Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: żakowice
Data dodania: 5 grudnia 2018

Długo brakowało mi odwagi, żeby o niej napisać, bo spisać trzeba i tę historię jak z wojennego melodramatu. A przecież ona sama nigdy jej nie opowiadała, więc dlaczego miałbym to robić ja, który nawet nie pomyślałem, by odpowiednie pytania zadać w odpowiednim czasie. Póki był czas.

Nie znosiła, gdy mówiło się do niej ciociu. To jakby wołać świnie, ciuć, ciuć, ciuciała zabawnie, nauczyła się w Bąkowej Górze, ważnym miejscu, które jeszcze powróci. Kazała mówić sobie po imieniu, nie potrafiłem, więc szukałem form osobowych, ale bezimiennych, ćwicząc język. Dziś żałuję, że niektóre imiona nie zostały wtedy wypowiedziane głośno. Wtedy, to znaczy, gdy ciocia Bronia żyła i słyszało się co nieco, choć nie należało o to pytać.

Nie odważyłem się nigdy mówić do niej Bronisława, gdy zacząłem spotykać ją częściej, miała mniej więcej tyle lat, co ja teraz. Mnie, szesnastoletniemu, powinna wydawać się stara. Ale nie, stara była krótko, na sam koniec życia, wcześniej po prostu wydawała się poważna i ważna, choć uwielbiała ironię. A może właśnie dlatego.

Zapamiętałem ją tak, jakby nie zmieniała się wcale przez ten czas, gdy ją spotykałem. Elegancka, wysoka, wyrazista, tak, to dobre określenie: wyrazista. I ciepła, ale nie czułostkowa, nic z cioci na rodzinnym obiedzie. Nie mam żadnego zdjęcia, więc jej rysy się rozmyły, choć były ostre. Czy była ładna? Nie wiem, na pewno piękna, ale czy urodziwa? Jeśli, to urodą już wtedy nieco archaiczną, przedwojenną, z innego świata, o którym wtedy nie myślałem, z innej formy.

Nie z tego świata wydała mi się już przy pierwszym spotkaniu, pamiętanym mgliście, mieszkaliśmy wtedy jeszcze na przedmieściach R., więc mogłem mieć kilka lat, pięć, może sześć. Nie wiem, dlaczego przyjechały wtedy na Żakowice, obie z Jadwigą, siostrą ojca, więc ciotką prawdziwą, w odróżnieniu od Bronisławy, którą rodzice nazywali śmiesznie „przyszywaną”, jak mocnym szwem, przekonałem się później.

Nie bywaliśmy u siebie, ojciec miał chyba jakiś kompleks albo żal, był zbuntowany przeciw inteligenckim domom swojego rodzeństwa, a może po prostu wstydził się tej naszej nie naszej chałupy, skleconej tanio, obitej papą, zdeformowanej sienią z dykty, gdzieś przecież trzeba było trzymać węgiel, potrzebowali go dużo, żeby ogrzać źle ocieplony pokój, z kuchnią wstawioną za zasłony z wzorzystego, brązowego materiału.

Ciotki naprawdę przybywały z innego świata, pobrudziły zamszowe buty na ścieżce prowadzącej do domu, kawałek od szosy, po deszczu rozmiękała i czepiała się podeszew. Podarowały mi książkę, kolorową i rymowaną, dużą, w twardej oprawie, ciężko było utrzymać ją na kolanach, ale bez podpórki drętwiały ręce. Potem książki dostawałem od nich często, trochę układały mi spis lektur, nie myśląc jeszcze o tym, że i tak w końcu wszystkie trafią do mnie. Trudny spadek, musiałem zawołać stolarza.

Z tej pierwszej wizyty pamiętam też wielkie sprzątanie, omiatanie kątów z pajęczyn, szorowanie podłóg szczotą ryżową, mycie okien, choć żadne święta nie czaiły się w kalendarzu, białe rajtuzy, które brudziły się już przy zakładaniu, podtrzymując poczucie winy, gdyby na chwilę przygasło. Tylko kapa na łóżko nie chciała ułożyć się jak trzeba, więc i tak widać było ślad po żelazku, nowej rodzice nie mieli za co kupić, spłacali raty w ORSie, nie wiedziałem, gdzie to jest, wolałem nie pytać, musiało być tam strasznie.

***

W domu u ciotek czysto i schludnie było zawsze, nawet bez zapowiadania się, wszystko na swoim miejscu, którego było niewiele. Mieszkały w prawdziwym wieżowcu, choć za nisko, żeby z okien oglądać pałac kultury, nie wiem zresztą, czy by chciały. Maleńkie mieszkanko, z ciemną kuchnią i przedpokojem, w którym teraz bym się pewnie nie zmieścił, ale za to w samym centrum Warszawy, przy ulicy Hibnera, niedawno zdekomunizowanej, nie pamiętam, jak się dziś nazywa, jakoś tak znowu po warszawsku.

Ład wymuszał szacunek, uważałem, żeby nie nakruszyć francuskim ciastem, kruchym z natury, to był smak tych odwiedzin. Tylko stara pisarka, komunistka, przyjaciółka Bronisławy z kręgu kwadrygi, zbitka jak dzwon, miała gdzieś odkurzony dywan, strzepywała popiół z papierosów przed siebie, sprytnie unikając podsuwanej przez Jadwigę popielniczki. Paliła najtańsze papierosy, przecinane na połówki, jeden po drugim, w długiej szklanej fifce, której chyba nigdy nie czyściła, ciotki na wszelki wypadek miały zapas nowych. To nie była oszczędność, te połówki, ale nawyk z więzień, przed i powojennych.

Ja też mogłem palić, nieletni jeszcze, zupełnie legalnie, choć Jadwiga zżymała się trochę na liberalną nowoczesność Bronisławy, ale to ciocia Bronia była autorytetem w wychowywaniu dzieci. Wprowadziła Jadwigę w krąg Instytutu, zajmującego się nauczaniem niepełnosprawnych, głuchych, niemych albo tylko opóźnionych w rozwoju. Wprowadziła ją też do swojego mieszkania, na parę miesięcy, które okazały się kilkudziesięcioma laty, gdy Jadwiga trafiła do Warszawy z polecenia pewnego księdza, wyrzucona uprzednio z prowincjonalnego seminarium nauczycielskiego.

Siostra ojca dostała wilczy bilet po tym, jak zamiast na zebranie socjalistycznej organizacji młodzieżowej poszła przystrajać kapliczkę na majowe nabożeństwo, randka nie z tym partnerem. Działo się to oczywiście dawno, w czasach, gdy władza bała się, że może zostać obalona modlitwą. Ciotki zamieszkały wtedy na Pradze, do centrum przeniosły się pod koniec gomułkowszczyzny. Palić wtedy można było wszędzie, choć w miejskich autobusach chyba jednak już nie.

Pierwszego papierosa wypaliłem z ciocią Bronią nie u nich w domu, lecz w palarni na czwartym piętrze kliniki przy Banacha. Czekaliśmy na zakończenie operacji ojca, poważnej, niewiele wtedy robiło się tak poważnych, sztuczne tętnice, z gwarancją na kilka lat, dosłowną. Eksperyment, jednym słowem, pomógł jakiś znajomy ciotki, z czasów wojny. Nigdy go nie poznałem, podobnie jak innych, o których ciotki opowiadały niewiele. Pojawiali się tylko czasem w codziennych rozmowach, pomocni właśnie w drobnych, praktycznych sprawach, każdy do innych zadań, żadnych nazwisk, tylko imiona, cichociemni.

Tworzyli prawdziwą siatkę, dawni konspiratorzy, powiązani z wieloma instytucjami i  urzędami, mający dojścia i możliwości, bez których trudno było wtedy żyć na przyzwoitej stopie, to znaczy móc niewymienialny na nic pieniądz wymieniać jednak na towary, zawsze deficytowe. Siatka była nawet międzynarodowa, ciotki dostawały czasem, przez kogoś, trochę dolarów z Kanady, od przyjaciółki z czasów okupacji, a potem inny przyjaciel, pan Jurek, wymieniał te dolary na złotówki, po dobrym kursie, niepaństwowym, u cinkciarzy. Pan Jurek załatwiał też wiele innych spraw, był złotnikiem, serce też ma złote, mawiała Jadwiga.

Złotą rączką był z kolei portier, który za czerwoną stówkę wymieniał ciotkom żarówki, naprawiał kapiące krany, uszczelniał okna i oliwił zawiasy. To wszystko po godzinach, kiedy nie siedział w szklanym akwarium na służbie, zaczepiając wchodzących pytaniami gdzie i do kogo. Sprawdzał ich, z zaskoczenia, małymi, okrągłymi jak judasze oczkami prześwietlając zmieszanych gości.

Jego pewność siebie brała się stąd, przypuszczały ciotki, że służył na dwóch etatach, w służbie spółdzielni mieszkaniowej i w służbie bezpieczeństwa. Tajny współpracownik, ukryty w szklanej klatce. Miał na imię Bolesław, Bolek, mówiły ciotki, naprawdę, to nie był pseudonim. Donosiciele też mają imiona, inaczej jak mogli by tracić te dobre. Tak więc na tyłach domów towarowych Centrum splatały się dwie wrogie siatki, ledwo tajne, jak to u nas.

Domyśliłem się w końcu, co wszystkich ich łączyło, tych tajemniczych nieobecnych, żywe i praktyczne duchy z przeszłości. Na polonistyce uczono nas umiejętności cennych również dla śledczych: czytania między wierszami, przeszukiwania wygłosów, rewidowania przemilczeń. Trochę też wiedziałem o historii, nie tak dawnej, ale zapominanej z ideologicznego poruczenia, co nieco słyszałem w domu. Że istnieje inna opowieść, nie zapisana w podręcznikach, dawali nam do zrozumienia także niektórzy nauczyciele.

Jak mój licealny polonista, którego ciotki zaprosiły na obiad po wręczeniu nagród zwycięzcom olimpiady polonistycznej. Najpierw jednak wysłały nas do teatru, wielkiego, na wielką operę, narodową. Same z nami nie poszły, straszny dwór był rzeczywiście straszny. Podczas obiadu profesor M-ski siedział sztywny jak zwykle, dawno nie stałam tak długo na palcach, śmiała się Bronisława, częstując mnie carmenem, gdy już  sobie wreszcie poszedł. Przejęty sobą, był groteskowy jak wtedy, gdy puszczał do nas oko przy socrealistycznych kawałkach Gałczyńskiego. Dosłownie, zza grubych szkieł. Ale historyka o lewicowych poglądach, sekretarza organizacji partyjnej, który na lekcjach opowiadał nam prawdziwą wersję Katynia, M-ski nie znosił.

O akowskiej przeszłości mówiło się w domu ciotek niewiele, prawie wcale. Tak było w wielu polskich domach, które przeżyły Hitlera i Stalina, ale w domu przy Hibnera milczenie nie brało się z tamtego lęku z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. O tamtym nie wolno było mówić tylko przy Bronisławie, jakaś zmowa, omerta, dorozumiana, choć  nikt jej nie zarządził. To milczenie powstało pewnie dawno, gdy krzyk ugrzązł w krtani, kalecząc ją jak przełykana zbyt pospiesznie skórka suchego chleba. Może to wtedy po raz ostatni padło imię tamtego, kto wie, w każdym razie ja nie wiem, nigdy nie poznałem jego imienia. O nim i o tym kawałku swojego życia Bronisława milczała jak jej głuchonieme podopieczne, zupełnie jakby tamten ostry okruch naprawdę podciął jej struny głosowe.

***

To wyszło jakoś tak przy okazji opowieści o Bąkowej Górze, ciotki jeździły tam co roku na wakacje, aż do śmierci tych, u których się zatrzymywały na letnisko. Śmierci, po której Bąkowa Góra mogła wreszcie odejść tam, gdzie odchodzili jej mieszkańcy i ci, którzy w tej wsi bywali kiedyś. Dowiedziałem się w końcu, że Bronisława spędziła w Bąkowej Górze trochę wojennego czasu, najpierw jeżdżąc tam na konspiracyjne kursy, a potem ostatnie kilkanaście miesięcy wojny, po wielkiej wsypie, zagrożona aresztowaniem. Prawie cały jej oddział ewakuowano wtedy do podwarszawskich miejscowości.

Na moim wiejskim przedmieściu wyrazu wsypa używało się w najpierwszym słownikowym znaczeniu: worek z gęstej tkaniny, który po wypełnieniu pierzem stanowi poduszkę lub pierzynę. Inaczej też czytało się skrót AK, „a kury, a kaczki”, innych partyzantów babcia nie znała, ci, którzy podczas okupacji pojawiali się na Żakowicach, pasowali do stalinowskiej propagandy, bandyci jak ulał. Parę kilometrów dalej, w mieście, pamięć była już inna, może dlatego, że tu też przechowywano zagrożonych wsypami warszawiaków.

Ewakuowano prawie cały oddział, ale jego i kilku innych nie. Zginęli wszyscy, od razu w pierwszych dniach powstania, które nie mogło się udać, o czym Bronisława była przekonana, nie wiem tylko, już wtedy czy dopiero po latach. Bez imienia, nie jest bezimienny, narzeczony cioci, padło bodaj raz, jakoś tak oficjalnie, Jadwiga zaraz zmieniła temat, ale ja tak o nim myślę dziś.

Mam nadzieję, że Bronisława dowiedziała się o jego śmierci szybko, jeszcze tam, na wsi, i nie musiała potem czekać na powrót, szukać przez Czerwony Krzyż, rozpytywać, przedłużać nadzieję. Nie związała się już nigdy z żadnym mężczyzną, o tym też się raczej nie mówiło. Chyba nigdy nie wybaczyła tamtym, którzy rozkazali mu umrzeć. Więcej niż przypuszczenie, bo przekonałem się o tym na własnej skórze, choć nie od razu zrozumiałem.

***

To było dzień po ogłoszeniu stanu wojennego, historyk lewicowiec patrolował rodzinne miasto z opaską ormo na rękawie, a ja wróciłem do Warszawy sam, bez żony, tylko po rzeczy, zamykano akademik i nasze uczelnie. Zebranie na polonistyce, ktoś chce strajkować, nie ma szans, dopiero przed paru dniami zakończyliśmy akademickie strajki, skoty jeździły już w pobliżu uniwersytetu zanim zawiesiliśmy protest.

Potem zdarzenia jak z tragikomedii, gatunku dziś nieuprawianego. Maciek pyta, czy pojadę z nim na Żoliborz, w pewne miejsce, raczej niepewne, musi z niego coś zabrać. Mam czekać w pobliżu, jeśli nie wyjdzie za kwadrans, to muszę wrócić i zawiadomić innych. Nie bardzo wiem, kim są ci inni, może dlatego czekam dłużej, mija dwadzieścia minut, jest zimno, chyba spadł śnieg.

Wychodzi prawie po dwu kwadransach, idziemy na przystanek. Po drodze daje mi jakiś zwitek, nie banknoty, jakieś zdjęcia, mikrofilm. Wsiadamy do autobusu, jest jak w filmie, on wyskakuje w ostatniej chwili, przytrzymując hydrauliczne drzwi. Pocę się, choć nigdy nie zakładam czapki, wyskakuję dwa przystanki dalej, wsiadam znowu, niezgrabnie, blokuję jedno skrzydło. Powtarzam ten manewr jeszcze dwa razy, w dwu różnych autobusach. Przyglądają mi się pasażerowie, odsuwają na wszelki wypadek, tak, rzeczywiście wcale nie zwróciłem na siebie uwagi. Wysiadam na Świętokrzyskiej, kawałek idę pieszo, dalej niż trzeba, robię kółko zanim wejdę w pasaż przy Amforze.

Wymyśliłem, że w akademiku jest zbyt niebezpiecznie, więc zawiniątko zostawię u ciotek, wygląda niewinnie, tylko do jutra, jutro mam przekazać dalej. Ale przecież muszę im powiedzieć, pytają, co to, i tak bym powiedział. Tylko, że sam wiem niewiele, tyle ile trzeba, to też widzieliśmy na filmach, nie powiesz więcej niż wiesz, one przecież zrozumieją, są po dobrej stronie, doświadczone.

Bronisława zmienia się nagle, w momencie, jak dobra aktorka, takiej jej jeszcze nie widziałem, jednocześnie wściekłej i lodowatej, cedzącej słowa nie swoim głosem. Pyta, czy wiem, co jest na tym mikrofilmie, czy wiem, kto mi go tak naprawdę dał i komu mam go przekazać. I czy się w coś nie wplątałem?

Plączę się, ale dopiero teraz, nie chcę odpowiadać na te pytania, sobie i jej, więc dukam coś o konspiracji, zasadach, że tak lepiej, mniej wiesz, krócej zeznajesz. Przerywa, wciąż opanowana, wiem, że jestem śmieszny, smarkacz przyłapany na gorącym uczynku, znowu się pocę, próbuję jeszcze coś tłumaczyć. Pomyślałeś o ojcu, o jego sercu? – pyta wtedy, nie spodziewając się odpowiedzi.

Naprawdę, nie pamiętam, czym się skończyła nasza rozmowa, choć mógłbym jej zakończenie wymyślić, w naszej literaturze pełno takich dialogów, sierpniowych, listopadowych, styczniowych. Ale ja zapomniałem, wyparłem, nawet nie wiem, czy w końcu przyjęły to, co u nich chciałem ukryć. Pewnie tak, może nie?

***

Nie pamiętam także, czy już wtedy rozumiałem jej lęk, może zrozumienie przyszło później: nie bała się o siebie, to był lęk z pamięci, ćwiczony wiele razy. Ale widzę jej twarz, nie rysy, te się zatarły, ale wrażenie, gdy znika z niej podbita ironią inteligencja, a pojawia się coś pospolitego, ostrego, nienawiść, ale nie dzisiejsza, choć też nie przedawniona, do tamtych, których nigdy nie brakuje, wydają rozkazy łatwo, za łatwo, bo giną zwykle inni, bezimienni w odróżnieniu od wodzów.

Naprawdę, nigdy jej takiej nie widziałem, ani wcześniej, ani później. Zresztą później widywaliśmy się rzadziej, jakbym jej unikał. Potem urodził się syn, zabierałem go czasem, cieszyły się bardzo, jak babcie, znowu byliśmy rodziną, sfastrygowaną na chwilę. Po roku wyjechaliśmy, wróciliśmy do R., poszedłem do wojska, spotkania były coraz rzadsze. Wpadałem na krótko, bywałem co prawda w Warszawie raz w tygodniu na zebraniach w instytucie, ale rzadko miałem czas, by zajrzeć akurat do nich. O tamtym nie rozmawialiśmy nigdy, jakby się nie wydarzyło. Zresztą działo się coś innego, ważniejszego, Jadwiga miała rację, ciotka zaczęła starzeć się nagle i szybko.

Słabła i milkła, uśmiechała się jeszcze, ale do środka, w siebie, daleką. Właściwie rozmawialiśmy już tylko o przeszłości, opowiadała o przedwojniu, ojcu kolejarzu, znajomych poetach, kawiarniach, uniwersyteckich profesorach. Mnóstwo szczegółów, ale i teraz bez tego jednego, bez tej jednej opowieści, nieopowiedzianej. Nigdy jej też nie zapisała, przynajmniej nie znalazłem niczego w jej papierach, które trafiły do mnie razem z książkami.

Wyobrażam sobie, jak zapisuje to wspomnienie, gdy patrzę w stary zeszyt, kupiony jeszcze przed wojną, na Świętokrzyskiej, w fabrycznym składzie przyborów szkolnych i kancelaryjnych Edwarda Zimnego, tel. 681-64. To skoroszyt alfabetyczny, równiutko zapisane notatki, piękne pismo, w szkole uczyli wtedy kaligrafii. Tytuł na trzeciej stronie: kurs sanitarny w Bąkowej Górze w czasie wojny w 1940 – 1941 oraz dopiski późniejsze; może tu gdzieś jest klucz do tamtej opowieści? Zaglądam najpierw pod R, taki odruch, bezwarunkowy: Rana jest nagłym przerwaniem tkanek. Bywa: cięta, kłuta, miażdżona, szarpana i postrzałowa. Zapis konkretny, jasny, dosłowny, świetny materiał do powtórki, żeby nie zapomnieć.

Ostatni dopisek powinienem zrobić o tym, jak w końcu zaczęła tracić pamięć. Ale żadnego błogosławieństwa, żadnej ulgi, zapominała tylko to, co wczoraj i nas, ciągle obecnych. Odzywała się coraz rzadziej, przerywała, zanim skończyła myśl, cofała się, milkła, wpatrując w okno bez firanek. Było coraz gorzej, myliła mnie z bratem, myliła naszych synów, mieszała nasze imiona, coraz bardziej niema, za każdym spotkaniem.

A może jednak nie, może było inaczej: niczego nie mieszała, lecz znowu gotowa, nadawała nam pseudonimy w miejsce imion, tak na wszelki wypadek, gdyby tamto wróciło. Przecież zawsze tu wraca.

Data dodania: 19 lutego 2018

Rzadko kręcę się po centrum R., ale wreszcie ją obejrzałem, przechodząc. Dowód pamięci, a raczej jej poszlakę: ławeczkę Gombrowicza. Miejski mebel, pomnik stosowany.

Ławeczka to dwa krzesła i stolik, na nim szachownica. Część pionków leży obok, partia trwa od dawna, z kim gra Gombrowicz, nie wiadomo. Na tym polega chwytliwość takich niby-pomników: każdy może się dosiąść i udawać, że jest w grze. Kto pierwszy, ten lepszy. Tak mu się wydaje.

Przysiąść przy Gombrowiczu można na niby-krześle, z czymś dziwacznym zamiast oparcia: ni to tułów, ni pamiątkowa tablica, zwieńczona wydrążoną pół-czaszką, z niby-lornetkami zamiast oczu. Pusta foremka, do wypełnienia, dosłownie, jak w piaskownicy.

Gombrowicz też jest niby, bo nie wiadomo, do kogo podobny. Na konkursowych makietach przypominał papieża, Polaka oczywiście, inni się w branży pomnikowej nie liczą. Ale w normalnej skali już ten Gombrowicz jakby mniej święty, za to wciąż jakby. On, a jakby nie on, niedorobiony, niedokończony, uformowany z grubsza. Jak R., o którym mawiają czasem, że to niby-miasto.

Nie-miasto, miasto nieistniejące, forma czekająca na wypełnienie. To gdzie ja się, do cholery, urodziłem?

 

***

Metrykalna odpowiedź jest prosta: na Żakowicach, które od kilkudziesięciu lat są dzielnicą na obrzeżach R., dziś zagraconą dużym blokowiskiem i nową nazwą. Zanim zostały zadeptane przez miasto, były zwyczajną wsią, choć niegdyś należącą nawet do Kochanowskich. W końcu jednak miasto zaczęło puchnąć, rozłazić się w szwach, pazernie zagarniając przyległe tereny.

Ale nawet jako dzielnica R., Żakowice długo zachowywały swą wiejskość. Po staremu uprawiało się tu ziemię pokawałkowaną dziedziczeniem, dorabiając robotami miejskimi, w garbarniach, fabrykach broni i butów, przy rozwożeniu węgla. Chłoporobotnicy żyli tu jeszcze zanim realny socjalizm wymyślił, jak ich nazwać.

Urodziłem się w domu, którego już nie ma. Moje Żakowice istnieją więc dziś jedynie w zapisie czasu, w pamięci, a nie w przestrzeni. Krążę wokół tego miejsca, ale nie byłem tam od dawna. A wtedy, przed półwieczem, Żakowice były niemal jedyną daną mi realnością. Moim przed-miastem, tak w czasie, jak i przestrzeni, przez pierwszą dekadę życia, tę najdłuższą.

Odeszliśmy, zanim nienasycone miasto połknęło wieś, do dziś zresztą nie mogąc jej strawić. Wyprowadziliśmy się do mieszkania jak klatka, w nowym bloku, w niby-centrum R., które wówczas od innego przedmieścia oddzielały tylko tory kolejowe. Z balkonu na dziewiątym piętrze widać było wieżę kościoła, do niedawna parafialnego, więc mogłem zerkać w przeszłość.

W mniej pogodne dni widok się rozmazywał i traciłem orientację. Pozostawało  wgapiać się w okna sąsiedniego wieżowca, od którego dzieliło nas mniej niż nasz dawny dom od szosy. Przestrzeń skurczyła się, zamknęła, ale i wyciągnęła ku górze. Gdzieś, niekoniecznie w niebo.

 

***

Nasze miejsce na Żakowicach też było niedookreślone, nieostre: jako jedyni w okolicy mieszkaliśmy na nieogrodzonej posesji. Babci ledwo wystarczyło pieniędzy na sklecenie byle domku, na płot już nie, a prowizorki stawiać nie zamierzała. Miała swój honor. I niewiele więcej.

Mieszkaliśmy sto metrów od szosy, do której prowadziła wąska ścieżka między dwoma zagonami kartofli i małym warzywniakiem, ogrodzonym słonecznikami na wysokich, twardych łodygach. Z drugiej strony horyzont zamykały domy, ustawione na tyle gęsto, że zasłaniały odległy kolejowy nasyp, nie tłumiąc jednak gwizdu pociągów.

Żadnego drzewa przy domu, przestrzeń kusząco otwarta, na dziką gruszę w polu, wabiącą słodkimi ulęgałkami, na powiązane kąkolem i powojem zboża, jesienią skrócone do ściernisk, na pijane ścieżki między orankami, zimą zasypiające pod śniegiem. I na obietnicę podróży do dalekich stacji.

Zagony wyobraźni, kartoflana niby-landia. Mniej zresztą niewinna niż ją tu opowiadam.

 

***

Wyobraźnia wolała jednak krążyć wokół miejsc niewidocznych, ogrodzonych gęstymi żywopłotami, broniących wzrokowi wstępu. Tajemnicze ogrody, dwa, niedaleko domu, łaska nadmiaru. Każdy z nich oczywiście zamieszkały przez zagadkowe postaci, znane bardziej z rozmów dorosłych, widywane rzadko. Zgodnie z regułami gatunku.

W ogrodzie Kacałów, ale jeszcze przed nimi, mieszkały siostry Olszowskie, odgrodzone od świata reputacją dziwaczek. Widywali je ci, którzy przychodzili po jabłka. Sprzedawały je tanio, za bezcen, więc mało komu chciało się przełazić przez dziury w płocie albo przeskakiwać go na złodziejstwo. Może tak właśnie chroniły się przed intruzami, same wybierając czas spotkań?

Nowi właściciele zaczęli od porządków. Wycięli kilkanaście srebrzystych świerków, poprzycinali żywopłot, który teraz więcej odsłaniał niż zakrywał: stare jabłonie, kosztele i renety, pokrzywione, z gałęziami ledwo mogącymi udźwignąć owoce, więc podpartymi drągami. Zniknęły dziury w ogrodzeniu, po podwórku biegały dwa niemieckie owczarki. Porządek, wyzwanie dla odważnych.

 

***

Do końca tajemniczy pozostał natomiast ogród doktorostwa Szajowskich. Czasem przez uchyloną bramę można było zobaczyć piękny drewniany dom. Zdarzało się to rzadko, jeśli w ogóle zdarzyło się więcej niż raz, nie pamiętam. Ale wiem, że dom widziałem.

Pamiętam za to żywopłot, wielkie i gęste cisy, chyba. Krzewom wyrastały jagody, małe, podobno niejadalne, ale i nie trujące, cierpkie po rozgryzieniu i  wypluciu, natychmiastowym, na wszelki wypadek.

O Szajowskich wiedziało się, że byli dobrymi ludźmi, leczyli i pomagali, czasem za dziękuję. Babcia opowiadała wiele razy, jak matka doktora, nauczycielka, chciała zapłacić za jej książki i dalszą naukę po trzech klasach szkoły elementarnej. Zdolna jest, szkoda jej, przekonywała, ale pradziadek się zaparł i koniec.

Honorny, nie dziad przecież, pan chłop, w garbarni grosz niezły dorabiał, pomocy nie potrzebował. Podobno miewał gest, ale nie tym razem, ktoś musiał pasać krowy, jak u Konopnickiej czy innego Sienkiewicza, których babcia nie zdążyła przeczytać. Buntowała się potem przeciw ojcu, całe życie, była tak samo honorna i uparta. I też próbowała być panią.

Ogród Szajowskich otworzył się w końcu z drugiej strony, od szosy, już nie ich, bo część posesji ktoś odkupił. Paskudny letniak, rozbudowany z jednego boku, bez zachowania proporcji, tylko udawał dom. Przed nim bałagan, deski, wory z wiórami, ścinki na opał. Nie zamykali bramy wjazdowej, zepsuła się albo miała zapraszać do warsztatu.

Reklamowała go duża drewniana tabliczka z wypaloną góralską szarotką, taką samą, jak na moim piórniku, ciężkim i nieporęcznym. Wzór na piórniku wyrzeźbił mi ojciec, rozgrzanym gwoździem. Ojciec miał złote ręce i wiele potrafił. Potrafił też o tym przekonująco opowiadać.

 

***

Po przeprowadzce zaczęło się powolne zapominanie kartoflanej niby-landii, odwiedzanej coraz rzadziej. Zresztą babcię po kilku latach też wysiedlono do blokowiska. Pochłonęły mnie inne miejsca i sprawy.

Nowa szkoła, zarażona grypserą, ciasna i przepocona. Ogród za blokami, jak tamte porzucone, ale rozbebeszony koparkami, poprzebijany drutami zbrojeniowymi, przygnieciony betonowymi płytami. Stary park Kościuszki, od zawsze obfajdany przez kruki i wrony, mieszkające tu od pokoleń.

I plac Konstytucji, ten, na którym dziś przysiadł Gombrowicz. Kamienice wokół napoczęte już rozpadem, ale wówczas dla mnie wspaniałe. Wiecznie czynna apteka. Kościół pośrodku, jeszcze otwarty na plac i przechodniów, bez płotu, inny niż wszystkie, bo przerobiony z cerkwi. Ale nie zastanawiałem się wtedy, gdzie podział się prawosławny Bóg. Miałem przecież swoją historię.

Końcówka dzieciństwa, pewnie dość banalnego, ale mojego. Ojciec jak literacka klisza, wszechmogący, do czasu. Opowiadał, pewnie nie on jeden, jak gołymi rękoma polował na lwy w Afryce. Nic prostszego: trzeba zwierza rozdrażnić, a gdy rzuci się z rozwartą paszczą, wyciągnąć wyprostowaną rękę i zanim zaciśnie zębiska, chwycić od środka za ogon i wywrócić bestię na nice.

W pewnym, metaforycznym sensie ten fortel sprawdza się do dziś, czasem mi się udaje. Wtedy oczywiście rozumiałem opowieść dosłownie, naprawdę wierzyłem w taki sposób polowania na lwy i w niezniszczalność ojca. Był przecież niezwyciężony, dopóki tu właśnie, przy wspaniałym dla mnie tamtego placu Konstytucji, nie upokorzyła mnie jego klęska.

 

***

Stało się to w niezbyt epickiej scenografii, bo w zakładzie fryzjerskim. Co prawda nie byle jakim, działającym w budynku najlepszego hotelu w mieście, bardzo drogim i po ówczesnemu ekskluzywnym. Byliśmy w nim raz i nigdy więcej, ale nie z powodu cennika. Z powodu warcabów.

Ojciec grał w nie świetnie i świetnie grał w nie mistrz sztuki fryzjerskiej, jego nazwiska wykaligrafowanego na dyplomie nad lustrem nie zapamiętałem. Starszy od ojca, siwiejący, wydawał mi się całkiem stary. Wystylizowany zgodnie z profesją: baki, fala nad wysokim już czołem, dwie mniejsze na skroniach, policzki wyskrobane niemal do krwi i duszący zapach wody kolońskiej, obowiązkowy.

Też potrafiłem już grać, nauczyłem się wcześnie i wściekałem zawsze, gdy ojciec pozwalał mi wygrywać, królewskim gestem. Królował – choć w szachy nie grywaliśmy, to nie jest gra dla zagonionych – aż do pojedynku z fryzjerem. Że trafiliśmy do wyższej ligi, widać było od razu: na stoliku lakierowana drewniana szachownica, żadnej tektury i plastiku, pionki solidne, metalowe, z wierzchami z jakiejś nieznanej mi materii, może nawet kościanymi.

Pojedynek był długi. Kilka remisów jako uwertura. Fryzjerzy porzucili swoje fotele, klienci ich nie naglili, wszyscy ściśnięci wokół stolika i graczy. Zrobiło się duszno, zapach niby-lawendy i czegoś jeszcze, piżma albo ałunu, otumaniał. Jeszcze jeden remis, a potem trzy szybkie porażki, ostatnia z zablokowaną w narożniku – mówiło się: zakiblowaną – damką.

Fuj, śmierdzi, zażartował któryś golibroda, a ja, przysięgam, naprawdę to czułem, tę szaletową woń, smród klęski skropiony wodą kwiatową. We lwy wywracane na nice przestałem wierzyć już wcześniej.

 

***

Czy właśnie wtedy zrozumiałem, że damka to broń mordercza, piony przeciwnika wycina w pień, po kilka naraz, prawda, ale to jeszcze nie zwycięstwo? Że czasem lepiej, choć mniej efektownie, pilnować ustawienia pionków, by trzymały się w kupie i w odpowiednim momencie mogły zastawić pułapkę.

Bezsilność damki, która pozostaje przecież pionkiem, odwróconym jedynie do góry nogami, i przypomina sobie o tym, gdy wpada w pułapkę przymusowego bicia. Raz, dwa, trzy, poświęcone taktycznie kamienie spadają z szachownicy, ale czwarty, sprytnie przyczajony, wyrzuca z niej źle ustawioną damkę. Kto grał, ten wie.

Potem i ja wygrywałem z ojcem, coraz częściej, choć już bez radości. Ojciec wciąż stał na cokole, ale kruszący się, pochylony, poszarzały. Pomnik coraz bardziej cmentarny, choć wtedy jeszcze tego nie widziałem. Wierzgał na ościeniu, złapany w pułapkę choroby i nadziei, kolejnych wizyt, kuracji, operacji. Przymusowe bicie. W końcu zupełnie zarzuciliśmy warcaby.

Więcej czasu spędzałem teraz poza domem. Nawet wracając ze szkoły porzucałem szybki ruch po prostej, najkrótszą drogą, siedemnaście minut. Zacząłem krążyć, kluczyć po mieście już nawet nie na skos, ruchem warcabowego pionka, lecz jak szachowy skoczek, trochę do przodu i uskok, coraz więcej uskoków.

Wtedy przez plac przechodziłem codziennie, nie po drodze. Fryzjera już chyba nie było, nie pamiętam, nie zwracałem uwagi. Włóczyłem się, by dotrzeć do domu chociaż trochę później. Ojciec czekał w dusznym, szczelnie zasłoniętym przed słońcem i hałasem pokoju – na dotyk, słowo, obecność, odwracające uwagę od bólu martwiejących tkanek.

Bürger, choroba krążenia, nazwa twarda jak wyrok, na razie odroczony. Upał, kurz, prawie wakacje. Nawet opiaty były za słabe.

 

***

To też trzeba w końcu opowiedzieć, choćby tylko sobie. Pamięć stanie się kiedyś twarda i zimna jak kolana niby-Gombrowicza, na których właśnie przysiadła do fotografii roześmiana dziewczyna, zgarnąwszy z nich wilgotny, przybrudzony śnieg.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury