Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: ojciec
Data dodania: 31 marca 2019

Umierając, ojciec zostawił nie tylko nas. Zostawił też psa, czarnego kundla, nam, nie mieliśmy wyboru. Pies wyglądał jak wypłosz, stercząca sierść na grzbiecie, chudy, wąski tułów na nieproporcjonalnie długich łapach, od razu było jasne, że szarik to z niego nie wyrośnie. Gdy go wzięliśmy, miał prawie rok, a starsza pani, która uratowała go jako zasikaną szczenięcą kulkę, nie miała już siły i nie mogła się nim dłużej zajmować.

Ojciec, już na rencie, mógł, spacery z psem były mu jak najbardziej wskazane przez troskliwą medycynę, musiał dbać, by sztuczne tętnice, które mu wszczepili, nie zapchały się za szybko. Miały cztery lata gwarancji, dosłownie, i ani dnia.

Przywiązali się do siebie jak tylko mogą przywiązać się do siebie pies i człowiek. Ojciec miał podejście do zwierząt, z ludźmi wychodziło mu gorzej. Nauczył kundla wielu sztuczek, a ten wydawał się odgadywać jego życzenia i nastroje. Czasem myślałem, że łączy ich coś więcej niż całą resztę naszej rodziny. Możliwe, że była to choroba.

Pamiętam, jak pies próbował lizać ranę, która otworzyła się ojcu na nodze, żaden stygmat, zwyczajna martwica tkanek. I ojciec czasem mu pozwalał, przerażając matkę. To było jeszcze przed operacją, potem rana się zagoiła, tylko część martwej tkanki stwardniała i sterczała na piszczelu jak kawałek kości, od kości jednak bielsza. Pies chciał usunąć tę narośl, lizał, próbował ją skruszyć albo odgryźć, ale delikatnie, ostrożnie, patrząc w oczy człowieka, czy nie pojawia się w nich ból. W końcu martwa tkanka odpadła sama, chociaż ojciec trochę jej pomógł, obcążkami.

Ojciec zabierał psa wszędzie, pod koniec życia całe dnie spędzał na działce, polubił samotność, choć kiedyś miał wielu przyjaciół, od serca i od kieliszka, jeśli to nie to samo. Nie potrafił usiedzieć w miejscu, gnało go, ciągnęło, topiło. Teraz włóczył się pies, nie, nie uciekał, po prostu nie wracał ze spaceru. Machał ogonem, ale nie słuchał przywoływania, szedł, gdzie go poniosło, może on wiedział, gdzie i po co, ja miałem wrażenie, że włóczy się dla samego włóczenia. Przestrzeń miasta należała do niego, każde miejsce mógł obsikać, stawało się jego miejscem na ziemi, na chwilę. Pieski świat, wcale nie taki zły. Gdy miał fantazję, odwiedzał nawet babkę, mieszkająca w odległej dzielnicy. Naburmuszona, odprowadzała go potem na pasku od sukienki.

Po śmierci ojca pies nie chciał zostawać w domu sam, uciekał na podwórko przed blokiem, dziesięć pięter po schodach z kapciem w zębach, choćby matka uważała nie wiem jak, wychodząc do pracy. Wrócić na górę nie potrafił, może nie chciał. W końcu zabraliśmy go do dużego miasta, w którym studiowaliśmy, tam też czasem szedł w rajzę i wracał, zawsze, po wielu godzinach. My też w końcu wróciliśmy do R., trochę przypadkiem, nie, nie chodziło o matkę, wtedy już znowu nie była sama. Chyba czuła się jeszcze młoda, zdolna do przywiązania, a może nie o uczucia tu szło, może nie umiała żyć tak bez nikogo, po prostu.

W tamtych czasach mężczyźni umierali młodo, zwykle na serce, kobiety wzruszały się łatwo, płakały na filmach, ślubach i chrzcinach, rozpaczały na pogrzebach, ale ostatecznie musiały być bez serca, skazane na długie życie, potem już najczęściej samotne. Tym częściej, że zwykle dzieci były jak wierne psy, warczały, gdy ktoś nowy siadał w fotelu ojca. Czasem nawet obrażały się, na śmierć.

Matka ze śmiercią w końcu się jakoś ułożyła, miała na nią swój sposób, mówiła na przykład: myślałam, że umrę, tak mi było niedobrze, no wczoraj to też umierałam, tak przed pierwszą, inhalatory nie pomagały, ani vestibo, ani sebri, normalnie umierałam, ale nie umarłam, nie, tym razem, choć nikt nie wie, jak ja się męczę, umarłabym już, to byłby spokój, i wy byście mieli, bym was nie męczyła.

Nie umierała jednak, oczywiście, czekała na zaprzeczenia i zagadywała śmierć, na śmierć. Im starsza, tym łatwiej płynęło jej to gadanie, potokami, do słuchawki, nieważne było, kto jest po drugiej stronie, nie milkła i nie słuchała, nie potrzebowała odpowiedzi, jakby tylko chciała nagadać się na zapas.  No przecież nie słyszę dobrze, mów bardziej do słuchawki, czekaj, przełożę do lepszego ucha. Mówiła coraz wolniej i coraz głośniej, znów to samo, mniej więcej, umierała, ale nie umarła, spała, ale się przebudziła, za wcześnie, nic nie będzie robić, dzisiaj, ale tamto to musi, mięso, bo przecież nie wyrzuci, kilo dziesięć, kosztowało, osiemnaście złotych w promocji. W stokrotce, no przecież gdzie?

Głuchła rzeczywiście, naprawdę słyszała gorzej, więc nadała sobie prawo do niesłuchania, skupiona na sobie, na dniu i materii, stawiających coraz większy opór, w strachu, że nie poradzi, gdy pomoc nie przyjdzie, tylko swoja może być ta pomoc, on, ona, oni. Kargulowa gramatyka, sami swoi, bo nikogo obcego za próg nie wpuści, żadnej tam kobity do sprzątania, pani do okien, sam umyjesz, jak będziesz mógł, jak odpoczniesz, trochę, tylko szybko, bo wiosna, a tamta to przecież nie wiadomo, kto to jest. Ty wiesz? No to wiesz, ale ja nie wiem.

Rozbierała się coraz wcześniej, zaraz po lokalnych wiadomościach o siedemnastej trzydzieści, i kładła, pod kołderką ciepło, a potem do słuchawki rozbierała te swoje dni i noce na elementy pierwsze, a może i ostatnie, rozmieniała na drobne: kłucia, ściskania, dyszenie i duszenie się, nogi jak z waty albo jak z ołowiu, inhalacje, frustracje, no tak się zdenerwowałam, gdzie ten telefon, idioci politycy w telewizorze, łobuzy, o czym oni mówią, coraz mniej rozumiała, coraz mniej było do rozumienia, ale dzięki nim nie zasypiała; a i jeszcze ranki, na nogach, i włosy, nigdy nie gojące się i nigdy nie uczesane jak trzeba; i to za oknem, sąsiedzi, gołębie chcą gniazdo, akurat u niej, u nikogo innego, do szału mnie doprowadzą zasrańce, a pijani i ćpuny przed blokiem, a teraz jeszcze pożary, drugi w ciągu miesiąca –

– i mówi o tym bez przerwy, nie dając sobie przerwać, ale, ale żeby tylko nie pomyśleli, że ona się tak rozczula, bo naprawdę już nie może, nawet kiedy musi, nie narzeka przecież, mówi tylko; przecież muszę, odpowiada, gdy upominam, żeby się oszczędzała, przecież nikt tego nie zrobi za nią, ale tą podłogę to musisz zrobić koniecznie, dawno nie była robiona, jak się czujesz, wyglądasz na zmęczonego, ruszaj się więcej i piwa nie pij, ale przyjdziesz, wiem, że upał, dokucza mi przecież, zobaczyłbyś jak tu jest. Zobaczę, na pewno, mało co jest tak pewne.

Zakupy też robiła na zapas, jak do schronu przeciwatomowego albo jakby jutro mieli zakazać handlu nie tylko w niedziele, zamawiała na wyrost i donos, niech będzie, zostanie, to zamrożę, ususzę, w końcu nie wiadomo, kiedy znów przyjdziesz, kiedy ktoś przyjdzie, choć przecież zawsze wiadomo, i kiedy, i kto, jeśli ja nie będę mógł. Kiedyś rzeczywiście zjawiałem się rzadziej, raz na miesiąc, telefon musiał wystarczyć, zresztą nie była sama, Łysy przychodził codziennie, robił drobne usługi, zakupy, naprawy, opłaty.

