Blogi Muzeum Literatury
Słowo kluczowe: cmentarz
Data dodania: 30 lipca 2019

                     …żyć nie umierać … Nie umierać? Czymże jest ta jazda, jeśli nie jazdą w śmierć?

                                                                                                   Witold Gombrowicz „Dziennik”

 

1.

Ta obserwacja się powtarza, ostrzeżenie, najczęściej lekceważone. Pojawia się u filozofów i pisarzy, ale ponieważ w prowincji Gombrowicza jesteśmy, niech mówi on:

… ludzie w pewnym wieku nie powinni w ogóle się ruszać, przestrzeń zanadto związana jest z czasem, pobudzenie przestrzeni staje się prowokacją czasu, cały ten ocean jest bardziej z czasu  zrobiony niż z bezmiernych dalekości, jest to przestrzeń nieskończona, która nazywa się śmierć.

Cytowałem już ten fragment Dziennika, opisujący powrót Gombrowicza do Europy. Przypomina mi się on zawsze, ilekroć przyjeżdżamy do Vence. Tym razem przypomniał się mocniej, bo w ostatnim miejscu Gombrowicza byliśmy w czasie szczególnym: równo pięćdziesiąt lat po jego śmierci.

A i naruszenie przestrzeni było większe niż zwykle, bo po drodze zahaczyliśmy na półtorej doby o Paryż, w którym mieliśmy spotkać się z Ritą Gombrowicz. Między innymi. Z innymi się spotkaliśmy, z Ritą nie. Chociaż…

2.

Rity nie było, trafiła nagle do szpitala, badania miały trochę potrwać. Ale niczego nie odwoływała, wszystko odbyło się prawie tak, jak wyreżyserowała. Mieliśmy z E. być po raz pierwszy w mieszkaniu pani Gombrowicz i byliśmy, zabrała nas tam M., jej asystentka i nasza wielka gombroprzyjaciółka.

Co tu gadać, było wzruszająco, nawet dla takiego starego cynika jak ja. Więc tylko trochę szczegółów: piliśmy zadanego przez Ritę szampana, zjedliśmy kolację w wybranej przez nią, bo ulubionej, włoskiej knajpce.  Reszta niech pozostanie milczeniem, zbyt jednak jest osobista. W każdym razie zaśmiewaliśmy się razem z Ritą przez telefon, więc jakby z nami trochę była, taka jak zwykle, tylko jeszcze dzielniejsza.

Zastanawiałem się prawie cały wieczór, co by było, gdyby Rity nie było naprawdę? Gdyby nie zdarzyła się Gombrowiczowi na te kilka ostatnich lat? Gdzie byłby on, tak kiedyś, teraz, jak i na wieki?

Pewnie i tak byłby zwycięski. I tak, czyli jak? Inaczej, bez dopełniacza i bez wołacza, służącego także do inwokacyjnych westchnień, wewnętrznych oczywiście, bo Gombrowicz się nie obnażał, nawet jeśli  czytelnikowi wydaje się czasem inaczej, nawet gdy zapachnie mu sensacją.

3.

Zapach Vence ma ingrediencje niezmienne, rozpoznawalne przy każdym powrocie. Platany, nagrzane słońcem kamienie pod stopami, zmywany co rano kurz i brud na schnących potem do południa wąskich i zacienionych uliczkach.

Ale teraz, pod koniec lipca, schną one szybciej, niemal od razu, bo słońce operuje od rana, ostre, tnie przestrzeń stwardniałym światłem i rozżarzonym jeszcze z nocy powietrzem. I teraz czuć w nim jeszcze jeden składnik, mdłą, chałwowatą woń rozkładu, przyczajonego jak wygrzewające się tu pod ścianami koty, powolnego jak kroki po uliczce, wspinającej się w tym gęstym powietrzu.

Potem, w samo południe, jest jeszcze gorzej, jakby słoneczny skalpel próbował usunąć martwicę zakażoną umieraniem, odciąć ją od reszty, by nie sprawiała bólu. Niemożliwe.

Gombrowicz umierał w upale, ale podobno jednak nie aż takim.

4.

My, śmiertelni, którzy nie możemy pogodzić się ze śmiercią i z tym aby młodość i piękność miały być tylko pochodnią przekazywaną z ręki do ręki, nie przestaniemy buntować się przeciw tej brutalnej perfidii natury.

Taki cytat z Dziennika wyświetliliśmy na naszej stronie w rocznicę śmierci Gombrowicza. Opatrzyliśmy go zdjęciem, udostępnionym nam przez Ritę. Ona też na nim jest, młoda, piękna, indiański typ urody, z dodatkiem jakiegoś ironicznego błysku inteligencji. Siedzi na oparciu fotela, w nim Gombrowicz, wychylony ku szachownicy, przytrzymuje cybuch fajki, marszczy oczy i czoło. Próbuje rozgryźć strategię przeciwnika, o którym na tym zdjęciu niewiele wiadomo, zostało tak wykadrowane, że widać tylko dłoń odstawiającą z szachownicy zbity pionek.

To zdjęcie jest Bergmanowskie, mogłoby bowiem przedstawiać rozgrywkę ostateczną, ze śmiercią, która nie tylko w Skandynawii jest mężczyzną. Znamy jednak całość fotografii, więc wiemy, że przeciwnik Gombrowicza w tej partii był z nim zaprzyjaźniony. A czy śmierć może być przyjacielem?

Że to rozgrywka ostateczna, świadczyć też może skupienie Gombrowicza, dla którego wtedy pewnie już każda chwila była mierzeniem się z końcem, przymierzaniem do niego. Przeczuwał, że się zbliża, ale przecież zawsze miał problem z wymyślaniem ostatnich zdań.

Nie za każdym razem można wykpić się bombą i trąbą.

5.

Wieczór w Vence nie przynosi ulgi, zresztą zmierzcha się tu późno i długo. Upał wciąż nie do wytrzymania, ale trzeba jakoś przeżyć, skoro się żyje. Na cmentarz przeciskamy się przez rozżarzone powietrze, półgęste jak lawa albo dobrze zagniecione ciasto.

Żar podnosi tętno, zmusza serce do szybszej pracy, na granicy wytrzymałości. Rozdrażnia, budząc krew i emocje. Gdy uzyska nadmiar, spowolnić może wszystko, zwalniając z obowiązku życia. Więc spokojnie.

Jak tu się jednak nie denerwować, gdy po dojściu na cmentarz okazuje się, że brama jest zamknięta na głucho, choć ustalenia były inne. Naiwni, uwierzyliśmy w zapewnienia tych, co rządzą grobami i życiem po śmierci.

Wysokie napięcie rozładowuje mistrz Andrzej Seweryn odgrywając scenę zdziwienia i zakłopotania jak z niemego filmu. Stara, dobra szkoła, śmiejemy się wszyscy, nawet ci, którym przed chwilą nie było do śmiechu.

Wcześniej mistrzostwo Aktora ogłuszyło francuską publiczność w małej salce urządzonej w dawnej manufakturze produkującej oliwę z oliwek. Mistrzowski monodram z Gombrowiczowskiego Dziennika wycisnął wszystkie sensy, także te ukryte w języku, jego strukturze i ucieczkach od niej. Wielki artysta spotkał wielkiego artystę. Objawiła się nam synergia, trudne, ulubione słówko polityków.

6.

Polityki tym razem nie było. Ojczyzna nie przygniotła Gombra ani mowami, ani wieńcami, ani krzyżem. Rita opowiadała, jak po pogrzebie Witolda zdejmowała z grobowca wielkie krzyże, którym rodacy dociskali ateusza po śmierci. Za każdym razem w miejsce zdjętego, pojawiał się nowy, jeszcze większy. W końcu za czyjąś radą powiesiła maleńki krzyżyk bez ukrzyżowanej postaci. Pomogło, wisi do dziś. Nie róbcie ze mnie taniego demona…

W rocznicę były róże, białe i czerwone, rozdaliśmy je tym, którzy chcieli po spektaklu pójść z nami na grób. Poszli prawie wszyscy, dziwny pochód przez miasto, pół setki czytelników Gombrowicza w pięćdziesiąt lat od jego śmierci.

Andrzej Seweryn przeczytał wzruszający list, który pani Gombrowicz dostała od Kota Jeleńskiego w parę dni po śmierci męża. A potem milczeliśmy, po prostu, jakby Gombrowicz już wszystko powiedział. I poczuliśmy się jakoś bliżsi jego wielkości.

7.

Vence to zresztą takie miasteczko na miarę, na tyle przyciasne, żeby każdy mógł poczuć się tu większy niż jest. I daje złudzenie spokoju, przez większą część roku, choć nie w lipcu. Czterdzieści stopni przekroczone, gorączka, od której można zejść.

Gombrowicz też chyba nabrał się na to złudzenie spokoju. Może to zresztą nawet nie kwestia miejsca, lecz wnętrza, własnego metrykalnego lęku i nieustannego niepokoju, który gna siebie i część nas, nie pozwalając śmierci za nami nadążyć.

Ten pęd, ucieczka, to jedyne wyjście, bo zwolnienie, przecież w końcu nieuniknione, może okazać się niebezpieczne, bardzo, właśnie śmiertelnie, może po prostu zmęczonego zwolnić z życia na zawsze.

W biografii Gombrowicza też tak jest: sukces, stabilizacja, spokój po latach przechodzą miękko w umieranie, jakby śmierć rozmiękczała je po trochu, powoli. Wtedy ktoś taki jak Rita to skarb, to jeszcze życie, po prostu.

8.

…ale zanim jeszcze Mistrz zacznie czytać nad grobem przyjacielskie pożegnanie od Kota, kwiaty od Rity Gombrowicz składa E., na jej życzenie, kwiaty takie jak zleciła – zlecaj nam, wspaniała Rito, co tylko zechcesz! – więc E. kładzie na grobie biało-zielony bukiet, wcale nie cmentarny, i jest tak, jakby to młodość i jej piękno, trochę egoistyczne i narcystyczne jak pisał Gombrowicz, jakby to młode piękno oddawało czułość Witoldowi, który tak za nim tęsknił;

tę czułość, której tak bardzo pragnął i która, podarowana przez Ritę, tak go cieszyła, aż do Kronosowych niedyskrecji, a o którą prosić się wstydził, wstydził się nawet ją przyjmować, bo jednak nie miał złudzeń, wiedział boleśnie, co może dostać, a co musi oddać;

więc E. kładzie wiązankę na pustej jeszcze płycie kamiennego grobu, za chwilę przykryją go inne kwiaty, i to jest tak piękna chwila, nie wstydzę się powiedzieć: piękna, tak piękna, że nie chce się kończyć tego zdania, choć przecież nikt nie uniknie kropki, kończącej każde wyznanie i wyzwanie, wcześniej czy później, lecz zawsze za wcześnie…

9.

… było więc skromnie i kameralnie, polskość nie przygniotła tym razem Gombra, choć była obecna w całej naszej peregrynacji do jego grobu. Polacy, naród wybrany, bo gnany z miejsca na miejsce, z musu i z chęci, albo z tęsknoty niejasnej, mętnej. Szkoda, że nawet nie zapytałem o te powody rodaka, który mnie, marudzącego młodym towarzyszkom włóczęgi nadsekwańskiej, poratował zimnym napojem rzeźwiącym choć na chwilę, mimo że już zamykał swoją knajpkę,. Więc nie pogadaliśmy dłużej, jedynie poklepał mnie po ramieniu, jakoś tak serdecznie, jakby coś rozumiał z mojego życia, którego sam nie rozumiem.

A potem po trudnych rozmowach z Vencjanami, na ulicy przed tamtejszym muzeum starszy, nobliwy pan z długą twarzą i perfekcyjnie przystrzyżonym wąsikiem odezwał się do nas przy stoliku artystów polszczyzną nie tylko czystą, ale wręcz źródlaną, jakby przedwojenną. A potem się przedstawił: Czartoryski jestem i zdążył użalić się nad rodzinną kolekcją sztuki i jej losami oraz rozczulić wiekiem swojej ponad stuletniej matki, najstarszej z żyjących Radziwiłłówien, zanim obudziliśmy się z naszego skamieniałego zdziwienia.

Nawet znajomego kamieniarza tu spotkaliśmy, współpracujemy w R., skąd się wziął, nie wiem, może przypadkiem. Gdy się pojawił, wyglądało to trochę tak jakby był jakimś odpryskiem obłapiającego nas natarczywie  gęstego powietrza, zamazującego wszystko, nawet niezniszczalny uśmiech E., nie dającego rady jedynie pomnikowym rysom pana Czartoryskiego.

10.

Sprzedawca nagrobnych kamieni twierdzi, że jego branża we Francji umiera, nomen omen. Pewnie wie, co mówi. Przed spacerem na cmentarz przysiadłem na chwilę kawy, która wydłużyła się w fascynujące widowisko: policjanci ratowali leżącego na rozpalonych kamieniach rowerzystę, pewnie niewiele młodszego ode mnie.

W pogoni za młodością, uciekającą szybciej niż jego markowy rower pędzący na najlepszej przerzutce, zasłabł i stracił przytomność. Starość dopadła go na szczęście w pobliżu ratownika  z defibrylatorem, więc potraktowane napięciem serce jeszcze ożyło.

Rowerzysta wyjechał z bocznej uliczki, takiej samej, jak te, którymi szliśmy potem na cmentarz. Te węższe były pełne gorącego powietrza, rozżarzonego jakby przed chwilą wydmuchał je hutniczy piec. Rozgrzane mury nie miały komu oddawać żaru, rozpaleni byli już wszyscy.

Przedpokoje piekła – taki żart, niespecjalnie udany, przemknął mi przez głowę. Jakoś musiałem odreagować ciężar, który pojawił się nagle w klasycznym miejscu, jego ucisku nie czułem przecież od tak dawna. Dwuznaczność serca i jego przypadłości.

11.

A w rocznicową noc, wolni już od obowiązków, piliśmy wino. Zapaliłem papierosa, pierwszego od siedemnastu lat, przełamawszy zabobonny lęk, bo kiedyś, w szpitalu, przyrzekłem, że rzucę palenie na zawsze.

Wypalony w połowie papieros ani mnie nie zabił, ani mi nie smakował. To jednak była już inna przestrzeń i inny czas. Raz jeszcze okazały się łaskawe.

Możliwe też, że obezwładnione nieziemskim upałem, inaczej niż pisał Gombrowicz, po prostu nie zareagowały na moją prowokację.

Data dodania: 14 października 2018

Umrzeć w raju, jakie to Gombrowiczowskie. W lipcowej spiekocie, w środku kanikuły, w nieznośnym blasku. Gorąco jest nawet teraz, w październiku, gdy po przeszło roku wracamy na urodziny jego muzeum. Umierał, o ile to w ogóle możliwe, przygotowany. Już nie spodziewał się wiele: jestem jak ton naciśniętego klawisza, więcej we mnie śmierci niż życia, pisał.

Vence to właściwie było życie po życiu. Płynę ku śmierci, przewidywał oczywiste już podczas rejsu powrotnego z Argentyny, choć to jeszcze uznać by można za napad melancholii albo krygowanie się starszego pana w średnim wieku. Ale po Berlinie, psychosomatycznie bolesnym, odchorowanym, opłaconym utratą sił, słowa o śmierci zaczęły znaczyć dosłownie, serio, bez ironii, nawet sentymentalnie.

Sentymentalne są obrazy powracające do mnie podczas każdego pobytu w Vence, także w tych zapiskach: Gombrowicz półleżący na łóżku, w jesiennej kapocie, choć na zewnątrz upał, jasność wdziera się do wysokiego pokoju, albo Gombrowicz zziębnięty, okręcony szalikiem, marszczy twarz w pełnym słońcu, na zdjęciu prześwietlonym blaskiem, czy nie ostatnim zrobionym na zewnątrz. Zimne słońca.

 

***

W Vence miał zawał, opisuje go szczegółowo w „Kronosie” i „Dzienniku”, dwa miesiące w łóżku bez ruchu, potem jeszcze dwa rekonwalescencji, nauka chodzenia, upokarzająca słabość ciała, które zawsze było źródłem cierpień, lęk, nie wiadomo, ile jeszcze zostanie podarowane. Tak wtedy leczono, leżeniem bez ruchu, kto przeżył, to żył, jak w cygańskiej wróżbie: i będziesz żył aż do śmierci, przepowiadała kiedyś mojemu ojcu młoda Cyganka.

Ojca kilkanaście lat później zawał powalił na równie długo, przypłacił kurację zapchaniem tętnic, nieodwracalną miażdżycą. Ale dwadzieścia lat po jego śmierci kazano mi wstawać już po kilku dniach i chodzić po szpitalnych schodach. Powoli, nie tak szybko, gdzie się pan tak wyrywa – krzyczał za mną rehabilitant, jakby nie znał odpowiedzi.

Słońce w Vence, palące, choć już jesienne, przypomina mi trochę tamto moje, czarne, w połowie października grzejące jak latem. Z takiego słońca zostałem wtedy wyrwany, choć to tutejsze jest bardziej męczące, duszne, zabiera tlen z powietrza bez przeciągów.

 

***

Na początku w Vence Gombrowicz nasłuchiwał jeszcze odgłosów z tamtego brzegu, zza oceanu, z porzuconej Argentyny, zawiedzionej miłości i młodości. Tamten brzeg huczał w nim i dymił. „Argentyna wydaje mi się stąd dysząca pianą i wiatrem oceanu. Mam ją w sobie, jak coś ciemnego, niewyraźnego, zagadkowego.” Z tym „w sobie” trafił do miejsca, w którym wszystko jest jasne, porządne, ustabilizowane. Przez większość roku prawie nie drgnie liść na palmie, grzeje słońce, jednostajnie przewidywalne, do nudności. Tak pewnie mógłby wyglądać raj wierzących, do którego trafia się po śmierci.

Docierały do niego publikacje z Argentyny, w „Dzienniku” zapisywał niezadowolenie. „Jak było do przewidzenia, ucharakteryzowano mnie na dobrodusznego wujaszka, przyjaciela młodych, w tych wspominkach, artykulikach, jestem konwencjonalną postacią artysty niezrozumianego i odepchniętego przez środowisko.” – ubolewał i sobie przypisywał winę za niezrozumienie: „Dlaczego wybrałeś sposób bycia za trudny do opisania – system masek zbyt skomplikowany? Ludzie przezorni dbają, by ich żywot nadawał się do wspominków.” Czyli jednak niezrozumienie? „W każdym razie jest pewne, że tam, za oceanem, nawet wspomnienie o mnie ulega rozkładowi, umiera.”

W następnym akapicie pyta, dramatyzując styl: „Czy tu na Riwierze, zdołam raz jeszcze ożyć?”. Odpowiada właśnie porównaniem do naciśnietego klawisza, którego ton milknie przecież po chwili. „Za późno!” – wykrzykuje, ale jeszcze raz próbuje stosować te same chwyty, te same gry, co na tamtym brzegu. Rita Gombrowicz, w kolejnej rozmowie, tym razem w Vence, powtarza mantrę: że rozumiał młodość, tolerancyjny, dawał jej przestrzeń, był ciągle młody, na swój sposób. To pewnie prawda, ale ile w tej tolerancji było zmęczenia doświadczeniem, znużenia, wiedzy, że nie wszystko da się przy sobie zatrzymać, opanować, ograniczyć, nie każdym można zawładnąć, że w ogóle można już tak mało, skoro nawet wspomnienia się wymykają. Więc może to nie była wieczna młodość, lecz rozpacz: już tylko łapał chwile, te mniej bolesne, pozwalające zapominać, nie zapamiętywać. Zapamiętywanie się w czymś albo kimś wymaga sił, których już nie miał.

 

***

Myśli się, rozsądnie i potocznie, że życie chwilą to przywilej i przypadłość młodości, bo przecież młoda wyobraźnia nie ostrzega jeszcze o przemijaniu chwil i ich skutkach, odłożonych w czasie, którego młodzi mają pod dostatkiem. Ale to nieprawda, to dopiero wiek dojrzały, wiek klęski, potrafi naprawdę nacieszyć się i nasycić chwilą, bo zna dojmujące nienasycenie, a wyćwiczona utratami wyobraźnia podpowiada, że ta chwila może być ostatnia. Wchodzący w smugę cienia zdają sobie sprawę, że mają niewiele czasu, więc nie jest on sprzymierzeńcem. Jeżeli mają go dość, to w innym sensie: irytacji i zmęczenia. Sądzę, że to też jest u Gombrowicza zapisane, między aktami strzelistymi ku młodości.

W Vence już tych aktów mniej, młodość jest wciąż obok, ale ta bliskość podszyta jest lękiem i bólem. Ból, łączący go z Dantem, w tekście, który Ungaretti porwał i wyrzucił do kosza – bo był za szczery? Cierpi także dosłownie, fizycznie, po czterech miesiącach od zawału rodzi się powtórnie, stawia pierwsze kroki, zaczyna pisać, cieszy się – jak dziecko, podsuwa frazeologia. Ale czy to jednak nie fatalistyczna radość z tego, że wszystko jest już jasne i oczywiste, jak słońce i błękit nad Vence, i wszystko zmierzcha się ku końcowi, ostatecznemu, bez wykrętów, grymasów i sofistyki. Tak mi się wydaje, choć to tylko spekulacje, coś, czego właściwie robić nie wolno – osobiste psychologizowanie, sentymentalne i rezonerskie. Ale tu wolno, na blogu, w formie gorszej, niezobowiązującej i niepoważnej.

Bardzo poważny profesor w Royaumont, z którym dyskutowali o Teokrycie, Demokrycie i kilku innych filozofach, przerywa nagle rozmowę i poklepując Gombrowicza po plecach, wykrzykuje uradowany: jesteśmy z tego samego piętra! Co miał na myśli – wyżyny ducha czy stwierdzenie prostego faktu pomieszkiwania w tym samym korytarzu? Logikę czy może jednak logistykę, czyli sąsiedzkie ciepełko w sytej Europie, oświeconej nawet w deszczowy poranek? Tu w Vence deszcz szybko wysycha, paruje przysłaniając na chwilę podnóża zboczy, popadało tyle co kot napłakał, teraz znów wyłazi słońce, wysusza letni zapach asfaltu i zieleni jakimś cudem jeszcze nie uschniętej, czaruje barwami domów na zboczu naprzeciwko. Duchota.

 

***

Czy „Dziennik” smakuje tu inaczej, czytany w miejscu zapisywania? Tak, bo mocniej czuje się napięcie między tym rajem, akuratnym jak landszaft, a zapisem choroby dręczącej Gombrowicza, której „Dziennik” jest świadectwem nie mniej przejmującym niż „Kronos”, tylko kunsztowniejszym, więc mniej „szczerym”. Zapisem także tej choroby na Polskę – bohaterem ostatniego fragmentu „Dziennika” jest w końcu pan Kocik, zamieszczający od czasu do czasu w pewnym piśmie francuskim artykuły informacyjne o życiu literackim w Polsce, by wysławiać przy okazji „wielkość polską”.

Całe życie walczyłem o to, żeby nie być pisarzem polskim ale sobą, Gombrowiczem, cały ten nałóg mówienia „nasz” uważam za śmieszny. Przez lata nawoływał też, by więcej człowieka w Polaku było niż Polaka, bo to Polsce wyjdzie na dobre. Ale Polska swoje wiedziała i wie do dziś. Rita Gombrowicz opowiadała kiedyś, że wkrótce po śmierci ateisty Gombrowicza na jego grobie położyli Polonusi wielki krzyż. Usunęła go, więc pojawił się nowy, i kolejny, i jeszcze jeden. W końcu ktoś jej doradził, by umieściła na tablicy nagrobnej maleńki krzyżyk, dla świętego spokoju. I spokój nastąpił.

Można by więcej jeszcze o tym cierpieniu Gombra z ojczyzny powodu pisać, ale strach, że mu się jeszcze mesjanizm jakiś przypisze, choć to i prawda, że brudy nasze i tajemnice cuchnące brał na siebie, żeby nam było lżej.

 

***

Trzeciego dnia od naszego przyjazdu do Vence niebo przykrywają ciemne chmury, leje już naprawdę, podobno po raz pierwszy od trzech miesięcy. Pastele za hotelowym oknem, pozbawione słonecznego oświetlenia, są jak twarz starej aktorki, która pozostała na scenie po zgaszeniu reflektorów, zaszpachlowana w pośpiechu przez zdolną, ale przepracowaną charakteryzatorkę. Południe jest zmęczone, zmierzcha się tu tak późno.

Gdy deszcz po kilku godzinach cichnie, idziemy na cmentarz, szybko, przed obiadem, po którym kolejne wydarzenie, rocznicowe. Stawiamy małe szklane naczynie ze świeczką, kolejne, w tych, które zostawiliśmy poprzednio, znajdujemy polskie monety. Wrzucone jak do fontanny, by tu jeszcze kiedyś wrócić? A może dlatego, że, jak ktoś zauważa, na monetach jest polski orzełek i od razu wiadomo, że nasz ci ten Pisarz Wielki, nasz on, przynajmniej po śmierci. Cóżeś Ty swoim zrobił, Gombrowiczu – nie tak daleko stąd do Norwida.

Ale w drugiej osłonce na świeczkę, odwróconej dnem do góry, listy, karteczki zapisane i podpisane bardziej osobiście. „My też musimy wyjechać z kraju, panie Witoldzie, do widzenia”, innych nie czytamy, wciąż pada, kartki namokły, nie chcemy ich zniszczyć. Wtykamy z powrotem, dokładnie, prawie jak przy Ścianie Płaczu. Deszczowa wilgoć na twarzy, a ludzie mówią i mówią uczenie, że to nie łzy są, ale że kamienie i że nikt na nie nie czeka – o ile nie pokręciłem czegoś Norwidowi.

Notuję bowiem nie w bibliotece, ale na balkonie hoteliku w Vence, wdzięczącego się jak zawsze, a także później, na północ od raju, w zapuszczonym nieco mieście R., w Starym Ogrodzie, do którego chadzałem kiedyś z ojcem, choć rzadko, i dlatego było to jak święto, i utknęło w pamięci, a Ogród był wtedy naprawdę stary. Zrewaloryzowano go teraz, okropne słowo, przywołano do porządku, bo zdziczał, odmłodzono wyrzynając, co stare, zbyt wiele, ale nic na to poradzić nie można. Można jedynie pogrzebać w pamięci, świętując rocznicę wywinięcia się końcowi, albo i nie. I gapiąc się w niebo, dziś prawie tak lazurowe jak na tamtym wybrzeżu.

 

***

Słońce wróciło tuż przed naszym wylotem, podniosło chmury i widzieliśmy wreszcie morze, i willową dzielnicę Nicei, przypominającą klocki rozrzucone pomiędzy kępami ozdobnych traw. Samolot półkolem wdrapywał się na swój pułap, pasażerowie siedzący po drugiej stronie zasłaniali okienka przed słoneczną jaskrawością.

Tym razem dostałem miejsce obok miłej, dyskretnie uśmiechniętej Azjatki. Co chwilę wyglądała przez okno, nawet gdyby raziło ją słońce, pewnie by go nie zasłoniła. Zabawnie przyciskała nos do szyby, odrywała się tylko, by zrobić zdjęcie. Byliśmy już nad chmurami, które przyjmowały przedziwne kształty i kolory, zerkałem, gdy odrywała się od okna, ale bardziej domyślałem się tych cudowności, gdy cichutko popiskiwała i wzdychała, jak dziecko, gdy zobaczy coś niezwykłego albo jak krecik z czeskiej bajki.

Zdrzemnęła się w końcu, odsłaniając mi widok na obłoki, rzeczywiście dość malownicze. Wyglądały jak rozlane mleko, które ktoś rozmazał szmatą, nową, więc słabo zbierająca wilgoć, a potem cisnął ją w dół, znużony porządkami. Może wiedział, że już nie warto?

Rozbolała mnie w końcu nienaturalnie wykręcona szyja, więc wróciłem do „Dziennika”. Na sto dziewięćdziesiątej drugiej stronie Gombrowicz znów zadawał sobie pytanie: czy wchodzę w końcowy okres, kiedy to żyje się wprawdzie, ale żyje tym, co umarło? Trzeszcząc trochę, kapitan ogłosił, że podchodzimy do lądowania, a pogoda na ziemi jest dobra, słonecznie, choć chłodno.

O autorze
Tomasz Tyczyński (ur. 1960), absolwent polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego; w latach 1989 – 1997 pracował w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. W latach 90. ubiegłego stulecia (jak to brzmi!) teksty o literaturze publikował w prasie literackiej i periodykach naukowych (Potop, Studia Norwidiana, Pamiętnik Literacki, Studia Polono-Slavica, Społeczeństwo Otwarte, Krytyka), a także w Gazecie Wyborczej oraz Programie I PR. Współautor monografii „Literatura rosyjska XX wieku” pod red. Andrzeja Drawicza; zajmował się też polskim romantyzmem i Norwidem, rosyjskimi teoriami i manifestami literackimi, strategiami literatury wobec „doświadczeń granicznych”; doktorat o twórczości Aleksandra Wata i Warłama Szałamowa pisał, ale nie napisał. W latach 1995 – 2007 pracował jako dziennikarz, m.in. kierował radomskimi redakcjami wszelkiego rodzaju: radiową, prasową i telewizyjną, uprawiał publicystykę kulturalną i społeczną. Od 2007 roku kierownik Muzeum Witolda Gombrowicza, oddziału Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza.
Muzeum Literatury
Ostatnie wpisy
Archiwa
Blogi Muzeum Literatury
Copyright © 2010-2019 Muzeum Literatury