Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: herb
Data dodania: 12 stycznia 2012

Huk petard, huk życzeń i szampańskich humorów. Niezrozumiała radość, że rok minął i posunęliśmy się w przemijaniu. Nic dziwnego, że po tak wymuszonej radości wpadamy w dół, depresję, jesienną właściwie, bo zima leni się w tym – tamtym roku wyjątkowo. I jak na ironię mail z Argentyny: pani prezes Biblioteki Polskiej nie tylko odwzajemnia noworoczne życzenia, ale i informuje, że u nich właśnie zaczynają się wakacje. Zazdrość, i medycyna nic na nią poradzi.

Ostatnie dni ubiegłego roku w domu, w notatkach, w porządkowaniu papierów i pozorowanym nadganianiu zaległości w lekturach. Nic nowego: książki zaczynane po raz któryś i po raz któryś odkładane na później. Zaczęte teksty właściwie do wyrzucenia albo do nowego rozpoczęcia. Ale też fragmenty do przytoczenia, słoneczne, bo pisane na wakacjach, o nowo odkrytym wakacyjnym miejscu na ziemi, wcale nie sielankowym, ale za to znaczącym. Notatki zrobione z zachwytu i nałogu pisania:

„I pomyśleć, że K. kiedyś nie istniała, zanim nie została wyrwana morzu; choć wyrwana to nie jest dobry czasownik, bo oznacza nagłość, jednorazowość, a stworzenie K. nie było aktem, nie działo się z dnia na dzień, z dna na dzień. Zasypywanie morza w K., by K. mogła powstać z wody, trwało latami i trwa nadal. Morze nie poddało się nigdy i powolnym podstępem albo nagłym zrywem – wyrywem, próbuje odebrać, co kiedyś doń należało. Odebrać czyli zatopić.

Dlatego właśnie w herbie K. dwie twarze – żeńska i męska – skłaniające się ku sobie, zbliżające do siebie, łączące się pocałunkiem w sakramencie lub bez. Ale gdy przyjrzeć się uważniej, staje się jasne, że zbliżenie trwać wiecznie nie będzie, że ta złączona, podwójna twarz może zostać rozerwana w każdej chwili, rozdwojona na powrót. Jest nieustannie zagrożona utratą drugiej połowy. To moja interpretacja (albo i nadinterpretacja) herbu, wynikająca pewnie z fantomowych bólów pamięci o innych utratach. One to odwracają oficjalną legendę, według której to właśnie wyrwany wodzie ląd rozdziela parę kochanków: Morze i Zatokę, Neptuna i Salację, więc szczęście kochanków spełni się wtedy, gdy rozdzielający ich wąziutki skrawek lądu znów przestanie istnieć.

Znów, bo jeszcze w połowie XVII wieku K. była wyspą, prawie niezamieszkaną. Morze o tym pamięta i co roku zabiera kawałek plaży. Walka trwa, o czym świadczy rurociąg, tego roku bez oglądania się na wygodę letników układany wzdłuż wydm, codziennie dalej i dalej, rano i pod wieczór plujący kawowoszarą mieszanką wody i mokrego piachu przywożonego z drugiego brzegu zatoki. Mieszanka wlewa się w miejsca, z których w ciągu dnia zadziwiająco sprawne spychacze wygarniają stary brudnożółty piasek i podpychają go na odsiecz zmęczonym wydmom. Tak K., w stanie wyższej konieczności nie zważając na urlopowiczów, walczy z odwetem morza, nie po raz ostatni zapobiegając utracie, ze świadomością jednak, że niczego ostatecznie zabezpieczyć się nie da, bo wszystko podlega zniszczeniu.

Może dlatego tak smakuje czytany tu ponownie Odojewski, wciąż wywołujący zdziwienie, że tak młody przed sześćdziesięciu laty człowiek już był naznaczony ogromną wiedzą o przemijaniu i utracie, wiedzą, której nie mają często starcy szukający daremnie swych wysp ocalenia. Tu, w K., której nie tak dawno jeszcze w ogóle nie było, bardziej niż gdzie indziej staje się oczywiste, że żadna wyspa nie daje ocalenia pełnego, żadne złączenie nie jest dane na zawsze, że tak jak morze wciąż upominać się będzie o swoje, tak o swoje upomni się czas. I choć z każdej zagłady można coś ocalić – choćby pamięć, to i ją zaleją wody.”

Przerywam cytowanie wakacyjnych zapisków, bo nie są one jak widać żadnym lekarstwem na ponoworoczny smutek. Jeszcze tylko jeden obrazek z pamięci: nagły przylot stada czarnych kormoranów, diabolicznych ptaków, które w przeddzień naszego wyjazdu z Kuźnicy obsiadły pogłębiany właśnie port, choć wcześniej ledwo raczyły tu zaglądać. Nazajutrz rano odleciały, zgodnie z rytmem natury uciekając przed jesienią, nie wszystkie jednak, bo kilka osobników pozostało, jakby nie dotyczyło ich przemijanie pór roku.

Wspomnienie o nich, zbyt słabych, by gonić słońce i uciekać przed chłodem jesieni, jest mimo wszystko optymistyczne. Bo przecież zima nie nadeszła i nawet, jeśli przyjdzie, to pewnie na krótko, jest więc nadzieja, że z kormoranami, które zdecydowały się zaczekać, spotkamy się już za parę miesięcy, kiedy przez kilkanaście dni bez wyrzutów sumienia będziemy wylegiwać się na piasku i oddawać pozornie bezsensownym zajęciom. Takim, jak choćby opisane w znanym fragmencie Gombrowiczowskiego „Dziennika” ocalanie nadmorskich żuków, które przewróciwszy się na plecy, ugrzęzły w piasku i nie mogą ruszyć w wędrówkę za horyzont.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury