótce, zachowując to przekonanie do dziś.

Remont zdewastowanego pałacu toczył się w czasach dla polskiego budownictwa niełatwych, choć łaskawych dla polskich budowlańców, którzy po otwarciu unijnych rynków pracy dzielili się na tych, co to do Wielkiej Brytanii już wyjechali oraz tych, którzy dopiero mieli wyjechać.

Ci pierwsi zasuwali tak ciężko, że zupełnie nie mieli czasu na emigracyjne tęsknoty, więc tęsknotom oddawali się ci drudzy, gorliwiej niż pracy, z nawiązką, a właściwie z nalewką – należałoby powiedzieć. Gasili te swoje tęsknoty, czym się dało. A czym się dało, przekonaliśmy się już po ich odejściu, gdy z dachu budynku, w którym dzielni budowlańcy pomieszkiwali, zebraliśmy kilka worków szklanych dowodów na pluralizm gustów i szerokość horyzontów posocjalistycznej klasy robotniczej.

W końcu i ci tęskniący znaleźli swoje miejsce w tworzącym się właśnie nowym ładzie europejskim. Ponieważ umowa nie pozwalała wykonawcy na dłuższe zaprzestanie budowy, ściągał on pracowników skąd się dało, a najłatwiej się dało z najbliższej okolicy. Przypominało to trochę pierwszą pięciolatkę po drugiej wojnie światowej, gdy do odbudowy kraju zdatny był każdy, kto miał dwie ręce i nogi.

Tak więc fachowcy zajęli się poszukiwaniem złotego Graala na wyspach, a ich miejsce zajęli okoliczni chłoporobotnicy, w chwilach wolnych od zajęć gospodarskich odrabiający pańszczyznę przy remoncie pałacu. Do dziś podziwiamy ich twórcze podejście do rzemiosła budowlanego: choćby artystycznie nieugładzoną fakturę ścian zewnętrznych czy też genialny w swej oszczędnej prostocie skład osypującego się z nich tynku.

Już wtedy nie brakowało w naszej muzealnej pracy elementów literackich: inspektor nadzoru niczym wytrawny retor tłumaczył, że może i ściany nie osiągnęły wymaganej gładzi, może i są gdzie niegdzie niedomalowane, zaś równe tak, że by nie wygładzać historii. Więc i nasz budynek nie może wyglądać za dobrze, bo nigdy nie budowano idealnie. Przynajmniej pod tą szerokością geograficzną.

Poniekąd miał rację. Na zdjęciu, które prezentujemy w muzeum, widać, że już po kilkunastu latach od wybudowania pałacu obsypywały się tynki przy schodach, a ozdobne lwy pękały dokładnie w tych samych miejscach, co dziś, więc śmiało możemy tłumaczyć, iż konsekwentnie odtwarzamy stan historyczny budynku. A wszystko to przez wodę, z ziemi i z nieba, a być może nawet przez jakąś ukrytą głęboko rzekę  czy strumyk, przepływający pod naszym pałacem, który nazywamy czasem „pałacem na wodzie”.

Podejrzewać zaczynam, że woda niszcząca piwnicę i mury pałacu to kara za nieumiarkowanie w marzeniach: pewnie powtarzałem zbyt często, że musimy wypłynąć na szerokie wody. Jak tak dalej pójdzie, naprawdę wypłyniemy. Najpierw na staw w parku, potem Strugą Wsolską do Radomki, i dalej, systemem wodnym aż do Bałtyku, a potem jeszcze tylko ocean i Gombrowiczowski pałac przybije do portu w Buenos Aires.

Wracajmy jednak na ziemię. Rychło przekonałem się, że zamiast „Dziennika” czytuję głównie dziennik budowy: tak nastał czas remontu po remoncie. Terminy szybko upływały (znów ta woda!), naprawy gwarancyjne za to przeciwnie, odkopane fundamenty okazywały się ulotne jak poetyczność, której Gombrowicz tak nie cierpiał. Użeraliśmy się z wykonawcami, drżąc o dotacje, niewygasające, więc bez widoków na wieczność.

Cierpliwość organów prowadzących muzeum była duża, ale też przecież nie wieczna. Rosło napięcie, wysokie. W końcu zacząłem unikać znajomych, bojąc się, że zamorduję  kolejną osobę, która powita mnie serdecznym „aleś sobie spokojne miejsce znalazł”.

Były też chwile jasne i twórcze. Z sympatyczną urzędniczką marszałkowską wymyślaliśmy nowe nazwy starych dotacji, żeby nie przepadły jak kamień w świeżo odkopaną studnię (wdzięczność moja, pani Aniu, nie ma granic). Wkrótce odkryliśmy też we Wsoli, że metafora kryje się nawet w określeniu „inwestor zastępczy” – nasz był zastępczy, bo we wszystkim musieliśmy go zastępować. Rzeczywistość gęstniała jak u Borgesa, czas akcji przestał pokrywać się z czasem biurokracji, ale o tym opowiem dopiero na emeryturze.

Czasu mieliśmy zresztą coraz mniej, więc opuszczała nas ponadklasowa solidarność wobec wykonawców remontu, którzy znielubili Annę i Piotra, z uporem patrzących im na ręce. Bogini ironia nie opuszczała nas do końca, nawet jowialny szef ekipy remontującej żartobliwie ostrzegł Piotra, by nie pochylał się tak bardzo nad dokonaniami budowlańców, dokumentując prace przy fundamentach, bo wypadki chodzą po ludziach i przechodząc, mogą wtrącić go do wykopu. Że był to żart, wnosimy z tego, iż szczęśliwie kolega administrator do dzisiaj nigdzie nie wpadł, nawet do stawu, który jest jego oczkiem w głowie.

Zdążyliśmy, w ostatniej chwili, ale jednak. Ekspozycja cieszyła oczy, choć koncepcja młodego zdolnego plastyka była nieco inna od tego, co zwiedzający mogą zobaczyć w muzeum. Onirycznie zwiewne fotogramy miało prześwietlać naturalne światło, rozmazując obraz jak we śnie opisanym przez Gombrowicza. Gdy jednak zawisły na drewnianej konstrukcji, okazało się, że wiszą … na krzyżach, bo przez materię przebijało nie tylko światło, ale i belki, na których rozpięto płótno.

Czasu na zmianę koncepcji nie było, chyba to nas by ukrzyżowali za kolejne spóźnienie, więc zastosowaliśmy rozwiązanie tymczasowe: zakleiliśmy okna czarnym papierem. Tym samym uzyskaliśmy wyciemnienie sali, a także pewność, że czas muzealny płynie wolniej niż ten potoczny, bo rozwiązanie tymczasowe trwa do dziś. I się sprawdza.

Że zdążyliśmy w ostatniej chwili, to nie przenośnia, a fakt. Dzielna brygada drogowa jeszcze na godzinę przed otwarciem utwardzała aleję prowadzącą do pałacu i sprzątała po sobie. Pogoda przeczyła prognozom, robiło się coraz zimniej. Namiot, w którym przygotowano poczęstunek dla gości, okazał się mało estetyczny, więc jego front „umailiśmy” świerkowymi gałązkami z pobliskiego drzewa (konserwator zabytków już nam wspaniałomyślnie wybaczył).

Ozdoba uczyniła naszą uroczystość bardziej ludyczną, a nawet ludową, niektórym jednak przypominała zbliżające się niewesołe święto listopadowe. My przeżyliśmy, udało się prawie wszystko, drugiego dnia otwarcie było otwarte dla publiczności i wtedy na monodram Andrzeja Seweryna w pałacu upchnęło się blisko pół tysiąca osób. Potem powtórzyliśmy taką „sytuację graniczną” jeszcze kilka razy, zawsze z duszą na ramieniu.

Duchy tego miejsca nawiedzają nas czasem do dziś, ale o działalności Muzeum i szczególnym genius loci Wsoli napiszę przy innej okazji, może po kolejnej pięciolatce, jeśli bogowie i przełożeni pozwolą. Zresztą przy jubileuszu nie wypada się żalić, a byłoby to nieuniknione, gdybym na przykład napisał, że na całą działalność merytoryczną w tym roku dostaliśmy 10 tysięcy złotych. Więc tego nie piszę. Radzimy sobie przecież dzięki fantastycznym sponsorom i przyjaciołom.

O jednym żalu muszę jednak powiedzieć: bardzo mi żal pięknych kaflowych pieców, które nie doczekały naszego muzeum. Widać je tylko na nielicznych zdjęciach sprzed wojny. Także na mojej ulubionej wsolskiej fotografii, zrobionej około roku 1930, do której Gombrowicze oraz ich znajomi pozują w malowniczej i zarazem dostojnej grupce.

Za każdym razem, gdy przypatruję się sfotografowanym, widzę w ich oczach jakieś szaleństwo, coś niepokojącego, co może popchnąć w twórczość albo w obłęd. Narażając się na banalną kategoryczność można jednak powiedzieć, że bez szaleństwa nie ma twórczości. A dokładniej: każdy akt twórczy jest w pewnym sensie szaleństwem, wszystko jedno, co tworzymy – kolejny akapit, muzyczną frazę czy epizod biografii.

Są takie dni – na koniec osobiste wyznanie – gdy naprawdę czuję, jak to szaleństwo czai się w pałacowych wnętrzach. Na szczęście.

I niechaj nas nie opuszcza.

Data dodania: 30 kwietnia 2014

„Przyjechał z prowincji, z jakiegoś Radomia czy Radomska”, powiada narrator o drugoplanowej postaci w powieści Andrzeja Barta „Rien ne va plus”. Nie mogłem więc autora przywitać inaczej, jak przypominając mu, że przyjechał do Wsoli koło jakiegoś Radomia czy Radomska, a na pewno na prowincję.

Wymyślonemu wcześniej żartowi nieoczekiwanego ciężaru dodała poranna wiadomość o śmierci Tadeusza Różewicza, który – jak przypominano – właśnie w Radomsku się urodził. Z czego oczywiście wynika tylko tyle, że urodził się w Radomsku, ale jeśli komuś potrzebne pocieszenie, to może pomyśleć, że w jakimś Radomiu czy Radomsku też może pojawić się wybitny poeta. Więc do piór!

Spokojnie, znów żartowałem.

***

Nie żartowali niestety redaktorzy popularnego portalu gazetowego, którzy informację o śmierci Poety opatrzyli komentarzem, że miał on pecha, bo żył i tworzył w tym samym czasie, co Miłosz i Szymborska. Gdyby żył i tworzył w czasie innym, to pewnie dostałby Nobla. Noblista bez Nobla, tak o nim napisali. Pośmiertne pocieszenie, że nie stanął na pudle.

Dobrze, że zmarli nie czytają tego, co potrafi się wypisywać po ich odejściu.

***

Ale nie ma co biadolić i udawać, że jest inaczej: literatura to także wyścig, w którym nagrodą doczesną jest poczytność i popularność. Pierwszy etap wygrywają dziś ci, którzy stają się kulturalnymi celebrytami. Bart to celebryta a rebours: znany jest z tego, że nie jest znany, a przynajmniej, że nie zabiega o popularność. Dlatego nie chciał, byśmy rejestrowali naszą rozmowę i publikowali ją później w mediach elektronicznych – inaczej mówi się do nieznanego widza, inaczej do tych kilkunastu osób, które są gośćmi pisarza na spotkaniu literackim, uzasadniał. I wykrakał: rzeczywiście do Wsoli przyjechało ledwie kilkanaście osób, spragnionych żywej literatury.

Tuzin ich raczej niż legion.

***

Od kilku lat fascynują mnie fluktuacje naszej publiczności. Od czego zależą przypływy i odpływy nawiedzających Wsolę? Popularność medialna zapraszanych gości ma znaczenie, ale przecież nie decydujące. Bart nie pisze felietonów o jedzeniu i piciu w popularnej prasie, nie spisuje plotek oraz niedyskrecji z Hollywoodu i pomniejszych okolic. Staromodnie pisze kolejne powieści i scenariusze,  przecież jednak popularne, nagradzane i czytane. Z premedytacją tworzy współczesną literaturę „dla kucharek”, pamiętając jednakże, że dziś kucharką bywa i prezes banku, i zarządca kultury. Jego książki można czytać na wielu poziomach wtajemniczenia i wysubtelnienia, zawsze z jednakową przyjemnością. Dlatego trafia do wielu: i do czytelników bardzo wymagających, i do zażywających kultury popularnej.

Więc może frekwencję tym razem pomniejszył nauczycielski kalendarz: tony papierów do wypełnienia przed mającym nastąpić nazajutrz końcem roku maturzystów? Może nasza akademicka młodzież trzeciego wieku wybrała dziś koncert papieski? A może po prostu lud kulturalny rozleniwił się pomiędzy świętami, po których i przed którymi trzeba przecież wypocząć?

Jest tyle dobrych powodów, żeby do nas nie przyjechać. Dokładnie tyle, dla ilu przyjechać warto.

***

Rozmawialiśmy oczywiście o historii, która jest tworzywem ugniatanym, nicowanym, filtrowanym (mówiąc bezpłciowo, ale naukowo: dekonstruowanym) przez Bartowy dar opowieści. Wizja jednostki, wrzuconej w historię, bezradnej wobec jej żywiołu, którym kierują siły nie do końca oczywiste, ale oczywiście ponadindywidualne, jest w powieściach Barta pesymistyczna. Począwszy od  „Rien ne va plus”, dziś wystawionej do wyścigu w plebiscycie, w którym słuchacze Polskiego Radia mają wybrać dwadzieścia pięć książek na dwudziestopięciolecie wolności.

Ale już w tej wydanej blisko przed ćwierćwieczem powieści ironia i pesymizm Barta były niemal liryczne, cierpko łagodne, chwilami może nawet i pogodne. Po latach myślę, że jednak „Rien…” napisałem dla pokrzepienia serc – mówi Bart i ja po ponownej lekturze książki z nim się zgadzam, mimo obrazoburczej ironii w opisywaniu polskości i matki-ojczyzny, „która ulegała wielu miłośnikom chętnym i brutalnym, biorącym ją często bez zgody, na stojaka”. Krytycyzm, nawet najostrzejszy, nie wyklucza przywiązania. Gombrowicz świadkiem.

Zresztą, nie taką obrazoburczość literatura polska obnosi od dawna i z przytupem. O groteskę w niej nietrudno, trudniej o inne rejestry.

***

Wystarczająco doświadczeni, by nie wstydzić się prostych pytań, zastanawiamy się przez chwilę, jak żyć w historii, na którą nie tylko nie mamy wpływu, ale więcej: nasze dobre intencje i uczynki mogą uderzać w nas i naszych bliskich. A skoro mogą, to na pewno uderzą. To jak żyć? Nie wiemy, więc najlepiej przyzwoicie – stara recepta, banalna i piekielnie trudna, warta powtarzania.

Żyć przyzwoicie, nie spodziewając się jednak w zamian ani osądu sprawiedliwego, ani nagrody czy choćby spokoju. Tak się składa, że rozmawiamy w setną rocznicę urodzin Jana Karskiego, którego zasługi długo pozostawały nieznane. Karski bardziej jednak przejmował się tym, że nie był wystarczająco przekonujący, by zmusić aliantów do uwierzenia w Holocaust i obozy koncentracyjne. Wyrzucał to sobie do końca życia, niesłusznie przecież, bo los Żydów, tak jak los więźniów lagrów i łagrów, nie zależał od wymowności bohaterskich świadków, lecz od braku wyobraźni lub kunktatorstwa polityków.

Co nie znaczy, że odwaga Karskiego wagi jest pozbawiona.

***

Na tydzień przed narodową trzydniówką wypominamy sobie te ćwierć wieku kolejnej wolności, wygranej w ruletce historii. Wypominany sentymentalnie, bo sięgając w przeszłość własną, sympatycznie kiedyś zapętloną. Andrzej Bart w łaskoczącym moją miłość własną geście przypomina recenzję „Rien ne va plus”, którą napisałem w 1991 roku i która była – znów tak się złożyło – pierwszą recenzją z właśnie wydanej powieści Barta i pierwszą recenzją opublikowaną przeze mnie w Gazecie Wyborczej.

Bart przypomina, że gazeta kosztowała wówczas tysiąc złotych. Sprawdziłem: książka Barta dziewiętnaście i pół tysiąca. Ile płacono za recenzję, nie pamiętam. Zresztą ceny zmieniały się błyskawicznie i dużo wszyscy przeszliśmy, zanim dobiliśmy się może i mizernej, ale jednak stabilizacji.

Więc vivat król, vivat wszystkie stany?

***

Zanim jednak oblepi nas świąteczna wata, zanim ucukrujemy historię wielką-bo-naszą, zanim okadzimy ją dymem z grillów i krwią nie bratnią skropimy w kaszankach, przekorne przypomnienie, również z powieści Barta zaczerpnięte, więc z pogranicza historii i literatury: światły król Staś, który właśnie królestwo do kości rozbierane tracił, 3 maja na obiad wystawny przyjaciół spraszał, by urodziny carycy Katarzyny świętować.

Bo jak wspomina bohater „Rien…”, polskie piękne damy i godni mężowie w radości i zabawie szukać musieli ukojenia trapiącej ich rozpaczy po stracie własnego państwa.

Skoro ironia nie umarła, to i my żyjemy.

 

Data dodania: 19 kwietnia 2013

Bardziej winna spóźniona wiosna czy raczej przedwczesna lektura, nie wiem. Ale Busko w tym roku nie boskie, pospieszne jakieś, przegapione. Za krótko, za szybko, bez zezwolenia na zwolnienie. Historia bez zakończenia jak zabrana na urlop lektura obowiązkowa: nowa powieść Zbigniewa Kruszyńskiego, czytana w maszynopisie, bez ostatnich stron. A więc bez zakończenia, nadającego sens całości.

Zamiast metafizyki geriatryka. Inaczej niż w poprzednich latach Busko wydało mi się rozmamłane jak park nieodgrzebany jeszcze z liści, którym udało się przezimować. Roznegliżowane, odkrywające swą popeerelowską szpetotę, maskowaną przebierankami i ostrym makijażem. Prasowanie zmarszczek, zachęca kolorowa płachta na nowym budynku rozwalającym stylistyczny ład sanatoryjnej uliczki. Para starszych kuracjuszy w sportowych strojach, nie maskujących zwyrodnień i wykrzywień, fotografuje się na tle ogromnej twarzy o urodzie fotoszopa. On od dawna nie rozprostował pleców, ona odkształcający nadgarstki i palce reumatyzm nosi jak ozdobne bransolety, z gracją.

W powieści Kruszyńskiego, którą czytam dosłownie bez końca, ten sam humor co kiedyś, w poprzednich tekstach, ten sam autoironiczny język, kasujący z końcem akapitu wszelką pokusę sentymentalizmu. Ale gdzieś tu w tę błyskotliwą ironię wsącza się się zgryźliwość (moja czy autora?), pesymizm czatujący za smugą cienia, zgredowatość, by użyć określenia pisarza, z którym o nie wydanej jeszcze powieści opowiadamy, następnego dnia po moim powrocie z B., zebranej w bibliotece miejskiej publiczności. Spragnionej najwyraźniej Wiosny Literackiej, nowalijek, nawet jeśli nie opuściły jeszcze inspektu.

Oczekiwać wiosny od dwóch starzejących się facetów, grypsujących anegdotami z niewydanej jeszcze książki, przypominających kumpli z wojska zamęczających otoczenie szwejowskimi historyjkami? Ratują nas fragmenty czytane przez Kruszyńskiego i ta jego zjadliwa ironia, wywołująca chichot aprobaty nawet gdy jest bezlitosna dla R., w którym publice przyszło żyć i pewnie dożyć. Ratuje nas też wiosna i słońce, gdy rozmawialiśmy poprzednio, była ponura zima, ostra, z ofiarami: nieostrożny bażant zamarzł wtedy na balkonie we Wsoli. Przegapioną przez nas ptasią śmierć odkrył wówczas właśnie Kruszyński.

Pozdrówcie ode mnie najsmutniejsze miejsce świata – pokpiwał z naszego przywiązania do Buska mój syn, dla którego B. pozostaje symbolem peerelowskiej zgrzebności. Nie widział, szczęściarz, Solca Zdroju, z peerelu też pamięta niewiele, choć akurat zgrzebność i szarość mogły utkwić mu w głowie. Kruszyński pamięta lepiej, nie tylko z oczywistych względów metrykalnych, ale dlatego, że obdarzony został niezwykłą pamięcią szczegółu, drobiazgu, smaków, zapachów, detali pejzażu, które w jego samokomentującej się frazie stają się zaskakującymi elementami metafory. Realizm metaforyczno-ironiczny, tak by można nazwać jego styl?

Rodzinny Radom, czyli R., jest dla Kruszyńskiego takim Buskiem, pozostaje nim od i na zawsze, zresztą zmienia się tylko powierzchownie, więc zgrzebność i miazgowatość przeżywanej przed dziesiątkami lat młodości trzyma tu mocniej niż w świecie. Jedną z największych zalet R. jest to, że leży w pobliżu torów, więc łatwo z niego wyjechać – pisze w nowej powieści. Wyjechać i wracać, by cieszyć się z tego, jak daleko się odjechało – dodajmy złośliwie. Wracać, żeby poczuć pewność świętego spokoju, który daje przemiana młodości w przeszłość, ale i tęsknotę do młodzieńczej jednak-wolności, nie ograniczanej przerostem prostaty i innych starzejących się gruczołów. Każda młodość jest wolna, choćby nawet tylko wolnością sikania, o której rezonuje narrator powieści Kruszyńskiego. Powroty bohaterów Kruszyńskiego do R., do mgieł młodości, wcale nie są jednoznaczne: wracają nie tylko po to, by nacieszyć się wyzwoleniem i wyrwaniem w świat, wracają, bo się starzeją, ze wstydliwej tęsknoty do tego, czego już nie ma i nie będzie, ale tu trochę jednak pozostało, zastygło niczym ślady po wyprysku wulkanu.

Pozostało w R. i pozostało w B., gdzie stołujemy się w śmiesznej knajpce z pretensjami do światowości, z galerią obrazków na sprzedaż – wszak i galernicy wrażliwości potrzebują czasem poratowania kręgosłupa, obarczonego przepuklinami od trzymania pozycji wyprostowanej. W hotelowej knajpce z tą swoją udawaną światowością zastygłej jeszcze w tamtej epoce, peerelu, tego lepszego peerelu dla wybranych, na który kiedyś nie było nas stać. Więc wciąż mamy do niego sentyment? Wracamy, by obolałą pamięć wymasować nostalgią?

W parku zdrojowym dziewczyna żywcem wyjęta z powieści Kruszyńskiego. Rozdając reklamowe ulotki, szuka sponsora, na szkolną wycieczkę oczywiście. Co roku kolejni kuracjusze pozwalają się nabierać. Chorzy rodzice, zarabiający jedynie dorywczo i poniżej średniej, rodzeństwo, dziadkowie niepełnosprawni i podopieczni w swej starości, gimnazjalny marketing, uprawiany z wdziękiem ofiary wywołanej do tablicy. – Bożżżeeesz – syczy mi prawie w twarz przekleństwo, gdy wrzucam jej w dłoń garść wygrzebanych z kieszeni drobniaków. Jeszcze kilku takich sknerusów jak ja i zamieści ogłoszenie na randkowym portalu internetowym, oferując usługi ze znawstwem opisywane przez bohatera Kruszyńskiego. Tylko zdjęcie musi dać nie swoje – myślę, zgryźliwością zarażony pewnie poprzez lekturę.

Więc wszystko tym razem było w B. nie tak: kosa na czubku zaokiennego modrzewia zastąpił drozd śpiewak, z nieznośną operetkową manierą. Z parku wyganiało zimno i fałszująca organistka, zniekształcana przez zawieszone na zabytkowym kościółku kołchoźniki. Śpioch kogut, biegający jak pies przy nodze pana, który karmił go będzie dobrze aż po ścięcie, wykrzykiwał pobudkę w samo południe. Trzygwiadkowy hotel-spa-wellnes straszył tynkiem odpadającym po dopiero co zeszłorocznym remoncie oraz sznurkami z wykąpaną w siarce bielizną, dyndającymi od frontu na stylowych balkonach. W chaszczach spętanych plastikowymi torbami, które wiatr kleptoman porwał z pobliskiego bazaru, rozpychał się i puszył dorodny na gody bażant. Puszył się, puszył i …

Właśnie, czy bażant śpiewa?
————————————————

[Powieść Zbigniewa Kruszyńskiego ”Kurator” ukaże się w drugiej połowie roku w wydawnictwie WAB]

Data dodania: 24 stycznia 2012

To był prawdopodobnie jeden z ostatnich epizodów Roku Miłosza. We Wsoli „wieczór słowno-muzyczny” o Litwie poety, w dobrym wykonaniu młodych artystów, z dobrze dobraną, nostalgiczną muzyką. Rzecz solidna, porządna, ładna niczym klasyczny nagrobek z kamienia wśród lastrikowych imitacji. Czy Miłosz już nam zmarmurzał? Rozmieniony na cytaty, nie ma nam już nic istotnego do powiedzenia?

Oczywiście, rok wieszcza święciliśmy godnie, działo się naprawdę dużo: konferencje, spektakle, koncerty, wznowienia i nowości, wybitni autorzy, radio, telewizja, Internet. Kolejne odczytania, monumentalna monografia Andrzeja Franaszka, zachwycającą krytyków tyleż rozmachem, co rozmiarem. A jednak niedosyt: Miłosza zabrakło w debacie publicznej. Przekornie można powiedzieć, że jedyną osobą, która poetę chciała do debaty publicznej (czyli szerszej niż interesująca specjalistów od literatury) była radiomaryjna posłanka i jej towarzysze, którzy protestowali przeciwko Miłoszowi, bo był – ich zdaniem – antypolski. To pewnie naiwność, ale marzy mi się takie życie publiczne, w którym odparcie ataku narodowców na poetę nie polega na wykpiwaniu i (wzajemnych zresztą) epitetach, lecz na poważnej i zrozumiałej dla szerokiej publiczności rozmowie. Choćby o tym, od jakiej polskości Miłosz się dystansował.

To wcale nie musi być trudne i nudne, to wyjaśnianie obolałych stosunków Miłosza z polskością, bardziej nawet – jak pisał – obolałych niż relacje z polskością Gombrowicza. Trzeba tylko znaleźć formę i język. Są w eseistyce Miłosza fragmenty, w których mówi wprost, jasno, dobitnie, zrozumiale: Polska mnie przeraża. Powiedzmy, że przerażała mnie przed wojną, podczas wojny, i przeraża całe te dziesięciolecia po wojnie. Jak powinien zachować się schwytany przez nią człowiek (urodzenie się tam czy język), jeżeli chce być rozumny, trzeźwy, spokojny, a przy tym uczciwy? Jeżeli uważa te bezustanne ofiary, konspiracje, powstania za zupełny nonsens, po prostu dlatego, że w „normalnych” krajach tego nie ma? I ostatecznie, jeżeli 99 procent Francuzów żyło jak zwykle po klęsce 1940 roku, to jest to normalne. („Rok myśliwego”)

Miłosz nie mówi rzeczy przyjemnych, na przykład, gdy opowiada o swoim lęku przed, nomen omen, zbitką Polak-katolik, w imię której zupełnie niedawno obijano, a nawet zabijano, Żydów, czasem ich palono, podobnie jak ukraińskie wsie nie chcące się polonizować. Lęk Miłosza bierze się z młodości spędzonej w polskim – niepolskim Wilnie. Tamto doświadczenie pozwoliło mu na przykład przed ponad czterdziestu laty przewidzieć coś, co tak zaskoczyło dzisiejszych polityków – nawrót litewskiego nacjonalizmu, odpowiedzią na który zaczyna być nacjonalizm polski. Musimy jednak liczyć się z siłą inercji i z tym, że w próżni ideologicznej , jaka powstała, nacjonalizm czy w Polsce, czy w Litwie nieraz będzie wkraczał na utarte tory, jako że w historii każdego kraju istnieją powtarzające się wzory, patterns. Nie postuluję, by politycy czytali wiersze, ale mogliby przeczytać i zapamiętać choćby „List do Tomasa Venclovy” – uspokajam: krótki i treściwy. Poeci bowiem bywają obdarzeni słuchem, pozwalającym przewidywać bieg spraw, zanim obejmą go polityczne kalkulacje.

Moja naiwność ma jednak granice: wiem, że dziś w przestrzeni publicznej trudno o miejsce na sensowną debatę. Nie ma agory: prasa w zaniku i w polityce, Internet opanowany przez anonymousów, media elektroniczne przygniecione słupkami oglądalności i lizusowskim prostactwem. Nawet jeśli zdarzy się okienko dla intelektualistów, to tylko dla tych wytresowanych, którzy wiedzą od polityków, że nie trzeba mówić mądrze, wystarczy głośno i kontrowersyjnie. Dość popatrzeć na spolityczniałych i scelebryciałych akademików z obu stron barykady.

Polskiej inteligencji przez ostatnie dwadzieścia lat wmówiono, że nie istnieje, wygnano ją z publicznej debaty. Znudzona misją, kuszona dostatkiem, milczy w swoich gettach, popiskując jedynie, gdy mocniej uszczypnie się w rękę, by sprawdzić, czy snem już jest czy jeszcze jawą. Te piski czasem brane są mylnie za głos z wygnania. Mylnie, bo polski inteligent jest dziś jak ów polityczny emigrant, o którym pisał Miłosz w „Notach o wygnaniu”: Był świadom swego zadania i ludzie czekali na jego słowa, ale zakazano mu mówić. Tam gdzie teraz mieszka, może mówić, ale nikt go nie słucha i, co więcej, zapomniał, co ma do powiedzenia.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury