Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: Polskie obozy
Data dodania: 5 lutego 2018

Nieufny wobec doniesień frontowych mediów, postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście fraza o „polskich obozach” zyskała w ostatnich dniach popularność idącą w miliony. Wpisałem w wyszukiwarkę słowa „ustawa, ipn, prokurator, polskie obozy”, coś jednak zrobiłem źle, bo wynik wyszukiwania był mętny i niezadowalający.

Za to już kilka minut później na moje konto pocztowe przyszedł e-mail z ofertą firmy, która zajmuje się taką internetową statystyką i chętnie pomoże. Więc jednak kto pyta, nie błądzi? Nie wiem. Ale dziś na pewno zostawia ślady. Dawne policje -jawne, tajne i dwupłciowe – mogłyby pozazdrościć Internetowi. Parafrazując stare gomułkowskie zawołanie: wolności raz oddanej, nie odzyskamy nigdy?

Tak więc znów trzeba uważać na słowa? Miarkować, co się mówi, do kogo i w jakim gatunku? Genologia jako wiedza prawnicza? Prokurator i sędzia definiujący, co jest, a co nie tekstem literackim? Wyznaczający granice działalności artystycznej? I naukowej? Rozsądzający sensy i znaczenia?

Prawda, na słowa trzeba uważać zawsze, to znaczy czytać je uważnie. W nich jest wszystko, dzisiejsze doświadczenia zostały już dawno zapisane. Słowa dają nie tylko wiedzę. Dają też władzę. Dlatego każda władza chce zawładnąć słowami, mieć klucz do słownika i gramatyki. Wziąć je we władanie lub pod but. Używając pieniędzy, haków albo prokuratora.

Aleksander Wat, polski Żyd i komunista, a potem pozbawiony złudzeń znawca sowieckiego systemu, także więziennego, wspomina gdzieś o człowieku, którego posadzono za literówkę w gazecie. Nie byle jaką, bo w nazwisku Stalin zmieniającą „t” na „r”. Więziono go jako wroga systemu, bynajmniej nie językowego. Srogi wyrok za słowa. Władza nad słowami doprowadzona do granic absurdu.

Nie pamiętam, czy ten nieszczęśnik był tylko zecerem, czy redaktorem wydania. A może posadzono obu? Zabrakło mi cierpliwości, by znaleźć ten fragment. Ale przeglądając pisma Wata trafiłem na inne, też mówiące o władzy i języku. O władzy nad językiem.

„A jeśli nie jest się panem swego języka – nie ma dyskusji, nie ma dialogu. Jest królestwo jednostajnego monologu, deklaratywnego wydawania werdyktów. Nie ma już pytań. Jest tylko królestwo odpowiedzi.”

I co wtedy? „To proste: 1. najpierw nie mówi się tego, co się myśli; 2. następnie mówi się to, czego się nie myśli, a myśli się to, czego się nie mówi; 3. jeszcze później zmusza się do myślenia tego, co się mówi – stadium trudne, lecz konieczne dla higieny moralnej i pomyślności kariery. Wreszcie: 4. nie myśli się wcale.”

 

Cytaty te pochodzą z tomu esejów Aleksandra Wata, wydanych przed trzydziestu laty poza cenzurą i opatrzonych wspólnym tytułem: „Świat na haku i pod kluczem”.

Data dodania: 31 maja 2012

Biją nas, gębą po gębie, słowami na odlew. Obrażają, czy chcą, czy nie chcą. Polskie obozy śmierci świszczą w polskich uszach jak pejcz. Więc kto krzyknie głośniej? Kto boleściwiej zajęczy? Stare polskie zawody. A po drugiej stronie tradycyjnie ci, którzy radzą rodakom, by skorzystali z okazji do zamknięcia się. I – jak to w Polsce – argumentem w dyskusji jest znów literatura.

Ignoranci – mówią o politykach amerykańskich polscy politycy, znani powszechnie z erudycji. Prezydent, premier, marszałek, opozycja i koalicja, redakcje i reakcje, lewica i ulica, partie i dziennikarskie harpie dyszą z oburzenia. W telewizji wypowiedział się nawet wójt Izbicy, polskiej gminy z byłym niemieckim obozem koncentracyjnym, akurat zresztą sprzątanym troskliwie przez gimnazjalistów, przypadkiem wprost przed kamerą. Wójt również gotów był prezydentowi USA przebaczyć, jeśli ten przeprosi.

Można by pomyśleć, że wciąż uwielbiamy gdy nas biją, bo możemy wtedy głośno krzyczeć o niezasłużonej krzywdzie. Jeśli biją nas wielcy i mocni, to i my możemy poczuć się wielcy. Trans–Atlantyk. Trans, w który wprawiły nas trzy słowa zza Atlantyku. Gombrowicz wiecznie żywy.

Żeby być dobrze zrozumianym: nie uważam, jak Sławomir Sierakowski, że nic się nie stało, a Obama nie tylko obrazy, ale nawet gafy nie popełnił. Argument Sierakowskiego, że Nałkowska również pisała w „Medalionach” o polskich obozach śmierci jest retorycznie sprytny, ale fałszywy, bo ahistoryczny. Kiedy Nałkowska publikowała „Medaliony”, nikt nie miał wątpliwości, kto fabryki śmierci w Polsce budował i kto kogo w nich mordował.

Współczesna ignorancja historyczna jest nieporównywalna z tym, co wiedziały intelektualne i polityczne elity pierwszych powojennych dekad. Dla opinii publicznej, dla zwykłych, nawet niewykształconych ludzi, historia wojennych okrucieństw to była biografia, historia rodzinna. Inaczej było w Ameryce, która w stosunku do odmienności i wrażliwości świata za oceanami była w sumie obojętna. A nawet w swojej niechęci do empatii prowincjonalna. Tyle, że to taka prowincja, która stała się centrum, ze swej młodości i niedojrzałości czyniąc siłę. Znów Gombrowicz.

Wpadki Obamy i gadania o „przejęzyczeniu” nie można przemilczeć tak samo, jak nie powinniśmy milczeć, gdy Holocaust wyrywany jest z kontekstu straszliwej wojny i cierpień innych narodów albo gdy historyczna odpowiedzialność Niemców eufemizowana jest określeniem „naziści”. Może to i niepoprawne politycznie, ale odpowiednie dać rzeczy słowo, nawet gdy ono boli, to warunek konieczny, by uniknąć zbiorowej sklerozy.

Krytykujmy więc błąd Obamy jasno i stanowczo, ale nie napinajmy się tak bardzo, nie krzyczmy histerycznie, bo histeria jest bronią słabych i winnych. Kto nie umie dyskutować, obraża. Nieuk, ignorant – takie (i mocniejsze) epitety pod adresem prezydenta ogromnego demokratycznego kraju zamiast spokojnej argumentacji nikogo za granicą nie wyedukują. Pisk myszy, której znudziło się siedzenie pod miotłą.

Był czas – i o nim też trzeba przypominać – gdy słowa zabijały. Zabijały nawet literówki, bo do obozu śmierci mógł trafić redaktor, który nie dostrzegł, że zecerowi „t” omsknęło się w „r” w nazwisku despoty. Tego samego zresztą, który z ówczesnym prezydentem USA narysował nam nowe granice. Jeżeli dziś reakcje na wypowiedzi przekraczać będą granice umiaru, to zanim się obejrzymy, znów będziemy zabijać się słowami i za słowa.

To nie jest literacka metafora.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury