Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: norwid
Data dodania: 15 stycznia 2019

 

To taki rok, pięćdziesiąty już po śmierci Gombrowicza, że pewnie będziemy o niej i o nim, poprzez nią, mówić na wiele sposobów. Słowami służącymi tu za tytuł zakończył Gombrowicz list do Jeana Dubuffeta z 14 lipca 1968 roku. Niespełna rok później napisał do francuskiego malarza po raz ostatni, choć wcale nie pożegnalnie, nie, zupełnie zwyczajnie, praktycznie nawet, rzec by można.

1.

To była dziwna korespondencja i przyjaźń, właściwie też głównie korespondencyjna – a korespondowali ze sobą nie tyle poglądami, co postawą wobec sztuki, kultury i zasad dyskusji. Spór, zainicjowany przez redaktorów czasopisma „L’Arc”, opisany już po wielekroć, mądrze i jeszcze mądrzej, dotyczył „autentyzmu” malarstwa i innych rodzajów sztuki, mówiąc najprościej. Polemiści, których łączył swoisty antykulturalizm, niechęć do sztuczności nadętych artystycznych hierarchii, publicznych zachwytów i różnych rodzajów snobistycznego znawstwa, dyskutowali ostro, chwilami brutalnie, błyskotliwie, ze świadomością, że ich argumenty pozna również kulturalna publiczność.

Dla przypomnienia, ciągle w uproszczeniu, w korespondencyjnym sporze Gombrowicz dowodził, że malarstwo (w odróżnieniu od literatury) jest potrzebą sztuczną, wykształconą przez kulturę, nieautentyczną, wtórną, jak papieros, jak nałóg palenia. Dubuffet twierdził natomiast – nadal upraszczam – że taka „nienaturalna” sztuczność właściwa jest wszystkim dziedzinom sztuki, także słowu literackiemu, że ich odbiór jest wyuczony, a nie wynika z jakiejś pierwotnej czy transcendentnej potrzeby. Dubuffet argumentację ilustrował obrazem karczocha: obierany z liści nie ukazuje nam żadnego jądra, lecz głąb, który tworzą również liście, tyle że ściśnięte i już stwardniałe.

Rzecz interesująca dla wielbicieli erystyki, przyznam jednak, że mnie  najbardziej wciągnęły didaskalia tej korespondencji. Gombrowicz jest w tej polemice bardziej zacietrzewiony, gorętszy, Dubuffet uprawia raczej intelektualne ćwiczenia, poranną „gimnastykę reedukacyjną” umysłu. Jest bardziej formalny, mniej autentyczny. Nie tracę z oczu faktu, że myśl nie jest niczym innym (…) niż manipulowaniem pewnym słownikiem – w całości danym przez kulturę – pisze malarz i po takim wstępie formułuje nihilistyczny (jak sam go nazywa) i mocno teoretyczny postulat osiągnięcia tabula rasa w odbiorze wszelkiej sztuki.

Gombrowicz unika takich sofistycznych skrajności, woli trzymać się życia, jest po stronie Schopenhauera, nie jego „przebrzmiałego” systemu filozoficznego, ale jego stosunku do świata: Ale jakiż zmysł rzeczywistości, jaka wizja świata, oparta na wrażliwości i bólu, przejmująca i pouczająca! Tymczasem Hegel [za którym podążył Zachód, podobnie jak za Nietzschem] nazbyt często okazuje się mistrzem abstrakcyjnych formułek, a Nietzsche nadużywa deklamacji i fortissimo.

 

2.

Kogo pasjonują takie, nienowe zresztą, filozoficzne spory, niech sięgnie po cienką książeczkę z ich intelektualna ustawką. Ale warto ją przeczytać także dlatego, że spierają się dwaj wybitni styliści, którym nie brakuje swady i ostrości.

Pozwalałem sobie na ten agresywny ton, lecz tylko dlatego, że mieścił się on, by tak powiedzieć, w ramach naszej gry – zastrzega się Gombrowicz w liście podsumowującym dyskusję. Oczywiście, że po tej polemice nadal jesteśmy dobrymi przyjaciółmi i kumplami, a wydawcy Pańskiej książki mogą poinformować o tym czytelnika, jeśli mają go za takiego durnia, że nie potrafi sam zrozumieć – odpowiada Dubuffet. I dodaje: argumenty to tylko czcze pozory. Wypływają z tego bądź innego wybranego przez kogoś nurtu i nie rozjaśniają spraw – bo te nie tkwią w substancji żadnego z nurtów, lecz w kształcie wiru rodzącego się z ich zderzenia. Odwagi!

Odwagi? Dlaczego: odwagi? Dlaczego tak mentorsko, choć są kumplami, przyjaciółmi? Są, ale to jednak Gombrowiczowi zależy, by świat czytający się o tym dowiedział. Że on i sławny, wielki Dubuffet. Że jego, Gombrowicza, tamten uznany uznaje za partnera, godnego przeciwnika, przyjaciela. Gombrowiczowska nieustanna niepewność, kompleks, żarliwa potrzeba akceptacji jest w tej korespondencji widoczna także w warstwie głębszej niż polemiczne łamańce. Otóż dla mnie ten burżuazyjny czy arystokratyczny luksus, ten komfort, te rafinady to achillesowa pięta Paryża i Francji. Tutaj rewolucje są luksusowe. Wasz sposób widzenia, odczuwania i pojmowania świata jest zbyt dobrze odżywiony – atakuje Gombrowicz wprost z piekła resentymentu.

 
3.

Diabeł, także diabeł historii, kryje się w metaforyce tego literackiego sporu. Dubuffet posługuje się obrazem drzewa, którego słoje są coraz bardziej ściśnięte, im drzewo starsze. Mniejsza, co z tej metafory filozoficznie wywodzi, ważniejsze, że odsyła ona do długiego trwania, przyrastania tradycji i pamięci. Drugi, już tu przywoływany, obraz obieranego karczocha intuicje Gombrowicza o „zbyt dobrym odżywieniu” kultury zachodniej potwierdza wprost.

Autor „Operetki” tym metaforom przeciwstawia swoją: papierosa, pisanego wersalikami, ewokujacego nałóg, namiętność, trudną do opanowania, niszczącą, akt palenia krótkotrwały i żarliwy, powracający nieuchronnie, aż po ostatni chorobliwy wdech. To Wschód, ale nie ten mityczny, do podróży duchowych, lecz ten bliższy, dosłowny, gwałtowny, konwulsyjnie bolesny. I bliższy brutalności życia. Gdyby ktoś pytał, to ja jestem po stronie Gombrowicza, choć nie palę od wielu lat. Kogóż jednak stać na Gombrowiczowską konsekwencję: …prawdy artysty mogą być ważniejsze od filozoficznych formuł, gdyż rodzą się z afirmacji życia, z woli wyposażenia dzieła w możliwie największą żywotność. Taka afirmacja wymaga niezwykłej dzielności.

Życie w tej korespondencji zajmuje mniej miejsca niż kulturalna erystyka, ale nie jest mniej ważne. Gombrowicz z Dubuffetem polemizowali na papierze, ale poznali się też i rozmawiali osobiście. Nie tylko o sztuce, malarz w jednym z listów zapowiada na przykład: w  czerwcu zamierzam wybrać się do Vence, żeby zademonstrować Panu moje techniki terapeutyczne względem lumbago, od którego jestem specjalistą i w którego leczeniu jestem o wiele zręczniejszy niż w roztrząsaniach. Gombrowiczowi jednak dolegają już wtedy choroby znacznie poważniejsze niż uprzykrzające życie lumbago. Jest po zawale, który wraz z astmą wymusza przeprowadzkę pisarza i jego towarzyszki do mieszkania z windą, tak się składa, że w pobliże cmentarza. Jak żartował Gombrowicz, w pobliże jego ostatniego adresu.

To właśnie takie fragmenty korespondencji dotyczące spraw praktycznych, „życiowych”, czynią ją przejmującą. Dubuffet podziwia codzienną dzielność Gombrowicza: W jaki sposób potrafi Pan zachowywać umysł tak bohatersko żywy, choć nękają Pana te duszności? Nie sądzę, by głupi klimat Vence dobrze Panu służył, by zresztą w ogóle działał inaczej niż zgubnie. To idiotyczne „Lazurowe Wybrzeże” jest nadzwyczaj trujące. Żeby przetrwać na nim bez szwanku, trzeba Pańskiego rzadko spotykanego męstwa. Takie słowa, pisane na rok przed śmiercią Gombrowicza, musiały głaskać jego może i hipochondryczne, nawet megalomańskie, ale przecież usprawiedliwione poczucie niezrozumienia, nękające zresztą zwykle psychikę wszystkich poważnie chorych.

Ostatni list Gombrowicza do Dubuffeta, datowany na 28 czerwca 1969 roku, nie jest listem pożegnalnym, nie ma w nim wysokich tonów, pisarz może się nawet wydawać znużony własną słabością. U mnie – osłabienie, choroba, bóle itd. Jestem do niczego – odnotowuje. Jego męstwo jest praktyczne, pyta o pozwolenie na umieszczenie kolejnego fragmentu listu Dubuffeta w planowanej przez „L’Herne” publikacji ich korespondencji, zajmuje się wysłaniem mu swojej książki, itp., itd.

Dalej była śmierć, więc ten list to w pewnym sensie także ostatnie, jedno z ostatnich, słowo Gombrowicza.

 
4.

Do „słów ostatnich” znanych ludzi przywiązuje się dużą wagę, często naddając im znaczenia. Odczytywane metaforycznie, pomagają tworzyć legendę. Nawet z Norwidowego przykryjcie mnie lepiej, naturalnego pragnienia ciepła wypowiedzianego w niedogrzanym przytułku, uczyniono zdanie znaczące, przesłanie z późnym wnukiem w tle. Dobrze więc, zaryzykujmy, dajmy się skusić metaforze, ona też jest afirmacją życia.

Schorowany Gombrowicz, ze słabnącym krążeniem, także marzł, nawet w upał. Przejmujący obraz, o którym pisałem już nieraz, bo wraca maniakalnie: Gombrowicz w kapocie, na łóżku, w rozsłonecznionym pokoju, patrzący gdzieś w to światło zza kadru, ręce rozplecione przed chwilą, na prawej więcej słońca. Kolejny atak bólu – już od lat najważniejszego życiowego zagadnienia? Chwila odpoczynku, chwilowa słabość, zamyślenie bez konieczności zapisywania?

Uważam, że jest Pan bardzo szczęśliwy, skoro może Pan jąć się swego zadania z całą potrzebną energią – pisze w ostatnim liście do Dubuffeta, może nawet trochę z zazdrością. On całej energii już nie ma, jej resztki zużywa na zabiegi o odpowiedni kształt ostatnich publikacji, w ostatnich listach jest uważny, drobiazgowy, nawet apodyktyczny. Jakby pilnował, by okryć się po swojemu.

Chciał okryć się, po swojemu, nie tylko dlatego, że dookoła coraz zimniej, że martwiejące słońce grzeje coraz słabiej, ale przede wszystkim po to, byśmy my  odkrywali go później według jego autorskiego zamysłu?

myśl nie jest niczym innym, nie może być niczym innym niż manipulowaniem pewnym słownikiem.

To samo dotyczy pamięci.

 

 

 

 

Data dodania: 14 października 2018

Umrzeć w raju, jakie to Gombrowiczowskie. W lipcowej spiekocie, w środku kanikuły, w nieznośnym blasku. Gorąco jest nawet teraz, w październiku, gdy po przeszło roku wracamy na urodziny jego muzeum. Umierał, o ile to w ogóle możliwe, przygotowany. Już nie spodziewał się wiele: jestem jak ton naciśniętego klawisza, więcej we mnie śmierci niż życia, pisał.

Vence to właściwie było życie po życiu. Płynę ku śmierci, przewidywał oczywiste już podczas rejsu powrotnego z Argentyny, choć to jeszcze uznać by można za napad melancholii albo krygowanie się starszego pana w średnim wieku. Ale po Berlinie, psychosomatycznie bolesnym, odchorowanym, opłaconym utratą sił, słowa o śmierci zaczęły znaczyć dosłownie, serio, bez ironii, nawet sentymentalnie.

Sentymentalne są obrazy powracające do mnie podczas każdego pobytu w Vence, także w tych zapiskach: Gombrowicz półleżący na łóżku, w jesiennej kapocie, choć na zewnątrz upał, jasność wdziera się do wysokiego pokoju, albo Gombrowicz zziębnięty, okręcony szalikiem, marszczy twarz w pełnym słońcu, na zdjęciu prześwietlonym blaskiem, czy nie ostatnim zrobionym na zewnątrz. Zimne słońca.

 

***

W Vence miał zawał, opisuje go szczegółowo w „Kronosie” i „Dzienniku”, dwa miesiące w łóżku bez ruchu, potem jeszcze dwa rekonwalescencji, nauka chodzenia, upokarzająca słabość ciała, które zawsze było źródłem cierpień, lęk, nie wiadomo, ile jeszcze zostanie podarowane. Tak wtedy leczono, leżeniem bez ruchu, kto przeżył, to żył, jak w cygańskiej wróżbie: i będziesz żył aż do śmierci, przepowiadała kiedyś mojemu ojcu młoda Cyganka.

Ojca kilkanaście lat później zawał powalił na równie długo, przypłacił kurację zapchaniem tętnic, nieodwracalną miażdżycą. Ale dwadzieścia lat po jego śmierci kazano mi wstawać już po kilku dniach i chodzić po szpitalnych schodach. Powoli, nie tak szybko, gdzie się pan tak wyrywa – krzyczał za mną rehabilitant, jakby nie znał odpowiedzi.

Słońce w Vence, palące, choć już jesienne, przypomina mi trochę tamto moje, czarne, w połowie października grzejące jak latem. Z takiego słońca zostałem wtedy wyrwany, choć to tutejsze jest bardziej męczące, duszne, zabiera tlen z powietrza bez przeciągów.

 

***

Na początku w Vence Gombrowicz nasłuchiwał jeszcze odgłosów z tamtego brzegu, zza oceanu, z porzuconej Argentyny, zawiedzionej miłości i młodości. Tamten brzeg huczał w nim i dymił. „Argentyna wydaje mi się stąd dysząca pianą i wiatrem oceanu. Mam ją w sobie, jak coś ciemnego, niewyraźnego, zagadkowego.” Z tym „w sobie” trafił do miejsca, w którym wszystko jest jasne, porządne, ustabilizowane. Przez większość roku prawie nie drgnie liść na palmie, grzeje słońce, jednostajnie przewidywalne, do nudności. Tak pewnie mógłby wyglądać raj wierzących, do którego trafia się po śmierci.

Docierały do niego publikacje z Argentyny, w „Dzienniku” zapisywał niezadowolenie. „Jak było do przewidzenia, ucharakteryzowano mnie na dobrodusznego wujaszka, przyjaciela młodych, w tych wspominkach, artykulikach, jestem konwencjonalną postacią artysty niezrozumianego i odepchniętego przez środowisko.” – ubolewał i sobie przypisywał winę za niezrozumienie: „Dlaczego wybrałeś sposób bycia za trudny do opisania – system masek zbyt skomplikowany? Ludzie przezorni dbają, by ich żywot nadawał się do wspominków.” Czyli jednak niezrozumienie? „W każdym razie jest pewne, że tam, za oceanem, nawet wspomnienie o mnie ulega rozkładowi, umiera.”

W następnym akapicie pyta, dramatyzując styl: „Czy tu na Riwierze, zdołam raz jeszcze ożyć?”. Odpowiada właśnie porównaniem do naciśnietego klawisza, którego ton milknie przecież po chwili. „Za późno!” – wykrzykuje, ale jeszcze raz próbuje stosować te same chwyty, te same gry, co na tamtym brzegu. Rita Gombrowicz, w kolejnej rozmowie, tym razem w Vence, powtarza mantrę: że rozumiał młodość, tolerancyjny, dawał jej przestrzeń, był ciągle młody, na swój sposób. To pewnie prawda, ale ile w tej tolerancji było zmęczenia doświadczeniem, znużenia, wiedzy, że nie wszystko da się przy sobie zatrzymać, opanować, ograniczyć, nie każdym można zawładnąć, że w ogóle można już tak mało, skoro nawet wspomnienia się wymykają. Więc może to nie była wieczna młodość, lecz rozpacz: już tylko łapał chwile, te mniej bolesne, pozwalające zapominać, nie zapamiętywać. Zapamiętywanie się w czymś albo kimś wymaga sił, których już nie miał.

 

***

Myśli się, rozsądnie i potocznie, że życie chwilą to przywilej i przypadłość młodości, bo przecież młoda wyobraźnia nie ostrzega jeszcze o przemijaniu chwil i ich skutkach, odłożonych w czasie, którego młodzi mają pod dostatkiem. Ale to nieprawda, to dopiero wiek dojrzały, wiek klęski, potrafi naprawdę nacieszyć się i nasycić chwilą, bo zna dojmujące nienasycenie, a wyćwiczona utratami wyobraźnia podpowiada, że ta chwila może być ostatnia. Wchodzący w smugę cienia zdają sobie sprawę, że mają niewiele czasu, więc nie jest on sprzymierzeńcem. Jeżeli mają go dość, to w innym sensie: irytacji i zmęczenia. Sądzę, że to też jest u Gombrowicza zapisane, między aktami strzelistymi ku młodości.

W Vence już tych aktów mniej, młodość jest wciąż obok, ale ta bliskość podszyta jest lękiem i bólem. Ból, łączący go z Dantem, w tekście, który Ungaretti porwał i wyrzucił do kosza – bo był za szczery? Cierpi także dosłownie, fizycznie, po czterech miesiącach od zawału rodzi się powtórnie, stawia pierwsze kroki, zaczyna pisać, cieszy się – jak dziecko, podsuwa frazeologia. Ale czy to jednak nie fatalistyczna radość z tego, że wszystko jest już jasne i oczywiste, jak słońce i błękit nad Vence, i wszystko zmierzcha się ku końcowi, ostatecznemu, bez wykrętów, grymasów i sofistyki. Tak mi się wydaje, choć to tylko spekulacje, coś, czego właściwie robić nie wolno – osobiste psychologizowanie, sentymentalne i rezonerskie. Ale tu wolno, na blogu, w formie gorszej, niezobowiązującej i niepoważnej.

Bardzo poważny profesor w Royaumont, z którym dyskutowali o Teokrycie, Demokrycie i kilku innych filozofach, przerywa nagle rozmowę i poklepując Gombrowicza po plecach, wykrzykuje uradowany: jesteśmy z tego samego piętra! Co miał na myśli – wyżyny ducha czy stwierdzenie prostego faktu pomieszkiwania w tym samym korytarzu? Logikę czy może jednak logistykę, czyli sąsiedzkie ciepełko w sytej Europie, oświeconej nawet w deszczowy poranek? Tu w Vence deszcz szybko wysycha, paruje przysłaniając na chwilę podnóża zboczy, popadało tyle co kot napłakał, teraz znów wyłazi słońce, wysusza letni zapach asfaltu i zieleni jakimś cudem jeszcze nie uschniętej, czaruje barwami domów na zboczu naprzeciwko. Duchota.

 

***

Czy „Dziennik” smakuje tu inaczej, czytany w miejscu zapisywania? Tak, bo mocniej czuje się napięcie między tym rajem, akuratnym jak landszaft, a zapisem choroby dręczącej Gombrowicza, której „Dziennik” jest świadectwem nie mniej przejmującym niż „Kronos”, tylko kunsztowniejszym, więc mniej „szczerym”. Zapisem także tej choroby na Polskę – bohaterem ostatniego fragmentu „Dziennika” jest w końcu pan Kocik, zamieszczający od czasu do czasu w pewnym piśmie francuskim artykuły informacyjne o życiu literackim w Polsce, by wysławiać przy okazji „wielkość polską”.

Całe życie walczyłem o to, żeby nie być pisarzem polskim ale sobą, Gombrowiczem, cały ten nałóg mówienia „nasz” uważam za śmieszny. Przez lata nawoływał też, by więcej człowieka w Polaku było niż Polaka, bo to Polsce wyjdzie na dobre. Ale Polska swoje wiedziała i wie do dziś. Rita Gombrowicz opowiadała kiedyś, że wkrótce po śmierci ateisty Gombrowicza na jego grobie położyli Polonusi wielki krzyż. Usunęła go, więc pojawił się nowy, i kolejny, i jeszcze jeden. W końcu ktoś jej doradził, by umieściła na tablicy nagrobnej maleńki krzyżyk, dla świętego spokoju. I spokój nastąpił.

Można by więcej jeszcze o tym cierpieniu Gombra z ojczyzny powodu pisać, ale strach, że mu się jeszcze mesjanizm jakiś przypisze, choć to i prawda, że brudy nasze i tajemnice cuchnące brał na siebie, żeby nam było lżej.

 

***

Trzeciego dnia od naszego przyjazdu do Vence niebo przykrywają ciemne chmury, leje już naprawdę, podobno po raz pierwszy od trzech miesięcy. Pastele za hotelowym oknem, pozbawione słonecznego oświetlenia, są jak twarz starej aktorki, która pozostała na scenie po zgaszeniu reflektorów, zaszpachlowana w pośpiechu przez zdolną, ale przepracowaną charakteryzatorkę. Południe jest zmęczone, zmierzcha się tu tak późno.

Gdy deszcz po kilku godzinach cichnie, idziemy na cmentarz, szybko, przed obiadem, po którym kolejne wydarzenie, rocznicowe. Stawiamy małe szklane naczynie ze świeczką, kolejne, w tych, które zostawiliśmy poprzednio, znajdujemy polskie monety. Wrzucone jak do fontanny, by tu jeszcze kiedyś wrócić? A może dlatego, że, jak ktoś zauważa, na monetach jest polski orzełek i od razu wiadomo, że nasz ci ten Pisarz Wielki, nasz on, przynajmniej po śmierci. Cóżeś Ty swoim zrobił, Gombrowiczu – nie tak daleko stąd do Norwida.

Ale w drugiej osłonce na świeczkę, odwróconej dnem do góry, listy, karteczki zapisane i podpisane bardziej osobiście. „My też musimy wyjechać z kraju, panie Witoldzie, do widzenia”, innych nie czytamy, wciąż pada, kartki namokły, nie chcemy ich zniszczyć. Wtykamy z powrotem, dokładnie, prawie jak przy Ścianie Płaczu. Deszczowa wilgoć na twarzy, a ludzie mówią i mówią uczenie, że to nie łzy są, ale że kamienie i że nikt na nie nie czeka – o ile nie pokręciłem czegoś Norwidowi.

Notuję bowiem nie w bibliotece, ale na balkonie hoteliku w Vence, wdzięczącego się jak zawsze, a także później, na północ od raju, w zapuszczonym nieco mieście R., w Starym Ogrodzie, do którego chadzałem kiedyś z ojcem, choć rzadko, i dlatego było to jak święto, i utknęło w pamięci, a Ogród był wtedy naprawdę stary. Zrewaloryzowano go teraz, okropne słowo, przywołano do porządku, bo zdziczał, odmłodzono wyrzynając, co stare, zbyt wiele, ale nic na to poradzić nie można. Można jedynie pogrzebać w pamięci, świętując rocznicę wywinięcia się końcowi, albo i nie. I gapiąc się w niebo, dziś prawie tak lazurowe jak na tamtym wybrzeżu.

 

***

Słońce wróciło tuż przed naszym wylotem, podniosło chmury i widzieliśmy wreszcie morze, i willową dzielnicę Nicei, przypominającą klocki rozrzucone pomiędzy kępami ozdobnych traw. Samolot półkolem wdrapywał się na swój pułap, pasażerowie siedzący po drugiej stronie zasłaniali okienka przed słoneczną jaskrawością.

Tym razem dostałem miejsce obok miłej, dyskretnie uśmiechniętej Azjatki. Co chwilę wyglądała przez okno, nawet gdyby raziło ją słońce, pewnie by go nie zasłoniła. Zabawnie przyciskała nos do szyby, odrywała się tylko, by zrobić zdjęcie. Byliśmy już nad chmurami, które przyjmowały przedziwne kształty i kolory, zerkałem, gdy odrywała się od okna, ale bardziej domyślałem się tych cudowności, gdy cichutko popiskiwała i wzdychała, jak dziecko, gdy zobaczy coś niezwykłego albo jak krecik z czeskiej bajki.

Zdrzemnęła się w końcu, odsłaniając mi widok na obłoki, rzeczywiście dość malownicze. Wyglądały jak rozlane mleko, które ktoś rozmazał szmatą, nową, więc słabo zbierająca wilgoć, a potem cisnął ją w dół, znużony porządkami. Może wiedział, że już nie warto?

Rozbolała mnie w końcu nienaturalnie wykręcona szyja, więc wróciłem do „Dziennika”. Na sto dziewięćdziesiątej drugiej stronie Gombrowicz znów zadawał sobie pytanie: czy wchodzę w końcowy okres, kiedy to żyje się wprawdzie, ale żyje tym, co umarło? Trzeszcząc trochę, kapitan ogłosił, że podchodzimy do lądowania, a pogoda na ziemi jest dobra, słonecznie, choć chłodno.

Data dodania: 17 stycznia 2018

Przeczytałem, że nie żyje profesor Zbigniew Osiński. Zmarł w styczniu, jak Jerzy  Grotowski, któremu poświęcił tyle uwagi, słów i czasu. Taki zbieg okoliczności. Przypadek.

Ta informacja przywołała wspomnienie, mówiące więcej o wspominającym niż wspominanym, jak wszystkie wspomnienia o zmarłych. Epizod, drobny i dawny, z czasów mojej polonistyki. Wtedy, przez chwilę, byłem studentem Profesora, który profesorem jeszcze wtedy nie był.

O ile dobrze pamiętam, właśnie wtedy wprowadzono przedmiot, który nazywał się teoria kultury. Z kilkoma profilami, do wyboru. Zbigniew Osiński prowadził jeden z nich. Do jego grupy studenci trafiali z dwóch powodów: albo byli zafascynowani teatralną awangardą, Grotowskim, kulturą Wschodu, albo też zagapili się i w innych grupach już nie było miejsc. O wymaganiach Osińskiego krążyły legendy, potwierdzane obszerną listą lektur obowiązkowych, więc jego zajęcia były dla większości ostatnim wyborem. Zapisywano się raczej do młodych magistrów i doktorów, bardziej wyrozumiałych i zajmujących się mniej hermetyczną tematyką.

Należałem do tych gapowatych. Grotowski, awangarda teatralna, wschodnie idee i praktyki niewiele mnie wtedy obchodziły. Były modne, a ja – zbuntowany i zakompleksiony prowincjusz – omijałem wszystko, czym ekscytowało się stołeczne centrum. Zresztą wcześniej, w liceum, też nie mazałem wykrzyknikami książek Stachury ani nie fałszowałem pod nosem Grechuty. Czytałem Norwida, coś tracąc i coś zyskując. Trafiłem na jego wiersze przypadkiem, po prostu spodobało mi się parę wersów przeczytanych w księgarni i biała, płócienna okładka książki.

 

Na zajęcia Zbigniewa Osińskiego chodziłem krótko, choć nawet wtedy rozumiałem, że jest on postacią oryginalną, wybitną stylem i osobowością. Onieśmielał wiedzą, ale także pewną aurą dziwności i nieobecności. I naprawdę wymagał.

Wymagał na przykład przeczytania „Idioty”, a potem obejrzenia adaptacji powieści Dostojewskiego w reżyserii Akiro Kurosawy, przypominanej właśnie w jednym z kilku warszawskich kin z ambitnym repertuarem. O obu dziełach mieliśmy rozmawiać na zajęciach, pewnie zastanawiając się nad przekładalnością, może także nad wielością form wschodniej duchowości. Nie pamiętam.

Pamiętam natomiast, jak przebiegała ta rozmowa, która się nie odbyła. Okazało się bowiem, że nie ma na zajęciach osoby, która znałaby oba utwory. Książka była gruba i niespecjalnie modna, film trudny i długi, nawet po skrótach wymuszonych przez producenta trwał 166 minut. A lektur obowiązkowych mnóstwo.

Skoro nie możemy rozmawiać, milczmy – zarządził Osiński. I milczeliśmy, chwilę, kilka minut, kwadrans, dłużej. W dusznej salce, której numeru już nie pamiętam, na parterze, zaraz na prawo od wejścia, siedzieliśmy w kilkanaście osób, mrużąc oczy, rozdrażnione mrugającą jarzeniówką, świetny pretekst, żeby opuścić wzrok i nie spotkać jego spojrzenia.

Było wietrzne, jesienne popołudnie, ściemniało się wcześnie, zresztą w tej salce i tak zwykle panował półmrok. Głośny deszcz próbował umyć szyby, chroniące wnętrze przed światłem. Drzewa na dziedzińcu ruszały się we wszystkie strony, widzieliśmy je rozmazane poprzez deszcz i rozmoczony kurz. Przypominały ludzkie sylwetki, ascetycznie wychudzone, machające rękami w jakimś rytuale albo ćwiczeniu gimnastycznym. Jakby przygotowywały się do spektaklu.

W środku spektakl już trwał. Dziwny, z początku groteskowy, potem coraz trudniejszy do zniesienia, seans bez słów i ruchu. Administracyjno-teatralne ćwiczenie, happening, który był i karą, i nagrodą. Pamiętam, że – czytelnik Norwida – zdałem sobie wtedy sprawę, jak niewiele rozumiem z jego koncepcji przemilczeń i wygłosów.

Możliwe zresztą, że dopisuję sobie to teraz, że próbuję nadać tamtemu zdarzeniu jakiś szerszy sens, wymyślone po latach usprawiedliwienie, którego wtedy nie było. Czasem wspomnienia są nieznośne, jeśli im czegoś nie nadpisać, nie dołożyć dramaturgii lub suspensu. Możliwe więc, że wtedy nie czułem niczego oprócz wstydu, upokorzenia i wściekłości. To też nie mało.

Ale jedno pamiętam ostro, bez ubarwień: kiedy po trzech kwadransach Profesor stwierdził, że możemy sobie pójść, że to koniec lekcji, nie czułem się tak, jak powinienem: sztubak uwolniony z kozy. Nie, czułem, że stało się coś ważniejszego, prawdziwa lekcja, w której nauczyciel pomagał uczniom znaleźć coś w sobie.

Zresztą nie wiem, może wtedy i o tym jeszcze nie wiedziałem.

 

Na zajęcia Zbigniewa Osińskiego już nie wróciłem. Uprosiłem któregoś z liberalnych młodych, dopisałem się do jego grupy. Film Kurosawy obejrzałem dopiero po wielu latach, nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia i niewiele mi z niego pozostało.

Dziwactwa pamięci: nie pamiętam arcydzieła, ale pamiętam wzrok człowieka, z którym o tym filmie milczałem. I z którym zupełnie się rozminąłem.

 

Nie pierwsze to i nie ostatnie w moim życiu niewykorzystane spotkanie. Na szczęście były też inne, których nie przegapiłem.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2018 Muzeum Literatury