Był mistrzem bycia, powszedniego, stałego, zwyczajnego, obiad, gazetka, zmywanie, podglądanie sąsiadów, obgadywanie. Wesoły, podśpiewywał, żartował, był cierpliwy. Do czasu, znikał zwykle, a właściwie niezwykle, bo zawsze ciężko obrażony, gdy tylko pojawiały się kłopoty, choroba, szpital. Żył lekko, motylek ze sporym  brzuchem, ściemniacz, lawirant, działacz, były. Wychodził na swoje, a potem wracał, przyjmowany zawsze ostatni raz, już na pewno ostatni. Starałem się go nie spotykać, gdy się dało.

Zaczął pojawiać się chyba niedługo po śmierci ojca, dobrze nie wiem, przyjeżdżałem wtedy tylko na soboty i niedziele. Raz się zasiedział, dosłownie, w podkoszulku na ramiączka, zadomowiony wyraźnie, nie dało się ukryć, nawet nie próbował. Witałem się z matką, w kuchni, ręce miała uwalane mąką, robiła pierogi, uwielbiałem je, on chyba też.

Nastawiała wodę, mówiła, mówiła, trochę skrępowana, plątała by się pewnie, gdyby nie lilipucie wymiary kuchni, całkiem ślepej na dodatek. Udawałem, że nic nie widzę, zagadywałem, coś właśnie opowiadałem, mało ważnego, gdy usłyszeliśmy warczenie, dziwne i obce, nasz pies nigdy tak nie warczał. Pomieszkiwał już wtedy z nami w dużym mieście, więc gdy przyjeżdżaliśmy do rodzinnego domu, obwąchiwał najpierw kąty, jakby ciągle szukał, w końcu kładł się przed fotelem, w którym kiedyś posiadywał ojciec, zrezygnowany, z pyskiem opartym na przednich łapach.

Tym razem jednak fotel nie był pusty, siedział w nim Łysy, ale siedział tak, jakby już bardzo chciał wstać. Nie mógł jednak, bał się, pies leżał przed jego stopami, ściągnął wargi, pokazując wszystkie zęby, a potem, nie przestając warczeć, pazurami prawej łapy zaczął szarpać kapcie na nogach Łysego, mocno, aż tamten jęknął. Gość miał na nogach kapcie ojca, poznałem, były prawie nowe, widocznie matce szkoda było wyrzucić.

Zawołałem psa, nie chciał odpuścić, w końcu poszliśmy na spacer. Szedł na smyczy, przy nodze, także potem, gdy odpiąłem go w parku. Wróciliśmy więc szybko, matka była już sama. Kilka miesięcy później wróciliśmy do R. na dobre, przynajmniej wtedy nam się tak wydawało. Wyjeżdżałem jednak często, do pracy, na akord, kilka, kilkanaście dni poza domem. Nie wiem, czy poszedł mnie szukać i zabłądził, choć nie błądził nigdy, nawet w obcym lesie, ale był przecież coraz starszy. A może stało się coś gorszego.

Szukaliśmy długo, po całym mieście, wtedy okazało się, że nie jest wcale takie małe. Byłem nawet w schronisku, psy rzucały się na siatkę kojców, gryzły druty, wyły i ujadały, choć nie wszystkie, niektóre już jakby pogodziły się z losem. Wiadomym, bo wtedy te najdłużej siedzące w schroniskach usypiano, zupełnie legalnie, tak się nazywało to zabijanie, jak kołysanka.

Jeden z zamkniętych psów był szczególnie głośny, skamłał i szczekał jakby mnie znał, nawet trochę podobny do naszego kundla. To nie był on, przecież nie zapomniałbym go w ciągu kilku dni, ale potem jeszcze długo budziłem się w nocy i myślałem, czy aby na pewno, a jeśli się pomyliłem, jeśli to tylko tam wyglądał inaczej, wśród tych innych psów, stłoczonych w ciasnych boksach na niewielkiej przestrzeni. Czy naprawdę mógłbym go nie poznać?

Jeszcze później, po kilkunastu latach, matka trafiła do szpitala, to wtedy zaczęła swoje codzienne umieranie. Potrzebne były jakieś stare papiery medyczne, pojechałem więc do jej mieszkania i zacząłem szukać tam, gdzie kazała. Nie było, wyciągnąłem kolejną szufladę z kredensu, wysypałem papiery na podłogę, żeby niczego nie przegapić.

Na samym dnie leżało kilkanaście kopert przewiązanych gumką recepturką. Sparciałą, jak się okazało, bo gdy wziąłem paczkę w dłoń, gumka rozpadła się i uwolniła koperty. Większość była porozrywana niedbale, jakby ktoś bardzo się spieszył, a nie miał noża pod ręką. Część wyraźnie pognieciona, ktoś potem próbował je prostować. Zacząłem czytać, bezmyślnie, pierwszy z brzegu list, który wysunął się z ozdobnej koperty. Ktoś pisał, że nie może się doczekać następnego spotkania, że pocałunki, że pamięta, nie może tak dłużej, czeka, kocha, nieortograficznie, przez samo ha. Pisała kobieta, do ojca, mojego, dawno, bardzo, ale nie aż tak, żeby mnie nie było, co zeznawały kulfoniaste daty, pomazane szminką, odbitą nieudolnie pod podpisem. Pisała kobieta, ale nie moja matka, matka nigdy nie robiła błędów.

Litery rozmywały mi się w oczach, zmierzchało. Wcisnąłem niedoczytany papier nie patrząc, skąd go wyciągnąłem, wrzuciłem koperty do szuflady, byle jak, mieszając chronologię, przyrzuciłem je rachunkami, zapłaconymi przed czasem, na wszelki wypadek, i wynikami analiz medycznych, diagnozami z krwi i kości.

Potem siedziałem nie zapalając światła. Przez chwilę miałem wrażenie, że słyszę skrobanie psich pazurów ślizgających się po świeżo zapastowanym parkiecie. Złudzenie.

Data dodania: 19 lutego 2018

Rzadko kręcę się po centrum R., ale wreszcie ją obejrzałem, przechodząc. Dowód pamięci, a raczej jej poszlakę: ławeczkę Gombrowicza. Miejski mebel, pomnik stosowany.

Ławeczka to dwa krzesła i stolik, na nim szachownica. Część pionków leży obok, partia trwa od dawna, z kim gra Gombrowicz, nie wiadomo. Na tym polega chwytliwość takich niby-pomników: każdy może się dosiąść i udawać, że jest w grze. Kto pierwszy, ten lepszy. Tak mu się wydaje.

Przysiąść przy Gombrowiczu można na niby-krześle, z czymś dziwacznym zamiast oparcia: ni to tułów, ni pamiątkowa tablica, zwieńczona wydrążoną pół-czaszką, z niby-lornetkami zamiast oczu. Pusta foremka, do wypełnienia, dosłownie, jak w piaskownicy.

Gombrowicz też jest niby, bo nie wiadomo, do kogo podobny. Na konkursowych makietach przypominał papieża, Polaka oczywiście, inni się w branży pomnikowej nie liczą. Ale w normalnej skali już ten Gombrowicz jakby mniej święty, za to wciąż jakby. On, a jakby nie on, niedorobiony, niedokończony, uformowany z grubsza. Jak R., o którym mawiają czasem, że to niby-miasto.

Nie-miasto, miasto nieistniejące, forma czekająca na wypełnienie. To gdzie ja się, do cholery, urodziłem?

 

***

Metrykalna odpowiedź jest prosta: na Żakowicach, które od kilkudziesięciu lat są dzielnicą na obrzeżach R., dziś zagraconą dużym blokowiskiem i nową nazwą. Zanim zostały zadeptane przez miasto, były zwyczajną wsią, choć niegdyś należącą nawet do Kochanowskich. W końcu jednak miasto zaczęło puchnąć, rozłazić się w szwach, pazernie zagarniając przyległe tereny.

Ale nawet jako dzielnica R., Żakowice długo zachowywały swą wiejskość. Po staremu uprawiało się tu ziemię pokawałkowaną dziedziczeniem, dorabiając robotami miejskimi, w garbarniach, fabrykach broni i butów, przy rozwożeniu węgla. Chłoporobotnicy żyli tu jeszcze zanim realny socjalizm wymyślił, jak ich nazwać.

Urodziłem się w domu, którego już nie ma. Moje Żakowice istnieją więc dziś jedynie w zapisie czasu, w pamięci, a nie w przestrzeni. Krążę wokół tego miejsca, ale nie byłem tam od dawna. A wtedy, przed półwieczem, Żakowice były niemal jedyną daną mi realnością. Moim przed-miastem, tak w czasie, jak i przestrzeni, przez pierwszą dekadę życia, tę najdłuższą.

Odeszliśmy, zanim nienasycone miasto połknęło wieś, do dziś zresztą nie mogąc jej strawić. Wyprowadziliśmy się do mieszkania jak klatka, w nowym bloku, w niby-centrum R., które wówczas od innego przedmieścia oddzielały tylko tory kolejowe. Z balkonu na dziewiątym piętrze widać było wieżę kościoła, do niedawna parafialnego, więc mogłem zerkać w przeszłość.

W mniej pogodne dni widok się rozmazywał i traciłem orientację. Pozostawało  wgapiać się w okna sąsiedniego wieżowca, od którego dzieliło nas mniej niż nasz dawny dom od szosy. Przestrzeń skurczyła się, zamknęła, ale i wyciągnęła ku górze. Gdzieś, niekoniecznie w niebo.

 

***

Nasze miejsce na Żakowicach też było niedookreślone, nieostre: jako jedyni w okolicy mieszkaliśmy na nieogrodzonej posesji. Babci ledwo wystarczyło pieniędzy na sklecenie byle domku, na płot już nie, a prowizorki stawiać nie zamierzała. Miała swój honor. I niewiele więcej.

Mieszkaliśmy sto metrów od szosy, do której prowadziła wąska ścieżka między dwoma zagonami kartofli i małym warzywniakiem, ogrodzonym słonecznikami na wysokich, twardych łodygach. Z drugiej strony horyzont zamykały domy, ustawione na tyle gęsto, że zasłaniały odległy kolejowy nasyp, nie tłumiąc jednak gwizdu pociągów.

Żadnego drzewa przy domu, przestrzeń kusząco otwarta, na dziką gruszę w polu, wabiącą słodkimi ulęgałkami, na powiązane kąkolem i powojem zboża, jesienią skrócone do ściernisk, na pijane ścieżki między orankami, zimą zasypiające pod śniegiem. I na obietnicę podróży do dalekich stacji.

Zagony wyobraźni, kartoflana niby-landia. Mniej zresztą niewinna niż ją tu opowiadam.

 

***

Wyobraźnia wolała jednak krążyć wokół miejsc niewidocznych, ogrodzonych gęstymi żywopłotami, broniących wzrokowi wstępu. Tajemnicze ogrody, dwa, niedaleko domu, łaska nadmiaru. Każdy z nich oczywiście zamieszkały przez zagadkowe postaci, znane bardziej z rozmów dorosłych, widywane rzadko. Zgodnie z regułami gatunku.

W ogrodzie Kacałów, ale jeszcze przed nimi, mieszkały siostry Olszowskie, odgrodzone od świata reputacją dziwaczek. Widywali je ci, którzy przychodzili po jabłka. Sprzedawały je tanio, za bezcen, więc mało komu chciało się przełazić przez dziury w płocie albo przeskakiwać go na złodziejstwo. Może tak właśnie chroniły się przed intruzami, same wybierając czas spotkań?

Nowi właściciele zaczęli od porządków. Wycięli kilkanaście srebrzystych świerków, poprzycinali żywopłot, który teraz więcej odsłaniał niż zakrywał: stare jabłonie, kosztele i renety, pokrzywione, z gałęziami ledwo mogącymi udźwignąć owoce, więc podpartymi drągami. Zniknęły dziury w ogrodzeniu, po podwórku biegały dwa niemieckie owczarki. Porządek, wyzwanie dla odważnych.

 

***

Do końca tajemniczy pozostał natomiast ogród doktorostwa Szajowskich. Czasem przez uchyloną bramę można było zobaczyć piękny drewniany dom. Zdarzało się to rzadko, jeśli w ogóle zdarzyło się więcej niż raz, nie pamiętam. Ale wiem, że dom widziałem.

Pamiętam za to żywopłot, wielkie i gęste cisy, chyba. Krzewom wyrastały jagody, małe, podobno niejadalne, ale i nie trujące, cierpkie po rozgryzieniu i  wypluciu, natychmiastowym, na wszelki wypadek.

O Szajowskich wiedziało się, że byli dobrymi ludźmi, leczyli i pomagali, czasem za dziękuję. Babcia opowiadała wiele razy, jak matka doktora, nauczycielka, chciała zapłacić za jej książki i dalszą naukę po trzech klasach szkoły elementarnej. Zdolna jest, szkoda jej, przekonywała, ale pradziadek się zaparł i koniec.

Honorny, nie dziad przecież, pan chłop, w garbarni grosz niezły dorabiał, pomocy nie potrzebował. Podobno miewał gest, ale nie tym razem, ktoś musiał pasać krowy, jak u Konopnickiej czy innego Sienkiewicza, których babcia nie zdążyła przeczytać. Buntowała się potem przeciw ojcu, całe życie, była tak samo honorna i uparta. I też próbowała być panią.

Ogród Szajowskich otworzył się w końcu z drugiej strony, od szosy, już nie ich, bo część posesji ktoś odkupił. Paskudny letniak, rozbudowany z jednego boku, bez zachowania proporcji, tylko udawał dom. Przed nim bałagan, deski, wory z wiórami, ścinki na opał. Nie zamykali bramy wjazdowej, zepsuła się albo miała zapraszać do warsztatu.

Reklamowała go duża drewniana tabliczka z wypaloną góralską szarotką, taką samą, jak na moim piórniku, ciężkim i nieporęcznym. Wzór na piórniku wyrzeźbił mi ojciec, rozgrzanym gwoździem. Ojciec miał złote ręce i wiele potrafił. Potrafił też o tym przekonująco opowiadać.

 

***

Po przeprowadzce zaczęło się powolne zapominanie kartoflanej niby-landii, odwiedzanej coraz rzadziej. Zresztą babcię po kilku latach też wysiedlono do blokowiska. Pochłonęły mnie inne miejsca i sprawy.

Nowa szkoła, zarażona grypserą, ciasna i przepocona. Ogród za blokami, jak tamte porzucone, ale rozbebeszony koparkami, poprzebijany drutami zbrojeniowymi, przygnieciony betonowymi płytami. Stary park Kościuszki, od zawsze obfajdany przez kruki i wrony, mieszkające tu od pokoleń.

I plac Konstytucji, ten, na którym dziś przysiadł Gombrowicz. Kamienice wokół napoczęte już rozpadem, ale wówczas dla mnie wspaniałe. Wiecznie czynna apteka. Kościół pośrodku, jeszcze otwarty na plac i przechodniów, bez płotu, inny niż wszystkie, bo przerobiony z cerkwi. Ale nie zastanawiałem się wtedy, gdzie podział się prawosławny Bóg. Miałem przecież swoją historię.

Końcówka dzieciństwa, pewnie dość banalnego, ale mojego. Ojciec jak literacka klisza, wszechmogący, do czasu. Opowiadał, pewnie nie on jeden, jak gołymi rękoma polował na lwy w Afryce. Nic prostszego: trzeba zwierza rozdrażnić, a gdy rzuci się z rozwartą paszczą, wyciągnąć wyprostowaną rękę i zanim zaciśnie zębiska, chwycić od środka za ogon i wywrócić bestię na nice.

W pewnym, metaforycznym sensie ten fortel sprawdza się do dziś, czasem mi się udaje. Wtedy oczywiście rozumiałem opowieść dosłownie, naprawdę wierzyłem w taki sposób polowania na lwy i w niezniszczalność ojca. Był przecież niezwyciężony, dopóki tu właśnie, przy wspaniałym dla mnie tamtego placu Konstytucji, nie upokorzyła mnie jego klęska.

 

***

Stało się to w niezbyt epickiej scenografii, bo w zakładzie fryzjerskim. Co prawda nie byle jakim, działającym w budynku najlepszego hotelu w mieście, bardzo drogim i po ówczesnemu ekskluzywnym. Byliśmy w nim raz i nigdy więcej, ale nie z powodu cennika. Z powodu warcabów.

Ojciec grał w nie świetnie i świetnie grał w nie mistrz sztuki fryzjerskiej, jego nazwiska wykaligrafowanego na dyplomie nad lustrem nie zapamiętałem. Starszy od ojca, siwiejący, wydawał mi się całkiem stary. Wystylizowany zgodnie z profesją: baki, fala nad wysokim już czołem, dwie mniejsze na skroniach, policzki wyskrobane niemal do krwi i duszący zapach wody kolońskiej, obowiązkowy.

Też potrafiłem już grać, nauczyłem się wcześnie i wściekałem zawsze, gdy ojciec pozwalał mi wygrywać, królewskim gestem. Królował – choć w szachy nie grywaliśmy, to nie jest gra dla zagonionych – aż do pojedynku z fryzjerem. Że trafiliśmy do wyższej ligi, widać było od razu: na stoliku lakierowana drewniana szachownica, żadnej tektury i plastiku, pionki solidne, metalowe, z wierzchami z jakiejś nieznanej mi materii, może nawet kościanymi.

Pojedynek był długi. Kilka remisów jako uwertura. Fryzjerzy porzucili swoje fotele, klienci ich nie naglili, wszyscy ściśnięci wokół stolika i graczy. Zrobiło się duszno, zapach niby-lawendy i czegoś jeszcze, piżma albo ałunu, otumaniał. Jeszcze jeden remis, a potem trzy szybkie porażki, ostatnia z zablokowaną w narożniku – mówiło się: zakiblowaną – damką.

Fuj, śmierdzi, zażartował któryś golibroda, a ja, przysięgam, naprawdę to czułem, tę szaletową woń, smród klęski skropiony wodą kwiatową. We lwy wywracane na nice przestałem wierzyć już wcześniej.

 

***

Czy właśnie wtedy zrozumiałem, że damka to broń mordercza, piony przeciwnika wycina w pień, po kilka naraz, prawda, ale to jeszcze nie zwycięstwo? Że czasem lepiej, choć mniej efektownie, pilnować ustawienia pionków, by trzymały się w kupie i w odpowiednim momencie mogły zastawić pułapkę.

Bezsilność damki, która pozostaje przecież pionkiem, odwróconym jedynie do góry nogami, i przypomina sobie o tym, gdy wpada w pułapkę przymusowego bicia. Raz, dwa, trzy, poświęcone taktycznie kamienie spadają z szachownicy, ale czwarty, sprytnie przyczajony, wyrzuca z niej źle ustawioną damkę. Kto grał, ten wie.

Potem i ja wygrywałem z ojcem, coraz częściej, choć już bez radości. Ojciec wciąż stał na cokole, ale kruszący się, pochylony, poszarzały. Pomnik coraz bardziej cmentarny, choć wtedy jeszcze tego nie widziałem. Wierzgał na ościeniu, złapany w pułapkę choroby i nadziei, kolejnych wizyt, kuracji, operacji. Przymusowe bicie. W końcu zupełnie zarzuciliśmy warcaby.

Więcej czasu spędzałem teraz poza domem. Nawet wracając ze szkoły porzucałem szybki ruch po prostej, najkrótszą drogą, siedemnaście minut. Zacząłem krążyć, kluczyć po mieście już nawet nie na skos, ruchem warcabowego pionka, lecz jak szachowy skoczek, trochę do przodu i uskok, coraz więcej uskoków.

Wtedy przez plac przechodziłem codziennie, nie po drodze. Fryzjera już chyba nie było, nie pamiętam, nie zwracałem uwagi. Włóczyłem się, by dotrzeć do domu chociaż trochę później. Ojciec czekał w dusznym, szczelnie zasłoniętym przed słońcem i hałasem pokoju – na dotyk, słowo, obecność, odwracające uwagę od bólu martwiejących tkanek.

Bürger, choroba krążenia, nazwa twarda jak wyrok, na razie odroczony. Upał, kurz, prawie wakacje. Nawet opiaty były za słabe.

 

***

To też trzeba w końcu opowiedzieć, choćby tylko sobie. Pamięć stanie się kiedyś twarda i zimna jak kolana niby-Gombrowicza, na których właśnie przysiadła do fotografii roześmiana dziewczyna, zgarnąwszy z nich wilgotny, przybrudzony śnieg.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury